Mind games, mistakes
My sweet fireball
My sweet rigmarole
I want it all
Może była to sprawka tej ostatniej kolejki, na którą Mara i Lazare skusili się tuż przed wyjściem z Poor Romeo, a może raczej kwestia uporczywej, wieczornej mżawki, typowej dla Toronto o tej porze roku, ale miasto migające za oknem taksówki traciło teraz swoje wyraziste kontury, zmieniając się w rozmyty kalejdoskop neonowych świateł. Kierowca uchylił okno, i przez tę wąską szczelinę oddzielającą wnętrze samochodu od reszty świata, do uszu Lazare dobiegał teraz szum mijających ich pojazdów, ludzkich rozmów prowadzonych przez przechodniów, i, jak to w metropoliach bywa, sporadyczny, odległy śpiew syren radiowozów i karetek. Wszystko to jednak w umyśle blondyna przyćmił śmiech Mary, nadal rozlegający się przyjemnym echem w jego pamięci. Zaskoczyła go. Nie był w stanie powiedzieć dokładnie czym, ani czemu - wiedział tylko, że ta pojedyncza, perlista w brzmieniu salwa szczerego rozbawienia, którym rudowłosa zareagowała na podjętą przezeń próbę żartu, rozpuściła jakiś rodzaj lodowej pokrywy, do tej pory ochronnie otaczającej jego serce. W pierwszym ułamku sekundy Moreau się przeraził, święcie przekonany, że Mara nie śmieje się z jego słów, lecz z niego - że palnął coś idiotycznego, że się ośmieszył, i że za jednym zamachem stracił całą tę jej sympatię, na którą pół-świadomie pracował cały wieczór. Zaraz jednak, nie bez jakiejś porcji niedowierzania, Lazare zorientował się, że Lakefield wcale z niego nie szydzi, a wręcz przeciwnie. Jakimś cudem, to jego naturalny humor i jakiś rodzaj osobistego czaru musiały sprawić, że kobieta zapomniała o randkowych konwenansach i potrzebie odgrywania pewnej roli, wpadając na moment w pułapkę niekontrolowanej, autentycznej reakcji.
I była to najlepsza rzecz, która spotkała go jak do tej pory całego tego, i tak już cudownego, wieczoru.
A noc była przecież jeszcze bardzo młoda.
Teraz, podawszy taksówkarzowi własny adres, Lazare oparł głowę o zagłówek, pozwalając sobie na krótką chwilę rozprężenia. Przymknął oczy, palcami lewej dłoni rozpinając sprawnie jeden guzik koszuli, do tej pory przyzwoicie. Teraz, poniżej kołnierza powstała przestrzeń, przez którą chłodne, wieczorne powietrze mogło wkradać się niczym bryza, przyjemnie liżąc kant męskiego obojczyka. Lazare westchnął.
Niewiele brakowało, a naprawdę zacząłby wątpić, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy też śni, i gdy ponownie rozewrze powieki, okaże się, że jest zupełnie sam, we własnym, pustym łóżku, ubrany w szary dres i poczucie beznadziei. Gdy jednak otworzył oczy i spojrzał w prawo, Mara nadal tam była, z lekkim rumieńcem wymalowanym na jej urodziwej twarzy, i okalającymi jej policzki kosmykami włosów łapiącymi światła neonów docierające zza okna. Przez twarz blondyna przemknął jakiś krótki, nieplanowany uśmiech, ale zaraz zastąpił go inny, bardziej skupiony, bardziej jedoznaczny wyraz.
Gdy kierowca skręcił w jedną z bocznych ulic, kolano Moreau przesunęło się odrobinę, zahaczając o udo Lakefield, i zamiast je cofnąć, blondyn pozwolił by kontakt ten trwał, cichy i uporczywy, jak pytanie zadane jej bez słów. Ona także nie musiała nic mówić. Wystarczyło, że nie cofnęła się i nie odsunęła, co samo w sobie było jedynym komunikatem, jakiego Lazare wyczekiwał.
- Jesteśmy już prawie na miejscu - oznajmił cicho, wyważonym, ale nie obojętnym tonem gdy przekroczyli granicę Distillery District. Gdy samochód zwolnił, a potem zatrzymał się płynnie pod budynkiem Lazare, ten wysupłał z kieszeni portfel, płacąc kierowcy z wybitnie hojną nadwyżką, a potem wysiadł, obchodząc samochód, by otworzyć także drzwi po stronie Mary. Gdy kobieta znalazła się obok, na krawężniku, jego dłoń płynnym ruchem trafiła ku jej talii, pasując tam jak ulał - pewna, ciepła, prowadząca niby w tańcu. Przyciągnął ją minimalnie bliżej, ale tym samym wystarczająco, żeby poczuć, że to już nie jest gra na dystans, i pokierował ku drzwiom wejściowym wieżowca, mijając recepcję, aż do rzędu wind. Jedna z nich zawiozła go na jego piętro, na którym - za kolejnymi drzwiami - czekało jego przestronne, trochę bezosobowe, designerskie w stylu mieszkanie. Jego wystrój nie pozostawiał cienia wątpliwości, że ten, który je zamieszkuje, jest zarówno człowiekiem sukcesu, jak i mężczyzną zwyczajnie samotnym.
Zważywszy na ich okoliczności, Lazare miał jednak nadzieję, że Mara nie przyszła tutaj, by go diagnozować.
- Wino? - Zapytał, gdy już wziął od niej płaszcz, i odwiesił go na wieszaku w przedpokoju - Whiskey, woda, herbata, kawa...? - Wyliczył z jakąś zawadiacką przekorą, prowadząc rudowłosą w miejsce, gdzie nowoczesna, otwarta kuchnia, łączyła się z obszernym salonem w jedną całość okoloną ogromnym oknem sięgającym od sufitu, aż do podłogi — …czy też po prostu przestajemy udawać, że potrzebujemy pretekstu?
Mara Lakefield