Strona 2 z 2

if you turned wrong you forget what's right

: pn maja 04, 2026 12:53 pm
autor: Rhys Madden
To powinno być ostatnim, co chciał usłyszeć.
Miłość niczego nie zmieniała - nie w tym racjonalnym sposobie myślenia, którym usiłował się posługiwać. Nie sprawiała, że jego ręce stawały się czystsze. Nie przywracała życia osobie, której go pozbawił. Nie usuwała wszystkich win, którymi splamił się przez lata, jego układów z Carbone'm, podrzuconych dowodów i zatajonych spraw.
Czy każdy, pieprzony film nie mówił o tym, że gdy się kogoś kochało, powinno pozwolić mu się odejść?
Ale to wszystko, co usiłował w sobie pogrzebać, nagle odżyło pod wpływem jej słów. Sprawiło, że zamarł na ułamek sekundy, oddalony zaledwie o milimetry od jej ust. Jej wyznanie było jak fala, przetaczająca się po jego ciele i porywająca za sobą jego serce.
- Starałem się trzymać z dala - szepnął w odpowiedzi, jego ręce zsunęły się z kobiecego karku, wypuściły z palców jej włosy. - Dać ci przestrzeń.
Którą teraz odbierał, bezmyślnie, nie patrząc na to, w jakim miejscu się znajdowali - wsuwając dłonie pod jej uda by przyciągnąć ją do siebie, wciągnąć na swoje kolana, na j e g o fotel i jego przestrzeń. Gdy ten dystans między nimi został skrócony, nagle stał się czymś niemożliwym do zniesienia, co musiał zniwelować do zera.
- Nigdy sobie tego nie wybaczę - westchnął, oplatając jej talię ramieniem, przyciągając ją blisko do siebie. Jego twarz wsunęła się w zasłonę kobiecych włosów, dotarła do wrażliwej skóry na jej szyi, po której pomknął jego oddech wraz z następnymi słowami. - Tego, że pozwoliłem ci wyjechać.
Tama runęła, a fala zabrała go ze sobą.
Do zapachu, który wciąż czuł w swojej szafie - w miejscu, do którego schował jej poduszkę. Do jej ciężaru na swoich kolanach, który uciszał nieustanny warkot jego myśli. Do ust, które dla niego zawsze smakowały słodyczą, która nie miała nic wspólnego z zakazem.
Jego miejsce zawsze było przy n i e j i teraz, gdy jego usta wyznaczały pocałunkami ślad po jej szyi, nie miał pojęcia, jakim cudem udało mu się trzymać z daleka tak długo. Wiedział za to, jak wiele go to kosztowało. Widział to w lustrze, z którego spoglądała na niego ponura twarz i czuł to w głębi siebie, gdy powoli miejsca, które owiał już chłód, zaczynały budzić się do życia.
- Nie potrafię bez ciebie żyć. - jego głos zabrzmiał ochryple, jakby nie używał go przez ten czas, który spędzili osobno. - Jesteś moim pieprzonym powietrzem, Margo.
Jego dłonie uniosły się w górę, oderwały od jej talii wyłącznie po to, by ująć kobiecą twarz, by spojrzeć na nią, choćby w półmroku. Jedynie patrząc na nią i czując ją obok był w stanie zduszać to ponure przeświadczenie, że ten raz, jak wszystkie poprzednie, również się skończy.
Ponieważ tym razem czuł, że mógł być ostatni.
- Kocham cię - szepnął, muskając ustami jej czoło nim owinął swoje ramiona wokół niej, niemal desperacko zamykając ją w swoich objęciach. - Przepraszam za wszystko, co zrobiłem. - musnął dłonią jej włosy, tęskniąc nawet za tym, w jaki sposób oplatały się wokół jego palców, utrudniając wyswobodzenie się. - I przepraszam za wszystko, co pewnie zrobię - mruknął pod nosem, jedynie zerkając na drzwi, które mieli obserwować.
Które wciąż były zamknięte.

margo mercer

if you turned wrong you forget what's right

: pn maja 04, 2026 2:16 pm
autor: margo mercer
Ulga przyszła nagle, jak powietrze wciągnięte do płuc po zbyt długim zanurzeniu. Najpierw w tym, że jej nie odepchnął, a potem w jego głosie - znajomym, szorstkim, nieidealnym, a jednak tak bardzo jego, tak bardzo osadzonym gdzieś głęboko w niej, że rozpoznała go natychmiast, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć.
Całe napięcie, które od tygodni wiązało jej ciało w ciasny węzeł, zaczęło się rozluźniać, jakby ktoś zdjął z niej coś, czego nie była świadoma, dopóki nie zniknęło.
Dłonie same znalazły drogę do jego twarzy, jak robiły to tyle razy wcześniej. Oparła je o jego policzki, czując pod opuszkami znajome ciepło skóry, i zaczęła zataczać kciukami powolne, uspokajające kręgi, w tym geście, który zawsze należał tylko do nich.
Patrzyła mu prosto w oczy i po raz pierwszy od dawna pozwoliła, żeby jej własne przestały się ukrywać; żeby zniknęła ta cienka warstwa ironii, sarkazmu i obojętności, którą nakładała na siebie każdego dnia, jak zbroję.
Nagle dotarło do niej, jak bardzo za tym tęskniła - za byciem sobą przy nim. - Nie wierzyłam w żadne twoje słowo - odszepnęła, wtulając się w niego mocniej, pozwalając, by objął ją w całości, jakby to było jedyne miejsce, w którym mieli prawo i s t n i e ć. Uśmiech pojawił się na jej ustach sam, ciepły i miękki; był odpowiedzią na wszystko, co się właśnie wydarzyło, na tę chwilę, która zdawała się nierealna, a jednocześnie bardziej prawdziwa niż cokolwiek innego.
Jej dłoń przesunęła się wyżej na jego kark, zahaczając o linię włosów, sunąc powoli, czule, zapamiętując każdą reakcję i każdy oddech. - Nie zostawiłam cię - szepnęła, głosem cichym, ale pewnym. Zapomniała o wszystkim innym. O ulicy, o sprawie, o czasie, który powinien ich gonić. Zostali zamknięci w tej ciasnej przestrzeni, która nagle stała się ich własnym światem, odciętym od reszty. - N i g d y bym tego nie zrobiła - uniosła się nieznacznie, by spojrzeć na niego lepiej, a na jej ustach pojawił się krzywy, niemal zawstydzony uśmiech.
- Mam zapisanych chyba kilkadziesiąt wiadomości, których nigdy nie wysłałam w ciągu tego miesiąca - westchnęła cicho, jakby dopiero teraz docierało do niej, jak bardzo to wszystko było nieodpowiednie; jak bardzo powinni się zatrzymać, jak bardzo nie powinna robić kolejnego kroku.
A mimo to z r o b i ł a go.
Jej palce zahaczyły o brzeg jego koszulki, nieśmiało, a jednak z wyraźną intencją, unosząc materiał odrobinę wyżej. Skóra pod nimi była zbyt ciepła, by mogła to zignorować. Przesunęła dłoń wyżej, powoli, badając granice, których nie powinna przekraczać. Patrzyła na niego z lekko uniesioną brwią, z tym cieniem wyzwania, który zawsze pojawiał się między nimi, z oddechem, który przyspieszył, zdradzając więcej, niż chciała powiedzieć na głos. Przygryzła wargę, ledwie zauważalnie, czując, jak napięcie wraca - i n n e niż wcześniej.
Oderwała się minimalnie, tylko na tyle, by znów na niego spojrzeć, by pozwolić temu zawisnąć między nimi. - Jak bardzo to będzie złe? - zapytała cicho, unosząc się odrobinę wyżej, a jej ruch, pozornie przypadkowy, był aż nazbyt świadomy - subtelny, miękki, a jednak niosący ze sobą obietnicę, której nie próbowała ukrywać. Nie było w tym nic gwałtownego, nic d o s ł o w n e g o - raczej powolne, celowe zatarcie granicy między potrzebą bliskości a potrzebą oddania się pożądaniu.

Rhys Madden