“Nie miał zupełnie pewności, czy byłoby zasadne porzucanie stabilnej sytuacji z Kristin na rzecz zupełnie nieprzewidywalnej przyjaciółki.”
Zupełnie nieprzewidywalnej przyjaciółki.
A więc tak ją widział… była dla niego nieprzewidywalna... niczym huragan, fascynująca na chwilę i do obserwacji z bezpiecznej odległości, ale nie warta ryzyka. Nikt o zdrowych zmysłach by się tego nie podjął, huh? Bolało, bo naiwnie sądziła, że ta jej nieprzewidywalność była dla niego powiewem świeżego powietrza, ale teraz po jego słowach zrozumieć mogła, że wcale jej tak nie postrzegał... dobrze, że nie siedziała w jego głowie teraz.
Pieprzona zasadność Petera Blythe.
W jego świecie wszystko musiało być
z a s a d n e.
A co z uczuciami? Namiętnością? Tym czymś, co sprawiało, że w Mediolanie powietrze między nimi drżało od niewypowiedzianych słów? To wszystko było nieistotne, bo nie było
zasadne. Wybrał Kristin nie dlatego, że ją kochał bardziej, ale dlatego, że ona była bezpieczna. Bo Kristin była przewidywalna, a Wendy...
Wendy była burzą, na którą on –
wielki Peter Blythe – najwyraźniej nie miał dość odwagi. Potrzebowała swojego Billa Hardinga, łowcy burz, który będzie mieć odwagę zbliżyć się do żywiołu, zrozumieć jego naturę, spojrzeć prosto w oczy i zaryzykować. Bo niepoważna Wendy Gardner była warta ryzyka, nawet jeśli czasami o tym zapominała.
Może potrzebowała tych jego słów i tego spojrzenia na nią by zrozumieć, że dla niego nie była warta ryzyka. Że on nie był jej Billem Hardingiem i nigdy nie będzie, tak jak ona nigdy nie będzie przewidywalna. I lepiej, że nie wiedziała co dokładnie siedzi w jego głowie, bo gdyby wiedziała, że dla niego jest
niepewną sytuacją i że on w ogóle nie wierzy w to, że jest zdolna do jakiejkolwiek stałości. Bo gdyby to wiedziała to załamałaby się. Nie wyobrażała sobie gorszego upokorzenia niż to, że zostałaby odrzucona nie dlatego, że zabrakłoby chemii ale dlatego, że to się mu nie kalkuluje, nie jest zasadne i… ugh, szkoda gadać. Na domiar złego wkurzało ją to, że nie potrafił dopuścić do siebie myśli, że ona nie potrzebowała wcale
tej jednej osoby, by być kompletną i szczęśliwą. Najwyraźniej szukali w życiu czegoś innego. Srogo się pomyliła w tych swoich chorych fantazjach.
Oj głupia ty, głupia ty.
Uważam, że mogłabyś być bardziej szczęśliwa i nie rozumiem dlaczego nie chcesz sobie na to pozwolić.
Wsłuchiwała się w jego wyjaśnienia, ale zupełnie do niej nie przemawiały. —
Wspaniałomyślnie mnie kurwa uszczęśliwiłeś, Peter! — wyrzuciła z siebie, a w jej głosie nie było już nic z tej wesołej dziewczyny, którą znał. Był żal, ogrom żalu. —
Dziękuję ci bardzo za tą lekcję z dorosłości o którą nikt nie prosił! Martwisz się? No to chyba definicji nie znasz, kiedy tak stoisz tutaj i punktujesz mnie w moje czułe punkty. Raczej się znęcasz! — zrobiła krok w jego stronę czując, jak nerwy rozszarpują ją od środka i uderzyła otwartą dłonią w jego pierś. —
Byłam szczęśliwa! — poinformowała go, a zawód wyraźnie rozbrzmiewał w jej drżącym i bliskim płaczu głosie. —
Dopóki nie przyszedłeś tutaj mnie wypunktować — i poczuła jak łza spływa jej po policzku, ale nawet jej nie obtarła tylko patrzyła na niego taka złamana. —
I nie. Wcale nie uważam, że stabilizacja jest żałosna… o ile nie zgadzasz się na nią kosztem innych ważnych rzeczy… I mówię to dopiero teraz, bo to ty jaśnie panie dopiero teraz wyjawiłeś swoje problemy na światło dzienne — teraz to ona go wypunktowała. Wcześniej nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że coś między nimi - nim a Kristin rzecz jasna - jest nie tak. Tak samo jak nie dopuszczała do siebie myśli, że między nimi jest coś więcej niż tylko przyjaźń… przynajmniej z jej strony. Ale przed sama sobą nie potrafiła już udawać. Przed nim jeszcze tak
Nim zdążyła pomyśleć w nerwach z siebie wyrzuciła. —
Przecież ty jesteś kurewsko fackable, Peter! Jesteś facetem, przy którym każda kobieta powinna tracić oddech, a ty nagle prawisz kazania o stabilizacji i szczęściu, a sam oświadczasz, że wybierasz życie w lodówce z Kristin bo...— zaczęła i dotarło do niej co powiedziała…
Nawet nie wiedziała do czego zmierzała.
Poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, by powrócić z podwójna siła. Wdech, wydech Wendy. Ratuj się. Skoro on miał prawo ci nawrzucać, że zasługujesz na szczęście
bla bla bla to ty przyjmij to to jako swoją linię obrony, że niby też możesz mu nawrzucać.
Co z tego, że stwierdzenie
fuckable raczej nie miało negatywnego wydźwięku i mijało się z nawrzucaniem mu.
—
Nieważne — skwitowała oddalając się od niego i podchodząc do okna —
ja wcale nie szukam bajki i nie wiadomo czego, ale na pewno nie dam się zamknąć w klatce rezygnując z istotnych rzeczy, a już na pewno nie zrezygnuje z siebie — on rezygnując z kluczowej kwestii pewnie skończy w stałym związku zdradzając swoją żonę, też mi szczęście!
—
Jeśli masz problem z tym, że nie mam nikogo kiedy ty układasz sobie życie to cóż… nie musisz się o mnie martwić — zapewniła go uśmiechając się do niego przez łzy. —
Możesz przestać, zwalniam cię z tego obowiązku — obowiązku opieki nad nieporadną Wendy Gardner. —
Naprawdę poradzę sobie sama, a ty możesz wracać do swojego przewidywalnego świata kupować diamenty tylko się zastanów czy naprawdę stabilizacja musi się wykluczać z wizją jak to ująłeś…? — próbowała przypomnieć sobie jego wcześniejsze słowa w odniesieniu do niej. —
Z bajeczną wizja wielkiej miłości. Wiecznie namiętnej, wiecznie szalonej. Bo jeśli tak to ja podziękuję za stabilizację, wole swoje B A J E C Z N E i niepoważne życie! Przynajmniej będę wierna… sobie — o co trudno gdy się człowiek nieszczęśliwie ustabilizuje. Źle unieruchomione złamanie też się źle zrośnie. Potem trzeba łamać i zaczynać na nowo.
Przez tą twoją zasadność rokowania ci spadły, Blythe. 


