met you when my heart was bleeding
: wt kwie 21, 2026 6:17 am
Nie przywiązywał się do ludzi. Nigdy. Za każdym razem, gdy udało mu się stworzyć bliższą relację... gdy otwierał serce na kogoś, gdy burzył mury, które budował wokół siebie latami, coś stawało na przeszkodzie albo coś najzwyczajniej się sypało, odsłaniając jego wrażliwe, niczemu niewinne serce, które przyjmowało kolejne uderzenia i kopnięcia z taką siłą, że ciało słabło, trudniej było mu się pozbierać... a samo podniesienie się, zbudowanie z powrotem tego wieloletniego, grubego muru, zajmowało mu miesiące.
z a u f a n i e
Zabawne słowo, które nie miało dla niego żadnego znaczenia. Lubił wzbudzać zaufanie u ludzi. Poza zimną powłoką, maską, w głębi krył się naprawdę przemiły, czuły chłopak. Okazywał uczucia, gesty, uwielbiał dawać innym ludziom fizyczność, jednak robił to bez odczuwania żadnych głębszych emocji. Bo gdy włączy emocje, gdy odczuje ten charakterystyczny ucisk, który miał rozbudzić w nim człowieczeństwo, wiedział, że już nie będzie odwrotu. Wiedział, że będzie mógł z tym uczuciem walczyć, a ono nieubłaganie będzie do niego wracało. Ostatnim razem czuł to w momencie, gdy stracił swojego mentora, który odszedł na jego oczach.To był ostatni raz, gdy jego serce biło zsynchronizowane z falami drugiego człowieka.
Już nigdy więcej.
Wmawiał sobie to każdego dnia, jak cholerną mantrę, którą powtarza się tak długo, aż w końcu zaczyna brzmieć jak prawda. I przez długi czas działało. Naprawdę działało. Aż do teraz. Aż do chwili, w której znalazł się w tym przeklętym klubie, dokładnie w tym samym czasie co ona. Gdy jego spojrzenie osiadło na jej twarzy, potem zeszło niżej, po linii ciała, jakby próbował zrozumieć, dlaczego właśnie ona tak brutalnie wytrąca go z równowagi. Gdy jej dotknął. Gdy na krótką, niemal ulotną chwilę złączył z nią usta, odbierając z nich kawałek cytryny, a mimo to miał wrażenie, jakby wydarzyło się coś o wiele większego niż tylko ten jeden, głupi gest. Nie potrafił powiedzieć, skąd brała się ta ciekawość. Dlaczego właśnie ona rozsadzała od środka wszystko to, co tak starannie w sobie poukładał. Kiedyś czytał o czerwonej nici. O tej absurdalnej, niewidzialnej sile, która podobno splata ze sobą ludzi na długo, zanim oni sami zdążą to zauważyć. O poczuciu, że trafiasz na kogoś dokładnie wtedy, kiedy powinieneś, jakby czas od początku prowadził was ku sobie bocznymi ulicami, przypadkami, spojrzeniami rzucanymi gdzieś mimochodem. I może ta osoba mijała cię już wcześniej. Może była gdzieś obok, w zasięgu wzroku, setki razy, ale pozostawała tylko rozmytym kształtem w tle. Aż przychodził ten jeden moment. Ten właściwy.I nagle widziałeś ją naprawdę.
Chyba za dużo wypił. Na pewno za dużo wypił. To nie działo się naprawdę. W jednej chwili się z nią drażnił, w drugiej ratował ją z opałów, w trzeciej tańczył blisko niej na parkiecie, dając się porwać chwili, a w czwartej niósł ją przez ramię, gdy waliła go w łopatki jak oszalała. Przewracając oczami, krzyknął, - Mocniej! Nic nie czuję! - Zaśmiał się pod nosem, a gdy usłyszał ten jej głupawy chichot, gdy tak zwisała z jego ramienia, musiał przyznać, że naprawdę jego samego też to rozbawiło i sam chichrał się pod nosem. - A dostanę okup?! - rzucił żartobliwie, przemierzając drogę na zewnątrz. Stawiając ją na nogi, ścisnął mocno jej dłoń, żeby mu nie uciekła. Uniósł brew, słuchając jej przemiłych komentarzy. - Mhm, z wzajemnością, kochanie - posłał jej buziaka w locie, po czym przysunął ją do siebie i podniósł rękę ku górze, lekko unosząc ją tym samym, zbliżając jej twarz do swojej. - To ty napanoszyłaś się na moją drogę! Sprzątam bałagan, który po sobie narobiłaś i robisz tą swoją głupotą i frywolnością! - Rzucił zirytowany, wpatrując się w jej oczy, a po chwili zsunął ją z powrotem na ziemię, luzując uścisk. Może to nie był za dobry pomysł, żeby spędzać z nią więcej czasu, ale wolał nie myśleć, co jeszcze mogłaby odwalić, gdyby faktycznie ją tutaj zostawił. Kącik ust uniósł mu się delikatnie i pokiwał głową z niedowierzania. - Mój strój jest zajebisty. Pannie Crawford się podobał. - uśmiechnął się do niej, chcąc jej przypomnieć, że zepsuła mu randkę. - Swoją drogą, przez ciebie będę musiał znowu się z nią spotkać. Mało co mi reputacji nie popsułaś. - Prychnął pod nosem, a kiedy wyciągnął telefon, by wpisać adres, nagle poczuł dziwne zderzenie z własną klatką piersiową.
Mrugnął kilka razy i zerknął w dół, zdając sobie sprawę, że się w niego wtuliła. Poczuł ciepło przechodzące przez jego klatkę. Zwykle to on decydował o następnych ruchach albo wiedział, czego może spodziewać się od innych na randkach, ale to? Ta spontaniczność... nie był do tego przyzwyczajony. Jej kolejne słowa przywróciły go do rzeczywistości, powodując, że parsknął pod nosem. Poklepał ją po główce jak jakiegoś pieska, po czym zsunął dłoń wzdłuż jej pleców, by po chwili zetknąć ich spojrzenia. - Alkohol? Coś się znajdzie, ale tobie na dzisiaj wystarczy. - spojrzał na nią wzrokiem typu listen to me, I’m not fucking around, a potem dodał. - Poza tym możemy zatrzymać się w sklepie koło mnie. Możemy kupić coś do jedzenia i szczoteczkę do zębów. Nie podzielę się swoją. - W sumie Arden lubił zawsze mieć dodatkowe szczoteczki i wszystkie inne potrzebne rzeczy dla swoich jednonocnych gości, jednak tym razem akurat nie miał już nic na stanie, więc przy okazji zrobiłby sobie mały stock up. Uniósł telefon do twarzy i wrzucił swój adres w apkę. - Dobra, za jakieś pięć minut będzie. Chodź, zmarzlaku.- Zmarszczył brwi i objął ją mocno ramionami, sprawiając, że wtuliła się w niego jeszcze mocniej. Było to dziwne uczucie... ale przyjemnie... n a t u r a l n e? You’re a bad idea
but a real good time 𝓶𝔂 𝓼𝓸𝓵𝓾𝓵𝓾
Zabawne słowo, które nie miało dla niego żadnego znaczenia. Lubił wzbudzać zaufanie u ludzi. Poza zimną powłoką, maską, w głębi krył się naprawdę przemiły, czuły chłopak. Okazywał uczucia, gesty, uwielbiał dawać innym ludziom fizyczność, jednak robił to bez odczuwania żadnych głębszych emocji. Bo gdy włączy emocje, gdy odczuje ten charakterystyczny ucisk, który miał rozbudzić w nim człowieczeństwo, wiedział, że już nie będzie odwrotu. Wiedział, że będzie mógł z tym uczuciem walczyć, a ono nieubłaganie będzie do niego wracało. Ostatnim razem czuł to w momencie, gdy stracił swojego mentora, który odszedł na jego oczach.To był ostatni raz, gdy jego serce biło zsynchronizowane z falami drugiego człowieka.
Wmawiał sobie to każdego dnia, jak cholerną mantrę, którą powtarza się tak długo, aż w końcu zaczyna brzmieć jak prawda. I przez długi czas działało. Naprawdę działało. Aż do teraz. Aż do chwili, w której znalazł się w tym przeklętym klubie, dokładnie w tym samym czasie co ona. Gdy jego spojrzenie osiadło na jej twarzy, potem zeszło niżej, po linii ciała, jakby próbował zrozumieć, dlaczego właśnie ona tak brutalnie wytrąca go z równowagi. Gdy jej dotknął. Gdy na krótką, niemal ulotną chwilę złączył z nią usta, odbierając z nich kawałek cytryny, a mimo to miał wrażenie, jakby wydarzyło się coś o wiele większego niż tylko ten jeden, głupi gest. Nie potrafił powiedzieć, skąd brała się ta ciekawość. Dlaczego właśnie ona rozsadzała od środka wszystko to, co tak starannie w sobie poukładał. Kiedyś czytał o czerwonej nici. O tej absurdalnej, niewidzialnej sile, która podobno splata ze sobą ludzi na długo, zanim oni sami zdążą to zauważyć. O poczuciu, że trafiasz na kogoś dokładnie wtedy, kiedy powinieneś, jakby czas od początku prowadził was ku sobie bocznymi ulicami, przypadkami, spojrzeniami rzucanymi gdzieś mimochodem. I może ta osoba mijała cię już wcześniej. Może była gdzieś obok, w zasięgu wzroku, setki razy, ale pozostawała tylko rozmytym kształtem w tle. Aż przychodził ten jeden moment. Ten właściwy.I nagle widziałeś ją naprawdę.
Chyba za dużo wypił. Na pewno za dużo wypił. To nie działo się naprawdę. W jednej chwili się z nią drażnił, w drugiej ratował ją z opałów, w trzeciej tańczył blisko niej na parkiecie, dając się porwać chwili, a w czwartej niósł ją przez ramię, gdy waliła go w łopatki jak oszalała. Przewracając oczami, krzyknął, - Mocniej! Nic nie czuję! - Zaśmiał się pod nosem, a gdy usłyszał ten jej głupawy chichot, gdy tak zwisała z jego ramienia, musiał przyznać, że naprawdę jego samego też to rozbawiło i sam chichrał się pod nosem. - A dostanę okup?! - rzucił żartobliwie, przemierzając drogę na zewnątrz. Stawiając ją na nogi, ścisnął mocno jej dłoń, żeby mu nie uciekła. Uniósł brew, słuchając jej przemiłych komentarzy. - Mhm, z wzajemnością, kochanie - posłał jej buziaka w locie, po czym przysunął ją do siebie i podniósł rękę ku górze, lekko unosząc ją tym samym, zbliżając jej twarz do swojej. - To ty napanoszyłaś się na moją drogę! Sprzątam bałagan, który po sobie narobiłaś i robisz tą swoją głupotą i frywolnością! - Rzucił zirytowany, wpatrując się w jej oczy, a po chwili zsunął ją z powrotem na ziemię, luzując uścisk. Może to nie był za dobry pomysł, żeby spędzać z nią więcej czasu, ale wolał nie myśleć, co jeszcze mogłaby odwalić, gdyby faktycznie ją tutaj zostawił. Kącik ust uniósł mu się delikatnie i pokiwał głową z niedowierzania. - Mój strój jest zajebisty. Pannie Crawford się podobał. - uśmiechnął się do niej, chcąc jej przypomnieć, że zepsuła mu randkę. - Swoją drogą, przez ciebie będę musiał znowu się z nią spotkać. Mało co mi reputacji nie popsułaś. - Prychnął pod nosem, a kiedy wyciągnął telefon, by wpisać adres, nagle poczuł dziwne zderzenie z własną klatką piersiową.
Mrugnął kilka razy i zerknął w dół, zdając sobie sprawę, że się w niego wtuliła. Poczuł ciepło przechodzące przez jego klatkę. Zwykle to on decydował o następnych ruchach albo wiedział, czego może spodziewać się od innych na randkach, ale to? Ta spontaniczność... nie był do tego przyzwyczajony. Jej kolejne słowa przywróciły go do rzeczywistości, powodując, że parsknął pod nosem. Poklepał ją po główce jak jakiegoś pieska, po czym zsunął dłoń wzdłuż jej pleców, by po chwili zetknąć ich spojrzenia. - Alkohol? Coś się znajdzie, ale tobie na dzisiaj wystarczy. - spojrzał na nią wzrokiem typu listen to me, I’m not fucking around, a potem dodał. - Poza tym możemy zatrzymać się w sklepie koło mnie. Możemy kupić coś do jedzenia i szczoteczkę do zębów. Nie podzielę się swoją. - W sumie Arden lubił zawsze mieć dodatkowe szczoteczki i wszystkie inne potrzebne rzeczy dla swoich jednonocnych gości, jednak tym razem akurat nie miał już nic na stanie, więc przy okazji zrobiłby sobie mały stock up. Uniósł telefon do twarzy i wrzucił swój adres w apkę. - Dobra, za jakieś pięć minut będzie. Chodź, zmarzlaku.- Zmarszczył brwi i objął ją mocno ramionami, sprawiając, że wtuliła się w niego jeszcze mocniej. Było to dziwne uczucie... ale przyjemnie... n a t u r a l n e? You’re a bad idea
but a real good time 𝓶𝔂 𝓼𝓸𝓵𝓾𝓵𝓾