35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i say: look up to the hanging tree
they took my heart and let it bleed
Ucieczki były łatwe. Odwrócenie się, powolne wycofanie z pomieszczenia. Powrót do własnych, czterech ścian i myśli niezmąconych problemami bądź ludźmi, z którymi nie chciało się mierzyć. Tak łatwo było ignorować coś, czego się nie widziało, co nie było na wyciągnięcie ręki i nie domagało się uwagi. Robił tak przecież całe życie - unikał swojego spojrzenia w lustrze, gdy stawało się bolesne. Znieczulał się rozrywką, wnętrzem baru bądź butelki gdy wspomnienia z tamtej nocy nie pozwalały mu spać. Można by rzec, że na tym etapie był już ekspertem od odwracania się od swoich problemów.
Więc dlaczego nie potrafił uciec od n i e j?
Dlaczego tkwiła wraz z nim w samochodzie, gdy zatrzasnął drzwi i ruszył przed siebie? Dlaczego czekała na niego przy biurku komisariatu, do którego wrócił - wyjątkowo - by pomimo późnej pory uzupełnić papierologię, której zwykle unikał jak ognia?
Dlaczego wciąż tkwiła w jego łóżku, w tej połowie posłania, której nie potrafił dotknąć, bo nie należała już do niego?
Miesiąc wydawał się wystarczającym czasem rozłąki wcześniej, teraz, z perspektywy czasu, to założenie było naiwne, o ile nie skrajnie głupie. Potrzebowałby wieczności by zabić w sobie te wszystkie uczucia, które żywił do niej. Nie miał wieczności.
Ale mógł spróbować od paru dni więcej.
Zaginięcie Estelle podniosło raban na komisariacie gdy wyszło na jaw, że wraz z nią, zniknęło również malutkie dziecko. Czym innym był domniemany morderca na wolności, a czym innym ktoś posądzony o niepoczytalność, mający pod swoją pieczą potencjalną, kolejną ofiarę. W ich śledztwo zaangażowali się inni ludzie, inne działy, dzięki temu unikanie jej stało się łatwiejsze. Wychodził, gdy wyczuwał jej nadejście w powietrzu. Wychodził po kawę, gdy słyszał jej kroki w korytarzu, bądź na papierosa gdy docierał do niego dźwięk jej głosu z kuchni.
W tym też planował stać się ekspertem. W ignorowaniu tych podrygów serca, które usiłowały pchnąć go w jej kierunku. Które wspominały kawę, którą wypili w jego rodzinnym domu, sposób, w jaki uśmiechała się serdecznie do jego matki i to, jak pod stołem jej noga sięgała do jego nogi by zakotwiczyć go w miejscu.
Im bardziej o tym myślał, tym bardziej opryskliwy się robił. Nie miał w sobie neutralności względem Margo - nie wtedy, gdy nawiedzała go w jego snach i myślach. Gdy więc odzywała się do niego w komisariacie, miał wrażenie, że nie przerywała długiego czasu milczenia, że zamiast tego dokładała kolejną metodę komunikacji, zaznaczania obecności, której nie potrafił się pozbyć.
Estelle miała pojawić się tego wieczora u swojej matki - obiecała jej to, przez telefon, do którego wcześniej się podpięli. Jedyne, co im pozostało, to wysiedzieć w samochodzie odpowiednią długość czasu i zaczekać na kobietę.
Nie zgodził się, oczywiście, na wspólne czekanie. Uwolnił ich od tego ciężaru, natychmiast proponując, żeby się zmieniali - co robili często partnerzy, by jedno pozostawało świeże i tylko jedno się męczyło. Margo i Rhys nigdy się nie zmieniali.
Do teraz.
Ten wieczór był chłodny. Dostrzegł jej samochód zaparkowany w odpowiedniej odległości od domu matki Estelle, ale z dobrym widokiem na drzwi. Wcześniej to on przyjechał odwiedzić starszą kobietę, uznali więc, że samochód Mercer ma lepszą szansę na bycie nierozpoznanym.
A jego właścicielka miała pierwszą zmianę.
Z sercem podjeżdżającym pod gardło chwycił za klamkę drzwi samochodowych i szarpnięciem je otworzył, wchodząc do środka. Wnętrze pojazdu pachniało jej perfumami i szamponem do włosów, który dwa tygodnie temu wyrzucił ze swojej łazienki.
- Moja kolej - rzucił krótko, ochryple, głosem nieprzyzwyczajonym do rozmowy. Całą jej zmianę tkwił w swoim samochodzie, kilka ulic dalej, niezdolny do funkcjonowania myśląc, że tkwiła tutaj sama. - Możesz iść.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powrót do miejsca, którego jeszcze kilka dni wcześniej panicznie chciała uniknąć, okazał się zaskakująco prosty. Pierwszy poranek ciążył jej na barkach tak mocno, że przez dłuższą chwilę stała przed wejściem, wpatrzona w odbijające światło szklane drzwi, próbując przekonać samą siebie, że nadal miała prawo je przekroczyć; że to wciąż było jej miejsce, że nie oddała go wraz z wyjazdem, wraz z ciszą, którą po sobie zostawiła.
Kolejne dni odebrały temu momentowi dramatyzm. Dzisiaj weszła do środka niemal automatycznie, bez wewnętrznych negocjacji i bez tego znajomego ścisku w gardle. Usiadła przy biurku, wypiła kawę, uzupełniła zaległy raport i pozwoliła godzinom płynąć swoim rytmem. Komisariat znów stał się przestrzenią pełną hałasu, kroków, urywanych rozmów i stukotu klawiatur. Ludzie wracali do własnych obowiązków, a ona coraz mniej czuła się intruzem.
Nie protestowała, gdy przypadła jej pierwsza zmiana podczas obserwacji. Przyjęła to bez słowa, niemal obojętnie, choć wiedziała doskonale, że ten podział nie był przypadkiem. Rhys chciał ograniczyć ich kontakt do minimum. Chciał zostawiać między nimi dystans, odległość, godziny, które pozwalały mu oddychać bez jej obecności obok.
Nigdy wcześniej nie mieli z tym problemu. Potrafili siedzieć razem godzinami w samochodzie, milcząc albo rozmawiając o wszystkim i o niczym. Teraz nawet wspólne oczekiwanie stało się czymś trudnym do zniesienia.
Bał się czegoś, czego ona nie próbowała unikać. Nie chodziło o sprawę. Nie o pytania, które mogłaby zadać. Nie o przeszłość, która i tak była zamknięta - ciężka, bolesna, pełna ostrych krawędzi, do których nie zamierzała wracać. Nie chciała rozdrapywać tego, co wydarzyło się wcześniej. Wiedziała, że jego lęk miał zupełnie inne źródło.
Bał się rozmowy o n i c h.
O tym, co nadal istniało mimo gniewu. O tym, czego nie udało im się zabić ani czasem, ani odległością.
Kilka godzin spędzonych w samochodzie upłynęło jej bardziej na myśleniu niż na obserwacji. Wpatrywała się w oświetlone wejście do budynku, ale myślami krążyła zupełnie gdzie indziej. Budowała scenariusze, rozgrywała w głowie rozmowy, które nigdy się nie wydarzyły, wyobrażała sobie wersje przyszłości - te najgorsze i te niebezpiecznie dobre.
Wszystkie prowadziły do tego samego miejsca.
Do n i e g o.
Próbowała wmówić sobie po powrocie, że dystans coś zmienił, że wystarczyło kilka tygodni, by emocje osłabły, rozmyły się, stały mniej istotne. Karmiła się tym przekonaniem przez pierwsze dni, powtarzała je sobie uporczywie, aż niemal zaczęło brzmieć wiarygodnie. Teraz już wiedziała, że to nie była prawda. Wciąż wybrałaby jego, bez względu na wszystko.
Wciąż wyciągnęłaby rękę, gdyby zrobił to pierwszy.
Szarpnięcie klamki wyrwało ją z zamyślenia tak gwałtownie, że lekko drgnęła. Zamek kliknął, drzwi otworzyły się szerzej, a on wsunął się do środka z napięciem zapisanym w ruchach. Samą swoją obecnością wypełnił ciasną przestrzeń samochodu - znajomym zapachem, ciężarem sylwetki, ciszą, która natychmiast stała się gęstsza.
Spojrzała na niego krótko, zanim znów odwróciła wzrok. - Zostanę - odpowiedziała spokojnie. Poprawiła kurtkę, zasuwając ją wyżej pod szyję, choć wcale nie było jej zimno. Potrzebowała po prostu zająć czymś dłonie, znaleźć dla nich zajęcie, które ukryje nagłe napięcie.
Zegar na desce rozdzielczej wskazywał prawie dwudziestą drugą. - Jestem prawie pewna, że pojawi się niedługo - dodała ciszej. - Nie chcę tego przegapić - nie patrzyła na niego. Wzrok trzymała wbity w drzwi budynku, choć wcześniej bez celu obserwowała ulicę, przewijała stacje radiowe, zerkała na telefon, pozwalając sobie na rozproszenie. Teraz nie potrafiła skupić się na niczym poza świadomością, że siedział obok.
Podciągnęła nogę pod siebie, próbując znaleźć odrobinę wygody po godzinach spędzonych w bezruchu. - Mogłeś chociaż przynieść kawę - mruknęła po chwili, pozwalając, by głos zabrzmiał lżej. - Albo coś do jedzenia. Jestem potwornie głodna.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odbywali już rozmowy o nich.
Może właśnie przez to wiedział, że powinien się ich b a ć.
Bo nigdy nie prowadzili do miejsca, w którym znaleźliby wyjście z tej sytuacji. Zawsze kończyły się impasem, uczuciami, których nie powinno być kolidującymi z czynami, których nie dało się zignorować. Czuł ten impas każdego dnia, wchodząc do komisariatu, robiąc wszystko, byle tylko móc jej uniknąć - a zarazem doświadczając tego, jak jego wzrok sam mknął w jej stronę, sam posyłał urywkowe spojrzenia wyłącznie wtedy, gdy miał pewność, że ich nie widziała.
Nie mógł z nią być, a jednocześnie nie mógł żyć bez niej.
I w tym niemożliwym stanie funkcjonował każdego dnia, wiedząc, że potencjalna konfrontacja będzie kolejnym uderzeniem, którego nie chciał jej zadawać. Nie chciał, by znów znikała na cały miesiąc, by rezygnowała ze swojej pracy, by ból w jej oczach przypominał mu o tym wszystkim, co jej z a b r a ł.
Na swój sposób, ten status quo był zadowalający. Dzięki niemu Margo wciąż mogła przychodzić do pracy, robić to, co lubiła, nawet jeśli wiązało się to z nieustanną niechęcią posyłaną w jego stronę. Liczył na to, że gdy tylko uda im się rozwiązać tę sprawę, kapitan zgodzi się na zmianę ich przydziału i zmieni ich partnerów.
I go to p r z e r a ż a ł o.
W kolejnej, niemożliwej sytuacji jednocześnie bał się, że nigdy więcej jej nie zobaczy i równie mocno bał się tego irracjonalnego uczucia. Uczucia, które zrzucał na karb swojego egoizmu, bo przecież czy nie wyrządził wystarczającej ilości szkód? Czy nie powinien cieszyć się, że Margo będzie w stanie przejść do codzienności, z innym partnerem, z kimś innym u jej boku, jeśli on usunie się w cień?
Jego mina była daleka do wyrażania jakiejkolwiek radości. Opadł na oparcie fotela, przez moment wyłącznie chłonąc miejsce, w którym się znalazł - zapach jej kosmetyków, ciepło jej ciała, na którego obecność był zawsze wyczulony. Jakaś irracjonalna, dziecinna część jego charakteru chwyciła za klamkę gdy powiedziała, że nie chciała wychodzić - jakby to on powinien, respektując tę niepisaną zasadę niedzielenia z nią przestrzeni.
- Powinnaś odpocząć. Siedzisz tu cały wieczór - mruknął w odpowiedzi, puszczając klamkę, choć wymagało to od niego skupienia uwagi na palcach, które nie chciały się poluzować. - Dam ci znać gdy będzie po wszystkim.
Gdy Estelle się pojawi, gdy wreszcie ją aresztują, gdy zakończą sprawę, gdy kapitan przydzieli jej kogoś innego, kogoś miłego i łatwego, kto nie lubił rzeczy komplikować.
Drgnął, słysząc jej cichsze słowa. Jego analityczny mózg natychmiast przeskanował okolicę, wyszukując miejsca, które wciąż było otwarte. Znów w tym impasie, po części nie chciał, by była głodna, chciał o nią zadbać - a jednocześnie pragnął stąd u c i e c, znaleźć dla siebie pożyteczne zajęcie, wymówkę do wyjścia na zewnątrz.
Ten konflikt męczył go jak nic innego, jakby ten miesiąc jej nieobecności nadal się nie skończył, trwał nieustannie, oskubując go z reszty wytrzymałości.
- Przyniosę ci - zaoferował, znów chwytając za klamkę, znów pragnąc u c i e c, choćby na chwilę, choćby po to, by wrócić piętnaście minut później z dwoma kawami i kanapką, którą mogłaby zjeść.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zamierzała nigdy zgodzić się na zmianę partnera.
Nie na jego zasadach, nie w sposób, który sobie wymyślił, nie w tej cichej wersji rzeczywistości, gdzie decydował za nich oboje, układając przyszłość tak, by pasowała do jego poczucia winy.
Wbrew temu, co sądziła wcześniej, okazało się, że potrafiła się przystosować. W ostatnim miesiącu odkryła w sobie coś, czego wcześniej nie znała - zdolność do życia obok bólu bez nieustannego dotykania go palcami. F u n k c j o n o w a ł a. Czasem mechanicznie, czasem z trudem, ale jednak. I choć świadomość własnej winy nadal istniała, nadal wracała w gorsze wieczory, nie pozwalała już, by odbierała jej wszystko inne.
Nie zgodziłaby się jednak na odsunięcie.
Nie pozwoliłaby mu zdecydować, że ich współpraca powinna się skończyć tylko dlatego, że on uznał to za właściwe. Potrafiła pracować wyłącznie przy nim. Tylko obok niego ten chaos miał sens, tylko przy nim potrafiła odnaleźć rytm, który znała od miesięcy. Wszystko inne wydawało się obce, sztuczne i niewłaściwe.
Był naiwny, jeśli naprawdę wierzył, że po rozwiązaniu sprawy pójdzie za nim do gabinetu kapitana i bez słowa przytaknie prośbie o zmianę partnera. Już widziała tę scenę - jego spokojny ton, racjonalne argumenty, chłodne decyzje podejmowane rzekomo dla jej dobra.
Powiedziałaby nie.
Przeniosła wzrok na jego profil, gdy odezwał się ponownie. Przyznała mu rację skinieniem głowy - rzeczywiście powinna odpocząć. Powinna wyjść, przeciągnąć nogi, napić się czegoś ciepłego i wrócić do domu, ale nie zamierzała. - Nie ma mowy - odpowiedziała spokojnie, choć ton pozostawał stanowczy. - Jeśli przyjedzie z dzieckiem, będziesz wiedział, co zrobić? - uniosła brew minimalnie. - To niemowlę, Rhys - nie miała doświadczenia. Nie otaczały jej dzieci, nie wiedziała jak się je uspokaja, nosi, odczytuje ich potrzeby. A jednak ufała, że instynkt w podobnej chwili byłby silniejszy niż rozsądek.
- Poza tym, jeśli będziesz musiał z nią rozmawiać, polegniesz - dodała ciszej. - Oboje znamy poziom twoich umiejętności interpersonalnych - kącik jej ust drgnął ledwie zauważalnie. Nie była to złośliwość, raczej znajoma ironia, ta sama, która istniała między nimi od początku.
Zauważyła ruch jego dłoni szybciej, niż zdążył pociągnąć za klamkę. Wcisnęła blokadę drzwi, a cichy klik zabrzmiał zaskakująco wyraźnie w zamkniętej przestrzeni samochodu. Wiedziała dokładnie, co próbował zrobić. Dawała mu wymówkę, a on chwytał ją natychmiast, jak zawsze, uciekając tam, gdzie było prościej.
Wyjęła telefon i szybko napisała wiadomość do jednego z funkcjonariuszy czekających kilka samochodów dalej. - Ktoś przywiezie - ponownie skierowała wzrok na wejście do budynku, za którym od dłuższego czasu nie wydarzyło się absolutnie n i c. Cisza między nimi była dziwnie gęsta. Nie niewygodna, raczej napięta od wszystkiego, czego oboje unikali. - Gdybym poprosiła cię o kawę w biurze, nawet byś nie drgnął - odezwała się po chwili. Ton miała lekki, niemal obojętny, ale to stwierdzenie nie było przypadkowe. - Uciekasz ode mnie? - nie odwróciła głowy. Pozwoliła, by słowa zawisły pomiędzy nimi bez konieczności konfrontacji wzrokiem. - Nie możesz wytrzymać mojego towarzystwa nawet przez kilka minut? - nie wbijała spojrzenia w jego twarz, nie odbierała mu możliwości schowania się za ciszą. Dawała mu przestrzeń - pozorną, miękką, wystarczającą, by mógł u d a w a ć, że wcale nie został postawiony pod ścianą.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znał jej upór, może nawet bardziej niż swój własny. Czasami sprzeciw przychodził w nim niespodziewanie, gdy któryś z przycisków w jego głowie został wciśnięty, aktywując reakcję. Margo natomiast nie zgadzała się czasem dla z a s a d y. Mógł przewidzieć, że odmówi sobie odpoczynku pomimo tego, że go potrzebowała.
Byłoby łatwiej, gdyby skorzystała z okazji. Ale wbrew jej słowom, nie tylko on nie lubił, gdy rzeczy były łatwe i przyjemne. Mercer wyznawała dokładnie taką samą zasadę, nawet jeśli otwarcie się do niej nie przyznawała.
- Nie wiedziałem, że jesteś taką specjalistką od dzieci - odrzucił z przekąsem, nie uznając jej argumentów. Dziecko nie było niczemu winne - a wśród funkcjonariuszy tkwiących tego wieczora przed domem matki podejrzanej, z pewnością znajdował się jakiś rodzic, który mógłby się nim zająć do czasu nadejścia bardziej profesjonalnej pomocy. - Czy po prostu zakładasz, że ty poradzisz sobie z tym lepiej, bo jesteś kobietą? - dodał, z nutą prowokacji, która zawsze wychodziła na powierzchnię gdy tkwiła obok, jakby wabiona samą obecnością Margo. - A to mnie posądzasz o powielanie stereotypów.
Jego usta zacisnęły się w wąską linię na krótką chwilę, gdy wspomniała o jego umiejętnościach interpersonalnych. Wiedział, głęboko w sobie, że potrzebował jej przy sobie w więcej niż jednym aspekcie, nie zamierzał jednak tego słuchać z jej ust.
- Jest podejrzana o zamordowanie swojego męża, uprowadzenie dziecka i ucieczkę przed organami ścigania - prychnął, nie dostrzegając w jej słowach argumentu. - Nie zamierzam z nią rozmawiać. Zamierzam ją zapakować do auta i dostarczyć do aresztu, gdzie będziesz mogła pokonwersować z nią o kobiecych sprawach, jeśli tylko pragniesz.
Szczęk zamka wybrzmiał w pomieszczeniu w wymowny sposób. Prychnął, widząc ten charakterystyczny dla niej sposób na osiąganie tego, co sobie zamierzyła. Sprzeciw był jałowy, mógł przecież odblokować drzwi, ale w jakiś sposób został przez jego ciało odnotowany - dłoń puściła klamkę, plecy znów opadły na oparcie fotela.
- A ty możesz? - odparł ze złością, czując na sobie jej spojrzenie, czując jego ciężar, gdy wwiercało się w jego profil. Odwrócił głowę, wreszcie przenosząc swój wzrok na kobietę. W półmroku panującym w samochodzie było to niemal z n o ś n e. - Ostatnio, gdy sprawdzałem, nie byłaś w stanie nawet wrócić do roboty wyłącznie dlatego, że ja byłbym obok.
Wytrzymał jej spojrzenie zaledwie parę sekund, po których znów odwrócił się do niej profilem, spoglądając na zamknięte drzwi prowadzące do domu, który obserwowali. Nie znosił tej obojętności, z którą zadawała to pytanie.
Jakby nie było to o c z y w i s t e, że nie mógł znieść przebywania w jej towarzystwie, gdy jego serce rwało się w jej stronę na przekór logice i doświadczeniu.
Jakby jej przychodziło to z większą łatwością.


margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że mogła.
Mogła siedzieć obok niego godzinami, milczeć, patrzeć przez szybę na pustą ulicę i udawać, że jej serce nie reagowało na każdy ruch jego dłoni, na sposób w jaki opierał bark o fotel, na niski ton głosu, który nawet teraz potrafił poruszyć nią do głębi. Mogła, bo nauczyła się tego przez ostatnie tygodnie - funkcjonowania obok bólu, nie uciekając przed nim za każdym razem, gdy stawał się niewygodny.
Pozwoliła jego słowom opaść między nimi, osiąść ciężko we wnętrzu samochodu, wypełnić przestrzeń, która i tak była zbyt ciasna na dwie osoby niosące tyle niewypowiedzianych rzeczy. Nie odwróciła wzroku. Patrzyła przed siebie na nieruchome drzwi budynku, choć tak naprawdę nie widziała już niczego poza własnymi myślami.
Przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując natychmiastową odpowiedź. - Ale wróciłam - odezwała się w końcu spokojnie. Nie brzmiała jak ktoś, kto próbował się bronić. Raczej jak osoba zmęczona koniecznością ciągłego udowadniania, że wciąż potrafi oddychać w tej samej przestrzeni co on. - Siedzę tutaj, więc chyba radzę sobie całkiem nieźle - powoli odwróciła głowę w jego stronę. Tym razem spojrzała na niego wprost, bez unikania, bez ostrożności, którą narzucała sama sobie.
Nie podniosła głosu, nie musiała. Wystarczyło to jedno zdanie, wypowiedziane miękko, niemal leniwie, by osiągnęło cel. Pozwoliła mu opaść między nimi, ciężko i świadomie, obserwując kątem oka napięcie przesuwające się po jego szczęce.
Dopiero wtedy, gdy odwrócił od niej wzrok coś w niej drgnęło.
Uśmiechnęła się. Powoli, złośliwie, z pełną premedytacją - tym rodzajem uśmiechu, który pojawiał się wyłącznie wtedy, gdy wiedziała, że trafiała dokładnie tam, gdzie chciała. Nie chodziło nawet o wygraną. Bardziej o świadomość, że nadal potrafiła go poruszyć, wytrącić z równowagi, zmusić do reakcji, choć tak desperacko próbował zachować chłód.
Przesunęła dłoń po własnym udzie, leniwym ruchem, pozornie przypadkowym, aż oparła ją na brzegu środkowej konsoli. Nie po swojej stronie - po j e g o. Ręka spoczęła spokojnie, niewinnie, ale mały palec wystarczył. To był ledwie zauważalny ruch, d e l i k a t n e muśnięcie materiału jego spodni. Krótkie, niemal niemożliwe do wychwycenia.
Zaraz potem k o l e j n e.
Nie spojrzała na niego. Wzrok trzymała utkwiony w drzwiach budynku, jakby nadal była skupiona wyłącznie na obserwacji, jakby między nimi nie wydarzyło się absolutnie nic. - Nie uciekam przed tobą, gdy tylko wchodzisz do biura - odezwała się cicho. - Nie wychodzę na papierosa za każdym razem, gdy zbliżasz się do mojego biurka - musnęła go ponownie. - Nie kończę pracy piętnaście minut wcześniej tylko po to, żeby przypadkiem nie spotkać cię przy windzie albo w drzwiach - kolejne, lekkie przesunięcie.
- I moje ulubione, nie parkuję na drugim końcu parkingu wyłącznie dlatego, żebyś nie stanął obok - mówiła o tym spokojnie, prawie obojętnie, jakby wymieniała suche fakty, a nie to, co robił każdego, pieprzonego dnia, myśląc, że była na tyle głupia, by tego nie zauważyć.
Palec z n ó w zahaczył o jego udo, tym razem wolniej i z większą świadomością. Nie wycofała dłoni, pozostawiła ją tam, dokładnie na granicy, której przekroczenie było już czymś więcej niż przypadkiem. - Więc nie - dodała po chwili, cicho. - Nie wydaje mi się, żebym to ja miała problem z przebywaniem w twoim towarzystwie.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W r ó c i ł a. Powietrze uleciało z jego płuc prosto przez nos, jak u rozjuszonego zwierzęcia okazującego swoje niezadowolenie. W jej ustach brzmiało to tak prosto, łatwo, jakby po prostu wyjechała na zaplanowany urlop. Jakby krew nie odpłynęła z jej twarzy gdy powiedział jej prawdę - prawdę, której się domagała cichymi prośbami i głośnym krzykiem. Jakby nie powiedziała przed tym, że nie da rady, nie da rady z nim dalej dzielić przestrzeni i nieść tego ciężaru, rzucając się od razu po torbę, pakując rzeczy pośpiesznie, byle tylko od niego u c i e c.
Ale wróciła, czy więc nie powinien zachowywać się normalnie?
- To prawda, radzisz - wycedził w odpowiedzi, ponieważ jego zdaniem o n nie radził sobie tak dobrze, jak ona. Nie potrafił przywoływać tej obojętności, która zwykle przychodziła mu z łatwością.
Bo wyjeżdżając, wyszarpnęła ten kawałek jego serca, który należał wyłącznie do niej - i choć wróciła, nie wskoczył na swoje miejsce. Gdy oni tkwili w złości do siebie bądź zimnym dystansie, krwawa rana nadal pulsowała w jego wnętrzu, przypominając o wszystkim, od czego on uciec nie potrafił.
Jego ciało napięło się odruchowo, w refleksie wywołanym muśnięciem jednego palca. Palca u dłoni, którą obserwował gdy tylko wtargnęła za tę niewidzialną linię dzielącą samochód na dwa fragmenty, jego i jej przestrzeń. Do samego końca nie spodziewał się po niej bezczelności - ale czy kiedykolwiek potrafiła jej sobie odmówić?
Zacisnął szczękę, ignorując to muśnięcie, udając, że go nie czuje, że jego ciało nie rwało się by zareagować, boleśnie spragnione należącego do niej dotyku. Ignorując jej słowa, sprawne obserwacje wszystkiego, co faktycznie robił na przestrzeni ostatnich tygodni. Wbijając swój wzrok z uporem w drzwi, w których nadal nie stawała ich podejrzana, a teraz desperacko pragnął ją zobaczyć. Mieć powód, by opuścić tę konwersację, by nie musieć znosić tortury posiadania jej tak blisko i tak daleko jednocześnie.
Drugie. Trzecie. Czwarte muśnięcie, opuszek palca poruszający się po materiale jego spodni. Każde kolejne wydawało się coraz większym wykroczeniem, każde nadszarpywało jego cierpliwość, aż wreszcie któreś - może piąte? - zniszczyło barierę, za którą usiłował upchnąć wszystkie emocje.
- Czego ode mnie chcesz, Margo? - warknął, jego głowa natychmiast obróciła się w stronę kobiety - dłoń wystrzeliła do przodu, łapiąc jej nadgarstek nim zdążyła wykonać kolejny ruch, lub wycofać się tam, gdzie było bezpiecznie. Dotyk jej skóry pod własnymi palcami parzył.
Pochylił się, samemu przekraczając tę granicę - nachylając za niewidzialną linię, oddzielającą ich przestrzenie od siebie konsolą samochodu. Zbliżając do punktu, w którym dostrzegał migotanie jej spojrzenia w półmroku pojazdu, tak, jak dwa, drobne pieprzyki na jej skórze - jeden kolo brwi, drugi na policzku.
- Żebym przyznał, że nie znoszę przebywania w twojej obecności? - syknął, wbrew swoim słowom lgnąc ku niej bliżej, mocniej zaciskając dłonie na jej nadgarstku. - Że nie chcę z tobą rozmawiać, pić z tobą kawy ani pracować?

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miał pojęcia.
Nigdy nie zapytał, co naprawdę miała na myśli tamtego wieczoru. Nie zatrzymał jej w progu, nie odebrał torby z dłoni, nie zmusił, by została choć jeszcze chwilę i powiedziała więcej niż te kilka urwanych słów. Usłyszał wyłącznie, że nie da rady - i natychmiast dopisał do tego własną interpretację.
Jak z a w s z e.
Zbudował historię z domysłów, z przekonań, które wydawały mu się logiczne, choć nie miały nic wspólnego z prawdą. Nie uciekła przed n i m, uciekła przed sobą.
Przed tym, co zaczynało ją dławić od środka; przed ciężarem, którego nie potrafiła już unieść bez chwili oddechu. Została zbyt długo w miejscu, w którym każda emocja była skrajna, każde uczucie miało ostre krawędzie. Potrzebowała ciszy, przestrzeni, kilku dni bez jego spojrzenia, bez świadomości, że stał obok i jednocześnie pozostawał nieosiągalny. Nie wyjechała po to, by przestać go kochać. Wyjechała, bo kochała go tak bardzo, że zaczynała się w tym gubić.
Tamten wyjazd nie był k o ń c e m. Był próbą odzyskania oddechu.
Nigdy jednak nie przestała wybierać jego. Nawet wtedy, nawet w chwili, w której pakowała rzeczy do torby drżącymi rękami i powtarzała sobie, że potrzebuje dystansu. Każdy kilometr oddalający ją od miasta ciągnął za sobą ten sam ból, nie ulgę.
Wtedy błędnie myślała, że zareaguje, a teraz była tego p e w n a. Poczuła to wcześniej, zanim jeszcze poruszył się obok. Napięcie zgęstniało, powietrze zmieniło ciężar, a jego milczenie stało się zbyt ostre, by mogło trwać dalej. Nie musiała patrzeć, znała go wystarczająco dobrze, by rozpoznać moment, w którym pękała cierpliwość.
Dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku- mocno i stanowczo.
Nie wyrwała się. Wręcz przeciwnie - pozwoliła mu zatrzymać swoją rękę, czując znajome ciepło jego skóry, nacisk palców, który zamiast budzić sprzeciw, rozlał się po niej dziwnie kojącym impulsem. Uśmiechnęła się lekko. - Chcę reakcji - odpowiedziała cicho, patrząc na niego z odległości, która nagle przestała istnieć. - Dowodu, że wciąż tam jesteś - nie odpowiadała gniewem. Nie miała już na to siły; złość przestała być dla niej najważniejsza. W którymś momencie wszystko inne zaczęło blaknąć - urazy, pretensje, nawet ból.
Został tylko on. W najprostszej, najbardziej brutalnej formie. Miłość, której nie potrafiła wyrzucić z siebie, choć próbowała na setki sposobów.
- Nieładnie tak kłamać - szepnęła. Jej wzrok przesunął się po jego twarzy. Po napiętej szczęce, po ustach, które wypowiadały rzeczy sprzeczne z tym, co zdradzało ciało. Był zbyt blisko; czuła jego oddech, ciepło bijące od skóry, ten znajomy zapach, który przez ostatni miesiąc próbowała wyrzucić z pamięci.
Drgnęła minimalnie, sama zmniejszając dystans.
Nie wiedziała, w którym momencie przestała myśleć. Nie potrafiłaby wskazać sekundy, w której rozsądek przestał istnieć. Spojrzała na jego usta i po prostu się pochyliła. Pocałunek był krótki, nieostrożny, pełen czegoś, co przez zbyt długi czas pozostawało zamknięte.
Ciepło uderzyło ją natychmiast, gwałtownie, niemal boleśnie. Serce zacisnęło się w klatce piersiowej tak mocno, że przez moment zabrakło jej oddechu. Smakował dokładnie tak, jak pamiętała i właśnie to było n a j g o r s z e, bo nic się nie zmieniło.
Oderwała się równie nagle, jakby dopiero po chwili dotarło do niej, co zrobiła i wtedy rozległo się pukanie. Drgnęła, odwracając głowę w stronę szyby. Za nią stał Bennett, trzymając papierową tackę z kubkami kawy. Jego twarz pozostała profesjonalnie obojętna, choć spojrzenie przesunęło się między nimi zbyt uważnie. Chłodne powietrze wdarło się do środka, gdy bez słowa odebrała kubek, czując, jak policzki zaczynają ją piec, a mężczyzna się oddalił.
Samochód wypełniała wyłącznie cisza. - Przepraszam - powiedziała cicho, choć w ogóle kurwa nie żałowała.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Reakcja była ostatnim, co chciał jej dawać.
W jego głowie wszystko, co robił, było przede wszystkim dla n i e j. Trzymanie się z dala było dawaniem j e j dystansu. Opryskliwe komentarze ułatwiały j e j nienawiść, którą mogła ku niemu kierować. Pragnienie natychmiastowej zmiany partnera miało pomóc j e j odnaleźć chęć i motywację do pracy, do robienia tego wszystkiego, co kochała zanim pokochała jego.
W tej roli czuł się niemal lepiej. Czuł jakby w jakiś sposób naprawiał to wszystko, co zniszczył, pozwalając jej zbliżyć się do siebie. Dzięki temu ból, który nieustannie odczuwali mógł mieć jakiś s e n s, w głębi tunelu błyszczało jakieś światełko - być może nie dla niego, ale dla n i e j.
Jego analityczny umysł stał w sprzeczności z sercem, które w ten irracjonalny sposób zaczęło dla niej bić i teraz nie pamiętało rytmu, w którym grało wcześniej. Nie mogło jednak wyciszać jego myśli, jego głębokiego dążenia do zracjonalizowania sobie rzeczywistości i w ten nielogiczny sposób układał sobie własne intencje.
I niemal w nie wierzył. Niemal wystarczało mu na co dzień, gdy mógł zająć myśli papierosem, sprawą, zaparkowaniem auta po drugiej stronie parkingu.
Niemal trysnęło jednak jak mydlana bańka gdy usłyszał jej szept.
Ciche słowa, które nie powinny do niego dotrzeć - skoro je słyszał, siedział zbyt blisko. I choć jego serce wygrało ten pojedynek, dopiero teraz docierało do niego, że faktycznie był b l i s k o, że coś, co przez ten miesiąc usiłował pogrzebać drgnęło, upajając się tą chwilą. Chwilą, która nawiedzała go w wyobrażeniach i bezsennych nocach, a którą nieustannie przeganiał ze swoich myśli.
Dotyk jej ust przyniósł zupełnie innego rodzaju otrzeźwienie.
Rozbudził w nim tęsknotę tak wielką, że gdzieś z tyłu głowy przerodziła się w rozpacz. Rozbił się w jego czaszce świadomością, że wszystko, co robił, robił dla s i e b i e.
Ponieważ wyłącznie tkwiąc z dala od niej był w stanie trzymać swoje głupie, naiwne serce w ryzach. Wyłącznie wychodząc na papierosa potrafił ignorować to, w jaki sposób jej wzrok odruchowo sięgał ku niemu gdy wchodziła do pomieszczenia. Wyłącznie parkując po drugiej stronie pieprzonego parkingu mógł nie wiedzieć, czy przybyła przed nim na komisariat i spędzić te kilkanaście sekund dłużej w błogiej niewiedzy.
Bo nie był w stanie tego znieść. Nie potrafił tak żyć.
Gdy oderwała się od niego gwałtownie, wpuszczając chłód w miejsce, w którym wcześniej po raz pierwszy od ponad miesiąca pojawiła się odrobina ciepła, jego własne plecy uderzyły o oparcie fotela. Nie potrafił tkwić w tej chorej pętli, w której malowała jego życie kolorytem, o którego istnieniu nie był nawet świadom tylko po to, by jej twarz wykrzywiała się w cierpieniu wywołanym przez n i e g o. Nie potrafił oddawać jej całego siebie po to, by później patrzeć, jak wywołuje to w niej ból.
Jego klatka piersiowa unosiła się szybciej, wyżej, choć wzrok uparcie wpatrywał się w puste drzwi kilkadziesiąt metrów dalej, jakby nie był świadomy policjanta, który zastukał w ich szybę, ani jego oceniającego spojrzenia. Gówno obchodził go Bennett, ani tym bardziej jego ocena sytuacyjna.
A jednak wpatrywał się w jego sylwetkę gdy odchodził, widoczny w bocznym lusterku. Wpatrywał się w nią gdy ciche przeprosiny przedostały się przez ciszę w samochodzie jak przez mgłę i oderwał od niej wzrok wyłącznie gdy mężczyzna zniknął za zakrętem.
R e a k c j a.
Nie chciał jej żadnej dawać.
Jego ciało samo odwróciło się w jej stronę gdy wsadzała kubek z kawą w puste miejsce z boku drzwi. Samo pochyliło się nad konsolą, samo wyciągnęło w jej stronę ramię, samo musnęło palcami jej kark i przysunęło go do siebie.
Tak, jak samo odnalazło jej usta własnymi w półmroku, zachłannie, bezmyślnie, nie pragnąc w tej chwili niczego innego.
- Ja nie. - jego odpowiedź padła między jednym pocałunkiem a drugim, tak cicha, że gdyby nie złożył jej wprost w jej ustach, mogłaby jej nie usłyszeć. Tak cicho, że ta nieznośna część jego umysłu domagająca się kontroli mogła ją zignorować.
Jego drugie ramię oplotło ją w talii, przesunęło na brzeg fotela aż jej uda spoczęły na konsoli. Dłoń wplotła się w ciemne włosy, zacisnęła na nich lekko, w tej potrzebie zatrzymania jej przy sobie, blisko, zrodzonej z samej głębi jego trzewi.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odrzucenie było jedyną rzeczą, której się spodziewała.
Wszystkie drogi, które w tej jednej sekundzie przebiegły przez jej myśli, kończyły się dokładnie tam - chłodem, gniewem, odwróceniem się od niej. Przygotowała się na to z wyprzedzeniem, jakby w ten sposób mogła złagodzić uderzenie, które miało nadejść. Jakby mogła przejąć nad nim kontrolę, nazwać je zanim się wydarzy, odebrać mu siłę.
A jednak rzeczywistość przyszła z zupełnie innej strony.
Nie zdążyła nawet dobrze odetchnąć po pierwszym pocałunku, nie zdążyła uporządkować chaosu, który rozlał się w niej natychmiast, gdy jego dłoń znów znalazła drogę do jej ciała. Wszystko wydarzyło się za szybko, zbyt gwałtownie, by mogła to zatrzymać i zrozumieć.
Zamiast tego po prostu p o c z u ł a.
Uderzenie ciepła, które rozeszło się po niej falą, zaczynając gdzieś głęboko, w miejscu, które przez ostatni miesiąc pozostawało puste i napięte, aż wreszcie znalazło ujście. Serce przyspieszyło, nierówno, gwałtownie, jakby próbowało nadrobić wszystko, co straciło przez ten czas, jakby nagle przypomniało sobie, jak powinno bić.
Jego usta były dokładnie takie, jak zapamiętała; w tym pocałunku nie było nic nowego, nic obcego - było w tym wszystko, co znała, co nosiła w sobie, co próbowała wyciszyć, wyprzeć, zagłuszyć. Smak, ciepło, sposób w jaki ją obejmował, to wszystko wróciło natychmiast, bez ostrzeżenia i bez pytania, czy była gotowa.
Nie była, a mimo to weszła w to bez reszty.
Jej ciało zareagowało szybciej niż myśl. Napięło się, ale nie w obronie - w o d p o w i e d z i. W tym instynktownym, niemal pierwotnym odruchu, który mówił, że właśnie tu powinna być, że właśnie tak to powinno wyglądać. Jakby przez te wszystkie tygodnie brakowało jednego elementu, jednego ruchu, jednego dotyku, który dopiero teraz wskoczył na swoje miejsce, zamykając całość.
Nie wiedziała, kiedy straciła orientację. Kiedy przestała kontrolować ruchy, kiedy pozwoliła sobie przesunąć się bliżej, jeszcze bliżej, nieświadomie przenosząc się na j e g o stronę, aż granica między nimi przestała istnieć. Uderzenie kolanem o twardą konsolę gdzieś przemknęło, zarejestrowane, ale nieistotne, zagubione w natłoku bodźców, które zalewały ją z każdej strony.
Liczył się tylko on. To, jak przyciągał ją do siebie, jak jego dłonie były pewne w obawie, że zniknie, jeśli nie utrzyma jej przy sobie. To, jak jego oddech mieszał się z jej, jak każde zetknięcie ust było jednocześnie znajome i nowe, intensywniejsze i bardziej naglące.
Przylgnęła do niego jeszcze mocniej. Ramiona same odnalazły drogę wokół jego szyi, zacisnęły się, pragnąc go zatrzymać, zakotwiczyć w tej chwili, nie pozwolić jej odpłynąć. Czuła jego serce - szybkie, nierówne, bijące z taką siłą, że aż przenikało przez ich ciała, próbując wyrwać się na zewnątrz.
To było za d u ż o i jednocześnie wciąż za m a ł o.
Każdy jego ruch spotykał się z jej odpowiedzią, każda próba złapania oddechu kończyła się tym, że znów skracała dystans, odnajdując jego usta, jakby panika zaczynała ściskać jej gardło na samą myśl, że to się skończy; że to tylko chwila, która zaraz się rozpadnie, zostawiając po sobie jeszcze większą pustkę.
Myśli pojawiały się i znikały zbyt szybko, by mogła je zatrzymać. Jedna za drugą, niespójne, rozedrgane, pełne obaw i pragnienia jednocześnie, że to zaraz minie, że się opamięta, że ją o d e p c h n i e.
Nie była na to gotowa, nie po tym, jak w końcu poczuła go tak blisko bez dystansu, który budował między nimi każdego dnia. - Kocham cię - wyrwało się z niej niemal bezwiednie. Jej głos był cichy, ale pewny. - W c i ą ż kocham cię do szaleństwa - musiała to powiedzieć. Nie po to, żeby coś zmienić; nie po to, żeby go zatrzymać.
M u s i a ł to usłyszeć w tej chwili, gdy był odsłonięty, gdy jedynym co czuł nie był gniew i wściekłość; pragnęła, żeby dopuścił do siebie tę świadomość raz jeszcze, ponownie.
Kochała go bez względu na wszystko, w każdej sytuacji, o każdej porze i w każdym pieprzonym miejscu.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”