Strona 2 z 2

met you when my heart was bleeding

: wt kwie 21, 2026 6:17 am
autor: Finn Arden
Nie przywiązywał się do ludzi. Nigdy. Za każdym razem, gdy udało mu się stworzyć bliższą relację... gdy otwierał serce na kogoś, gdy burzył mury, które budował wokół siebie latami, coś stawało na przeszkodzie albo coś najzwyczajniej się sypało, odsłaniając jego wrażliwe, niczemu niewinne serce, które przyjmowało kolejne uderzenia i kopnięcia z taką siłą, że ciało słabło, trudniej było mu się pozbierać... a samo podniesienie się, zbudowanie z powrotem tego wieloletniego, grubego muru, zajmowało mu miesiące.

z a u f a n i e

Zabawne słowo, które nie miało dla niego żadnego znaczenia. Lubił wzbudzać zaufanie u ludzi. Poza zimną powłoką, maską, w głębi krył się naprawdę przemiły, czuły chłopak. Okazywał uczucia, gesty, uwielbiał dawać innym ludziom fizyczność, jednak robił to bez odczuwania żadnych głębszych emocji. Bo gdy włączy emocje, gdy odczuje ten charakterystyczny ucisk, który miał rozbudzić w nim człowieczeństwo, wiedział, że już nie będzie odwrotu. Wiedział, że będzie mógł z tym uczuciem walczyć, a ono nieubłaganie będzie do niego wracało. Ostatnim razem czuł to w momencie, gdy stracił swojego mentora, który odszedł na jego oczach.To był ostatni raz, gdy jego serce biło zsynchronizowane z falami drugiego człowieka.

Już nigdy więcej.

Wmawiał sobie to każdego dnia, jak cholerną mantrę, którą powtarza się tak długo, aż w końcu zaczyna brzmieć jak prawda. I przez długi czas działało. Naprawdę działało. Aż do teraz. Aż do chwili, w której znalazł się w tym przeklętym klubie, dokładnie w tym samym czasie co ona. Gdy jego spojrzenie osiadło na jej twarzy, potem zeszło niżej, po linii ciała, jakby próbował zrozumieć, dlaczego właśnie ona tak brutalnie wytrąca go z równowagi. Gdy jej dotknął. Gdy na krótką, niemal ulotną chwilę złączył z nią usta, odbierając z nich kawałek cytryny, a mimo to miał wrażenie, jakby wydarzyło się coś o wiele większego niż tylko ten jeden, głupi gest. Nie potrafił powiedzieć, skąd brała się ta ciekawość. Dlaczego właśnie ona rozsadzała od środka wszystko to, co tak starannie w sobie poukładał. Kiedyś czytał o czerwonej nici. O tej absurdalnej, niewidzialnej sile, która podobno splata ze sobą ludzi na długo, zanim oni sami zdążą to zauważyć. O poczuciu, że trafiasz na kogoś dokładnie wtedy, kiedy powinieneś, jakby czas od początku prowadził was ku sobie bocznymi ulicami, przypadkami, spojrzeniami rzucanymi gdzieś mimochodem. I może ta osoba mijała cię już wcześniej. Może była gdzieś obok, w zasięgu wzroku, setki razy, ale pozostawała tylko rozmytym kształtem w tle. Aż przychodził ten jeden moment. Ten właściwy.I nagle widziałeś naprawdę.

Chyba za dużo wypił. Na pewno za dużo wypił. To nie działo się naprawdę. W jednej chwili się z nią drażnił, w drugiej ratował ją z opałów, w trzeciej tańczył blisko niej na parkiecie, dając się porwać chwili, a w czwartej niósł ją przez ramię, gdy waliła go w łopatki jak oszalała. Przewracając oczami, krzyknął, - Mocniej! Nic nie czuję! - Zaśmiał się pod nosem, a gdy usłyszał ten jej głupawy chichot, gdy tak zwisała z jego ramienia, musiał przyznać, że naprawdę jego samego też to rozbawiło i sam chichrał się pod nosem. - A dostanę okup?! - rzucił żartobliwie, przemierzając drogę na zewnątrz. Stawiając ją na nogi, ścisnął mocno jej dłoń, żeby mu nie uciekła. Uniósł brew, słuchając jej przemiłych komentarzy. - Mhm, z wzajemnością, kochanie - posłał jej buziaka w locie, po czym przysunął ją do siebie i podniósł rękę ku górze, lekko unosząc ją tym samym, zbliżając jej twarz do swojej. - To ty napanoszyłaś się na moją drogę! Sprzątam bałagan, który po sobie narobiłaś i robisz tą swoją głupotą i frywolnością! - Rzucił zirytowany, wpatrując się w jej oczy, a po chwili zsunął ją z powrotem na ziemię, luzując uścisk. Może to nie był za dobry pomysł, żeby spędzać z nią więcej czasu, ale wolał nie myśleć, co jeszcze mogłaby odwalić, gdyby faktycznie ją tutaj zostawił. Kącik ust uniósł mu się delikatnie i pokiwał głową z niedowierzania. - Mój strój jest zajebisty. Pannie Crawford się podobał. - uśmiechnął się do niej, chcąc jej przypomnieć, że zepsuła mu randkę. - Swoją drogą, przez ciebie będę musiał znowu się z nią spotkać. Mało co mi reputacji nie popsułaś. - Prychnął pod nosem, a kiedy wyciągnął telefon, by wpisać adres, nagle poczuł dziwne zderzenie z własną klatką piersiową.

Mrugnął kilka razy i zerknął w dół, zdając sobie sprawę, że się w niego wtuliła. Poczuł ciepło przechodzące przez jego klatkę. Zwykle to on decydował o następnych ruchach albo wiedział, czego może spodziewać się od innych na randkach, ale to? Ta spontaniczność... nie był do tego przyzwyczajony. Jej kolejne słowa przywróciły go do rzeczywistości, powodując, że parsknął pod nosem. Poklepał ją po główce jak jakiegoś pieska, po czym zsunął dłoń wzdłuż jej pleców, by po chwili zetknąć ich spojrzenia. - Alkohol? Coś się znajdzie, ale tobie na dzisiaj wystarczy. - spojrzał na nią wzrokiem typu listen to me, I’m not fucking around, a potem dodał. - Poza tym możemy zatrzymać się w sklepie koło mnie. Możemy kupić coś do jedzenia i szczoteczkę do zębów. Nie podzielę się swoją. - W sumie Arden lubił zawsze mieć dodatkowe szczoteczki i wszystkie inne potrzebne rzeczy dla swoich jednonocnych gości, jednak tym razem akurat nie miał już nic na stanie, więc przy okazji zrobiłby sobie mały stock up. Uniósł telefon do twarzy i wrzucił swój adres w apkę. - Dobra, za jakieś pięć minut będzie. Chodź, zmarzlaku.- Zmarszczył brwi i objął ją mocno ramionami, sprawiając, że wtuliła się w niego jeszcze mocniej. Było to dziwne uczucie... ale przyjemnie... n a t u r a l n e? You’re a bad idea
but a real good time
𝓶𝔂 𝓼𝓸𝓵𝓾𝓵𝓾

met you when my heart was bleeding

: czw kwie 23, 2026 2:10 pm
autor: eleanor o'cahallan
Nie przywiązywała się do ludzi. Nigdy.


Przywiązanie było synonimem uwiązania, a ona… ceniła sobie wolność, która pozwalała nie czuć ciężaru cudzych oczekiwań. Skupiała się na zabawie - zabawa nie zadawała pytań i nie oczekiwała, że Eleanor zdejmie szpilki, zmyje makijaż i pokaże to, co kryło się pod spodem, bo pod spodem kryła się mała, przerażona dziewczynka, która nienawidziła wracać do pustego mieszkania. No i właśnie dlatego zamiast otworzyć przed kimś serce, otwierała kolejną butelkę szampana. Pojawiała się w czyimś życiu jak tornado, robiła spektakularny bałagan i znikała, zanim zdążył opaść kurz, bo nie bała się odrzucenia. Bała się pozostania. Bała się pokazać komuś swoją ciszę, która pojawiała się za każdym razem, gdy przestawała grać głośna muzyka, śmiech cichł i zostawało tylko okrutne uczucie pustki. Mocniej! Nic nie czuję! Zaśmiała się pod nosem i klepnęła swojego nowego przyjaciela w pośladek. - Zapamiętam - odparła uroczo, dalej wisząc na jego ramieniu jak worek ziemniaków. Miała nadzieję, że przynajmniej prezentowała się jak najpiękniejszy worek ziemniaków w Toronto i była wdzięczna brunetowi, że pomyślał o przytrzymaniu jej sukienki, żeby nie świeciła swoimi pięknymi pośladkami przed publicznością. Na szczęście już chwilkę później stała na własnych nogach i znów celowała w niego palcem. A dostanę okup?! - Prędzej ja dostanę syndrom sztokholmski - odpowiedziała ciszej, mrużąc oczy.

Jakby się tak zastanowić - to było bardzo przyjemne porwanie i nie czuła potrzeby ucieczki. Ba, po prostu już planowała przeniesienie zabawy gdzieś indziej. Była elastyczna i potrafiła dostosować się do nowych warunków z prędkością światła, a skoro parkiet został jej odebrany, zamierzała sobie stworzyć nową scenę. Tutaj. Urządzić scenę też potrafiła, a jakże, hold my torebka. - Skoro sprzątanie po mnie tak bardzo cię boli, to trzeba było zostać z panną Crawford. Ona pewnie nawet pije wodę zgodnie z instrukcją obsługi - mruknęła, przyglądając się z zainteresowaniem swoim paznokciom. A piękne miała te pazy, czekoladowy lakier i płatki złota, h o t. Zaraz jednak przeniosła wzrok na bruneta i przewróciła oczami, bo owszem, mogła być frywolna, ale była też bystra i spostrzegawcza. Zmrużyła oczy, nie uginając się pod ciężarem jego spojrzenia, co to, to nie. - Poza tym wyglądasz na kogoś, kto uwielbia bałagan. Spójrz na siebie. Wciąż tu jesteś. Niesiesz mnie, trzymasz za rękę i kłócisz się ze mną, jakby to była najlepsza zabawa, jaką miałeś od lat. Więc kto tu jest głupszy? Ja, bo robię bałagan, czy ty, bo nie potrafisz przestać go sprzątać? - zauważyła, po czym wzruszyła ramionami, jakby odpowiedź na to pytanie była co najmniej oczywista. Polubił ją. Była o tym przekonana, bo… sama też go polubiła. Gdyby miała szósty zmysł, na pewno widziałaby dookoła nich skrzące się iskierki. Iskry. Płomienie. Stanęła na palcach, żeby znaleźć się bliżej jego twarzy. - Zróbmy razem ba-ła-gan. Pierdol reputację - powiedziała cicho, jak jakiś chochlik albo inne złe sumienie, z leciutkim uśmiechem na twarzy. Opadła z powrotem na pięty i zaczęła kreślić ósemki we wnętrzu jego dłoni. Nie musiał być taki porządny. Nie musiał po niej sprzątać. Mógł razem z nią być cholernie niepoprawny.


Me and you
Me and you are fireproof


Ahh, potrzebowała takiego kompana, przy którym mogłaby poczuć się niezniszczalna... Ale, chwila, co? Nagle zmarszczyła brwi, jakby przypomniało jej się coś bardzo istotnego. Swoją drogą, przez ciebie będę musiał znowu się z nią spotkać. Tak chyba powiedział, nie? Co to miało znaczyć? Cóż, wystarczyło zapytać! - Chwila moment, jak to będziesz musiał znowu się z nią spotkać? Płacą ci za randki czy jak? Nie możesz jej po prostu spławić? - spytała, opierając podbródek o jego koszulę i zerkając w górę. Bardzo. Ładnie. Pachniał. Mmm. A jakie brzydkie rzeczy mówił! Że niby jej wystarczy już alkoholu?! No heloł, no jak niby?! - No chyba tobie dzisiaj wystarczy, ja się czuję świetnie, najwyżej kupię sobie martini w sklepie i mnie nie powstrzymasz - zaśmiała się krótko, dalej wlepiając w niego swoje orzechowe oczy i przyglądając się mu uważnie, gdy tak zamawiał taksówkę, a potem… objął ją ramionami. Yay... Win-win. - Nonareszciedziekujebardzo - wymruczała w jego koszulę z szerokim uśmiechem na twarzy. To było bardzo miłe, tak swoją drogą. Mieć u swojego boku kogoś, kto chciał pomóc. Kogoś, przy kim mogła poczuć się bezpiecznie. Kogoś, na kim mogłaby… polegać? Hm… Nie zastanawiała się dłużej, bo zaraz przyjechała taksówka. Podskoczyła w jego ramionach, po czym zaczęła zmierzać w stronę auta, nie wypuszczając go z objęć. Musiało to wyglądać komicznie, ale hej, raz się umierało, a każdego dnia się żyło. - Yaaaay, wycieczka! - ucieszyła się, gdy już znaleźli się w środku (jakimś cudem xD). Jakie to było cudowne uczucie! Niczym się nie przejmować, po prostu jechać w nieznane. W taksówce. Z facetem z klubu. YAY!


I just wanna be your muse…


Gdy kierowca ruszył, bezceremonialnie usadowiła się na kolanach bruneta i objęła go za szyję, a następnie, skoro i tak cały tył mieli dla siebie, wyciągnęła nogi na siedzeniu obok. Przyjrzała się twarzy swojego Sztywniaka i zbliżyła swój nos do jego nosa. No i znowu zachichotała. - Masz bardzo ładne oczy - powiedziała, przechylając głowę na bok. Seryjny zabójca nie mógł mieć takich pięknych, chmurnych oczu, prawda? A zresztą, kto by się tym przejmował? Najwyżej zostanie gwiazdą porannych gazet. Młoda prawniczka zamordowana w… taksówce? Piwnicy? Basenie? Tak naprawdę mógłby zabić ją gdziekolwiek chciał. - Ojeju, buty mnie obtarły, ale beznadzieja - wymruczała chwilę później, unosząc do góry nogę. Znów zmarszczyła brwi, przyglądając się swoim morderczym, wysokim szpilkom. No i decyzja zapadła w ułamku sekundy. Chwilę później szyba w Uberze zjechała w dół, wpuszczając do środka chłodne, nocne powietrze. Kochała czuć ten chłód na policzkach, ale teraz nie miała czasu, żeby się delektować, dobra? Jednym sprawnym ruchem zsunęła pierwszego buta z pięty i po prostu... wyrzuciła go przez okno. Sekundę później to samo stało się z drugim. Oparła bose stopy o skórzaną tapicerkę i znów wtuliła się w bruneta, zupełnie nie przejmując się faktem, że właśnie została boso w środku nocy z obcym facetem. Nawet nie znała jego imienia, lol. - Wolność i swoboda - wymamrotała w jego szyję, już planując złożyć na jego skórze pocałunek, kiedy… zatrzymali się pod jakimś budynkiem. A, dojechali na miejsce, no tak. Było ciemno, nic nie widziała... I nie miała butów. Ups. - No, to teraz będziesz musiał zanieść mnie na górę i dać mi plasterek - wymruczała, zawieszając wzrok na jego ustach, a potem powoli przenosząc go na jego oczy. Posłała mu najbardziej bezczelne, a zarazem rozbrajające spojrzenie, na jakie było ją stać.

Zachowywała się jak wariatka z jednego prostego powodu - skoro ledwo udało jej się uniknąć gwałtu, nie miała już nic do stracenia.

No i skoro i tak stała nad przepaścią, równie dobrze mogła tam zatańczyć, prawda?

𝑚𝑦 𝑑𝑒𝑙𝑢𝑙𝑢

met you when my heart was bleeding

: ndz kwie 26, 2026 10:10 pm
autor: Finn Arden
trigger warning
bullying, trauma
Uwielbiał mieć wszystko pod kontrolą.

Odkąd wylądował w domu dziecka. Odkąd był przerzucany z jednego domu do drugiego. Odkąd słyszał z ust ludzi, którzy wtedy mieli być dla niego czymś w rodzaju opoki, wsparcia, namiastki domu, że jest nic niewarty. Że nie zna swojego miejsca. Że powinien być wdzięczny za cokolwiek, nawet jeśli to cokolwiek smakowało upokorzeniem.

₊˚ ✧ ━━━━⊱Trzynaście lat wcześniej⊰━━━━ ✧ ₊˚

Jakiś rok po odejściu Pilar, Finn został przygarnięty do domu zastępczego państwa Rosevelt. Z początku ta cała otoczka rodzinnego ciepła, którego wcześniej właściwie nigdy nie zaznał, wydawała się niemal nierealna. Jak coś, co ogląda się przez szybę w cudzym oknie, jednak nie jestes tego częścią. Tylko że to ciepło zniknęło z prędkością światła. Uczucie przynależności? Rozsypało się w ciągu siedmiu dni.
- Finnegan! Do cholery jasnej! Kolacja zaczęła się dwie minuty temu! - krzyknęła pani Rosevelt z dołu, z kuchni. Finn, który ledwo wrócił ze szkoły, zbiegł po schodach, czując, jak stres ściska mu żołądek. Nie chciał znowu czegoś zepsuć. Nie chciał znowu dać im powodu, żeby patrzyli na niego w ten sposób. Jak na problem. Jak na ciężar. Jak na kogoś, kogo trzeba tolerować tylko dlatego, że papierkologia już została podpisana. Pan Rosevelt siedział już przy stole. Wokół niego szóstka innych przybranych dzieci i dwójka biologicznych, którzy od pierwszego dnia patrzyli na Finna z tym cichym, złośliwym zadowoleniem ludzi pewnych, że ich miejsce w tym domu jest nietykalne. - Przepraszam, niedawno wróciłem ze szkoły. Już siadam - powiedział cicho, podchodząc do stołu. Dopiero wtedy zauważył, że jego krzesło było odstawione na drugi koniec kuchni, pod samą ścianę. Pani Rosevelt nawet na niego nie spojrzała. Wyprostowana, z włosami przerzuconymi przez ramię, chwyciła sztućce i rzuciła zimno, - Nie szanujesz naszego czasu, więc nie będziesz jadł z nami przy stole. Tam masz kolację. Na talerzu.

Arden przesunął wzrokiem po reszcie dzieciaków. Te biologiczne uśmiechały się złośliwie, bezczelnie, jakby właśnie dostały najlepsze przedstawienie tego wieczoru. Cała reszta patrzyła w talerze, śledząc wzrokiem groszek odbijający się od widelców. Westchnął cicho i podszedł do krzesła. Chwycił talerz, który na nim leżał, po czym usiadł. Dopiero teraz zobaczył, że na talerzu prawie nic nie było. Jakieś obślizgłe ochłapy, zimne, rozmazane, wyglądające bardziej jak coś, co miało wylądować w misce dla psa, a nie przed dzieckiem. Wzdrygnął się mimowolnie na sam widok. - I co? - rzucił pan Rosevelt, odkładając widelec z cichym stuknięciem. - Nie jesz, niewdzięczny szczylu? - Finn przełknął ślinę. - Nie jestem głodny. - Wstał z krzesła i odłożył talerz na blat. Chciał po prostu odejść. Wrócić na górę. Zniknąć. Przestać istnieć na kilka minut, może godzin, może na tyle długo, żeby nikt już nie pamiętał, że siedział tu sekundę wcześniej. Ale zanim zdążył się odwrócić, usłyszał pisk odsuwanego krzesła i ciężkie kroki zmierzające w jego stronę. - Nie będziesz znieważał ciężkiej pracy mojej żony. Głos mężczyzny był niski. Spokojny. I przez to jeszcze gorszy. W następnej sekundzie pan Rosevelt złapał Finnegana za kark i z całej siły przycisnął jego twarz do talerza, wprost w to ohydne jedzenie. Zimna, tłusta breja rozmazała się po jego policzku, nosie, ustach. Finn szarpnął się odruchowo, próbując wydostać z uścisku, ale wysoki, dorosły mężczyzna był od niego silniejszy. O wiele silniejszy. Wiercił się. Dusił. Czuł pieczenie w oczach i upokorzenie tak mocne, że prawie bolało fizycznie. Słyszał ciszę przy stole. Żaden widelec nie uderzył o talerz. Żadne dziecko się nie odezwało. Nikt nie drgnął. I właśnie wtedy coś w nim pękło.. a raczej skamieniało... To był jeden z tych momentów, w których przysiągł sobie, że już nigdy nie znajdzie się w takiej sytuacji. Nigdy więcej nie pozwoli nikomu tak się poniżyć. Nigdy więcej nie będzie błagał o miejsce przy stole, o łaskę, o ciepły kąt. Każda decyzja, każdy ruch, każde słowo wypowiedziane z jego ust miało od tej chwili należeć tylko do niego. Do nikogo innego. Będzie grał na swoich zasadach. Na jego. I tylko jego.

₊˚ ✧ ━━━━⊱teraźniejszość⊰━━━━ ✧ ₊˚

Teraz znajdując się przy niej… pierwszy raz od ponad dekady miał wrażenie, że jednak nie ma nad wszystkim kontroli. Mimo że tak cholernie się starał. Mimo że próbował nad nią zapanować każdym słowem, każdym spojrzeniem, każdym pozornie obojętnym gestem. Szczycił się tą swoją sekretną umiejętnością przewidywania cudzych ruchów. Panowania nad sytuacją. Kontrolowania rozmowy, zanim druga osoba w ogóle zorientowała się, że bierze udział w jakiejkolwiek grze. Ale ona? Ona miała gdzieś to, co robił. Miała gdzieś, co do niej mówił. Jakby wszystkie jego starannie wypracowane mechanizmy odbijały się od niej jak od ściany, a ona jeszcze, bezczelna, uśmiechała się przy tym pod nosem.

Irytowało go to.

Wzbudzało w nim emocje, które z każdym słowem wypowiedzianym jej ustami rozpalały się coraz mocniej w jego klatce piersiowej. Złość. Ciekawość. Intrygę. I tę obrzydliwą, niewygodną bezsilność, do której nie chciałby się przyznać nawet pod groźbą śmierci. Sam fakt, że potrafiła zbić go z tropu jednym zdaniem, dosłownie go rozbrajał. No bo która inna kobieta przyznałaby się do tego, że mogłaby dostać syndromu sztokholmskiego, kiedy ktoś wynosi ją siłą z klubu? No właśnie. Najwidoczniej tylko o n a....
Przewrócił oczami, przesuwając dłonią po twarzy, po czym prychnął pod nosem na jej tekst o pani Crawford, chociaż nawet teraz próbował trzymać się resztek profesjonalizmu. W sumie to, co mówiła, miało jakiś pokrętny sens. Gdyby ta cała sytuacja w żaden sposób go nie bawiła, gdyby nie wzbudzała w nim absolutnie niczego, to już dawno by go tu nie było, prawda? Ah, bullshit. Po prostu czuł się za nią w pewnym sensie odpowiedzialny po tym, jak zobaczył ją z tamtymi facetami w łazience. Prawda? Bullshit. Zwrócił na nią uwagę już wcześniej. Ah. Był tym wszystkim tak kurewsko wykończony, że aż miał ochotę zaśmiać się sam z siebie. - Jesteś niemożliwa, wiesz? - rzucił, kiedy przyglądała się swoim paznokietkom jak jakaś lalunia z Housewifes of whatever county tv show - Nie nazwałem cię głupią, to po pierwsze. A po drugie, skoro już wyniosłem cię na zewnątrz, to znaczy, że posprzątałem ten przysłowiowy bałagan przynajmniej w klubie, no nie? - Spojrzał jej prosto w oczy z miną w stylu...see? who’s a fool right now? Ale potem poczuł jej ciepło. Ten cholernie przyjemny dotyk, kiedy kreśliła jakieś leniwe wzorki wewnątrz jego dłoni, jakby nie miała pojęcia, co z nim robi. Albo, co gorsza, jakby doskonale wiedziała. Próbując przetrawić jej propozycję, wsunął dłoń w jej włosy i przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej. Zbyt mało rozsądnie jak na kogoś, kto podobno tak świetnie panował nad każdą sytuacją. Patrzył jej prosto w oczy. - Pozwól, że sam zdecyduję, czy chcę robić rozpierdol, czy nie

k o n t r o l a

Znowu próbowała mu ją zabrać. A on chciał decydować sam o sobie. O swoich ruchach. O swoich granicach. O tym, kiedy odpuści, a kiedy spali cały cholerny świat tylko dlatego, że ktoś ośmielił się dotknąć czegoś, co zaczynało wyglądać zbyt mocno jak jego p r o b l e m. Nie potrzebował jej do tego. Nie potrzebował nikogo… Zniżył usta do jej ucha. I tak już jej więcej nie zobaczy, no nie? Zwykle mówił tylko wybranym osobom, czym się zajmował. Nie rzucał tym na prawo i lewo, nie robił z tego wizytówki, nie podawał jak ciekawostki przy pierwszym lepszym spotkaniu. Ale może trochę się uspokoi, jeśli będzie wiedziała o nim coś więcej niż tylko to, że wyciągnął ją z klubu jak Fred Flintstone Wilmę. - Jestem jednym z najlepiej plasujących się escortów w Toronto, baby - rzucił, szepcząc jej prosto do ucha. Potem odsunął się minimalnie i pokręcił głową, jakby sam nie wierzył, że właśnie jej to powiedział. - Nic sobie nie kupisz, bo zostaniesz u mnie w mieszkaniu, a ja pójdę na zakupy. - Z początku wspólne zakupy miały sens. Teraz? O nie, nie, nie. Ta opcja właśnie spektakularnie wypadła z jakiejkolwiek możliwosci dyskusji. Przytulił ją mocniej do siebie, tak żeby schowała buzię w jego klatce i najlepiej nie odzywała się aż do przyjazdu taksówki. O tak. Cisza brzmiała teraz zajebiście... cisza była tym cudownym, mitycznym miejscem, do którego najwyraźniej nie było im dane dotrzeć.

Uśmiechnął się dopiero na widok podjeżdżającej taksówki. Tylko że sposób, w jaki ona zamierzała do niej podążać? Nie mógł się uwolnić. - Ejj... co ty... - zaczął, ale kiedy zorientował się, co ona właściwie robi, parsknął śmiechem. I tak, jakoś, doczłapali się do tej taksówki jak dwa sklejone pingwiny, które zgubiły instrukcję obsługi własnych nóg. - Dziękujemy za poczekanie! - krzyknął do taksówkarza, kiedy już jakimś cudem znaleźli się w aucie. Rozsiadł się, odchylając lekko do tyłu, żeby złapać pas, ale po chwili poczuł na sobie ciężar. Zmarszczył brwi i dopiero wtedy zorientował się, że siedziała mu na kolanach. Oczywiście, że siedziała mu na kolanach. Bo czemu miałaby robić cokolwiek normalnie? - Oi, tak nie wolno! Mandat dostaniemy! - rzucił taksówkarz, zerkając na nich w lusterku. - Przepraszam, ona trochę jest... nie ten... nie halo w głowie - rzucił Finn, zaciskając dłonie na jej biodrach. - Dam duży napiwek. - Uniósł głowę, żeby na nią spojrzeć, ale rudowłosa najwyraźniej już odgrywała jakiś plan w swojej małej, niebezpiecznej główce, bo ich nosy znalazły się dosłownie kilka milimetrów od siebie. Blisko.. eskimos całus blisko kinda thing...

Now you pull me close in the backseat...

Znowu to ciepło. To dziwne poczucie, że kontrola wymykała mu się spomiędzy palców z każdą sekundą, z każdym jej kolejnym słowem, z każdym ruchem. A teraz jeszcze z komplementem? - Um... dzięki? - rzucił, bo najwyraźniej tyle zostało z jego legendarnej elokwencji. Mógłby odpowiedzieć tym samym. Mógłby powiedzieć, że jej oczy też były cholernie ładne. Że te orzechowe tęczówki dziwnie błyszczały w różnym świetle, raz przechodząc w żółtawy brąz, innym razem w coś niemal zielonkawego. Mógłby powiedzieć, że ten ognisty kolor włosów sprawiał, że tracił resztki rozsądku. Że ten kilkusekundowy, nic nieznaczący pocałunek wcale nie był tak nic nieznaczący, skoro od tamtej chwili jego mózg wracał do niego z żenującą regularnością. Mógłby. Ale tego nie zrobił.
Przesunął tylko dłonią wzdłuż jej kręgosłupa, ale zanim zdążył cokolwiek przetrawić, ona znowu go zaskoczyła. Raz, dwa, trzy. Hop-siup. Buty za oknem. - Czyś ty zwariowała?! - wyrzucił z siebie, odwracając się szybko do tyłu. - Chcesz kogoś zabić?! - Zobaczył tylko, jak buty odbijają się gdzieś za nimi od asfaltu, a potem znikają w ciemności. - Nie wyrobię z tobą - prychnął, opadając z powrotem na siedzenie i przykładając dwa palce do skroni, dosłownie próbując fizycznie powstrzymać migrenę przed rozwinięciem pełnych skrzydeł. Próbował przetrawić, co ona mogłaby odpierdolić w jego mieszkaniu. Goddammit. What did I get myself into? Pomyślał przez moment, ale taksówkarz najwyraźniej miał inne plany i nie zamierzał dawać mu czasu na żadną autorefleksję, bo hey ho, byli już pod jego budynkiem. Finn zapłacił, dorzucił obiecany napiwek i przesunął ją na bok, na siedzenie. Wysiadł z samochodu, po czym nachylił się i przyciągnął ją do siebie tak, że kiedy ją podniósł, mogła opleść go nogami w pasie. - Trzymaj tylko głowę po jednej stronie, żebym widział, gdzie idę - mruknął, zaciskając dłonie na jej pośladkach. Uśmiechnął się zadziornie pod nosem. - To tak dla asekuracji - dodał nonszalancko. No bo co? Jaki normalny facet odmówiłby sobie złapania naprawdę zgrabnych pośladków, kiedy sytuacja sama tak pięknie podawała mu wymówkę na srebrnej tacy? bitch...please...
Po kilku minutach byli już u niego w mieszkaniu. Postawił ją ostrożnie na ziemi, po czym rozejrzał się krótko po wnętrzu, próbując ocenić, czy było tam coś, co mogłaby zniszczyć, podpalić, wyrzucić przez okno... ahh whatever - Dobra - powiedział w końcu, przeczesując włosy dłonią. - Rozgość się. Tylko błagam, w granicach zdrowego rozsądku. - Spojrzał na nią i rzucił - Mam ci coś przynieść ze sklepu?

𝓶𝔂 𝓼𝓸𝓵𝓾𝓵𝓾

met you when my heart was bleeding

: sob maja 02, 2026 12:19 am
autor: eleanor o'cahallan
On wyrwał się z piekła, by zbudować swój świat.
Ona uciekła z raju, by móc w końcu krzyczeć.


Nigdy nie musiała walczyć o miejsce przy stole, mogła spóźnić się kilka minut na kolację i nie była karana za plamy na sukience, bo... zwykle nikt ich nie widział. Jej dzieciństwo nie pachniało upokorzeniem, tylko świeżo parzoną kawą ojca i drogimi perfumami matki, która wpadała do pokoju tylko po to, by musnąć policzek Eli i zostawić na nim kolorowy ślad szminki przed wyjściem do pracy, na bankiet lub inne spotkanie towarzyskie nieuwzględniające obecności jej córki. Tak naprawdę rodziców widywała bardzo rzadko, a jak już zjawiali się w progu jej pokoju, przychodzili z długą listą oczekiwań. Miała być najlepsza, miała być ich wizytówką i miała być nieskazitelna - tak bardzo nieskazitelna, jak tylko nieskazitelne mogło być najpierw kilkuletnie, a potem nastoletnie dziecko. Jednak od czasu do czasu przychodziły momenty.

Raz na jakiś czas - długi czas, to wszystko zdarzało się bardzo, bardzo rzadko - tata wchodził do jej pokoju z dwoma kubkami gorącego, parującego kakao. Siadali wtedy na krawędzi łóżka, Ela zwykle była już w piżamie i szlafroczku, z puchatymi, białymi kapciami na nogach i patrzyła na tatę z uwielbieniem w orzechowych oczach. Kochała te wieczory - to były czasy podstawówki, tata czasem czytał jej bajkę, ale częściej wypytywał, jak minął jej dzień i czy babcia na pewno nie poczęstowała jej lodami, a ona uroczo kłamała mu prosto w oczy, że nie, że nie jadła dzisiaj żadnych lodów, mimo że zjadła aż trzy porcje. Innym razem zabierał całą rodzinę na piknik nad jezioro i nie krzyczał, kiedy Ela zdejmowała swoje lakierki i wchodziła do wody, a raz w roku jeździli też na luksusowe wakacje (najlepiej wspominała te na jachcie z prywatną kucharką Lucią, która codziennie rano przygotowywała naleśniki i gofry z owocami dla całej rodziny). Te momenty pojawiały się jednak coraz rzadziej, gdy poszła do liceum - tata przestał do niej przychodzić z kakao, a później przestali również jeździć na rodzinne wakacje. Być może wiązało się to z awansem ojca z adwokata na sędziego, być może kosztowało go to dużo stresu, ale od tamtej pory stał się jeszcze bardziej wymagający wobec swoich dzieci niż przedtem. Interesowały go tylko średnia ocen, kierunek studiów, zachowanie, opinia. Opinia innych ludzi o jego własnych dzieciach. No i wtedy się zaczęło.

Każdy jej krok był oceniany, a każde najmniejsze potknięcie kończyło się awanturą, która w wykonaniu sędziego O'Cahallana nie była krzykiem, o nie, on nie należał do ludzi agresywnych i porywczych. Jej ojciec słynął z chłodnych, morderczych tyrad o tym, jak bardzo Eleanor go rozczarowała, jak bardzo niewdzięczna była i jak bardzo brukała ich nazwisko, nawet jeśli chodziło tylko o ocenę dostateczną ze sprawdzianu. Nic więc dziwnego, że zaczęło się od drobnych kłamstw i urywania się z zajęć, żeby poczuć chociaż odrobinę kontroli nad swoim życiem. W końcu o to chodziło w tym wszystkim, od samego początku, prawda? O kontrolę, której Ela była pozbawiana od najmłodszych lat. Im była starsza, tym mniej kontroli nad własnym życiem posiadała. A jej ognisty charakter nie mógł tego znieść.

Właśnie dlatego teraz, gdy stała obok bruneta, chciała dyktować warunki. Chciała się pobawić, chciała przegiąć, chciała, żeby spróbował ją okiełznać i żeby mu się to nie udało. Chciała być dla niego zagadką, której nie da się rozwiązać, albo pożarem, którego nie da się ugasić, dopóki nie pożre całego tlenu w pomieszczeniu. Każde jego "nie" było dla niej wyzwaniem, a każdy rozkaz brzmiał jak kolejna zasada do złamania, ale... to wszystko było tylko na teraz. Tylko na tę jedną noc, która miała nie mieć żadnych konsekwencji, no bo jutro Ela miała wrócić. Wrócić do kancelarii, porządku, grzecznego pisania pism procesowych, idealnie skrojonej garsonki i przyciasnych butów, które powinna zwrócić, ale ciągle mówiła, że to prawdziwa skóra i się rozciągną. Zerknęła na chłopaka i również przewróciła oczami na jego słowa. - A myślisz, że ty jesteś możliwy? - spytała zadziornie, pozwalając mu na to strzelanie minami, bo w sumie to lubiła zabawnych gości, zwłaszcza, gdy byli tak przystojni jak ten tutaj. - Czyli teraz będziemy łapać się za słówka? Poza tym, to, że nie ma mnie tam, nie znaczy, że bałagan zniknął, meow - odparła, przejeżdżając swoimi paznokciami godnymi jednej z Housewifes of whatever county tv show po jego koszuli, tuż przed tym, jak przyciągnął ją do siebie i wplótł palce w jej włosy. Ahh, miał taką ciepłą dłoń, aż przeszedł ją dreszcz, bo naprawdę było jej zimno. Pozwól, że sam zdecyduję, czy chcę robić rozpierdol, czy nie. Okej, wyglądało na to, że po prostu potrzebował odpowiedniego zaproszenia. Niby nie chciała go namawiać, ale z drugiej strony bardzo chętnie byłaby diabełkiem siedzącym na jego ramieniu. Zupełnie jakby brunet potrzebował solidnego kopniaka, żeby puścić hamulce. - Myślę, że potrafisz podjąć dobrą decyzję, tylko potrzebujesz zachęty - skwitowała, delektując się zapachem jego koszuli i szeptem tuż przy jej uchu. Miał taki miły głos, mogłaby go słuchać godzinami, jeju, przez chwilę do głowy wpadł jej szalony pomysł, żeby dać mu swój numer telefonu, ale nie, co się działo w klubie (i poza nim), zostawało w klubie (i poza nim).

A później powiedział coś takiego dziwnego. Taki dziwny zlepek słów. Jestem jednym z najlepiej plasujących się escortów w Toronto, baby. Odsunęła się od niego i posłała mu długie spojrzenie, bardzo długo przetwarzając informacje. Jasne, był przystojny. Nawet bardzo. Mogłaby gapić się na niego i słuchać niskiego głosu, od którego miękły jej kolana, godzinami, ale... żeby od razu za to wystawiać rachunek? Kurwa, cały czas myślała, że był jednym z tych facetów, którzy mieli zbyt dużo pieniędzy i zbyt mało rozrywek, a on po prostu był... do wynajęcia. A to oznaczało, że... ta cała panna Crawford go sobie kupiła. Buahaha, stara, bogata raszpla. - Mówisz mi to, bo mam ci teraz zapłacić za dzisiejszą eskortę? - spytała nagle, zaciskając usta w wąską kreskę, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Cóż, gdyby chciał, żeby zapłaciła, pewnie by to zrobiła. Dziś wszystkim głupim pomysłom mówiła "zdecydowanie tak". Nic sobie nie kupisz, bo zostaniesz u mnie w mieszkaniu, a ja pójdę na zakupy. - A to się jeszcze okaże, bo ja jestem prawnikiem - uśmiechnęła się do niego słodko, bo w głowie już układała plan ucieczki przez okno i pobiegnięcie za nim do sklepu, ale wtedy jeszcze nie wiedziała, że zdecyduje się na wyrzucenie swoich drogich szpilek przez okno, przez co pomysł będzie niemożliwy do zrealizowania. No i właśnie dlatego panna O'Cahallan nie układała zbyt wielu planów na przyszłość, bo jej najlepiej zaplanowana przyszłość działa się jedynie 5 sekund później.

Potem śmignęli taksóweczką, przejażdżka trwała zapewne kilkanaście minut, ale Eli czas minął jak z bicza strzelił. Nawet kiedy przystojniak powiedział "Przepraszam, ona trochę jest... nie ten... nie halo w głowie" to zaśmiała się uroczo w jego szyję, bo zdecydowanie wolała mieć nie halo w głowie niż kij w dupie. Zresztą, "nie halo w głowie" było mega delikatnym określeniem. Nie obraziłaby się, gdyby powiedział, że była pierdolnięta. No bo była, to nie było żadne kłamstwo, no która kobieta wskakiwała na kolana chłopaka, którego imienia nie znała, w taksówce, jadąc do domu wyżej wymienionego, chichotała mu do ucha i prężyła się jak kotka, gdy przejeżdżał dłonią po jej kręgosłupie? Kurwa, gdyby Camelia dowiedziała się o tym wszystkim, to przecież by ją zajebała. Chociaż nie wiedziała, co byłoby według Cammy gorsze, przejażdżka z nieznajomym do jego mieszkania czy wyrzucenie Louboutinów przez okno? Czyś ty zwariowała?! Chcesz kogoś zabić?! Nie wyrobię z tobą. - Przynajmniej ktoś znajdzie bardzo drogi prezent na środku drogi - odpowiedziała, unosząc jedną stopę na moment do góry. Zapewne chciała ocenić, jak prezentują się jej nogi bez szpilek, no i oględziny przeszły pomyślnie. - Zamiast narzekać, lepiej pomyśl o tym, że właśnie zafundowałam ci najbardziej emocjonujące pięć minut w tym miesiącu. Za darmo! - zaśmiała się, dalej nie mogąc uwierzyć, że taki przystojniak wolał się sprzedawać niż... niż... niż co? Nagle to całe bycie prawnikiem w kancelarii wydało jej się przeraźliwie nudne. Może też powinna zmienić profesję? Tylko kto chciałby jej płacić za jej towarzystwo? Nawet Camelia by nie chciała, pff. No i pomysł tak samo szybko się pojawił, jak zniknął, ups. Na szczęście, dojechali na miejsce, przystojniak zapłacił, po czym podniósł ją tak, że oplotła go nogami w pasie. Wtuliła się w niego i ułożyła głowę na jego ramieniu, a nawet na chwilę przymknęła oczy, totalnie płynąc z sytuacją. Znaczy, z prądem. W sensie, miała flow, taki sytuacyjny. Trzymaj tylko głowę po jednej stronie, żebym widział, gdzie idę. - Mhmm... - wymruczała. A kiedy ułożył swoje dłonie na jej pośladkach? Dla asekuracji? - Asekuracja, taaa... Jasne. Jesteś tak profesjonalny - wymruczała z szerokim uśmiechem na ustach, którego na pewno nie mógł zobaczyć, ale mógł usłyszeć, bo chwilę później cichutko się zaśmiała. Nie wyrwała się z jego objęć, bo... no, podobało jej się. Zapowiadała się długa, ciekawa noc. Sytuacja z chwili na chwilę stawała się bardziej absurdalna i ekscytująca, a ona kochała ekscytujące sytuacje. I jego dłonie na swoich pośladkach też zaczynała lubić.

W takim koalowym uścisku wniósł ją do budynku, wszedł z nią po schodach, potem jakoś znalazł klucze i znaleźli się w jego mieszkaniu. Wypuścił Elę z objęć, a ona od razu oparła się o ścianę jak grzeczna dziewczynka i przechyliła głowę na bok, nawet nie rozglądając się po wnętrzu, bo jej oczy ciągle były wpatrzone w niego. Dobra. Rozgość się. Tylko błagam, w granicach zdrowego rozsądku. Mam ci coś przynieść ze sklepu? Uśmiechnęła się pod nosem. - Zaskocz mnie - odparła bardzo uprzejmie jak na siebie, a grzeczny uśmiech nie znikał z jej twarzy. Już myślała, że jej nowy przyjaciel nie odważy się zostawić jej samej, ale - dziękujmy niebiosom - chwilę później zamknął za sobą drzwi i została sama.

Odczekała dokładnie trzy sekundy od zamknięcia drzwi, zanim oderwała się od ściany. Grzeczna dziewczynka? Dobre sobie. Po prostu chciała, żeby jak najszybciej wyszedł, bo pierwszy cel był oczywisty - alkohol. Nie miała w sobie za grosz poczucia wstydu, bo bez żadnych skrupułów zaczęła myszkować po jego mieszkaniu. Przetrząsnęła barek, szafki w kuchni, zajrzała nawet do lodówki, ale nic. Żadnego. Alkoholu. - No nie wierzę, co za nudziarz - jęknęła. Żadnej whisky, żadnego otwieram wino ze swoją dziewczyną, nawet zakurzonego likieru od babci nie znalazła. Zrezygnowana, podreptała do jego sypialni, żeby otworzyć szafę - niektórzy chowali butelki między ubraniami, ale nie ten Sztywniak. Były tam tylko równiutko poskładane koszulki. Nagle w jej rączki wpadła jedna z nich - miękka, pachniała nim i, co najważniejsze, była na tyle duża, że sięgała jej do połowy ud, no idealna. Niewiele myśląc, zrzuciła z siebie sukienkę, zostawiła ją na podłodze i nałożyła na siebie jego czerwoną koszulkę. Na pewno wyglądała w niej hot, a przy tym czuła się o wiele bardziej swobodnie niż w swojej obcisłej sukience.

Potem odezwało się burczenie w brzuchu, dlatego powędrowała do kuchni, ale znalazła tylko ostatnie opakowanie płatków śniadaniowych. A jak powszechnie wiadomo, płatki śniadaniowe najlepiej smakują z mlekiem, jednak w lodówce mleka nie znalazła - jeju, alkoholu nie, mleka nie, czy on coś w ogóle jadł i pił? Przekręciła oczami, chwyciła pudełko z płatkami i ruszyła w kierunku salonowego okna tanecznym krokiem, po czym otworzyła okno i wskoczyła na parapet. No i chłodne, zimowe powietrze owiało jej twarz, a ona jadła sobie suche płatki prosto z opakowania, i czuła się jak Królowa Życia. Wyciągnęła telefon, włączyła piosenkę, no i zaczęła machać bosymi stopami w powietrzu, totalnie uprawiając vibing muzyczny. No i chwila beztroski nie potrwała długo, bo już chwilę później usłyszała dźwięk otwieranych drzwi frontowych i nie, wcale nie zeszła z parapetu i nie puściła się biegiem, wręcz przeciwnie, poczekała, aż chłopak wejdzie do salonu, no i dopiero gdy ją zauważył, zeskoczyła zwinnie na podłogę i do niego podbiegła, szeleszcząc paczką płatków, które dalej wcinała. Widzicie? Miała klasę. - Wróciłeeeś! - zawołała, zatrzymując się tuż przed nim i opierając się nonszalancko o framugę drzwi. - Wiesz, masz bardzo przytulną szafę, ale twoja kuchnia to jakaś totalna porażka. Musiałam ratować się suchym prowiantem, bo w lodówce naprawdę nic nie masz - powiedziała, dalej chrupiąc płatki. - Ale za to koszulka... - tu przerwała, żeby złapać za końcówkę materiału w okolicy ud. Miała nadzieję, że nie będzie kazał jej się rozbierać, chociaż... jakby się tak zastanowić, nie brzmiało to źle? - ... jest ekstra. Co mi kupiłeś, bohaterze? - urwała w końcu i wlepiła w niego swoje orzechowe oczy, no i jakoś tak przypadkiem jej wzrok zjechał na jego usta, bo w sumie bohater mógłby przynieść jej buziaka, a pewnie przyniósł masło orzechowe i dżem :ohnoi:

If I could write you a song to make you fall in love
I would already have you up under my arms
I used up all of my tricks
I hope that you like this
But you probably won't


𝑚𝑦 𝑑𝑒𝑙𝑢𝑙𝑢