Mimmo's przypominało górę - jej masyw wznosił się w stronę nieba, utrudniając obserwatorowi odpowiedniego określenia dzielącego go od niej dystansu. Madden miał świadomość tego, że wszystko, co robili, zaprowadzi ich wreszcie do wnętrza obskurnego baru, ale nie potrafił określić ram czasowych.
Ich śledztwo było poprzecinane ślepymi uliczkami, które skutecznie spowalniały jego przebieg. Bianchi był na wyciągnięcie ręki po to, by chwilę później znajdować się po drugiej stronie przepaści, zmuszając ich do prób znalezienia odpowiedniej drogi na drugą stronę. Były takie chwile, w których myślał, że wszystko skończy się na przestrzeni dni - a później te dni rozciągały się w tygodnie, przecięte intensywnymi momentami i leniwymi okresami frustracji.
Im bliżej znajdowali się mety, tym bardziej desperackie stawały się jego własne ruchy.
Data rozprawy Morettiego nadciągała wielkimi krokami, a on wciąż nie odnalazł tego jednego nazwiska, dzięki któremu mógłby wypuścić mężczyznę na wolność. Mężczyznę, który tej wolności nie powinien dostrzec bez grubych krat oddzielających go od reszty otoczenia - ale który był ceną innego rodzaju wyzwolenia dla uwikłanego z Ventrescą detektywa.
Jak wszystko inne, potrafił te problemy odsuwać od siebie gdy Margo stawała przy jego biurku, gdy znajdowała się blisko a jej wzrok przecinał powietrze w sugestywny sposób. Nie zapominał o klepsydrze, o coraz mniejszej ilości ziarenek piasku pozostałych w jej górnej komorze, ale potrafił odsunąć ją na bok - w sali przesłuchań ich komisariatu, w jej sypialni czy jego salonie. To, co łączyło go z kobietą od dawna wykroczyło ponad zwykłą fizyczność i potrzebę bliskości, przekształciło się w coś, czego nie dało się kontrolować.
Co pożerało go od środka, na równi z winą, zakorzenioną w jego sercu, rosnącą z każdym, spędzonym wspólnie wieczorem.
Wiedział już, że jego los był z nią nierozerwalnie złączony. Wiedział też, że jego własna ścieżka wiodła wprost do innego rodzaju przepaści - do otchłani, do której kobieta mknęła wraz z nim, nie mając tego świadomości.
Wiedział, że będzie przeklęty na wieki.
Gmach Mimmo's wyglądał ponuro, deszcz siąpił się z nieba w tym pierwszym podrygu wiosny, która w Kanadzie budziła się do życia jakby wolniej niż w innych miejscach. Odznaka paliła w jego pierś, broń tkwiła w kaburze w gotowości, choć wokół nich nie było żadnych zagrożeń. Ta ulica i następna były już zabezpieczone, mały skrawek ogarniętego zgnilizną obszaru miasta odcięty od reszty, jak chora tkanka obwiedziona markerem przed usunięciem.
Ostatni, pośpieszny papieros tkwił w jego ustach gdy przenosił swój wzrok na stojącą obok kobietę, ignorując gromadzących się przy wejściu policjantów. Oddział miał być gotowy do wejścia gdy uda im się zlokalizować Bianchiego. Oni mieli wejść pierwsi.
- Wciąż uważam, że powinniśmy to zostawić Collinsowi - mruknął, wypuszczając dym z płuc w stronę pochmurnego nieba. Wejście do Mimmo's - Mimmo's, w którym był znaną osobą i w którym wszyscy byli świadomi jego drugiej strony - było bodaj najbardziej bezczelną rzeczą, którą mógł zrobić. - To gniazdo węży, Margo. Ci ludzie są niebezpieczni i wszyscy zobaczą twoją twarz.
margo mercer