35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trapped behind your loving eyes
you keep me caged in my own lies
To musiało wreszcie dotrzeć do t e g o punktu. Nie wiedział tylko, że stanie się to tak szybko.
Mimmo's przypominało górę - jej masyw wznosił się w stronę nieba, utrudniając obserwatorowi odpowiedniego określenia dzielącego go od niej dystansu. Madden miał świadomość tego, że wszystko, co robili, zaprowadzi ich wreszcie do wnętrza obskurnego baru, ale nie potrafił określić ram czasowych.
Ich śledztwo było poprzecinane ślepymi uliczkami, które skutecznie spowalniały jego przebieg. Bianchi był na wyciągnięcie ręki po to, by chwilę później znajdować się po drugiej stronie przepaści, zmuszając ich do prób znalezienia odpowiedniej drogi na drugą stronę. Były takie chwile, w których myślał, że wszystko skończy się na przestrzeni dni - a później te dni rozciągały się w tygodnie, przecięte intensywnymi momentami i leniwymi okresami frustracji.
Im bliżej znajdowali się mety, tym bardziej desperackie stawały się jego własne ruchy.
Data rozprawy Morettiego nadciągała wielkimi krokami, a on wciąż nie odnalazł tego jednego nazwiska, dzięki któremu mógłby wypuścić mężczyznę na wolność. Mężczyznę, który tej wolności nie powinien dostrzec bez grubych krat oddzielających go od reszty otoczenia - ale który był ceną innego rodzaju wyzwolenia dla uwikłanego z Ventrescą detektywa.
Jak wszystko inne, potrafił te problemy odsuwać od siebie gdy Margo stawała przy jego biurku, gdy znajdowała się blisko a jej wzrok przecinał powietrze w sugestywny sposób. Nie zapominał o klepsydrze, o coraz mniejszej ilości ziarenek piasku pozostałych w jej górnej komorze, ale potrafił odsunąć ją na bok - w sali przesłuchań ich komisariatu, w jej sypialni czy jego salonie. To, co łączyło go z kobietą od dawna wykroczyło ponad zwykłą fizyczność i potrzebę bliskości, przekształciło się w coś, czego nie dało się kontrolować.
Co pożerało go od środka, na równi z winą, zakorzenioną w jego sercu, rosnącą z każdym, spędzonym wspólnie wieczorem.
Wiedział już, że jego los był z nią nierozerwalnie złączony. Wiedział też, że jego własna ścieżka wiodła wprost do innego rodzaju przepaści - do otchłani, do której kobieta mknęła wraz z nim, nie mając tego świadomości.
Wiedział, że będzie przeklęty na wieki.
Gmach Mimmo's wyglądał ponuro, deszcz siąpił się z nieba w tym pierwszym podrygu wiosny, która w Kanadzie budziła się do życia jakby wolniej niż w innych miejscach. Odznaka paliła w jego pierś, broń tkwiła w kaburze w gotowości, choć wokół nich nie było żadnych zagrożeń. Ta ulica i następna były już zabezpieczone, mały skrawek ogarniętego zgnilizną obszaru miasta odcięty od reszty, jak chora tkanka obwiedziona markerem przed usunięciem.
Ostatni, pośpieszny papieros tkwił w jego ustach gdy przenosił swój wzrok na stojącą obok kobietę, ignorując gromadzących się przy wejściu policjantów. Oddział miał być gotowy do wejścia gdy uda im się zlokalizować Bianchiego. Oni mieli wejść pierwsi.
- Wciąż uważam, że powinniśmy to zostawić Collinsowi - mruknął, wypuszczając dym z płuc w stronę pochmurnego nieba. Wejście do Mimmo's - Mimmo's, w którym był znaną osobą i w którym wszyscy byli świadomi jego drugiej strony - było bodaj najbardziej bezczelną rzeczą, którą mógł zrobić. - To gniazdo węży, Margo. Ci ludzie są niebezpieczni i wszyscy zobaczą twoją twarz.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ekscytacja i napięcie splatały się w niej w sposób niemal niemożliwy do rozdzielenia. Czuła je pod skórą od samego rana, pulsujące w rytmie przyspieszonego serca, które nie potrafiło znaleźć właściwego tempa. To nie było już jedno z tych śledztw, które można było odłożyć na później, wrócić do niego następnego dnia i spróbować jeszcze raz. Stali na granicy, którą przekraczało się tylko raz - dalej nie było już miejsca na cofnięcie się, na poprawki, na udawanie, że to tylko kolejny trop. Wiedziała, że jeśli wejdą w to w pełni, jeśli przekroczą próg Mimmo’s z intencją doprowadzenia sprawy do końca, każda jej decyzja zacznie nieść za sobą realne konsekwencje.
Nie spała tej nocy prawie wcale. Przewracała się z boku na bok, analizując każdy możliwy scenariusz, każdy błąd, który mógł ich kosztować wszystko. Dlatego na komisariacie pojawiła się dużo wcześniej, zanim ktokolwiek miał powód tam być. Cisza pustych korytarzy była niemal nienaturalna, światło jarzeniówek zbyt ostre, a powietrze ciężkie od napięcia, które wniosła ze sobą. Przeszła przez wszystko jeszcze raz - notatki, zdjęcia, ustalenia, plan wejścia. Sprawdzała to obsesyjnie, jakby powtarzalność mogła dać jej kontrolę nad czymś, co w rzeczywistości było całkowicie n i e p r z e w i d y w a l n e.
To jednak nie wystarczało. Potrzebowała rozładować napięcie, znaleźć dla niego ujście, zanim zacznie popełniać błędy. Myśl o papierosie pojawiła się niemal automatycznie, ale szybko okazało się, że nie ma przy sobie zapalniczki. I to właśnie dlatego znalazła się przy jego biurku, gdzie bez większego zastanowienia, działając z przyzwyczajenia, a nie z potrzeby przekraczania jakiejkolwiek granicy.
Otworzyła szufladę i wtedy zobaczyła akta Morettiego.
Zatrzymała się na ułamek sekundy, marszcząc lekko brwi, bo to nie miało sensu. Sprawa była zamknięta, dopięta, przygotowana do procesu, który miał zakończyć się tylko w jeden sposób. Nie było powodu, by te dokumenty znajdowały się tutaj, w prywatnej przestrzeni Rhysa, a nie w archiwum czy systemie. A jednak były i to nie w formie oficjalnych papierów, tylko z jego własnymi notatkami, dopiskami, ciągami cyfr, które wyglądały jak numery telefonów oraz literami układającymi się w coś, czego nie potrafiła od razu zrozumieć.
Coś było nie tak. Poczuła to wyraźnie, jak krótkie ukłucie gdzieś pod żebrami. To była ta sama intuicja, która rzadko ją zawodziła. A jednak zamknęła szufladę, nie dlatego, że to nie było ważne. Dlatego, że teraz nie mogła sobie na to pozwolić.
Tamta myśl została z nią, nieprzyjemnie obecna gdzieś z tyłu głowy, gdy później stali już pod Mimmo’s, a deszcz rozmywał kontury ulicy, wpychając rzeczywistość na właściwe tory. Skupiła się na nim, kiedy odezwał się obok. Słyszała jego wątpliwości i rozumiała je lepiej, niż chciałaby przyznać. - Wiem - powiedziała spokojnie, nie odwracając od razu wzroku od wejścia. - Wiem, że masz rację - w końcu spojrzała na niego, szukając w jego oczach czegoś więcej niż tylko sprzeciwu. - Ale Collins siedzi nad tym od miesięcy i nie doszedł nawet do połowy tego, co mamy - dodała ciszej.
Zatrzymała wzrok na nim na moment dłużej, jakby naprawdę potrzebowała zobaczyć, że jest tam z nią, że nie wycofa się w ostatniej chwili. Nie mogła pozwolić sobie na więcej, nie tutaj, nie teraz, ale to jedno spojrzenie wystarczyło za wszystko, czego nie powiedziała na głos.
Kiedy oddział ruszył pierwszy, napięcie natychmiast zgęstniało. Dwóch funkcjonariuszy podeszło do wejścia, kolejni ustawili się po bokach, zabezpieczając przestrzeń. Drzwi zostały otwarte zdecydowanym ruchem, bez ostrzeżenia, bez negocjacji. Wnętrze Mimmo’s przyjęło ich ciężkim zapachem alkoholu, dymu i czegoś znacznie gorszego - atmosferą miejsca, które od dawna funkcjonowało poza prawem. - Policja! Ręce do góry, nie ruszać się i patrzeć przed siebie! - padło ostro, przecinając gwar, gdy oni wciąż stali na zewnątrz.
- Robimy dobrze - powiedziała cicho. - Będę ostrożna, nie martw się o mnie - dodała jeszcze, zanim dostali sygnał, że mogą wejść wprost w środek miejsca, które od początku miało będzie ich końcem.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To jedno spojrzenie nie wystarczało.
Nie było w stanie pomieścić nawet połowy tych wszystkich rzeczy, które chciał jej przekazać, drugiego dna, na które wkrótce miało paść światło słońca. Pragnął znaleźć się w tej chwili gdzie indziej - choćby na moment, w którym reszta świata przestałaby istnieć. Chciał ująć jej twarz w swoje dłonie i nasycić się tym widokiem, jak skazaniec delektujący ostatnim posiłkiem. Chciał złożyć na jej ustach pocałunek, przekazać jej to jedno, co między nimi było p r a w d z i w e, nim wszystkie jego kłamstwa zostaną obnażone, a on sam zostanie wprowadzony na szafot.
Jej pełen porozumienia wzrok nie był w stanie tego wszystkiego zaspokoić. Był krótki, płytki, nawet jeśli uwydatniał łączącą ich więź. Wciąż patrzył na nią gdy odwróciła spojrzenie, przenosząc je na drzwi prowadzące do Mimmo's.
Patrzył, gdy umundurowani mężczyźni wymijali ich dwójkę, gdy kopniak uchylił drzwi do zatęchłego pubu, a krzyki poniosły się w jego wnętrzu.
Patrzył, gdy skinęła mu głową po raz ostatni, gdy sięgnęła po broń i ruszyła prosto do wrót piekieł, które dla niego stały się drugim domem. Jego wzrok utkwiony był w jej plecach gdy sięgnął po papierosa zapomnianego w ustach, wyjmując go i niedbale odrzucając w bok, w zacinający deszcz i formujące się na ziemi kałuże.
Zrównał się z nią krokiem, wkraczając do środka. W głównym pomieszczeniu zapanował chaos, dzielący klientelę Mimmo's na różne kategorie. Niektórzy miotali się między stolikami, usiłując pierzchnąć przed policją jak robactwo z uniesionego kamienia. Znał ich twarze - znał wyroki wpisane do ich akt, przewinienia, przez które nawet przypadkowa obława miała wsadzić ich do więzienia. Dzisiejszy dzień miał przynieść znacznie więcej ofiar dla Carbone'a niż jeden Luca Bianchi. Za kratami mieli znaleźć się wszyscy inni, którzy umykali dotychczas sprawiedliwości polegając na policyjnej niekompetencji - oraz ludzi takich jak o n.
Inni padali na ziemię w popłochu, unosząc dłonie by osłonić swoje twarze i głowy. Płaszczyli się na ziemi, padając niczym kłody, o które potykali cię uciekinierzy. W ich gestach widać było przerażenie, z ich ust wydobywały się uspokajające okrzyki. Płotki, niezwiązane bezpośrednio z tym, co działo się w tym pubie po godzinach. Młodzi, kręcący się wokół niebezpiecznego towarzystwa dla iskierki adrenaliny. Naiwni, nieświadomi gówna, w które wdepnęli wraz z przejściem przez próg.
Ostatni pozostawali w bezruchu. Siedzieli przy swoich stolikach a jedyną oznaką ich świadomości nadejścia policji były urwane rozmowy, cisza, która zapadła między nimi i ich czujne, drapieżne spojrzenia. Obserwowali wydarzenia wiedząc, że niezależnie od tego, czy posłuchają, czy nie, konsekwencja będzie taka sama - wyjdą na wolność. Ci byli niebezpieczni.
Wkraczając na miejsce ich k o ń c a zapomniał o sprawianiu odpowiedniego wrażenia. Jego dłoń nie sięgnęła po broń, wciąż przytroczoną do pasa, w przeciwieństwie do wszystkich innych funkcjonariuszy. Mógłby wytłumaczyć to tym, że sytuacja była opanowana - jedna spluwa więcej niczego nie zmieniała w tym miejscu.
Prawda była jednak taka, że w Mimmo's czuł się s w o b o d n i e.
- Hola, hola! - barczysty, starszy mężczyzna wysunął się zza baru z uniesionymi w górę rękami. Od razu widać po nim było właściciela tego przybytku - w dłoni trzymał ścierkę, którą wcześniej przecierał blat, nosił się również ze swobodą charakterystyczną dla kogoś, komu nie patrzono szczególnie na ręce. Nazywał się Finch. Miał siwe, gęste włosy i długą brodę - siwizna okalała przyjemną twarz i zaskakująco łagodne oczy. Jego układ z Carbone'm zawsze go dziwił, ponieważ właściciel nie wydawał się w pełni zadowolony z tego, że jego bar stał się miejscem schadzek mafii, ale jednocześnie nic z tym faktem nie robił.
Lubił go. Zawsze polewał mu drinka widząc jego strapioną minę, zapraszał do baru, oferował zabawną historyjkę o jednym z tysiąca jego dzieci, których imion nie pamiętał, nie zabierając od niego ani dolara za przelany alkohol.
- Nie możecie sobie tutaj tak włazić! - sapnął Finch, stając na drodze Margo. Jego wzrok prześlizgnął się po kobiecej twarzy na Maddena. Jego szok i zbulwersowanie tą sytuacją płynnie łączyło się z wszystkimi odczuciami względem znajomego detektywa, maskując je idealnie. - Czy wy macie w ogóle nakaz?
Coś w jego klatce piersiowej szarpnęło na widok mężczyzny stojącego obok n i e j. Pchnęło go naprzód, sprawiło, że stanął delikatnie przed kobietą, z impulsywnością buzującą w żyłach, wściekłością rodzącą się w sercu.
- A masz pozwolenie na tę zabawkę, którą tam trzymasz? - warknął w odpowiedzi, podbródkiem wskazując broń - czarnoprochową strzelbę zawieszoną nad barem, będącą zarówno środkiem ochrony starszego właściciela, jak i sposobem na przywracanie porządku gdy w Mimmo's robiło się gorąco.
M i e l i nakaz. Mógł go pokazać, mógł wyjąć go z kieszeni, zachować się jak przystało na policjanta, ponieważ to wszystko robili legalnie. Ale po przekroczeniu progu tego miejsca dwa światy zlały się w jego umyśle w jeden, a ich zderzenie tworzyło wyłącznie przemoc.
Chaos wokół był n i e z n o ś n y. Funkcjonariusze metodycznie przechodzili od jednego uciekiniera do drugiego, skuwając ich i zostawiając na ziemi by zająć się następnymi. Gdzieś na tyłach wybuchła bójka, szybko spacyfikowana przez przeważające siły lepiej przygotowanego oddziału. W tym wszystkim, stoicyzm właściciela baru był niemal bezczelny. Jego opór zdawał się sugerować, że był wyłącznie biernym obserwatorem, że w jakikolwiek sposób mógł z nimi rozmawiać na równej stopie.
Dostrzegł rozszerzające się w szoku źrenice mężczyzny gdy ruszył w jego stronę. Chwycił za jego kark, za kark mężczyzny, który jako jedyny w tym miejscu okazywał mu jakąkolwiek dobroć i pchnął naprzód. Policzek Fincha uderzył o blat baru, jego ciało rozrzuciło stojące na nim szklanki gdy szarpnięciem odciągał jego ramiona, dłonią wyjmując z kieszeni kajdanki.
- Bianchi - warknął, skuwając mężczyznę, choć przecież znał odpowiedź na pytanie, które miał zadać. - Gdzie jest?
Finch zaklął pod nosem, tonem na pograniczu złości i bólu.
- Na zapleczu - warknął, odginając głowę wyłącznie po to, by splunąć gdzieś pod ich nogi, obrzucając Maddena nienawistnym spojrzeniem, które zdawało się wrzeszczeć przecież wiesz.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W chwili gdy drzwi się otworzyły, poczuła się lżej, pewniej, jakby napięcie, które do tej pory oplatało ją ciasno, wreszcie znalazło ujście w czymś konkretnym i namacalnym.
Nie szukała w jego spojrzeniu odpowiedzi na wszystkie pytania, które kiedyś by ją dręczyły; nie analizowała każdego cienia, każdego niedopowiedzenia. Może nie znalazła tam wsparcia, ale nie zatrzymywał jej, nie podważał decyzji, nie próbował wycofać, a to, wbrew wszystkiemu, znaczyło więcej niż jakiekolwiek słowa. Nawet jeśli wciąż czuła, że gdzieś pod powierzchnią pozostawał upór, którego nie rozumiała - nie pozwalała sobie na zatrzymanie się przy tym teraz.
Adrenalina pulsowała w jej żyłach z siłą, która odbierała zdolność chłodnej analizy, ale jednocześnie wyostrzała każdy zmysł. Wiedziała, że jest blisko - bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Luca Bianchi nie był kolejnym nazwiskiem w aktach, nie był przypadkowym celem, który można było odhaczyć i zapomnieć. Był ogniwem, ciężkim i istotnym, takim, które ciągnęło za sobą cały łańcuch. Grubą rybą, która nie kończyła sprawy, lecz ją otwierała szerzej.
Za nim kryło się coś większego, co od początku majaczyło gdzieś na granicy ich działań, w cieniu, do którego dopiero się zbliżali. Każdy krok, każda decyzja, każde przekroczenie granicy prowadziło ich w jednym kierunku - ku samemu sercu tego układu, ku miejscu, w którym czekał Sergio Carbone.
Ta świadomość budziła w niej wyłącznie determinację. Szła po n i e g o, krok po kroku, uparcie, bez zawahania.
Nie zauważyła momentu, w którym drgnęła. Jej ciało podjęło decyzję szybciej niż umysł, odcinając resztę świata jednym, krótkim impulsem. Kontakt wzrokowy z Maddenem urwał się gdzieś po drodze, zastąpiony ruchem, napięciem mięśni, chłodem broni w dłoni. Kiwnęła głową, niemal odruchowo i ruszyła przed siebie, wchodząc do Mimmo’s z tą pewnością, która nie zostawiała miejsca na wahanie.
Wnętrze uderzyło ją od razu ciężkim powietrzem, zapachem alkoholu i dymu; spojrzeniami, które przylegały do skóry jak coś brudnego i lepkiego. Każda para oczu niosła w sobie coś więcej niż ciekawość - coś skażonego, przyzwyczajonego do przemocy, do życia na granicy prawa i poza nim. Szła jednak dalej, nie zwalniając, przecinając tę przestrzeń z chłodną precyzją, ignorując chaos, który rozgrywał się wokół.
Zatrzymał ją dopiero mężczyzna, szeroki w barach, pewny siebie, próbujący stanąć jej na drodze, jakby naprawdę wierzył, że mógłby ją powstrzymać. Uniosła wzrok, mierząc go krótkim, twardym spojrzeniem, w którym nie było miejsca na negocjacje. - Odsuń się - rzuciła spokojnie, bez podnoszenia głosu, ale z taką stanowczością, która nie pozostawiała przestrzeni na sprzeciw. - Nie utrudniaj sobie życia bardziej, niż już to robisz - nie zdążyła jednak zrobić kolejnego kroku, bo Madden znalazł się przed nią, a sytuacja rozegrała się szybciej, niż mogłaby zareagować. Jeden ruch, butelki przewracające się na blacie, ciężar ciała przyciśniętego do drewna - wszystko to zlało się w jeden obraz, brutalny i skuteczny.
Margo nie drgnęła, nie próbowała interweniować. Jej dłoń opadła obok głowy mężczyzny, kładąc na blacie kartkę papieru, bardziej dla porządku niż z potrzeby. - Proszę, to nasze zaproszenie - powiedziała chłodno, bez zainteresowania jego losem.
Nie oglądała się za siebie, nie poświęcała dłużej uwagi temu, co jej p a r t n e r robił, bo jej cel - ten jeden konkrety, ten po którego tutaj przyszła, znajdował się dalej. - Drzwi na zaplecze - rzuciła krótko do najbliższego funkcjonariusza, wskazując kierunek.
Tyły Mimmo's było dokładnie tym, czego się spodziewała. Niskie światło, zadymione powietrze, ciężar rozmów, które urwały się w jednej chwili. Stół, karty rozłożone między palcami, szkło, alkohol, twarze, które nie drgnęły, choć sytuacja wymknęła się spod kontroli. Ci ludzie nie uciekali, nie padali na ziemię, o b s e r w o w a l i.
Byli tymi, których Rhys nazywał niebezpiecznymi.
Jej wzrok odnalazł go od razu. Luca Bianchi siedział spokojnie, oparty wygodnie, jakby wszystko, co działo się wokół, było jedynie chwilową niedogodnością. Parszywy uśmiech przeciął jego twarz, gdy ich spojrzenia się spotkały. - Z jakiej okazji to przedstawienie? - zapytał lekko, niemal znudzony, jakby nie pierwszy raz znajdował się w takiej sytuacji i doskonale wiedział, jak się ona skończy.
Mercer zrobiła krok do przodu, upewniając się jednym, szybkim spojrzeniem, że przestrzeń za nią jest zabezpieczona. C z u ł a obecność Maddena zanim jeszcze go zobaczyła, stał tam, gdzie powinien - dokładnie tam, gdzie zawsze był.
- To twój koniec, Bianchi - odpowiedziała spokojnie, zatrzymując się naprzeciw niego, ale on spojrzał za nią.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ciężkie powietrze Mimmo's było czymś znajomym. Zawsze osadzało się na jego ubraniach, na włosach, skórze - czuł na sobie pub gdy wracał z niego wieczorami, gdy zrzucał z siebie ubrania i zmęczony kierował do łóżka. Jakby to piętno, które lokal zostawiał na jego duszy było niewystarczające, jakby musiało naznaczyć go również fizycznie.
A na swój pokręcony sposób, kojarzyło mu się z jakąś wersją d o m u.
Ten, w którym przekraczając próg od razu wiedziało się, gdzie się jest, sylwetka uginała się w charakterystyczny sposób. Każdy bar pachniał dokładnie tak samo, mieszanką dymu, alkoholu i potu przebywających w środku gości, lecz Mimmo's nie pomyliłby z żadnym innym miejscem.
Jego wzrok prześlizgnął się po rzuconym na blat nakazie, byle tylko nie patrzeć na wykrzywioną twarz właściciela. W tym miejscu to Madden zawsze był wrogiem - tym z odznaką, który zawędrował do gniazda węży. Gliną, nawet jeśli Carbone widział w nim sojusznika, psem, do którego dołożono na posyłki. Nigdy nie szukał w tym miejscu przyjaciół, ale pełne wściekłości ruchy, pełne urazy spojrzenia i ostre słowa rzucane w jego stronę niejednokrotnie zaogniały sytuację, która już znajdowała się pod ciśnieniem.
Finch nigdy nie patrzył na niego w ten sposób. Traktował go jak każdego innego klienta baru, zagadując, gdy widział, że wymagała tego sytuacja. On jeden zasługiwał na okazanie mu większego szacunku w tym miejscu, ponieważ sam okazał go detektywowi.
Kajdanki zamknęły się ze szczękiem, a on oderwał się od mężczyzny. Nie został w miejscu wystarczająco długo by dostrzec jego nienawistne spojrzenie, ani by usłyszeć pełne urazy słowa. Jego wzrok odnalazł Margo, powoli ruszającą w stronę zaplecza. Zatrzymał się na jej plecach gdy ruszył za nią, z sercem wybijającym szaleńczy rytm.
Czuł na sobie spojrzenia gdy przekraczał długość pubu tak, jak robił to wielokrotnie wcześniej. Dla Mercer droga prowadząca na zaplecze była niezbadanym szlakiem - dla niego zaś stanowiła wydeptaną ścieżkę.
Prowadzącą prosto na samo dno piekieł.
Jego żołądek ścisnął się w supeł gdy przekroczyła próg zaplecza, wychodząc jako pierwsza. Pragnął, by trzymała się z tyłu. Pragnął, by w ogóle nie wchodziła do tego miejsca, do miejsca, do którego pod osłoną nocy on był wciągany. Margo nigdy nie powinna postawić stopy w Mimmo's, w tym jednym zakątku świata, od którego chciał trzymać ją z dala. Gdyby tylko mógł, zatrzymałby ją przed tym wbrew jej woli.
Ale Mercer nie była osobą, której można było powiedzieć co miała robić - a czego nie. Była siłą, prącą naprzód na przekór wszystkiemu i wszystkim, którzy mogliby chcieć ją przed tym powstrzymać.
Na dobre i na złe.
Na zapleczu panował zaduch, powietrze wydawało się gęstsze, przesiąknięte wagą popełnionych przez lokatorów czynów. Wiedział już, że nie było tu Carbone'a - nie on był ich celem, nie dziś. Wsunął się do pomieszczenia za Margo, dostrzegł w jej sylwetce napięcie, które wskazało mu, że Bianchi tam był jeszcze zanim go dostrzegł.
Znał jego spojrzenie.
Mimmo's widywało naloty - wszystkie kończyły się utknięciem w papierkowej robocie, zgarnięciem paru płotek i pozostawieniem grubych ryb tam, gdzie byli. Dla Bianchiego nalot był wyłącznie chwilową niedogodnością, ponieważ Ventresca miała od tego ludzi, dzięki którym unikali odpowiedzialności. Mieli j e g o.
I dopiero gdy dostrzegł stojącego za kobietą Maddena, pewność siebie zbledła na twarzy mężczyzny, zastąpiona chwilą niezrozumienia, która przekwitła w p o g a r d ę. Rozeszła się echem po twarzach innych, siedzących z nim mężczyzn, jak zaraźliwa choroba przenoszona powietrzem. Jego uczestnictwo w tym nalocie oznaczało, że ich pies na posyłki się z b u n t o w a ł.
- Luca Bianchi - beznamiętny głos wydobył się z jego ust, pozbawiony emocji, jakby w jego sercu znajdowało się ich zbyt wiele, wypalały wszystko do gołej ziemi. - Jesteś aresztowany.
Patrzył, jak oczy mężczyzny rozszerzają się, jak brak wiary ogarnia jego mimikę, a twarze pozostałych odwracają ku niemu. Patrzył na broń, tkwiącą na stoliku, przykrytą pieniędzmi i kartami - broń należącą do niego.
Jego dłoń odchyliła poły kurtki, spoczęła na pistolecie schowanym w kaburze, choć wątpił, by mężczyzna próbował zrobić coś głupiego.
- Tak będziemy się bawić, detektywie? - sarknął Bianchi, nie ruszając się z kanapy, nie patrząc na Mercer, patrząc wyłącznie na n i e g o. Na tego, który nie zamierzał wchodzić z nim w żadną dyskusję, który nagle poczuł się policjantem.
- Jesteś oskarżony o udział w działalności zorganizowanej grupy przestępczej, handel narkotykami oraz wielokrotne morderstwa, w tym zlecanie i współudział. - pusta formułka wybrzmiała w powietrzu gdy inni funkcjonariusze wtargnęli do pomieszczenia, wymijając ich po obu stronach. Jedna osoba po drugiej, zmuszali mężczyzn do podniesienia się, do wyjścia na zewnątrz - odkrywając siedzącego w środku Bianchiego, jedna warstwa zgnilizny po drugiej. - Masz prawo zachować milczenie. Wszystko, co powiesz, może zostać użyte jako dowód przeciwko tobie w sądzie.
- Nie możecie tego zrobić - warknął mężczyzna, widząc, jak funkcjonariusze wyprowadzają wszystkich pozostałych, jak z każdą chwilą jego sojuszników jest coraz mniej, a to wszystko staje się coraz bardziej r e a l n e. - Gówno na mnie macie. I tak wyjdę. Zawsze wychodzę.
- Masz prawo do adwokata. Jeśli nie masz własnego prawnika, możesz skontaktować się z adwokatem z urzędu bezpłatnie - wycedził, podchodząc bliżej, pragnąc zamknąć mu ten p y s k, pragnąc skuć go i wyprowadzić na zewnątrz, jednak wiedział, że ten h o n o r spadał na Margo i nie zamierzał jej go odbierać.
- Zapłacisz za to - syknął Luca, wyciągając swoją szyję do stojącego nieopodal detektywa. - Ty i ta twoja suka, gorzko za to zapłacicie.
- Czy rozumiesz swoje prawa? - warknął, nie zważając na jego słowa. Nachylił się, nad stolikiem pełnym kart, pieniędzy i schowanych pod nimi broni. Nad wszystkim tym, do czego przywykł - ponieważ s a m przy tym stoliku siadał.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wejście na zaplecze Mimmo’s uderzyło ją w zupełnie inny sposób niż wszystko, co widziała do tej pory.
Przód lokalu był jedynie zapowiedzią, brudną, ciężką, ale wciąż powierzchowną. Dopiero tutaj, w tej zamkniętej przestrzeni, gdzie nie docierał już żaden pozór normalności, czuło się prawdziwe oblicze tego miejsca. Powietrze było gęste, lepkie, przesycone zapachem dymu, alkoholu i czegoś znacznie gorszego - czegoś, co nie miało zapachu, a mimo to osadzało się na skórze i w płucach, zostawiając po sobie trudny do nazwania ciężar.
To nie był zwykły lokal.
To była n o r a, przesiąknięta złem do samego rdzenia, miejsce, które nie udawało niczego więcej, niż było w rzeczywistości.
Margo zrozumiała wtedy, n a p r a w d ę zrozumiała, dlaczego Rhys sprzeciwił się jej pomysłowi przyjścia tutaj wcześniej. To nie było miejsce dla ludzi takich jak ona. Nie dlatego, że była słaba, była zbyt czysta. Zbyt oddana zasadom, które tutaj nie miały żadnej wartości. Mimmo’s było przestrzenią, w której moralność nie istniała, w której nie było miejsca na wahanie, na empatię, na drżenie dłoni przed podjęciem decyzji. Tutaj problemy rozwiązywano szybko i brutalnie, pieniądz miał większą wagę niż ludzkie życie, a spojrzenia ludzi przecinały przestrzeń jak ostrza, gotowe wbić się w ciało przy najmniejszym błędzie.
To było miejsce, przed którym ostrzegano dzieci; miejsce, które funkcjonowało jako groźba, jako przestroga, a ona stała w jego samym sercu, czując jak coś w niej twardnieje, jak emocje, które normalnie prowadziły jej działania, zostają przykryte czymś chłodniejszym, bardziej bezwzględnym.
Nie czuła współczucia. Czuła gniew - czysty, ostry, skoncentrowany, ale przede wszystkim d e t e r m i n a c j ę.
Luca Bianchi był ich źródłem.
Każda informacja, którą zdobywała w trakcie śledztwa, każdy raport, każde nazwisko dopisane do listy jego ofiar budowało w niej coś, czego wcześniej nie znała w takiej formie. To nie była zwykła chęć doprowadzenia sprawy do końca. To było coś głębszego, co pchało ją naprzód bez względu na konsekwencje, co odbierało jej potrzebę oglądania się za siebie. To przez niego wznosiła mury, które teraz chroniły ją przed tym miejscem, pozwalały stać tu i nie cofnąć się ani o krok.
Dlatego nie ruszyła się, gdy mówił Madden. Normalnie wyszłaby przed szereg, przejęła kontrolę, wdarła się w tę przestrzeń z brawurą, która niejednokrotnie odbierała jej rozsądek. Tym razem została krok za nim, świadoma jego obecności, jego decyzji i sposobu działania. Świadoma tego, że mimo odznaki i broni, mimo całej tej sytuacji, próbował ją chronić.
I pozwoliła mu na to tylko przez chwilę.
Uśmiech pojawił się na jej ustach dopiero wtedy, gdy jego głos ucichł. Był ostry, prowokujący i c e l o w y. Taki, który miał wejść pod skórę i zostać tam na dłużej.
Zrobiła krok do przodu, zamykając dystans, którego wcześniej nie przekraczała. Oparła dłonie o blat stołu, tuż obok rozrzuconych kart, pieniędzy i broni, nachylając się lekko, by znaleźć się w zasięgu jego spojrzenia. Nie obawiała się, wiedziała, że nie ma takiej opcji, by zrobił coś głupiego. Za jej plecami stało kilku funkcjonariuszy, gotowych zareagować w ułamku sekundy. - Mamy na ciebie całą teczkę - powiedziała spokojnie, unosząc lekko brew. - Naprawdę jesteś aż tak głupi, żeby myśleć, że przyszlibyśmy tutaj bez przygotowania? - jej głos był wyważony, ale w jego tonie nie było ani cienia wątpliwości.
- Mamy zeznania ludzi, którym ufałeś. Mamy zawartość twojej skrytki z sejfu w Prosperity Credit Union. Nielegalną broń, zapisy transakcji, listę kontaktów, których nie powinieneś nawet mieć w telefonie. Mamy nagrania. To wystarczy, żeby zamknąć cię na długie lata - na ułamek sekundy coś przemknęło przez jego twarz. Nie strach - j e s z c z e nie, ale drobne pęknięcie.
Wyprostowała się powoli, nie odrywając od niego wzroku, pozwalając tej jednej chwili wybrzmieć dokładnie tak jak powinna. - Weź głęboki oddech, kiedy będą cię wyprowadzać. To ostatni raz, kiedy oddychasz jako wolny człowiek - nie czekała na odpowiedź. Zrobiła krok, sięgając po jego nadgarstek z pewnością, która nie pozostawiała miejsca na sprzeciw. Ruch był szybki, wyuczony i pewny; metal zatrzasnął się z charakterystycznym kliknięciem, które przecięło powietrze ostrzej niż jakiekolwiek słowa.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Konsekwencje nie były już odległym masywem, do którego w nieokreślonym punkcie w przyszłości miał dotrzeć.
Konsekwencje były tu i teraz, zaszyte głęboko w nienawistnym spojrzeniu siedzącego na kanapie mężczyzny. Ciemne tęczówki Bianchiego były przesycone treścią - dla kogoś, kto potrafił ją odczytać. Kto go znał, wielokrotnie zamieniał z nim więcej niż jedno słowo, spędzał czas w tym zatęchłym zapleczu Mimmo's, w którym moralność była niczym wierzchnie odzienie, zostawiane na wieszaku przed przekroczeniem progu drzwi.
W jego oczach zawsze był p s e m, ale ten pies był lojalny. Carbone powierzał Maddenowi zadania, których nie złożyłby w rękach kogoś innego - właśnie dlatego, że detektyw nie drążył, nie patrzył tam, gdzie mógłby dostrzec coś trudnego do zignorowania. Wykonywał polecenia, z zaciśniętymi zębami, ale i ze świadomością braku postawionego przed nim wyboru. Ventresca miała nad nim przewagę, miała dowody wszystkich jego grzechów, które nie miały prawa ujrzeć światła dziennego. Carbone mógł go z n i s z c z y ć i właśnie dlatego miał pełne przekonanie o tym, że Rhys nigdy nie zwróci się przeciwko niemu.
I nie zwróciłby.
Gdyby nie Margo, z jej moralnością, której nie dało się zdjąć i odłożyć. Z jej spoglądaniem w te kąty, które powinny pozostać schowane w cieniu. Z jej niemożliwym do zniszczenia kompasem, którego igła zawsze wskazywała to, co powinna zrobić - to, co dążyło do sprawiedliwości.
Nie mógł jednak pokazać po sobie, że w jego wejściu do Mimmo's nie było własnych chęci. Musiał przywdziać to wszystko, co Margo nosiła ze swobodą, założyć jak maskę - jedną z tysiąca znajdujących się w jego arsenale. Musiał sprawić, by Bianchi uwierzył, że to wszystko było j e g o inicjatywą. Że nadal był tym p s e m, któremu tymczasowo zerwała się smycz, który kąsał rękę, która karmiła, by okazać swój sprzeciw.
Carbone nigdy nie mógł dowiedzieć się, że jego zdjęcie tkwiło przyklejone na samym środku mapy powiązań stworzonej przez Mercer.
Nigdy nie mógł obrać jej za swój cel.
Tkwienie w miejscu i sprawianie wrażenia obojętności było jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie przyszło mu zrobić na zapleczu Mimmo's - wtedy, gdy pochyliła się nad stołem pełnym kart, pieniędzy i błysku metalu broni. Gdy zbliżyła się tak do mężczyzny, który własnymi rękami pozbawił życia tak wielu z tych, którzy zaszli Ventresce za skórę. Nie mógł się wtrącać.
Ale jego wzrok ze skupieniem wpatrywał się w Bianchiego, gotowy zareagować natychmiast, gdyby mężczyzna choćby, kurwa, d r g n ą ł.
- Chyba wam się coś pojebało. To nie jest moja skrytka - odparł, w ten bezczelny sposób, w jaki kłamcy odpowiadali kłamstwem, nawet jeśli wszyscy wokół zdawali sobie sprawę z płynącego z ich słów fałszu. Mężczyzna drgnął, jego twarz nagle przykrył wyraz zamyślenia, jakby docierał do wniosków, które wcześniej nie przychodziły mu w ogóle do głowy. - Alessia...
Zaklął, gdy Mercer szarpnęła jego nadgarstkiem, zamykając na nim kajdanki. Policjantka sprawnie pociągnęła go w górę, wyćwiczonym ruchem obracając w stronę wyjścia, spinając nadgarstki ze sobą. Bianchi wydawał się na wpół wściekły, na wpół oszołomiony - świadomością tego, że jego własna żona wystawiła go na talerzu, że tak o d s ł o n i ł się przez te lata, zaślepiony miłością, która teraz przypieczętowała jego koniec.
Zatrzymał się nagle, gdy Margo pociągnęła go w stronę drzwi. Niespodziewanie rzucił się naprzód, popychając kobietę na ścianę pomimo wycelowanych w jego stronę broni, pomimo wszystkich osób przyglądających się jego aresztowaniu - pomimo tego, że jego los był przypieczętowany. Wszystkie mięśnie w ciele Maddena napięły się gwałtownie na widok ciała Bianchiego, pochylonego nad Mercer, której plecy uderzyły o ścianę.
- Myślisz, że kogoś kochasz, a ta osoba wbija ci nóż w plecy - prychnął, cicho, w tej przestrzeni, którą dzielili wyłącznie oni. Kobieta mogła wyłącznie dostrzec ruszającego w ich stronę deteketywa, który choć wiedział, że mogła sobie z Bianchim poradzić, nie zamierzał na to p a t r z e ć. - Wygląda na to, że wszyscy mają jakieś sekrety, prawda? Detektyw Merc...
Nazwisko, którego nie miał p r a w a wypowiedzieć - nie miał prawa w ogóle go z n a ć - ugrzęzło w gardle mężczyzny gdy Madden chwycił za materiał jego koszuli i szarpnął. Zimna furia błysnęła w jego oczach gdy pociągnął Bianchiego w tył, gdy pchnął go tymi dłońmi, które przeznaczone były wyłącznie do przemocy. Mężczyzna zatoczył się, rzucony w bok, wpadł na stół, na którym tkwiły dowody jego zbrodni. Stęknął, nabijając się na blat, twarzą lądując pośród kart i gotówki.
Gdy detektyw stanął obok niego, dostrzegł spojrzenie Bianchiego, zawieszone na leżącej tuż obok broni. Spojrzenie pełne wahania - świadomość swojej sytuacji zmieszana z głęboką potrzebą sięgnięcia po pistolet i wycelowania jej w jednego z policjantów.
- Na co czekasz? - wycedził, pochylając się nad mężczyzną, chwytając za jego kark i za złączone kajdankami nadgarstki. - Daj mi tylko, kurwa, pretekst. - cichy, gardłowy warkot wydostał się zza jego zaciśniętych zębów, którego adresatem były wyłącznie Luca Bianchi.
Pociągnął, stawiając go do pionu, pchnięciem posyłając w stronę drzwi i tkwiącej tam reszty funkcjonariuszy.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Konsekwencje nie były dla nich wspólne. Margo, stojąc naprzeciwko Bianchiego, wierzyła jeszcze, że to wszystko było ich sprawą, ich śledztwem, ich zwycięstwem. Używała tej liczby mnogiej z naturalną swobodą, jakby każde słowo, które padało z jej ust, było odbiciem rzeczywistości, a nie złudzeniem, w którym przyszło jej funkcjonować.
Tak naprawdę szła tą drogą s a m a.
To, co postrzegała jako wsparcie, jako partnerstwo było dla Maddena czymś zupełnie innym - próbą utrzymania kontroli nad sytuacją, nad nią, nad wszystkim, co mogło wymknąć się spod jego wpływu. Każdy jego krok, każda decyzja, każda interwencja miała swój ciężar, którego ona nie dostrzegała. On nie walczył o sprawiedliwość - walczył o czas, przewagę, o to, by prawda n i g d y nie wyszła na jaw.
Jej konsekwencje miały zupełnie inny wymiar. Nie widziała zagrożenia w ludziach takich jak Bianchi, nie w tym momencie. Widziała je po swojej stronie; w strukturach, które omijała, w procedurach, które naginała, w przełożonych, przed którymi nie miała zamiaru się tłumaczyć, dopóki nie będzie za późno, by cokolwiek zmienić. Collins, kapitan, cała ta machina, która powinna była ją prowadzić, a którą świadomie zostawiała za plecami.
Szła pod prąd, pod górę, coraz dalej z tą samą upartością, która pchała ją teraz w sam środek tego miejsca. Nie przygotowała się jednak na to, co wydarzyło się chwilę później - na ruch Bianchiego, który był nagły, brutalny i pozbawiony logiki, a przez to jeszcze bardziej niebezpieczny. Uderzenie przyszło szybciej, niż zdążyła zareagować; ciężar jego ciała wbił ją w ścianę z siłą, która wyrwała powietrze z płuc. Ból rozlał się po jej plecach, ostry, palący, skupiony gdzieś na wysokości żeber, rozchodzący się promieniście wzdłuż kręgosłupa. Skrzywiła się mimowolnie, czując, jak na ułamek sekundy traci kontrolę nad własnym oddechem.
Był od niej większy, cięższy i silniejszy, nawet skuty nie potrzebował wiele, by ją przygwoździć.
- Spierdalaj - warknęła, głosem zduszonym, ale wciąż twardym, odzyskując powietrze szybciej, niż powinna. Nie zdążyła zrobić nic więcej, bo Madden był przy nim n a t y c h m i a s t. Zareagował gwałtownie, precyzyjnie - pełen tej furii, którą trudno było pomylić z czymkolwiek innym. Oderwał go od niej, szarpnął, rzucił w bok z siłą, która na moment odciągnęła uwagę wszystkich w pomieszczeniu. Ona z kolei wyprostowała się, czując, jak adrenalina skutecznie tłumi resztę bólu, jak ciało ignoruje sygnały, które normalnie kazałyby jej się zatrzymać.
Zbliżyła się znów, tym razem ostrożniej, kontrolując każdy krok, każdy ruch, nie spuszczając z niego wzroku. Gdy Madden trzymał go już pewnie, przygważdżając do stołu, pochyliła się lekko, na tyle, by jej słowa dotarły wyłącznie do niego. - Alessia była b a r d z o rozmowna - rzuciła cicho, niemal miękko, z cieniem satysfakcji przebijającym się przez ton. - Znam każdy szczegół twojego życia - zatrzymała spojrzenie na jego twarzy przez sekundę dłużej, pozwalając, by sens tych słów w niego uderzył. - Z przyjemnością przekręcę ten nóż, który wbiła ci plecy - wyprostowała się bez pośpiechu, pozwalając by detektyw wyprowadził go z budynku.
Na zewnątrz chaos powoli ustępował miejsca uporządkowanemu działaniu. Funkcjonariusze zamykali kolejne osoby w radiowozach, krótkie komendy przecinały powietrze, a napięcie, które jeszcze chwilę temu było niemal namacalne, zaczynało opadać.
Bianchi jednak nie przestawał się szarpać, nawet gdy doprowadzili go do samochodu. - Zniszczę cię, suko - wycedził w jej stronę, gdy tylko miał okazję, jego głos był niski, przepełniony jadem. - Będziecie błagać o wybaczenie - nie odpowiedziała; obserwowała, jak Madden pakuje go do środka, jak jego ruchy stają się bardziej szorstkie, bardziej zdecydowane, jakby chciał zakończyć to jak najszybciej.
Mężczyzna spojrzał na nich jeszcze raz i wtedy, zanim drzwi się zamknęły, wychylił się lekko. - Uważaj, komu ufasz - słowa zawisły w powietrzu ciężej, niż powinny. Jego wzrok wrócił do Maddena, a coś w tej krótkiej wymianie sprawiło, że w głowie Margo zapaliła się kolejna, niepokojąca lampka. Druga tego dnia - niewielka, ledwie zauważalna, ale o b e c n a.
Podobnie jak wcześniej, tę też zignorowała. Odeszła kilka kroków w bok, oparła się plecami o samochód Rhysa i przymknęła oczy na trzy uderzenia serca.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał ten widok przed swoimi oczami niemal każdego wieczora, który spędzał w Mimmo's.
Obraz t e g o dnia, gdy uda mu się całkowicie odwrócić swoją sytuację. Mistycznego dnia, w którym zgromadzi odpowiednią ilość dowodów, w którym po latach uda mu się rozpracować Ventrescę od środka. Wyobrażał sobie jak mogłoby to wyglądać. Jak błyszczałoby szkło ze zbitych szklanek leżących na ziemi, jak szamotałyby się skute przez policjantów ciała.
Wyobrażał sobie Mimmo's, skąpane w odcieniach błękitu i czerwieni wpadających do środka przez uchylone wejście. Ten widok dodawał mu otuchy - tworzył złudne wrażenie, że taka wizja rzeczywistości była osiągalna.
A teraz się spełniła, ale nie w sposób, którego oczekiwał.
To nie za jego sprawą w pubie pojawiła się policja, to nie jego śledztwem udało się doprowadzić do nakazu aresztowania chociażby jednego z grubszych ryb pracujących dla Carbone'a. Funkcjonariusze wkraczający do wnętrza pubu przeprowadzali być może ostatni nalot w historii działania tego lokalu - a może jedynie jeden z wielu, które ten już miał za sobą, funkcjonując na granicy prawa, wykorzystując odpowiednie furtki.
On nie miał żadnej furtki.
Ta jedna rzecz nie zgadzała się z jego wyobrażeniami - nie chodziło o to, że to Margo prowadziła śledztwo, ani nawet o to, że ona zgromadziła dowody. Wiedział, że w jej oczach to wszystko było ich wspólnym osiągnięciem, a przecież nawet on nie był na tyle egocentryczny by zakładać takie osiągnięcie bez żadnego wsparcia partnera.
Ale w jego wyobraźni stał już po w ł a ś c i w e j stronie.
Nie targały nim żadne sprzeczności gdy wkraczał do środka, nie ogarniała go ta apatia i zimna, pełna kalkulacji furia, która przejmowała nad nim kontrolę zawsze, gdy wychodził na spotkanie z Carbone'm. Wkraczał do środka pewny tego, że to wszystko było dobrym zakończeniem, końcem jakiegoś epizodu, który trzymał jego życie w swoich szponach zbyt długo.
Tymczasem on wciąż w nim tkwił.
Gdy nachylała się nad szamoczącym się ciałem Bianchiego, stał z boku, z głową zwieszoną w dół, wzrokiem utkwionym w mężczyźnie. Jego klatka piersiowa unosiła się w górę i w dół, ciężko, naprędce, dłonie zwinęły w pięści - dłonie, którymi wcześniej unieruchomił jego nadgarstki, pchnął na stół pełen pranych pieniędzy i dowodów zbrodni. Nie miał na sobie błękitnego uniformu, który opinał piersi towarzyszących im funkcjonariuszy. Jego odznaka tkwiła schowana głęboko w płaszczu, w półmroku panującym na zapleczu błyszczała jedynie wyeksponowana broń, nadal schowana w kaburze. Był detektywem - nie miał uniformu.
A jednak stojąc w neonowym wnętrzu Mimmo's, miał nieodparte wrażenie, że przypominał bardziej tych, którzy teraz byli wyprowadzani skuci na zewnątrz.
Mrugnął, a zimne powietrze uderzyło w jego twarz gdy wyprowadzał Bianchiego na zewnątrz. Jego słowa zlewały się w potok niezrozumiałych gróźb, które jednocześnie zupełnie do niego nie trafiały, jak i zapisywały się głęboko w podświadomości. Zimny deszcz spływał na jego włosy i kark gdy wpychał go siłą do samochodu, gdy chwytał za drzwi pojazdu i z hukiem je zatrzaskiwał.
Bez jego słów, wokół nastała cisza. Udało im się, a jednak uczucie wypełniające go teraz od środka było dalekie do poczucia zwycięstwa.
- Po wszystkim - mruknął, wypełniając pustkę, która nastała między nimi gdy znaleźli się przy jego samochodzie. Mokre od wody kosmyki włosów opadały na jego czoło, barwiły płaszcz głęboką czernią gdy materiał nasiąkał deszczem. Świadom obecności funkcjonariuszy wszędzie wokół, nie ośmielił się skrócić między nimi dystansu - ale jego wzrok przeskanował kobiecą sylwetkę pośpiesznie, pragnąc upewnić się, że Bianchi niczego jej nie zrobił. - Niczego ci nie zrobił?

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wierzyła, że ludzie byli tak bardzo ś l e p i.
Nie było prostego wyjścia z takich miejsc jak Ventresca.
To nie był świat, do którego się zaglądało na chwilę, by później wrócić do własnego życia, strzepując z ramion kurz i zapominając o tym, co widziało się w środku. To była przestrzeń, która wciągała powoli, niemal niezauważalnie, oplatała człowieka cienkimi nićmi zależności, zobowiązań i milczenia, aż w pewnym momencie nie było już jasne, gdzie kończyła się granica wyboru, a zaczynała konieczność.
Kusiła, obiecywała więcej niż zwykła codzienność była w stanie zaoferować, podnosiła standard życia, dawała dostęp do rzeczy, które dla innych pozostawały poza zasięgiem. Pieniądze, wpływy, poczucie kontroli, złudzenie bezpieczeństwa. A jednocześnie odbierała w s z y s t k o, co naprawdę miało znaczenie - wolność decyzji, spokój, możliwość odejścia. W tym świecie każdy krok naprzód był jednocześnie krokiem głębiej, a każda korzyść miała swoją cenę, której nie dało się już później negocjować.
To nie był układ, z którego można było się wycofać bez konsekwencji. To była struktura, która nie pozwalała odejść, która zamiast drzwi wyjściowych oferowała jedynie kolejne korytarze prowadzące jeszcze dalej w dół.
Rhys był częścią tego świata, niezależnie od tego, jak bardzo próbował to przed nią ukryć. Nie istniała dla niego ścieżka, która pozwoliłaby mu wycofać się niezauważenie, zamknąć ten rozdział i wrócić do miejsca, w którym wszystko było prostsze. Był w to uwikłany zbyt głęboko, znał zbyt wiele, zrobił zbyt dużo, by ktokolwiek pozwolił mu po prostu odejść.
W oczach ludzi takich jak Bianchi czy Carbone był jednym z nich - może innym, może funkcjonującym na granicy dwóch światów, ale wciąż należącym do tej samej układanki. I nawet jeśli teraz stał po stronie prawa, nawet jeśli prowadził go w kierunku, który miał przynieść sprawiedliwość, jego obecność w Mimmo’s nie była czysta. Nie była wolna od ciężaru tego, co zostawiał za sobą.
Margo tego nie widziała. Nieświadomość po raz kolejny była dla niej schronieniem, miejscem, w którym wszystko układało się w logiczną całość. Widziała w nim partnera, wsparcie, kogoś, kto stał obok niej w tej samej sprawie, z tym samym celem. Jego napięcie tłumaczyła sytuacją, jego milczenie - skupieniem, jego spojrzenie - ciężarem chwili. Nie dopuszczała do siebie innych możliwości, bo nie miała powodów, by to robić. W jej świecie wszystko wciąż miało sens.
A ten moment należał do niej. Poczucie zwycięstwa rozlewało się w jej wnętrzu powoli, zastępując wcześniejsze napięcie czymś znacznie spokojniejszym, bardziej stabilnym. Adrenalina ustępowała miejsca pewności, że zrobiła dokładnie to, co powinna była zrobić; że jej kompas moralny nie zawiódł, że decyzje, które podejmowała, prowadziły ją we właściwym kierunku.
Deszcz spływał po jej kurtce, wsiąkał w materiał, chłód osiadał na skórze, ale nie miało to dla niej znaczenia. Hałas wokół, komendy, zatrzaskiwane drzwi radiowozów, poruszenie funkcjonariuszy - wszystko to było tłem dla jednego, prostego faktu. Doprowadziła go tutaj, zatrzymała go.
Zerknęła na Rhysa, pozwalając sobie na cień uśmiechu, który pojawił się i zniknął niemal natychmiast. - Nie - pokręciła głową spokojnie, choć każdy ruch przypominał o bólu rozchodzącym się wzdłuż żeber. - Możesz odetchnąć, wszystko jest w porządku - gdyby mogli być sami, zrobiłaby więcej. Skróciłaby dystans, dotknęła go, może nawet przyciągnęła do siebie, pozwalając emocjom znaleźć ujście w czymś prostszym niż słowa. Teraz jednak stała tylko naprzeciw niego, zatrzymując to wszystko gdzieś pod powierzchnią.
Być może dlatego ta myśl wróciła. Niewygodna, uporczywa, nie do końca uformowana, ale obecna. Krążyła gdzieś na granicy świadomości, domagając się uwagi, której nie chciała jej poświęcić - obraz jego biurka, akta i notatki. Spojrzenie Bianchiego skierowane nie na nią, a na niego. - Rhys… - zaczęła, ale telefon w jej dłoni zawibrował, przerywając tę jedną chwilę, w której mogłaby zapytać. Wyciągnęła go z kieszeni, krzywiąc się lekko, gdy ekran rozświetlił się znajomym nazwiskiem. - Collins chyba nie jest zachwycony tym, że zwozimy mu świadków, o których nawet nie wiedział - rzuciła sucho, po czym bez wahania odrzuciła połączenie, nie mając najmniejszej ochoty na tę rozmowę. Nie teraz, nie w tej chwili, gdy wszystko wciąż było świeże, gdy nie chciała jeszcze mierzyć się z konsekwencjami własnych decyzji.
Uniósłszy lekko brew, spojrzała na niego uważniej. - Wszystko gra? - zanim zdążył odpowiedzieć, podszedł do nich jeden z funkcjonariuszy dowodzących akcją, a jego obecność wprowadziła wreszcie porządek do tego, co jeszcze chwilę temu było chaosem. - Podejrzani są zabezpieczeni, transport jest w drodze. Technicy wchodzą do środka - Margo skinęła głową. I choć wszystko wskazywało na to, że ten dzień należał do niej, gdzieś głęboko pozostawało to jedno, ciche pytanie, którego nie zdążyła jeszcze zadać.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”