W chwili gdy drzwi się otworzyły, poczuła się lżej, pewniej, jakby napięcie, które do tej pory oplatało ją ciasno, wreszcie znalazło ujście w czymś konkretnym i namacalnym.
Nie szukała w jego spojrzeniu odpowiedzi na wszystkie pytania, które kiedyś by ją dręczyły; nie analizowała każdego cienia, każdego niedopowiedzenia. Może nie znalazła tam wsparcia, ale nie zatrzymywał jej, nie podważał decyzji, nie próbował wycofać, a to, wbrew wszystkiemu, znaczyło więcej niż jakiekolwiek słowa. Nawet jeśli wciąż czuła, że gdzieś pod powierzchnią pozostawał upór, którego nie rozumiała - nie pozwalała sobie na zatrzymanie się przy tym teraz.
Adrenalina pulsowała w jej żyłach z siłą, która odbierała zdolność chłodnej analizy, ale jednocześnie wyostrzała każdy zmysł. Wiedziała, że jest blisko - bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Luca Bianchi nie był kolejnym nazwiskiem w aktach, nie był przypadkowym celem, który można było odhaczyć i zapomnieć. Był ogniwem, ciężkim i istotnym, takim, które ciągnęło za sobą cały łańcuch. Grubą rybą, która nie kończyła sprawy, lecz ją otwierała szerzej.
Za nim kryło się coś większego, co od początku majaczyło gdzieś na granicy ich działań, w cieniu, do którego dopiero się zbliżali. Każdy krok, każda decyzja, każde przekroczenie granicy prowadziło ich w jednym kierunku - ku samemu sercu tego układu, ku miejscu, w którym czekał
Sergio Carbone.
Ta świadomość budziła w niej wyłącznie determinację. Szła po n i e g o, krok po kroku, uparcie, bez zawahania.
Nie zauważyła momentu, w którym drgnęła. Jej ciało podjęło decyzję szybciej niż umysł, odcinając resztę świata jednym, krótkim impulsem. Kontakt wzrokowy z Maddenem urwał się gdzieś po drodze, zastąpiony ruchem, napięciem mięśni, chłodem broni w dłoni. Kiwnęła głową, niemal odruchowo i ruszyła przed siebie, wchodząc do Mimmo’s z tą pewnością, która nie zostawiała miejsca na wahanie.
Wnętrze uderzyło ją od razu ciężkim powietrzem, zapachem alkoholu i dymu; spojrzeniami, które przylegały do skóry jak coś brudnego i lepkiego. Każda para oczu niosła w sobie coś więcej niż ciekawość - coś skażonego, przyzwyczajonego do przemocy, do życia na granicy prawa i poza nim. Szła jednak dalej, nie zwalniając, przecinając tę przestrzeń z chłodną precyzją, ignorując chaos, który rozgrywał się wokół.
Zatrzymał ją dopiero mężczyzna, szeroki w barach, pewny siebie, próbujący stanąć jej na drodze, jakby naprawdę wierzył, że mógłby ją powstrzymać. Uniosła wzrok, mierząc go krótkim, twardym spojrzeniem, w którym nie było miejsca na negocjacje.
- Odsuń się - rzuciła spokojnie, bez podnoszenia głosu, ale z taką stanowczością, która nie pozostawiała przestrzeni na sprzeciw.
- Nie utrudniaj sobie życia bardziej, niż już to robisz - nie zdążyła jednak zrobić kolejnego kroku, bo Madden znalazł się przed nią, a sytuacja rozegrała się szybciej, niż mogłaby zareagować. Jeden ruch, butelki przewracające się na blacie, ciężar ciała przyciśniętego do drewna - wszystko to zlało się w jeden obraz, brutalny i skuteczny.
Margo nie drgnęła, nie próbowała interweniować. Jej dłoń opadła obok głowy mężczyzny, kładąc na blacie kartkę papieru, bardziej dla porządku niż z potrzeby.
- Proszę, to nasze zaproszenie - powiedziała chłodno, bez zainteresowania jego losem.
Nie oglądała się za siebie, nie poświęcała dłużej uwagi temu, co jej p a r t n e r robił, bo jej cel - ten jeden konkrety, ten po którego tutaj przyszła, znajdował się dalej.
- Drzwi na zaplecze - rzuciła krótko do najbliższego funkcjonariusza, wskazując kierunek.
Tyły Mimmo's było dokładnie tym, czego się spodziewała. Niskie światło, zadymione powietrze, ciężar rozmów, które urwały się w jednej chwili. Stół, karty rozłożone między palcami, szkło, alkohol, twarze, które nie drgnęły, choć sytuacja wymknęła się spod kontroli. Ci ludzie nie uciekali, nie padali na ziemię, o b s e r w o w a l i.
Byli tymi, których Rhys nazywał
niebezpiecznymi.
Jej wzrok odnalazł go od razu. Luca Bianchi siedział spokojnie, oparty wygodnie, jakby wszystko, co działo się wokół, było jedynie chwilową niedogodnością. Parszywy uśmiech przeciął jego twarz, gdy ich spojrzenia się spotkały. - Z jakiej okazji to
przedstawienie? - zapytał lekko, niemal znudzony, jakby nie pierwszy raz znajdował się w takiej sytuacji i doskonale wiedział, jak się ona skończy.
Mercer zrobiła krok do przodu, upewniając się jednym, szybkim spojrzeniem, że przestrzeń za nią jest zabezpieczona. C z u ł a obecność Maddena zanim jeszcze go zobaczyła, stał tam, gdzie powinien - dokładnie tam, gdzie
zawsze był.
- To twój koniec, Bianchi - odpowiedziała spokojnie, zatrzymując się naprzeciw niego, ale on spojrzał
za nią.
Rhys Madden