35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

cause you were made from perfect stars
and i was built from broken parts
Nawet pytanie było zbędne.
Zamieszanie na środku ulicy przekształciło się w kakofonię dźwięków, w których nie rozpoznawał wartościowych zdań - niczego, co wymagałoby jego dalszej reakcji. Funkcjonariusze zalewali chodnik, pracownica socjalna zajmowała się wrzeszczącym dzieckiem, a on wpatrywał się w Mercer gdy uspokajała starszą kobietę tak, jak wpatrywał się w nią gdy stanęła naprzeciw niego i jej knykcie otarły się o jego dłoń.
Żaden aspekt tego śledztwa go już nie interesował. Śledztwa, które zostało przez nich zamknięte, a teraz winna była w drodze na komisariat. Powinni dopilnować wszystkiego do samego końca, ale ich posada posiadała pewne przywileje - takie jak możliwość przełożenia papierkowej roboty na następny poranek, zamiast męczenia się z nią przez całą noc, w której środku i tak pracowali.
Rozbawienie zamigotało na jego ustach gdy wspomniała o tym, do czego byłaby zdolna - może niestosownie, w kontekście przelewanych przez matkę kobiety łez, ale ta odwróciła się już i powoli dreptała do swojego domu. Nie miał współczucia dla morderczyni, wobec której posiadali niepodważalne dowody.
Chociaż prawdopodobnie powinien go w sobie trochę znaleźć, zważywszy na i c h sytuację.
Gdy znaleźli się w samochodzie, nie pytał o miejsce, do którego zmierzali, podświadomie wiedząc, że żadne z nich nie zamierzało odwieźć drugiego na komisariat. Parkując przed jego mieszkaniem nie odezwał się ani słowem, wychodząc na zewnątrz, na to rześkie i chłodne powietrze, które usiłowało go otrzeźwić.
Dotarli aż do drzwi jego mieszkania gdy zamiast sięgnąć po klucze, wystąpił o krok w jej stronę sprawiając, że plecami zetknęła się z zamkniętym przejściem. Ta niewyobrażalna tęsknota, która znalazła zaledwie odrobinę ujścia w jej samochodzie teraz powróciła z całą siłą, z intensywnością łączącego ich pocałunku, z niedbałością poszukiwania w kieszeni kluczy, które uparcie nie chciały dać się znaleźć.
Nie zamierzał wypuszczać jej ze swoich ramion.
Ani wtedy, gdy przekroczyli próg, wsuwając się do środka mieszkania i pośpiesznie zdejmując z siebie kurtki. Ani gdy znalazła się na kuchennym blacie, zrzucając z niego bardziej lub mniej oficjalne, policyjne akta, których nie sprzątnął od kilku dni. Trzymał ją przy sobie gdy oplatała go swoimi biodrami i pozwalała się zanieść na kanapę i nie wypuszczał z nich gdy znaleźli się w łazience, pod pozorem przeanalizowania wyrzuconych przez niego kosmetyków, które przekształciło się w gorące strugi prysznica otulające ich ciała.
Ani teraz, gdy w półmroku panującym w sypialni leżeli zaplątani w pościel, która w bursztynowym świetle nocnej lampki przypominała barwą złoto. Jego ramię owinęło się wokół niej, trzymało ją blisko przy sobie, choć druga dłoń sięgnęła do stojącej na stoliku szklanki z równie złotym napojem by wypić z niej łyka.
Miesiąc nieobecności wydawał się niemożliwy do nadrobienia, jakby przepaść między nimi trwała znacznie dłużej, jakby potrzeba było większej ilości starań i czasu by zalepić tę dziurę, którą wyrwał z ich serc ten odcinek czasu.
- Widzę, że intensywnie o czymś myślisz - mruknął, spoglądając na jej skupioną minę, palce bezmyślnie błądzące po jego skórze. Kącik jego ust uniósł się w górę gdy uśmiechnął się półgębkiem. - Strach pytać.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Można było tęsknić aż tak - w sposób, który nie ustępował nawet wtedy, gdy dzieliło ich już tylko kilka centymetrów, gdy oddechy splatały się w jedno, a skóra znała na pamięć każdą linię drugiego ciała.
To nie była tęsknota, którą dało się uciszyć bliskością. Ona rosła, nabierała ciężaru z każdym kolejnym dotykiem, z każdym spojrzeniem zatrzymanym o ułamek sekundy dłużej, z każdym pocałunkiem, który zamiast kończyć pragnienie, potęgował je bardziej. W spojrzeniach było coś zachłannego, jakby oboje próbowali nadrobić czas, który ktoś im odebrał, w oddechach - napięcie, które nie znajdowało ukojenia, w rytmie serca - niecierpliwość, która nie znała spokoju.
To uczucie nie miało granicy. Było jak przestrzeń, która rozszerzała się wraz z każdym krokiem w jej głąb. Jakby serce wiedziało więcej niż rozum, przygotowywało się na przyszłość, w której znów zabraknie dotyku, więc teraz zbierało wszystko - każdy gest, fragment obecności, każdą sekundę i odkładało ją gdzieś głęboko, na z a p a s.
Bo zawsze będzie za mało. Za mało czasu, za mało bliskości, za mało siebie nawzajem.
Godziny przestały mieć znaczenie w chwili, gdy przekroczyli próg jego mieszkania. Wszystko, co istniało wcześniej, rozpłynęło się gdzieś na obrzeżach świadomości, ustępując miejsca temu jednemu, najważniejszemu faktowi - byli r a z e m. Po czasie, który wydawał się ciągnąć bez końca, po dniach, które rozciągały się w pustce, wypełnione wyłącznie wspomnieniem jego obecności, wreszcie była tutaj. Leżała obok niego w przestrzeni, którą w myślach od dawna uznała za w s p ó l n ą.
Podniosła wzrok, gdy wyrwał ją z zamyślenia, odpowiadając uśmiechem, będącym odbiciem jego własnego. - O tym, że moje perfumy kosztowały czterysta dolarów, a ty wyrzuciłeś je do śmieci - powiedziała lekko, pozwalając, by żart przykrył to, co naprawdę zajmowało jej myśli. - I że całkiem dobrze ci w tych dłuższych włosach - dodała ciszej, wsuwając w nie palce, powoli i z uwagą.
Przesuwając się bliżej, odwróciła się bokiem, aż ich ciała znów zetknęły się w naturalnym, niewymuszonym ruchu. Pochyliła głowę, odnajdując ustami bliznę na jego klatce piersiowej, tę, którą znała niemal na pamięć. Zatrzymała się przy niej, pozwalając opuszkom palców prześledzić jej kształt. Każda nierówność niosła historię, której nie znała w całości, ale której ciężar czuła mimo to.
Przesunęła się wyżej, zostawiając krótki ślad na jego ramieniu, na tej drobnej linii, umykającej uwadze innych, a dla niej będącej kolejnym fragmentem układanki, aż w końcu wróciła do jego ust. Tym razem pocałunek był spokojny, pozbawiony pośpiechu, miękki, jakby chcieli w nim zatrzymać wszystko, co wcześniej rozpraszało się w chaosie.
- Zanim zapytam… - zaczęła cicho, nie odsuwając się, jej spojrzenie skupiło się na jego oczach. - Powtórzę to jeszcze raz i będę powtarzać codziennie, jeśli będę musiała. Nie istnieje n i c, co mogłoby mnie od ciebie odciągnąć - w jej głosie była pewność, która nie potrzebowała wzmocnienia, bo opierała się na wszystkim, co już przeszli - na błędach, na milczeniu i na wszystkich powrotach.
- Kim on był? I dlaczego to zrobiłeś? - dodała w końcu, spokojnie, bez nacisku, ale z p o t r z e b ą, która nie dawała jej spokoju. Niezależnie od odpowiedzi, wiedziała, że jej miejsce było t u t a j - przy nim, w tej chwili i w każdej kolejnej.

Rhys Madden
Ostatnio zmieniony czw maja 07, 2026 8:49 am przez margo mercer, łącznie zmieniany 1 raz.
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W powrotach tkwił jeden szkopuł - trzeba było kontynuować to, na czym ostatnio się skończyło.
Z początku pozwalał sobie na ignorowanie nadchodzącej rozmowy, na skupienie się na wszystkim tym, co z łatwością zajmowało jego uwagę. W ruchu nie było miejsca na nic poza żywymi emocjami i pragnieniem, pchającym ich w swoje ramiona.
To spokój był niebezpieczny. Cisza przed tym, co miało nadejść, co już chowało się za horyzontem gotowe wychylić zza niego swoją głowę. Widział, że w jej zamyśleniu było coś więcej niż perfumy za czterysta dolarów, ale pozwolił jej przykryć to tym, na co miała ochotę. Był skłonny grać w tę grę tak długo, jak było to możliwe.
- Odkupię ci je - westchnął z udawaną ciężkością, jakby był to dla niego kłopot. W rzeczywistości zrobiłby bardzo wiele, by był to rodzaj problemów, z jakimi musieli się mierzyć. Zsunął się na swojej poduszce, zanurzając nos w rozrzuconych na materiale włosach, by mruknąć w nie kolejną odpowiedź. - I nie umówię się w tym miesiącu do fryzjera, skoro tak bardzo ci na tym zależy.
Pragnął na tym poprzestać.
Pragnął przymknąć powieki z twarzą wtuloną w jej włosy, pachnące dla odmiany jego szamponem bo jej wyrzucił. Udawać, że w ten z w y k ł y sposób mogła skończyć się ta noc, udawać, że nie wyczuwa odrobiny napięcia w jej wcześniej zrelaksowanym ciele. Ale schowanie się było tym samym, co ucieczka, a w duchu obiecał sobie tego nie robić.
Błądził palcami po tatuażach na jej żebrach, przyglądając jej z góry gdy ona skupiała swój wzrok na bliźnie na jego klatce piersiowej. Wyczuł to, odrobinę naprężenia w tej niewidzialnej nici, która łączyła ich dwoje od samego początku. Dostrzegł to na jej twarzy gdy przysunęła się, by go pocałować - na co natychmiast odpowiedział, choć z odrobiną rezerwy, jak osoba, która wiedziała, że zaraz usłyszy coś, czego wcale nie chciała usłyszeć.
I w tej kwestii jego pesymistyczne założenia całkowicie się sprawdziły.
Jego mięśnie napięły się lekko na dźwięk jej słów, spodziewając pytania, które miało paść po nich. Dłoń, która wcześniej sunęła wzdłuż jej żeber zatrzymała się na jedno uderzenie serca nim wznowiła swój ruch, w pozornie beztroskim geście niezwiązanym z ciężarem naciskającym na jego klatkę piersiową.
- Nikim istotnym - odparł z początku, cicho, nachylając się by złożyć pocałunek na jej czole, skracając między nimi dystans gdy tylko coś w jego wnętrzu szarpnęło w drugą stronę, usiłując go pogłębić, uciec, choćby na kilka centymetrów. - Kimś, kto sobie na to zasłużył.
Wiedział, że żadna z tych odpowiedzi jej nie usatysfakcjonuje, a jednak rzucił je na głos, licząc na blady łut szczęścia, który uwolni go od potrzeby sięgnięcia pamięcią do miejsca, którego nie chciał już odwiedzać. Szczęścia, dzięki któremu mógłby nie wypowiadać tych słów na głos, mogłyby pozostać w jego głowie niewypowiedziane - a dzięki temu, mniej prawdziwe.
- Co chciałabyś wiedzieć? - dodał wreszcie, niechętnie, pragnąc ograniczyć ilość detali do takiej, która byłaby dla niej wystarczająca - nie mówić zaś tego, czego mogłaby nie udźwignąć.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Naiwnością byłoby zakładać, że nigdy o to nie zapyta; że pozwoli tej części jego życia istnieć gdzieś obok nich, zamkniętej w półcieniu, do którego nie wolno zaglądać. Ona nie była stworzona do życia gdzieś w połowie prawdy. Kiedy raz została w to wciągnięta, kiedy zrozumiała, że ta historia splata się z nim nierozerwalnie, nie umiała się cofnąć.
Nie mogła oddychać w zawieszeniu, gdzie część rzeczy pozostawała niedopowiedziana, a część układała się w niepełny obraz. To wracałoby do niej w najcichszych momentach, w tych sekundach przed snem i zaraz po przebudzeniu, w krótkich pauzach między słowami. Nie pozwoliłoby jej naprawdę być obok niego, nie pozwoliłoby cieszyć się tym, co mieli, bez tego jednego, upartego ciężaru, który nie dawałby spokoju; bo w i e r z y ł a w ich szczęście, wierzyła w nie z tą samą pewnością z jaką oddychała, ale nie potrafiłaby go w pełni przyjąć, gdyby gdzieś pod powierzchnią stale czaiło się pytanie bez odpowiedzi.
Chciała wiedzieć, dlaczego. Nie po to, by oceniać, nie po to, by szukać winy, lecz by zrozumieć, co go do tego doprowadziło. Co sprawiło, że przekroczył granicę, której nie przekracza się bez powodu. Choć sama myśl wydawała się niewyobrażalna, choć świat nie oferował usprawiedliwień dla takich czynów, wierzyła, że nie zrobił tego bez przyczyny.
Znała go zbyt dobrze, by przyjąć inną wersję. Widziała w nim więcej, niż pozwalał zobaczyć innym. Wiedziała, jak reaguje, zanim jeszcze wykona ruch, rozumiała jego milczenie równie dobrze jak słowa. Potrafiła odczytać jego twarz, zanim sam zdecydował się coś powiedzieć. I właśnie dlatego była przekonana, że w tamtej chwili musiało wydarzyć się coś, co odebrało mu możliwość wyboru.
Przez jej myśli przemknęło coś bolesnego - żal, że nie było jej wtedy obok; że pojawiła się w jego życiu zbyt późno, by zatrzymać go w porę, by złapać za rękę i wyciągnąć z miejsca, które go pochłonęło. Wiedziała, że to tylko przypuszczenie, że nie miała prawa wierzyć, iż mogłaby coś zmienić, a jednak gdzieś głęboko nosiła w sobie to przekonanie, że gdyby była przy nim, nie pozwoliłaby mu sięgnąć dna.
Pochyliła się ku niemu, muskając jego usta w cichym, pozbawionym słów wyznaniu, wprowadzając w jego napięcie swój spokój. Jej czułość nie była nachalna, nie próbowała go przytłoczyć; starała się być stałym punktem, tą s t a b i l i z a c j ą do której mógł wrócić, gdy wszystko inne zaczynało się chwiać. Czuła ten moment, to krótkie zawahanie, ten ledwie dostrzegalny ruch, zdradzający chęć wycofania się. I czuła też, że tym razem tego nie zrobił wyłącznie dla niej. Pierwszy raz.
- W to nie wątpię, Rhys - odezwała się cicho, układając się wygodniej przy jego boku. Wsunęła głowę na jego ramię, odnajdując jego dłoń i splatając ich palce. Trzymała go w ten sposób, świadoma tego, że dla niego to nie była łatwa rozmowa, że każde słowo może otwierać coś, co od dawna próbował zamknąć.
Nie zamierzała jednak odpuszczać. Nie dlatego, że potrzebowała wiedzy za wszelką cenę, lecz dlatego, że chciała usłyszeć prawdę od niego. Tę jedyną, jego własną, nieprzefiltrowaną przez cudze opinie ani domysły. Chciała ją przyjąć i odłożyć tam, gdzie jej miejsce - nie jako coś, co będzie ich dzielić, lecz jako część historii, którą będą nosić razem. - Chciałabym wiedzieć tyle, ile jesteś w stanie mi powiedzieć - powiedziała spokojnie, unosząc ich splecione dłonie i przyciągając je do swoich ust. Wargami musnęła jego nadgarstek, dokładnie w tym miejscu, gdzie czuć było rytm jego serca, co powoli stawało się jej gestem.
- Dasz mi tyle, ile chcesz. Jeden raz - dodała ciszej, pozwalając, by jej głos wybrzmiał miękko, bez pośpiechu. - I więcej do tego nie wrócimy.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jak na inteligentnego człowieka miał ogromne skłonności do wybiórczej naiwności.
Lubił operowanie między prawdą a kłamstwem - było łatwe, odsuwało w czasie potencjał nadchodzących konsekwencji. Po grząskim terytorium poruszał się z wprawą zawodowca, do samego końca wierząc, że ujdzie mu to na sucho.
Ale Margo zasługiwała na więcej.
Byli już za tym punktem, w którym tkwienie pośrodku wystarczało. Nie mógł jej zbyć, nie mógł odroczyć tej konwersacji, która i tak zaczekała do chwili spokoju, do stanu rozluźnienia i ogarniającego ich zmęczenia, widma nadciągającego świtu. Miał do niej zbyt wiele szacunku by teraz, po tym wszystkim, odsunąć się, wyjść z łóżka, zacząć się pośpiesznie ubierać - choć to był jego odruch, wykształcony w trakcie ostatnich lat.
Choć wcale jej nie wierzył gdy zapewniała go, że to na nic nie wpłynie.
Czy nie zapewniała go tak samo domagając się prawdy? Prawdy, która wygnała ją z Toronto na tak długi czas, aż komendant zmusił ją do powrotu pod groźbą utracenia przez nią pracy? Wiedział, że chciała go zrozumieć. Widział to w jej spojrzeniu, w sposobie, w który ujęła jego twarz i złożyła kolejny, uspokajający pocałunek, jakby to mogło coś zmienić. Jakby mogła go wesprzeć w obnażaniu się z tych wszystkich sekretów, które chowały jego prawdziwe, paskudne oblicze.
Jeden raz.

Milczał, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt za oknem, ulokowany gdzieś w naprzeciwległym budynku. Milczał gdy to spojrzenie zsunęło się w dół, na ich splecione dłonie, które ona uniosła do swoich ust. Złożyła pocałunek na jego nadgarstku niemal z pobożnością, charakterystyczną dla kogoś, kto nie wiedział, do czego jego ręce były zdolne.
- Dwa lata temu byłem w innym miejscu - odezwał się, krótko, do samego końca brodząc wokół tematu jak wokół sadzawki, w której desperacko nie chciał się zanurzać. - Ułożyłem sobie życie. Nie było idealne. Pracowałem zbyt dużo, miałem inne... priorytety. Ale zaręczyliśmy się.
Wypuścił powietrze przez nos. Wypowiedziane przez niego zdania były krótkie, jakby złożona budowa znajdowała się w tym momencie poza jego zasięgiem. Spoglądał na ich splecione dłonie i poruszył się, przesuwając kciukiem po wierzchu jej, w geście, na którym mógł się skupić.
- Którejś nocy siedziałem zbyt długo na komisariacie. Wróciłem do domu późno. - jego kciuk zatrzymał się w połowie ruchu, obraz przemknął mu przed oczami nieproszony - obraz różowej wody barwiącej płytki, kobiecej sylwetki spoczywającej w wannie. - Znalazłem ją - uściślił, choć przecież znała tę historię, musiała ją znać - znał ją każdy w pieprzonym komisariacie, choć nigdy wcześniej nie opowiedział jej na głos, nikomu. Ani własnej matce, ani przypadkowym kobietom, które w żartobliwy sposób pytały go, dlaczego jest takim gburem, ani tym bardziej kolegom po fachu, których zostawiał za sobą.
- Według przeprowadzonego śledztwa popełniła samobójstwo - kontynuował, może zbyt szybko, nie chcąc zawieszać się na poprzednich słowach, na tamtym punkcie we wspomnieniach, do którego powroty spędzały mu sen z powiek. - Nie zgadzałem się.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Skąd w człowieku, który sprawiał wrażenie tak niewzruszonego i pewnego własnych decyzji, brało się jednocześnie tyle niepewności? Ile razy życie musiało podcinać mu nogi, ile razy ludzie zawodzili go w najbardziej brutalny sposób, by teraz każdą obietnicę obracał w dłoniach ostrożnie niczym coś kruchego i podejrzanego zarazem.
Nie wierzył jej do końca. Nigdy naprawdę. Nawet wtedy, gdy mówiła rzeczy z absolutnym przekonaniem, gdy patrzyła mu prosto w oczy i oddawała mu całą prawdę, bez niedopowiedzeń i bez uciekania wzrokiem.
Kwestionował wszystko.
To, że nigdy go nie zostawi. To, że nie istnieje siła zdolna odciągnąć ją od niego. To, że wybierze go zawsze, niezależnie od okoliczności, błędów i ciężaru, który niósł na barkach. Każde jej tak zamieniał na własne nie, w każdym zapewnieniu, doszukiwał się słabości albo chwili, w której mogłoby przestać obowiązywać.
Kochała go uczuciem tak ogromnym, że chwilami sama nie potrafiła objąć go rozumem. Miłością sięgającą daleko poza zdrowy rozsądek, poza granice bezpieczeństwa, poza wszystko, co powinno być dla człowieka alarmujące i niebezpieczne. Nie istniała rzecz, która mogłaby zamienić to uczucie w nienawiść.
Nie wskoczyłaby za niego w ogień, zrobiłaby coś znacznie g o r s z e g o.
Złapałaby za broń i bez zawahania wycelowała prosto w głowę Sergio Carbona, pociągając za spust przed pierwszym mrugnięciem oczu. Zdjęłaby z jego barków ten ciężar, uwalniając go od długu, zależności i wszystkiego, czym tamten człowiek oplótł go przez lata.
I wiedziała z przerażającą pewnością, że gdyby sytuacja tego wymagała - zrobiłaby to również t e r a z.
Słuchała go w milczeniu, nie przerywając ani razu. Trzymała jego dłoń mocno zamkniętą w swojej, choć przy nim wydawała się niemal drobna i absurdalnie mała. Chroniła go tym gestem instynktownie, mimo że nie potrafiłaby wskazać konkretnego zagrożenia. Po prostu czuła, że potrzebował teraz czegoś stabilnego. Czegoś, co utrzyma go w miejscu, kiedy wspomnienia ciągnęły go w dół.
Nie zadawała pytań. Nie próbowała rozrywać tej historii na drobne fragmenty, nie domagała się szczegółów, które mogłyby rozdrapać stare rany do żywego mięsa. Wiedziała, ile kosztowało go już samo mówienie. Po miesiącach milczenia, wymijających odpowiedzi i kłamstw dawał jej więcej, niż prawdopodobnie komukolwiek wcześniej.

Siedziałem zbyt długo na komisariacie.

Uniósłszy lekko głowę, przekręciła się ostrożnie w jego stronę, układając się tak, by móc patrzeć mu prosto w oczy. Rozumiała, co próbował jej powiedzieć. Poczucie winy przywarło do niego jak druga skóra, choć w tamtej chwili nie zrobił n i c z e g o złego. Niczego, za co powinien karać samego siebie przez kolejne lata.
Połączenie wszystkich elementów nie zajęło jej wiele czasu. Nie dlatego, że była detektywem, nie przez doświadczenie ani zawodowy instynkt. Po prostu nagle wszystko ułożyło się w logiczną całość; obok jego słów pojawił się kolejny obraz - Sergio Carbone wyciągający pomocną dłoń dokładnie wtedy, gdy Rhys znajdował się w najgorszym momencie swojego życia.
Zobaczyła dwa scenariusze. Pierwszy - ten prostszy, brutalny i oczywisty, w którym pociągał za spust, wymierzając sprawiedliwość człowiekowi odpowiedzialnemu za śmierć kobiety, którą kochał.
Drugi był znacznie gorszy - gdzie rozbity do granic możliwości, pogrążony w żałobie i poczuciu winy, staje się idealnym celem dla kogoś takiego jak Carbone. Podatnym na manipulacje; samotnym, wściekłym, gotowym zrobić w s z y s t k o, byle zagłuszyć ból.
- Ventresca znalazła cię sama? Postawili go przed twoim nosem? - zapytała cicho, przesuwając spojrzeniem po jego twarzy, które nie zmieniło swojego wyrazu w żadnym fragmencie tej historii.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ludzie znikali na wiele sposobów.
Niektórzy zmieniali zdanie, poddawali się pod naporem upływającego czasu, ich przekonania i uczucia słabły. Innych porywał los, w sposób, na który żadne z nich nie miało żadnego wpływu. Przywykł do tego, że ludzie nie byli s t a l i w jego życiu, czy to przez jego wybory, czy przez rzeczy, których nie mógł kontrolować.
Czy uczucie zmieniło pamiętną noc, w której wszedł do zakrwawionej łazienki?
Od kiedy tylko Carbone pojawił się w jego życiu, wiedział, że wszystko miało jakąś datę. Miejsce, w którym jego wolność przestanie być oczywista i dogonią go konsekwencje. Każdego dnia zbliżał się do tego punktu i choć nie wiedział, w którym konkretnie miejscu tkwił, czuł pod skórą przemierzaną przez siebie drogę.
- Nie - odparł cicho, podkreślając różnicę. Być może byłoby to okolicznością łagodzącą - gdyby został znaleziony przez kogoś, kto wykorzystał jego niedysponowanie. Ale pod warstwami, których się pozbywał, nie chowało się nic, co mogło osłodzić prawdę, którą wypowiedział miesiąc temu w jej mieszkaniu. - Ja znalazłem ich.
Wypuścił powietrze z ust, przenosząc swój wzrok z ich złączonych dłoni na świat po drugiej stronie. Jakaś jego część pragnęła powiedzieć wszystko na raz, mieć to z głowy, wypluć jednym strumieniem zdań i nigdy do tego nie wracać. Ale nie była na tyle silna, by móc na nim to wymusić - każde słowo przychodziło mu z trudem, z uprzednią kalkulacją.
- Odsunęli mnie od postępowania. Gdy protestowałem, Stones zabrał mi odznakę - prychnął, wspominając grupę wsparcia, do której został skierowany, którą musiał odbębnić. Odebrali mu wszystkie narzędzia, których potrzebował by dociekać prawdy. Zostawili go przed faktem dokonanym, jakby był po prostu kolejnym świadkiem zdarzenia, rodziną ofiary, którą z przyzwyczajenia wyrzucano się z komisariatu po uściśnięciu dłoni i złożeniu kondolencji. - Musiałem się dowiedzieć, Margo. Dlaczego. Kim był ten gnój, który ją zabił. Nie zabiła się sama. Nie była taką osobą, nie miała też powodu.
Zatrzymał się, wyczuwając racjonalizację we własnych słowach. Westchnął, unosząc wolną rękę w gorę by przetrzeć zmęczoną twarz. Ta druga, spleciona z palcami Mercer, powoli zaczynała go parzyć.
- Prowadziłem śledztwo na własną rękę - wyjaśnił, krócej, choć to wszystko wydawało mu się tak cholernie skomplikowane i związane z tak intensywnymi emocjami, że te słowa wydawały się puste i pozbawione oryginalnego znaczenia. - Wydawało mi się wtedy, że robię to dla niej. Zależało mi na sprawiedliwości, na znalezieniu prawdy - dodał, niewidzącym spojrzeniem wodząc po jej sylwetce, częściowo schowanej pod pościelą, częściowo przyklejoną do niego. - Patrząc wstecz, wątpię, żeby tego ode mnie chciała - jego ramiona drgnęły lekko, jej głowa uniosła się wraz z tym ruchem, ciemne włosy rozsypały się po jasnej pościeli i jego skórze, naznaczonej czarnymi tatuażami. - Ja tego potrzebowałem. Jakiegoś celu, jakiegoś zajęcia. Powodu, dla którego to wszystko miałoby jakiś pieprzony sens.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wciąż nie poczuła żadnej zmiany.
Każde kolejne słowo opuszczające jego usta, każdy fragment tej historii, każdy obraz, który powoli układał przed nią z rozsypanych kawałków własnej przeszłości, nie zmieniał absolutnie n i c z e g o. Patrzyła na niego dokładnie tak samo jak wcześniej - z tą samą czułością osiadającą w spojrzeniu, z tym samym bólem ściskającym serce na widok człowieka, którego kochała bardziej, niż kiedykolwiek planowała kogokolwiek pokochać. Nie znajdowała w sobie ani jednego oskarżenia, ani jednego słowa pogardy. Nawet jednej myśli, która pchnęłaby ją do odejścia.
Nie usprawiedliwiała tego, co zrobił. Nie próbowała naginać rzeczywistości do granic absurdu, by nadać jego czynom łagodniejszy kształt. Wiedziała, że to było z ł e. Wiedziała również, że gdyby przed nią siedział ktokolwiek inny, nie potrafiłaby spojrzeć na tę historię w ten sam sposób. Problem polegał na tym, że to był Rhys. Człowiek, którego znała na pamięć. Człowiek, którego gniew rozumiała równie dobrze jak ciszę. Człowiek, przy którym jej serce odnajdywało swoje miejsce nawet wtedy, gdy rozsądek powinien był bić na alarm.
Miłość odbierała jej obiektywizm i miała tego pełną świadomość.
Nie potrafiła słuchać dalej. Każde wypowiedziane przez niego zdanie niosło w sobie ciężar tak ogromny, że odczuwała go niemal fizycznie, jakby jego ból rozlewał się po jej własnym ciele. Słyszała zmęczenie ukryte między oddechami, wyczuwała napięcie w dłoni splecionej z jej palcami i ten rodzaj pustki, który człowiek nosi w sobie po zbyt długim cierpieniu.
Pokręciła głową energicznie i podniosła się z łóżka. N i e u c i e k a ł a. Nawet przez sekundę nie miała takiego zamiaru. Sięgnęła jedynie po koszulkę niedbale rzuconą na komodę, tę samą, którą wcześniej miał na sobie i wsunęła ją przez głowę, otulając się materiałem pachnącym nim. Zaraz potem wróciła na łóżko, bez wahania siadając okrakiem na jego biodrach.
Przyciągnęła go do siebie mocno, stanowczo, aż jego czoło oparło się o jej obojczyk, a ramiona objęły go w ciasnym uścisku. Nie było w tym ani grama prowokacji, ż a d n e g o pożądania. Wyłącznie potrzeba bliskości i desperackie pragnienie, by choć przez chwilę zabrać z jego barków część ciężaru, który dźwigał samotnie od tylu lat.
- Wystarczy - szepnęła po długiej chwili ciszy, przesuwając dłonią po jego włosach powolnym, kojącym gestem. - Powiedziałeś wystarczająco - nie odsunęła się od razu. Trwali tak przez kilka oddechów, może minutę, może znacznie dłużej. Dopiero później uniosła dłonie ku jego twarzy. Przesunęła opuszkami po policzkach pokrytych kilkudniowym zarostem, potem splotła palce na jego karku i zmusiła, by spojrzał jej w oczy.
- Wiem, że nigdy do końca sobie tego nie wybaczysz - odezwała się cicho. - Ale powinieneś przestać karać się za coś, na co nie miałeś wpływu. Nie mogłeś tego przewidzieć, Rhys. Ta praca nigdy nie kończy się po ośmiu godzinach. Oboje wracamy później, oboje zostajemy dłużej, to nie była twoja wina - pochyliła się i musnęła jego czoło ustami, potem policzek, aż wreszcie zatrzymała się tuż przy jego ustach.
- Myślę, że Sophie była cudowną kobietą - powiedziała miękko. - Skoro cię pokochała, nie mogła być nikim innym - jej usta wygięły się w uśmiechu, mimowolnym, gdy tylko o tym pomyślała. - Jestem pewna, że nie chciałaby dla ciebie tego wszystkiego. Nie chciałaby, żebyś każdego dnia wracał do tamtej chwili i pozwalał jej niszczyć siebie kawałek po kawałku - jej kciuk przesunął się po jego skórze powoli, z czułością tak naturalną, jak oddychanie.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Drgnął, gdy wysunęła się z jego ramienia i wstała, sięgając po koszulkę. Jakaś paranoiczna, zmęczona cząstka jego charakteru znalazła w tym potwierdzenie dla swoich poprzednich przypuszczeń - tego, że znów zakręcali koło, że znów wszystko obróci się w kłótnię. Szum w jego głowie rósł na sile gdy patrzył, jak wciąga na siebie koszulkę.
A później znów ustał, ucichł, gdy opadła na jego biodra, wracając z powrotem do łóżka, do n i e g o.
Jego ręce odruchowo oderwały się od pościeli, na której spoczywały wcześniej. Sięgnęły do jej talii, objęły ją, przysuwając do siebie bliżej - nie w sposób, w który robili to zwykle. W potrzebie czucia jej ciepła na sobie, ciężaru jej ciała, który uspokajał go jak nic innego na tym świecie.
Czuł jej palce w swoich włosach, ich spokojny, kojący ruch zsuwający na policzki. Jego wzrok błądził po kobiecej twarzy, po rysach, które wypaliły się na jego powiekach, których nie potrafiłby zapomnieć nawet, gdyby bardzo próbował. Po jej piwnych oczach, w których jak zwykle błyszczała determinacja, po dwóch, drobnych pieprzykach zdobiących gładką cerę.
Czy to wystarczyło?
Czy nie powinna wiedzieć o tym, jak znalazł Carbone'a i własnoręcznie zaproponował mu przysługę, w zamian za znalezienie osoby, której on nie był w stanie odnaleźć? O tym, jak mafiozo przyjął jego propozycję i podał mu adres, pod którym mógłby go znaleźć - wraz ze zdjęciami z miejsca zbrodni, z jego własnej łazienki, z jego własną narzeczoną w roli ofiary? O tym, jak natychmiast pod ten wskazany adres ruszył, bez żadnego przemyślenia, bez żadnego planu, kierowany wypełniającą jego żyły furią?
- Chciałem przyznania do winy - odpowiedział cicho, kontynuując tok jego myśli, wspomnień, nawet jeśli nie wypowiadał ich wszystkich. Jego wzrok błądził po ciemnych tęczówkach, dostrzegając w nich odbity zarys własnej sylwetki. - Chciałem, żeby się przyznał.
Nie zamierzał go zabijać.
Nie wtedy, wchodząc do pustego baru, w którym przesiadywał jako ostatni klient. Którego właściciel ulotnił się, opłacony przez kogoś z Ventresci, oferując im prywatność. Nie zamierzał tego robić nawet gdy w odpowiedzi na zarzuty mężczyzna zareagował własną agresją, ruszając do ataku.
Jego wzrok ześlizgnął się na własną dłoń, zaciśniętą na kobiecym biodrze. Na drobne blizny pozostawione na jej wierzchu, wspomnienie rozbitego szkła z rzuconej ku niemu butelki. Na rękę, która nawet zanurzona w krwi, nie wahała się przed zadaniem ciosów. Huk głowy uderzającej o blat dźwięczał w jego głowie, tak jak szczęk rozbitego szkła, po którym szorował policzek.
Po nich nastała głucha cisza. Bezruch ciała. Powolna świadomość tego, że wykroczyło się poza granicę, granicę, która powinna być nieprzekraczalna. Ciężki oddech i odgłos nadchodzących kroków - osoby, dzięki której to wszystko miało pójść w zapomnienie, która miała pozbyć się ciała i zatuszować wszystko, co się wydarzyło.
- Nie wiem, czy tego żałuję. - ciężar wyznania był trudniejszy do niesienia niż wszystkie poprzednie słowa. Jego wzrok znów powrócił do niej, do opadających na jej policzki włosów i tej miłości, której nie dało się pozbyć, niezależnie od tego ile grzechów musiała słuchać. - Ale żałuję, że nie znalazłem cię wcześniej.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może powinna.
Prawdopodobnie naprawdę powinna usłyszeć całą historię, każdy szczegół wypowiedziany jego głosem, każde wspomnienie wyciągnięte z miejsc, do których przez lata nikogo nie dopuszczał. Powinna chcieć znać prawdę w całości, aż do samego końca, a mimo to wystarczało jej już to, co jej oddał.
Nie dlatego, że więcej nie byłaby w stanie udźwignąć. Zniosła przy nim rzeczy, o które nigdy wcześniej by siebie nie podejrzewała. Ból, strach, rozłąkę i świadomość, że człowiek leżący obok nosił na sumieniu cudze życie. Wydawało jej się, że po tym wszystkim nie istniał już ciężar zdolny przygnieść ją do ziemi tak mocno, by nie potrafiła się podnieść.
Problem polegał na czymś innym. Czuła, że dotarli do ściany, do miejsca utkane­go z emocji tak gęstych i bolesnych, że nawet jego pieczołowicie budowane mury zaczynały pękać pod własnym ciężarem. Nie chciała ciągnąć go dalej przez tamten koszmar. Nie chciała, żeby wracał do wspomnień, które nadal żyły pod jego skórą.
Potrafiła wyobrazić sobie wszystko aż nazbyt dokładnie. Widziała go wściekłego. Widziała tę furię wcześniej, choć tamto wydarzenie było jedynie bladym cieniem tego, co musiało wydarzyć się naprawdę. Pamiętała jego twarz podczas aresztowania Bianchiego, pamiętała sposób w jaki napięły się jego mięśnie, gdy tamten przycisnął ją do ściany i zaczął grozić. Jego gniew żył własnym życiem - brutalnym, gwałtownym i niemożliwym do zatrzymania, gdy przekraczało się granicę.
A przecież tamtej nocy naprzeciw niego stanął człowiek odpowiedzialny za śmierć kobiety, którą kochał.
Niemal czuła tę wściekłość przepływającą przez jego ciało. Smak goryczy osiadający na języku. Drżenie dłoni, które nie pochodziło ze strachu, lecz z bólu tak ogromnego, że nie był w stanie go pomieścić. Widziała go w swojej wyobraźni wyraźnie - samotnego, roztrzaskanego, popychanego przez rozpacz w stronę granicy zza której nie było odwrotu.
I mimo tego wszystkiego nadal siedziała na jego kolanach. Nadal obejmowała go ramionami i patrzyła na niego z tą samą miłością, której nic nie potrafiło osłabić.
Na samą myśl, że mogłaby go stracić, po jej plecach przebiegł zimny dreszcz. Wyobrażenie świata bez niego wydawało się czymś obcym, nierealnym, niemożliwym do pojęcia. Nigdy wcześniej nie zastanawiała się, do czego byłaby zdolna dla drugiego człowieka, bo nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób. Dopiero przy nim odkryła w sobie s z a l e ń s t w o, którego istnienia nawet nie podejrzewała.
Ta sama siła, która kilkanaście minut wcześniej kazała jej z absolutnym przekonaniem pomyśleć, że bez mrugnięcia okiem pociągnęłaby za spust wymierzony w Sergio Carbona, odebrałaby życie każdemu, kto skrzywdziłby jego.
Nie odpowiedziała od razu na jego wyznanie; pochyliła się jedynie i musnęła ustami jego policzek, potem brodę, kącik ust i wreszcie same wargi, spokojnie wyznaczając pocałunkami drogę po jego skórze. Każdy gest był cichy i czuły, jakby próbowała nimi zagłuszyć wszystkie wspomnienia, które nie dawały mu spokoju. - W porządku. To była twoja zemsta, dlaczego masz żałować kogoś, kto ją zabił? - szepnęła w końcu.
Przytuliła go mocniej, przesuwając się bliżej, aż jej uda oplotły jego biodra, a ich ciała ponownie stopiły się w jedno pod pościelą. Oparła policzek o jego skroń i zamknęła oczy, wsłuchując się w rytm jego oddechu, który powoli zaczynał się uspokajać. - Nie wiem, jak się z tego wyplączemy, ale coś wymyślimy - powiedziała cicho, z naiwną wiarą.
Bo właśnie tego chciała. Nie wielkich deklaracji ani życia wolnego od błędów. Chciała tego łóżka, jego ramion oplatających ją w środku nocy i spokoju odnajdywanego między ich oddechami. Chciała budzić się obok niego codziennie, nawet jeśli świat poza tym mieszkaniem pozostawał chaosem. Chciała należeć do tej ciszy, do półmroku sypialni i do człowieka, którego serce biło teraz tuż przy jej własnym.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”