Are you the definition of insanity? Or am I?
: pn lip 20, 2026 5:41 pm
Czy to pogoda zdawała się dostosowywać do panującego między nimi napięcia? Czy może raczej podświadomie zarówno Monty'emu, jak i Wolfgangowi udzielała się nagle porywczość rozszalałej za oknem wichury? Niezależnie od odpowiedzi, rezultat był taki sam: raz wznieconej, złości buzującej w obydwu mężczyznach nie dało się ugasić spokojniejszym tonem głosu, lub próbą odwołania się do zdrowego rozsądku. Było na to o wiele za późno - może parę minut,
a może dwadzieścia lat.
To, czego Wolfgang wydawał się być pewien - mianowicie, że ojciec Monty'ego, mimo swojej brutalności, nie byłby w stanie dopuścić się do czegoś tak dramatycznego i niewybaczalnego, jak akt synobójstwa - samemu szatynowi wcale nie wydawało się aż tak oczywiste. Nie dlatego, że w przeszłości spodziewał się po własnym ojcu jakichś morderczych instynktów, lub, że obawiał się, iż Morin senior faktycznie nosił się z planem pozbawienia go życia... Ale przecież nie takie wypadki zdarzały się ludziom w afekcie. Niesieni emocjami, nawet z pozoru najbardziej opanowani - i kochający - rodzice, potrafili czasem stracić kontrolę, i pchnąć za mocno, uderzyć pod zbyt trafnym kątem, skrzywdzić w sposób, który okazywał się być nieodwracalny. Tak bardzo więc, jak Morin i Welsh mogli próbować sobie wmówić, że wcale tak nie było, na pewno musiała istnieć jakaś alternatywna rzeczywistość, w której to Montgomery - nie jego ojciec - uderzył kantem potylicy w ostrą krawędź i padł na pokład łodzi nieprzytomny, z ostatnim tchnieniem tańczącym na wargach rozchylonych jak u walczącej o oddech ryby. Co więcej, Monty przez lata obserwował, jak napady szału jego ojca stają się coraz bardziej nieopanowane. Rozumiał więc, jak blisko tamtej nocy znaleźli się od zamienienia się miejscami...
Może, zresztą, już tak było? W końcu sądząc po rozwoju dzisiejszych zdarzeń, Montgomery zdawał się do własnego ojca upodabniać o wiele bardziej niż by chciał, i o wiele bardziej, zarazem, niż kiedykolwiek przypuszczał, że byłoby to możliwe... Ta gwałtowność ruchów, ten sposób, w jaki całe pole widzenia pod wpływem paru słów drugiego mężczyzny zasnuło mu się na moment czerwoną mgłą, nie pozwalającą na przebicie się żadnych racjonalnych argumentów albo składnych myśli, musiały być ojcu Monty'ego znane aż za dobrze. Co, jeśli ten rodzaj utraty kontroli dało się przekazać w genach? Co, jeśli wisiały nad młodszym Morinem nie jak tradycja, a po prostu jak klątwa, i żaden rodzaj miłości, żadna ilość terapii, żadna doza wycieńczającej pracy nad sobą samym nie pozwoliłyby mu się od nich uwolnić? Może jego los był przesądzony - a co za tym szło, ich wspólny los także - i było wyłącznie kwestią czasu, aż Monty zrani Wolfganga tak, że ten już nigdy się z tej krzywdy nie poniesie?
W końcu już raz próbował.
W końcu już raz prawie mu się udało.
Welsh nie wyglądał na przerażonego, nie wyglądał nawet na ogarniętego złością. Zamiast tego, i Morin rozpoznał w układzie mimiki blondyna wyraz najbadziej zbliżony właśnie do ulgi, jakby Welsh właśnie na to czekał, i tego pragnął. Jego szału. Czyżby kolejnego ciosu, który mógłby odsunąć ich od siebie na następne dekady? Czy może raczej następnej prowokacji, po której wreszcie mogliby wygarnąć sobie wszystko, co uzbierało się w ich duszach przez te nieznośne lata pełne niewiadomych i gęste od milczenia?
- Droga wolna - Prychnął, obejmując wzrokiem Wolfganga, gdy ten prostował się ponownie do pionu z pozycji, w której wyglądał tak, jakby miał zaraz zwymiotować, albo zemdleć. Obydwie reakcje byłyby uzasadnione, i bardzo zbliżone do tego, zresztą, na co miał teraz ochotę sam Monty. Tego, jak duszno mu się zrobiło, i jak słabo jednocześnie, nie dało się bynajmniej wytłumaczyć meteorologią, czy typową duchotą unoszącą się w powietrzu przed burzą. Próbował jednak zachować jakieś resztki gniewnego animuszu, zadarłszy głowę, i wbiwszy wzrok wprost w płaszczyznę malujących się przed nim okien, i ściany. Jeśli wolałby teraz stanąć vis a vis Wolfganga - i jednocześnie twarzą w twarz z całą plejadą swoich największych pragnień i lęków - nie otrzymał na to szansy, bo blondyn był sprytniejszy i szybszy, sytuując się za nim. Tylko tyle wystarczyło, by linią morinowego kręgosłupa przebiegł zimny, elektryzujący dreszcz.
Rozpoznał to pytanie - już raz, całkiem niedawno, zadane mu przez Wolfganga, i ewidentnie zwieńczone wtedy przez Monty'ego odpowiedzią, która dla drugiego mężczyzny okazywała się co najmniej niesatysfakcjonująca. Mimowolnie przymknął oczy, pozwalając wadze słów Welsha rozejść się po jego własnym ciele jak gorączka.
- Powtarzasz się - Odparł. Nie jak zarzut, albo atak, ale raczej jak stwierdzenie faktu, przypomnienie oczywistości. - Więc i ja muszę się powtórzyć. Co chcesz ode mnie usłyszeć, Wolfgangu?
Wszystko. Chcę od Ciebie...
- Bo za każdym razem gdy mnie o to pytasz, mam wrażenie, że masz już w głowie preferowaną odpowiedź. Chcesz żebym potwierdził? - Odwdzięczył się pięknym za nadobne, jednym znakiem zapytania za inny. Już samo to pytanie wymagało odeń niemalże nieludzkiego wysiłku, teraz, gdy dotyk blondyna dekoncentrował go w nowy sposób. Wciągnął powietrze przez nozdrza i wypuścił przez wargi, próbując tym samym wyregulować galop napędzanego adrenaliną serca - Czy raczej, żebym zaprzeczył? Powiedział ci, że nigdy nie mógłbym cię znienawidzić...? - Nie przedrzeźniał, jeszcze nie, choć jego ton znalazł się niebezpiecznie blisko kpiny.
Jakimś cudem nieomal spodziewał się kolejnego pytania. Przyjął je z leciutkim odchyleniem głowy w bok, tym samym obnażając przed Welshem nagi skrawek piegowatej skóry rozciągającej się na jego barkach i karku w tym punkcie, gdzie kończył się materiał ubrania.
- Dlaczego - Odparował - tak bardzo potrzebujesz wiedzieć? Wolfie - O wiele bardziej miękko - Nawet jeśli ci powiem... Co to dzisiaj zmieni?
Wolfgang Welsh
a może dwadzieścia lat.
To, czego Wolfgang wydawał się być pewien - mianowicie, że ojciec Monty'ego, mimo swojej brutalności, nie byłby w stanie dopuścić się do czegoś tak dramatycznego i niewybaczalnego, jak akt synobójstwa - samemu szatynowi wcale nie wydawało się aż tak oczywiste. Nie dlatego, że w przeszłości spodziewał się po własnym ojcu jakichś morderczych instynktów, lub, że obawiał się, iż Morin senior faktycznie nosił się z planem pozbawienia go życia... Ale przecież nie takie wypadki zdarzały się ludziom w afekcie. Niesieni emocjami, nawet z pozoru najbardziej opanowani - i kochający - rodzice, potrafili czasem stracić kontrolę, i pchnąć za mocno, uderzyć pod zbyt trafnym kątem, skrzywdzić w sposób, który okazywał się być nieodwracalny. Tak bardzo więc, jak Morin i Welsh mogli próbować sobie wmówić, że wcale tak nie było, na pewno musiała istnieć jakaś alternatywna rzeczywistość, w której to Montgomery - nie jego ojciec - uderzył kantem potylicy w ostrą krawędź i padł na pokład łodzi nieprzytomny, z ostatnim tchnieniem tańczącym na wargach rozchylonych jak u walczącej o oddech ryby. Co więcej, Monty przez lata obserwował, jak napady szału jego ojca stają się coraz bardziej nieopanowane. Rozumiał więc, jak blisko tamtej nocy znaleźli się od zamienienia się miejscami...
Może, zresztą, już tak było? W końcu sądząc po rozwoju dzisiejszych zdarzeń, Montgomery zdawał się do własnego ojca upodabniać o wiele bardziej niż by chciał, i o wiele bardziej, zarazem, niż kiedykolwiek przypuszczał, że byłoby to możliwe... Ta gwałtowność ruchów, ten sposób, w jaki całe pole widzenia pod wpływem paru słów drugiego mężczyzny zasnuło mu się na moment czerwoną mgłą, nie pozwalającą na przebicie się żadnych racjonalnych argumentów albo składnych myśli, musiały być ojcu Monty'ego znane aż za dobrze. Co, jeśli ten rodzaj utraty kontroli dało się przekazać w genach? Co, jeśli wisiały nad młodszym Morinem nie jak tradycja, a po prostu jak klątwa, i żaden rodzaj miłości, żadna ilość terapii, żadna doza wycieńczającej pracy nad sobą samym nie pozwoliłyby mu się od nich uwolnić? Może jego los był przesądzony - a co za tym szło, ich wspólny los także - i było wyłącznie kwestią czasu, aż Monty zrani Wolfganga tak, że ten już nigdy się z tej krzywdy nie poniesie?
W końcu już raz próbował.
W końcu już raz prawie mu się udało.
Welsh nie wyglądał na przerażonego, nie wyglądał nawet na ogarniętego złością. Zamiast tego, i Morin rozpoznał w układzie mimiki blondyna wyraz najbadziej zbliżony właśnie do ulgi, jakby Welsh właśnie na to czekał, i tego pragnął. Jego szału. Czyżby kolejnego ciosu, który mógłby odsunąć ich od siebie na następne dekady? Czy może raczej następnej prowokacji, po której wreszcie mogliby wygarnąć sobie wszystko, co uzbierało się w ich duszach przez te nieznośne lata pełne niewiadomych i gęste od milczenia?
- Droga wolna - Prychnął, obejmując wzrokiem Wolfganga, gdy ten prostował się ponownie do pionu z pozycji, w której wyglądał tak, jakby miał zaraz zwymiotować, albo zemdleć. Obydwie reakcje byłyby uzasadnione, i bardzo zbliżone do tego, zresztą, na co miał teraz ochotę sam Monty. Tego, jak duszno mu się zrobiło, i jak słabo jednocześnie, nie dało się bynajmniej wytłumaczyć meteorologią, czy typową duchotą unoszącą się w powietrzu przed burzą. Próbował jednak zachować jakieś resztki gniewnego animuszu, zadarłszy głowę, i wbiwszy wzrok wprost w płaszczyznę malujących się przed nim okien, i ściany. Jeśli wolałby teraz stanąć vis a vis Wolfganga - i jednocześnie twarzą w twarz z całą plejadą swoich największych pragnień i lęków - nie otrzymał na to szansy, bo blondyn był sprytniejszy i szybszy, sytuując się za nim. Tylko tyle wystarczyło, by linią morinowego kręgosłupa przebiegł zimny, elektryzujący dreszcz.
Rozpoznał to pytanie - już raz, całkiem niedawno, zadane mu przez Wolfganga, i ewidentnie zwieńczone wtedy przez Monty'ego odpowiedzią, która dla drugiego mężczyzny okazywała się co najmniej niesatysfakcjonująca. Mimowolnie przymknął oczy, pozwalając wadze słów Welsha rozejść się po jego własnym ciele jak gorączka.
- Powtarzasz się - Odparł. Nie jak zarzut, albo atak, ale raczej jak stwierdzenie faktu, przypomnienie oczywistości. - Więc i ja muszę się powtórzyć. Co chcesz ode mnie usłyszeć, Wolfgangu?
Wszystko. Chcę od Ciebie...
- Bo za każdym razem gdy mnie o to pytasz, mam wrażenie, że masz już w głowie preferowaną odpowiedź. Chcesz żebym potwierdził? - Odwdzięczył się pięknym za nadobne, jednym znakiem zapytania za inny. Już samo to pytanie wymagało odeń niemalże nieludzkiego wysiłku, teraz, gdy dotyk blondyna dekoncentrował go w nowy sposób. Wciągnął powietrze przez nozdrza i wypuścił przez wargi, próbując tym samym wyregulować galop napędzanego adrenaliną serca - Czy raczej, żebym zaprzeczył? Powiedział ci, że nigdy nie mógłbym cię znienawidzić...? - Nie przedrzeźniał, jeszcze nie, choć jego ton znalazł się niebezpiecznie blisko kpiny.
Jakimś cudem nieomal spodziewał się kolejnego pytania. Przyjął je z leciutkim odchyleniem głowy w bok, tym samym obnażając przed Welshem nagi skrawek piegowatej skóry rozciągającej się na jego barkach i karku w tym punkcie, gdzie kończył się materiał ubrania.
- Dlaczego - Odparował - tak bardzo potrzebujesz wiedzieć? Wolfie - O wiele bardziej miękko - Nawet jeśli ci powiem... Co to dzisiaj zmieni?
Wolfgang Welsh