Strona 2 z 2

He left, You stayed and I’m panicking

: pn kwie 27, 2026 11:09 pm
autor: Wendy Gardner
Nawet nie usłyszała jego prośby o spokój, może to i lepiej! Była daleka od uspokojenia się, a te słowa mogłyby dać zupełnie odwrotny efekt od zamierzonego. Już i tak była pogrążona w jakimś chaosie, którego on nie potrafił zatrzymać, a może nie tyle nie potrafił co bał się, bo nie był Billem Hardingiem? Czuła jak krew buzuje jej w skroniach, serce bije jak oszalałe, a łzy rozmazują wizję ich idealnej przyjaźni, której dotychczas była tak cholernie pewna. Uderzyła go w pierś gdy złość mieszała się z bezsilnością, a ona nie potrafiła ulżyć sobie w tym całym bólu, który właśnie odczuwała. Wyrzucała w niego kolejne słowa gubiąc nieco wątki, miotając się, bo nie nadążała wypowiadać swoich myśli, ale była tak bardzo wściekła na tego pana idealnego, który postanowił przyjść i prawić jej nauki na temat tego jaka jest i jaka powinna być, by być szczęśliwszą… choć żadnej z tych rzeczy od niego nie potrzebowała.
Jasne, nie mogła mieć jego i miotała się w ostatnim czasie ze swoimi uczuciami, a mimo to w ostatecznym rozrachunku naprawdę nie musiał jej żałować, bo świetnie sobie żyła w tym swoim chaosie, brokacie i byciu niepoważną. Miała mieszkanie, stałą pracę, wspierających przyjaciół, a nawet chłopaka, który może nie był jej i niczego jej nie deklarował, ale akceptował te wszystkie jej dziwactwa łącznie z tym, że preferowała brak jakichkolwiek deklaracji.
To właśnie te pankejki, spokój i wygłupy serwowane o poranku sprawiły, że była dzisiaj w takim błogostanie, ale Peter też już ten błogostan widział i to niejeden raz jak wspólnie podróżowali, wtedy gdy razem mieszkali, a nawet w Mediolanie. Tylko prawda była taka, że najciemniej pod latarnią jest i czasami nie dostrzegamy tego co ma się tuż przed nosem, tylko dopiero gdy się to oddala lub gdy ktoś inny wyciąga po to swoją dłoń. I wtedy pojawia się…
Zazdrość
Jeszcze raptem chwilę wcześniej miała w sobie pokłady dzikiej energii, która namawiała ją do tupania nogami, wymachiwania rękami i wyrzucania z siebie słów z prędkością karabinu maszynowego. Czuła jak każdy mięsień w jej ciele napina się do granic możliwości, aż nagle…
Przepraszam
Desperacko brzmiące, wyrzucona nagle, błagalnie gdzieś za nią. Nie drgnęła, zaciskała dłonie na swoich ramionach jakby próbowała objąć samą siebie i otulić opieką. Przestała krzyczeć, przestała się szarpać z własnym bólem, stała tak i się nie odwracała w jego stronę. Bała się, że gdy się odwróci to dostrzeże w jej oczach już nie tylko ten ból, ale też jakąś naiwną nadzieję, która bezczelnie tliła się na sam dźwięk słowa o zazdrości.
Słyszała, że zrobił krok w jej stronę, a mimo to nie drgnęła.
Zazdrosny? No świetnie — parsknęła pod nosem bardziej do siebie już zupełnie nie rozumiejąc o co chodziło Peterowi. — Słyszysz co ty mówisz? Bo ja cię słyszę, ale zupełnie nie rozumiem — jakby się na jakiś inny język przelogował. — Wytłumacz mi coś…. Jedną rzecz jak nagle z wytykania mi, że nie chcę dorosnąć, że w głowie mi tylko situationshipy, że wszystko sabotuje i żyję w bańce z miesiąca miodowego, a facetów zużywam jak butelki szamponów przechodzisz zwinnie do zazdrości o to, że być może znalazł się ktoś, kto czysto hipotetycznie mógłby mnie z tej mojej życiowej niedoli — złożyła na te słowa szczególny nacisk, bo ona wcale się tak nie czuła, ale miała wrażenie, że tak ją postrzega po tych swoich lekcjach dorosłości, które jej dzisiaj zaserwował — wyciągnąć i sprawić swoim kojącym charakterem, że dostanę wszystko to o czym wcześniej mówiłeś, ze mi się należy i dzięki czemu niby to będę szczęśliwsza? — no teraz to akurat się do niego odwróciła, zrobiła w jego stronę krok i wbiła w niego swoje spojrzenie. Czerwone, napuchnięte, złamane, a jednak znów pobudzone jakąś taką rozdrażnioną ciekawością. Niby szkliste, a jednak coś w nich zapłonęło.
Poza tym ja cię nie spisuje na straty bo układasz sobie życie z kimś innym. Nie wiem skąd ten pomysł, że stracisz mnie… jeśli ja sobie kogoś znajdę — bo przecież nie nie przyszło jej do głowy, że dosłownie jest o nią zazdrosny.
Nie mam z tobą żadnego problemu Wendy, po prostu chciałbym żebyś.. żebyś nie była dla mnie taka ważna?
Żebyś…
…co? — spojrzała na niego nie wiedząc jakiej odpowiedzi się spodziewać… ale na pewno nie sądziła, że wyskoczy z tekstem o rozmowach. Jej myśli popuściły wodze fantazji po raz kolejny zawodząc. Westchnęła ciężko, czując jedynie niesamowity ciężar nadchodzących słów.
Jak mam teraz z tobą otwarcie rozmawiać? Zburzyłeś moje poczucie, że przy tobie mogę po prostu… być — przy ostatnim słowie to nawet głos jej pękł — sobą.
Był tak blisko niej, a miała wrażenie, że jest dalej niż kiedykolwiek. Czuła zapach jego perfum, czuł a szybsze bicie jego serca, a jej żołądek ściskał się pod naporem tej znajomej mieszanki. Chciała uciec, ale nie potrafiła zrobić kroku w tył, jakby bała się, że do tego miejsca już nie wrócą i nie sposób było się pożegnać.
Chcesz otwartości? — zapytała, ale nie czekała na jego odpowiedź. — Nie boję się ustatkowania, a nawet chciałabym stałego związku ale takiego, który momentami jest dziecinny, niepoważny i szalony, niekiedy nieprzewidywalny, pełen zrywów, zaskoczeń, skoków na głęboką wodę i romantycznych uniesień podczas których brakuje człowiekowi tchu… ale przede wszystkim chcę spokoju… i kogoś, kto pokocha mnie za to jaka jestem, a nie dlatego, że pora się już ustatkować i akurat ja będę pod ręką. Bo uważam, że zasługuję na to co najlepsze… — on sobie mógł myśleć, że tkwiła w tym single life era dla zabawy, ale ona po prostu korzystała z tego co miała teraz w pełni i nie zamierzała zadowolić się jakimś minimum, bo jeszcze wierzyła w wielką miłość. Nawet jeśli on już przestał ona nie zamierzała.
A przynajmniej uważałam … ale wpadłeś tutaj i zrobiłeś mi sieczkę z mózgu. Kiedyś przynajmniej wierzyłam, że w twoich oczach jestem wystarczająca, a teraz przy każdej rozmowie będę czuła na sobie wzrok sędziego… — uśmiechnęła się gorzko przez łzy. Stała wyprostowana, choć w środku czuła się, jakby ktoś wyrwał jej serce. Patrzyła, jak on stoi w tym chaosie, który sam sprezentował im obojgu i po raz pierwszy poczuła, że choć go kocha, to nie potrafi się uśmiechnąć i udawać, ze nic się nie stało.

tell me is our story through or do our hearts still beat in tune

He left, You stayed and I’m panicking

: śr kwie 29, 2026 12:08 am
autor: Peter Blythe
Jak przechodzisz od oceniania do zazdrości?
Peter sam rozważa to w sobie i dość szybko dochodzi do wniosku, że ta rozmowa już dawno straciła jakikolwiek sens. Kiedy on poczuł, że wyjawia jej największy sekret jego serca, ona stała odwrócona do niego plecami i ewidentnie nie przyjmowała do wiadomości tego co chciał jej przekazać. Czuje jakąś ciężkość na sercu, jak kamień który przywiązany sznurem ciągnie go w dół. Jeżeli już nawet Wendy nie umie go zrozumieć, to komu się to uda?
- I tak czuję, że cię tracę - przyznał szukając momentu w którym cała ta rozmowa może się odmienić, Wendy się odwróci i powie, że tak na prawdę to on ma racje i od teraz będzie mu znów mówiła wszysko. Nic takiego się nie wydarzyło. Wyciągnięta w jej kierunku ręka powoli i mechanicznie opada wzdłuż ciała. Braknie mu już nie tylko odwagi, ale i przekonania o tym, że Wendy da się jakoś uspokoić. A przecież stara się od zawsze i próbuje. Kiedy ona jest wzburzoną burzą, on jest jak to drzewo na grubym pniu, które stoi na polu. Mogła się o niego oprzeć, ale zamiast tego cierpi gdzieś w samotności na jego oczach. Peter czuł się teraz winny, zagubiony, ale przede wszystkim nie widział żadnego sygnału z jej strony, aby Wendy jeszcze chciała by dalej był jej drzewem.
Wendy odwraca się, ale jest za późno bo ją obejmować. Jego spojrzenie znów wspina się do jej twarzy, a błyszczące od łez oczy łamią mu serce.
- Nie mów tak Wendy, przecież to nie jest prawda- prosi ją, żeby przestała, ale zgadza się na jej otwartość. Z każdym kolejnym słowem oczy otwierają się trochę szerzej. No i to była na przykład taka wiadomość, której się nie spodziewał. Wendy w końcu przyznała się do tego, że i ona chciałaby być w związku. A przecież od tego wszystkiego się zaczęło. Że miał wątpliwość, czy w jej planach jest coś takiego, czy ona jest czymś takim zainteresowana. Był w szoku i odruchowo chciałby ją złapać za rękę, albo objąć, ale nie robi tego, bo znów się dowiaduje, że przez niego to co odkrył właśnie w Wendy jest nieaktualne.
- Sędziego? Wszystko zrozumiałaś na opak Wendy - przechyla lekko głowę - Jesteś najbardziej magiczną osobą jaką kiedykolwiek spotkałem. Jesteś mądra, wesoła, optymistyczna i masz mnóstwo pomysłów i wierzysz w najbardziej absurdalne rzeczy. Jak mógłbym cię ocenić źle? - zawahał się, nie będąc pewnym czy przyznawać jej się do tego, że nieustannie jest zawarta w każdej jego myśli - Przepraszam cię jeszcze raz, na prawdę nie chciałem zabrzmieć jakbym oceniał twoje wybory, ale jeżeli mi nie wierzysz.... Mam wrażenie, że byłoby lepiej, gdybym nie mówił nic i moglibyśmy wciąż prowadzić rozmowy o... o niczym. Ale wiesz, tak się składa, że jesteś moją przyjaciółką i wierzyłem w to, że mogę ci bez ogródek powiedzieć to co leży mi na wątrobie. Niepotrzebnie mówiłem cokolwiek - pokręcił głową i powiedział z wiekszym entuzjazmem. - Chociaż wiesz, nie. Dobrze, bo w końcu dowiedziałem się czegoś nowego o Wendy Gardner. Że ty też szukasz sobie kogoś na stałe. Wyobraź sobie, że to nigdy nie było dla mnie takie oczywiste
Nie ma tu już uśmiechów pozytywnych, nie ma nawet przytuleń. Peter wycofuje sie i zaczyna zbierać swoje graty: telefon z sofy i jakąś tam torebkę z którą przyszedł. Nawet nie miał słów, którymi mógłby dac jej znac co chciałby jej przekazać na sam koniec. Że będzie za nią tęsknić? Brzmiało dramatycznie.


Wendy Gardner

He left, You stayed and I’m panicking

: pt maja 01, 2026 6:29 pm
autor: Wendy Gardner
I tak czuję, że cię tracę.

— I tak czuję, że cię tracę — powtórzyła za nim cicho i parsknęła z rezygnacją.
Przyglądała się mu z lekkim niedowierzaniem i smutkiem wymalowanym na twarzy. — Tracisz mnie? Peter, ty nawet o mnie nie walczysz — powiedziała cicho czując, że powoli się poddaje. Już się nie szarpała, nie podnosiła głosu, nie wpadła w płacz. — Stoisz tu, rzucasz mi te swoje bezpieczne przepraszam, które chyba ma uciszyć tylko twoje wyrzuty sumienia i czekasz, aż to ja cię uratuję… aż się odwrócę, uśmiechnę i powiem, że wszystko jest w porządku — westchnęła wzruszając bezradnie ramionami. Bo przecież zawsze taka była, bezproblemowa, zgodna, u niej zawsze wszystko było w porządeczku! I tak sobie z uśmiechem przemierzała przez życie, ale teraz… — …ale nie jest. Nie kiedy wytykasz mi błędy pod wpływem zazdrości, a potem mówisz, że je je na opak zrozumiałam — może część z nich źle zrozumiała, ale chyba zwyczajnie poczuła się zdradzona przez kogoś komu ufała całą sobą. Może nie miał na myśli tego wszystkiego co powiedział, ale wiedziała też, że we wszystkim ukryte jest ziarnko prawdy i to właśnie ten drobny element sprawił, że w końcu coś zrozumiała.
W tej swojej m a g i c z n e j formie najwyraźniej nie pasowała do świata Petera Blythe.
— Magiczną? — zapytała uśmiechając się trochę na siłę, bo to chyba było idealne podsumowanie całej tej sprawy. — Z magią jest ten problem, że nikt nie traktuje jej na serio w prawdziwym świecie… — i przez większość czasu tak się właśnie czuła, bo wielu ludzi nie traktowało jej zbyt serio, na co nawet jeśli w wielu przypadkach sobie zasłużyła, to i tak nie było to miłe.
Patrzyła, jak zaczyna zbierać swoje rzeczy – telefon, torbę i cokolwiek tam jeszcze miał. Każdy ten ruch był taki... Peterowy. Ułożony, uporządkowany, bezpieczny. Nawet wychodząc z jej życia po takiej kłótni, musiał to zrobić w sposób uporządkowany. Szkoda, że nie był tak skrupulatny w sprzątaniu bałaganu, który przed chwilą zrobił jej w sercu i głowie.
— To ty mnie zrozumiałeś na opak — dodała przerywając chwilę ciszy jaka teraz zapadła między nimi. — Nie szukam nikogo, a już na pewno nie na siłę… — i to nie tak, że nagle chciała ugasić jego entuzjazm, ale taka właśnie była prawda. Miała trzydzieści cztery lata, ale nigdzie się nie spieszyła. Zero planów, czysty spontan. — To nie jest tak, że mam w głowie jakiś grafik i określony termin kiedy powinnam się ustatkować… ale jeśli na mojej drodze stanie ktoś idealnie szyty na moją miarę, to nie będę się wzbraniać — byłoby niewątpliwie łatwiej przemierzać z kimś przez życie ramię w ramię. — Bo ja wcale nie boję się stałości… — westchnęła z lekką rezygnacją — boję się tylko marnowania czasu — i coś jej się zdawało, że właśnie do tego czego ona obawiała się najbardziej w swoim życiu jej przyjaciel zmierzał.
Objęła się ramionami, czując, jak ta cała wcześniejsza złość powoli odpływa. Zrobiło się jakoś tak zimniej, prawda? Przeszył ją dreszcz ale nie ruszyła się, by go zatrzymać. Stała tam tylko patrząc na niego jak na kogoś, kogo nagle przestała rozumieć. — Masz rację, może lepiej było rozmawiać o niczym… — wtedy poranek nie kończyłby się tak dramatycznie, a dzień nie zaczynał tak tragicznie.

:cri: