Nawet, jeśli nie przyznawał sobie jeszcze prawa, by w myślach nazwać to otwarcie i świadomie, Lazare schlebiało to, jak działał na Marę tego wieczora. Nie chodziło o samo pożądanie, choć oczywiście przyjemnie było myśleć, że pragnęła go kobieta tak atrakcyjna i interesująca. Nie chodziło też wyłącznie o przyjemność, przetaczającą się teraz przez jego ciało niczym sztorm.
Przyczyna satysfakcji Moreau leżała znacznie głębiej niż tylko na powierzchownym, czysto-fizycznym poziome.
Chodziło o sposób, w jaki Mara dawała mu
szansę, od początku ich znajomości traktując go inaczej, niż zwyczajowo traktowała go większość znanych mu osób. Nie jak
obiekt, którym można było się najpierw zachwycić, a potem go opluć, zależnie od nastroju. Nie jak
przedmiot, który można było oglądać i dotykać kiedy tylko się tego zapragnęło. Jeszcze zanim do czegokolwiek między nimi doszło, Mara spoglądała bowiem na Lazare z ciekawością i zainteresowaniem, które działały na niego niczym narkotyk właśnie dlatego, że spotykał się z nimi tak rzadko. A to, jak teraz otwierała się na niego - szczerze i bez zahamowań, które pozwoliłyby jej utrzymać się w bezpiecznych ramach konwenansów - tylko pogłębiało to uwalniające uczucie, że blondyn nie musiał nikogo przy niej udawać. Nie musiał grać, nie musiał udowadniać. Mógł zwyczajnie poddać się chwili, na moment rezygnując z kontroli, której zwyczajowo trzymał się tak desperacko. I może to właśnie ta świadomość ostatecznie sprawiła, że całkowicie oddał się na moment słodyczy łączącej ich ekstazy.
Przez długą chwilę, z niemałym wysiłkiem starając się uspokoić rozchwiany oddech, nie odpowiedział ani słowem. Nie dlatego jednak, że nie wiedział, co powiedzieć. Wręcz przeciwnie. Nagle wydawało się, że ma Marze do powiedzenia aż zbyt wiele.
Obejmował ją instynktownie i niemal zachłannie, jak człowiek, który dopiero teraz przypomniał sobie, czym właściwie jest dotyk, i po raz pierwszy odkrywał go z drugą osobą. Fascynowało go lekkie falowanie jej piersi, gdy próbowała uspokoić rozszalałe serce. I puls wyczuwalny pod cienką skórą jej szyi, w miejscu, do którego blondyn przyciskał teraz lekko wargi, nadal przyspieszony i nierówny.
Był w tym wszystkim jakiś rodzaj rzadkiej magii, o której istnieniu Lazare zapomniał przez całe miesiące, jeśli nie wręcz lata. Świat poza ścianami apartamentu wydawał się odległy jak inna planeta. Wszystkie obowiązki, wszystkie porażki, wszystkie katastrofy, które zwykle siedziały Lazare na karku niczym stado wygłodniałych sępów, nagle odsunęły się gdzieś daleko.
Pozostała tylko Mara.
Odważna mimo niepewności. Szczera mimo strachu.
I dziwnie krucha w tej jednej chwili, choć na spotkaniach grupy - a nawet i w pierwszych chwilach ich wcześniejszej kolacji - zdawała się tak opanowana i niemal nieuchwytna.
— Mara - wymamrotał miękko przez spierzchnięte lekko wargi. Pewnie dobrym pomysłem byłoby napić się czegoś - czegokolwiek, szampana albo wody, żeby uzupełnić utracone płyny, ale lodówka i kran znajdowały się za daleko, a ciało Lazare zdawało się nagle być zrobionym z waty. — Ja też. Niczego nie chcę w tej chwili bardziej... - Uśmiechnął się lekko, zmęczony i prawdziwy; prawdziwszy niż przez zdecydowaną większość czasu, który spędzał tak z innymi, jak i w samotności. Potem jego uśmiech przerodził się w krótki, niedowierzający chichot. Lazare przeciągnął się lekko, przymykając oczy i subtelnie wplatając dłoń między kobiece kosmyki. - Tylko może nie na tym blacie... - Pokręcił głową z rozbawieniem, ale zaraz spoważniał. — Zostań — mruknął cicho, prawie szeptem. — Rano też.
Jakby właśnie ta druga część była tą, która kosztowała go najwięcej odwagi.
/zt x2
Mara Lakefield