for hell is insignificant and you're Heaven-sent
: śr maja 06, 2026 9:57 pm
Ilu ludzi wymknęło się ich systemowi i do dziś chodziło na wolności?
Dziesiątki, setki, może pieprzone tysiące. Carbone unikał odpowiedzialności od wielu lat, żyjąc w cieniach, wciąż będąc z dala od krat, za którymi już dawno powinien wylądować. Nie była to ani nowa, ani szalona koncepcja - winny człowiek, który uniknął swojej kary.
Ale z jakiegoś powodu nie czuł, by taka przyszłość należała do niego.
Może to podszepty sumienia, wciąż obecnego, poharatanego i niemal nieobecnego na co dzień, lecz tkwiącego z tyłu głowy. Może odznaka, którą nosił codziennie, której blask padał na jego czyny tak, jak nie padał na czyny innych. Może o n a, jego słabość, punkt, w którym ludzie pokroju Sergio Carbone'a nie zawahają się uderzyć by wymusić na nim coś, co nawet dla niego było nieosiągalne.
Przeświadczenie o nadciągającym końcu towarzyszyło mu od samego początku. Może nawet od chwili, w której dwa lata temu wkroczył do zalanej łazienki i spojrzał na oblicze ukochanej osoby, na zawsze zamrożone w jednej chwili, na zawsze z pustym wzrokiem utkwionym w suficie. Odzywało się w chwilach, w których się wahał, w których uciekał - w których próbował trzymać z dala od siebie Margo, nie chcąc zabrać jej ze sobą do miejsca, do którego mimo wszystko dążył.
Robił wiele rzeczy by to odroczyć, ale wiedział, że konsekwencje na niego czekały. Nie wiedział kiedy uderzą, kiedy wreszcie dogoni go zakrwawione ciało porzucone na podłodze zamkniętego baru, ale w i e d z i a ł, że to go czeka.
Dlatego nie wierzył w jej słowa, nie w pełni. Zagłuszało je tykanie zegara zaszytego gdzieś w jego podświadomości, do którego nie miał dostępu i nie mógł roztrzaskać go na kawałki nawet, jeśli z całej siły pragnął to zrobić.
Pozostała mu tylko naiwność.
Skupiając się na niej, mógł ignorować tykanie wskazówek. Mógł uwierzyć w to, że znajdą sposób na wydostanie się z tego wszystkiego - pokręcony, szalony sposób, którego nigdy nie byłby w stanie wymyślić samemu. Przyszłość, zła lub dobra, traciła na znaczeniu gdy czuł jej usta przy swoich, jej ciężar na swoich udach, smukłą talię pod swoimi dłońmi. Gdy widział jej spojrzenie, pełne tej miękkości, która była zarezerwowana wyłącznie dla niego - gdy słyszał swoje imię wypowiadane jej głosem, imię, które w jej ustach nie miało tego ciężaru, co zwykle.
Odkąd wtargnęła do jego życia, zdefiniowała dla niego pojęcie miłości na nowo. Miłość przestała być wyłącznie potrzebą bliskości i troską o drugą osobę, stała się szaleństwem, w którym każdego dnia jego myśli skręcały w jej kierunku, jakby była pieprzonym biegunem, zawsze wskazywanym przez wewnętrzny kompas.
Z początku nawet nie odpowiedział.
Pochylił się, unosząc ją na swoich kolanach by złożyć na jej ustach pocałunek, w którym chowała się cała mieszanka tych wszystkich, sprzecznych emocji - miłości, o b s e s j i, tęsknoty i zakorzenionego gdzieś w głębi strachu.
Myśl, że miałby ją stracić, tchnęła w jego podświadomość nutę rozpaczy - choć przecież wciąż tutaj była. Jego ramiona owinęły się wokół kobiecej talii, przyciągnęły ją do siebie, aż zetknęła się z jego klatką piersiową i poczuł jej policzek przy swoim sercu.
- Może tak. Ale zrobimy to wspólnie - mruknął, podkreślając to drugie słowo. Pozwolił jej odsunąć się odrobinę, na tyle, by mógł na nią spojrzeć - i upewnić się, że ona patrzyła na niego. - Obiecaj mi, że nie zrobisz niczego głupiego.
margo mercer
Dziesiątki, setki, może pieprzone tysiące. Carbone unikał odpowiedzialności od wielu lat, żyjąc w cieniach, wciąż będąc z dala od krat, za którymi już dawno powinien wylądować. Nie była to ani nowa, ani szalona koncepcja - winny człowiek, który uniknął swojej kary.
Ale z jakiegoś powodu nie czuł, by taka przyszłość należała do niego.
Może to podszepty sumienia, wciąż obecnego, poharatanego i niemal nieobecnego na co dzień, lecz tkwiącego z tyłu głowy. Może odznaka, którą nosił codziennie, której blask padał na jego czyny tak, jak nie padał na czyny innych. Może o n a, jego słabość, punkt, w którym ludzie pokroju Sergio Carbone'a nie zawahają się uderzyć by wymusić na nim coś, co nawet dla niego było nieosiągalne.
Przeświadczenie o nadciągającym końcu towarzyszyło mu od samego początku. Może nawet od chwili, w której dwa lata temu wkroczył do zalanej łazienki i spojrzał na oblicze ukochanej osoby, na zawsze zamrożone w jednej chwili, na zawsze z pustym wzrokiem utkwionym w suficie. Odzywało się w chwilach, w których się wahał, w których uciekał - w których próbował trzymać z dala od siebie Margo, nie chcąc zabrać jej ze sobą do miejsca, do którego mimo wszystko dążył.
Robił wiele rzeczy by to odroczyć, ale wiedział, że konsekwencje na niego czekały. Nie wiedział kiedy uderzą, kiedy wreszcie dogoni go zakrwawione ciało porzucone na podłodze zamkniętego baru, ale w i e d z i a ł, że to go czeka.
Dlatego nie wierzył w jej słowa, nie w pełni. Zagłuszało je tykanie zegara zaszytego gdzieś w jego podświadomości, do którego nie miał dostępu i nie mógł roztrzaskać go na kawałki nawet, jeśli z całej siły pragnął to zrobić.
Pozostała mu tylko naiwność.
Skupiając się na niej, mógł ignorować tykanie wskazówek. Mógł uwierzyć w to, że znajdą sposób na wydostanie się z tego wszystkiego - pokręcony, szalony sposób, którego nigdy nie byłby w stanie wymyślić samemu. Przyszłość, zła lub dobra, traciła na znaczeniu gdy czuł jej usta przy swoich, jej ciężar na swoich udach, smukłą talię pod swoimi dłońmi. Gdy widział jej spojrzenie, pełne tej miękkości, która była zarezerwowana wyłącznie dla niego - gdy słyszał swoje imię wypowiadane jej głosem, imię, które w jej ustach nie miało tego ciężaru, co zwykle.
Odkąd wtargnęła do jego życia, zdefiniowała dla niego pojęcie miłości na nowo. Miłość przestała być wyłącznie potrzebą bliskości i troską o drugą osobę, stała się szaleństwem, w którym każdego dnia jego myśli skręcały w jej kierunku, jakby była pieprzonym biegunem, zawsze wskazywanym przez wewnętrzny kompas.
Z początku nawet nie odpowiedział.
Pochylił się, unosząc ją na swoich kolanach by złożyć na jej ustach pocałunek, w którym chowała się cała mieszanka tych wszystkich, sprzecznych emocji - miłości, o b s e s j i, tęsknoty i zakorzenionego gdzieś w głębi strachu.
Myśl, że miałby ją stracić, tchnęła w jego podświadomość nutę rozpaczy - choć przecież wciąż tutaj była. Jego ramiona owinęły się wokół kobiecej talii, przyciągnęły ją do siebie, aż zetknęła się z jego klatką piersiową i poczuł jej policzek przy swoim sercu.
- Może tak. Ale zrobimy to wspólnie - mruknął, podkreślając to drugie słowo. Pozwolił jej odsunąć się odrobinę, na tyle, by mógł na nią spojrzeć - i upewnić się, że ona patrzyła na niego. - Obiecaj mi, że nie zrobisz niczego głupiego.
margo mercer