Strona 2 z 2

Are you the definition of insanity? Or am I?

: pn lip 20, 2026 5:41 pm
autor: montgomery morin
Czy to pogoda zdawała się dostosowywać do panującego między nimi napięcia? Czy może raczej podświadomie zarówno Monty'emu, jak i Wolfgangowi udzielała się nagle porywczość rozszalałej za oknem wichury? Niezależnie od odpowiedzi, rezultat był taki sam: raz wznieconej, złości buzującej w obydwu mężczyznach nie dało się ugasić spokojniejszym tonem głosu, lub próbą odwołania się do zdrowego rozsądku. Było na to o wiele za późno - może parę minut,

a może dwadzieścia lat.
To, czego Wolfgang wydawał się być pewien - mianowicie, że ojciec Monty'ego, mimo swojej brutalności, nie byłby w stanie dopuścić się do czegoś tak dramatycznego i niewybaczalnego, jak akt synobójstwa - samemu szatynowi wcale nie wydawało się aż tak oczywiste. Nie dlatego, że w przeszłości spodziewał się po własnym ojcu jakichś morderczych instynktów, lub, że obawiał się, iż Morin senior faktycznie nosił się z planem pozbawienia go życia... Ale przecież nie takie wypadki zdarzały się ludziom w afekcie. Niesieni emocjami, nawet z pozoru najbardziej opanowani - i kochający - rodzice, potrafili czasem stracić kontrolę, i pchnąć za mocno, uderzyć pod zbyt trafnym kątem, skrzywdzić w sposób, który okazywał się być nieodwracalny. Tak bardzo więc, jak Morin i Welsh mogli próbować sobie wmówić, że wcale tak nie było, na pewno musiała istnieć jakaś alternatywna rzeczywistość, w której to Montgomery - nie jego ojciec - uderzył kantem potylicy w ostrą krawędź i padł na pokład łodzi nieprzytomny, z ostatnim tchnieniem tańczącym na wargach rozchylonych jak u walczącej o oddech ryby. Co więcej, Monty przez lata obserwował, jak napady szału jego ojca stają się coraz bardziej nieopanowane. Rozumiał więc, jak blisko tamtej nocy znaleźli się od zamienienia się miejscami...

Może, zresztą, już tak było? W końcu sądząc po rozwoju dzisiejszych zdarzeń, Montgomery zdawał się do własnego ojca upodabniać o wiele bardziej niż by chciał, i o wiele bardziej, zarazem, niż kiedykolwiek przypuszczał, że byłoby to możliwe... Ta gwałtowność ruchów, ten sposób, w jaki całe pole widzenia pod wpływem paru słów drugiego mężczyzny zasnuło mu się na moment czerwoną mgłą, nie pozwalającą na przebicie się żadnych racjonalnych argumentów albo składnych myśli, musiały być ojcu Monty'ego znane aż za dobrze. Co, jeśli ten rodzaj utraty kontroli dało się przekazać w genach? Co, jeśli wisiały nad młodszym Morinem nie jak tradycja, a po prostu jak klątwa, i żaden rodzaj miłości, żadna ilość terapii, żadna doza wycieńczającej pracy nad sobą samym nie pozwoliłyby mu się od nich uwolnić? Może jego los był przesądzony - a co za tym szło, ich wspólny los także - i było wyłącznie kwestią czasu, aż Monty zrani Wolfganga tak, że ten już nigdy się z tej krzywdy nie poniesie?
W końcu już raz próbował.
W końcu już raz prawie mu się udało.
Welsh nie wyglądał na przerażonego, nie wyglądał nawet na ogarniętego złością. Zamiast tego, i Morin rozpoznał w układzie mimiki blondyna wyraz najbadziej zbliżony właśnie do ulgi, jakby Welsh właśnie na to czekał, i tego pragnął. Jego szału. Czyżby kolejnego ciosu, który mógłby odsunąć ich od siebie na następne dekady? Czy może raczej następnej prowokacji, po której wreszcie mogliby wygarnąć sobie wszystko, co uzbierało się w ich duszach przez te nieznośne lata pełne niewiadomych i gęste od milczenia?
- Droga wolna - Prychnął, obejmując wzrokiem Wolfganga, gdy ten prostował się ponownie do pionu z pozycji, w której wyglądał tak, jakby miał zaraz zwymiotować, albo zemdleć. Obydwie reakcje byłyby uzasadnione, i bardzo zbliżone do tego, zresztą, na co miał teraz ochotę sam Monty. Tego, jak duszno mu się zrobiło, i jak słabo jednocześnie, nie dało się bynajmniej wytłumaczyć meteorologią, czy typową duchotą unoszącą się w powietrzu przed burzą. Próbował jednak zachować jakieś resztki gniewnego animuszu, zadarłszy głowę, i wbiwszy wzrok wprost w płaszczyznę malujących się przed nim okien, i ściany. Jeśli wolałby teraz stanąć vis a vis Wolfganga - i jednocześnie twarzą w twarz z całą plejadą swoich największych pragnień i lęków - nie otrzymał na to szansy, bo blondyn był sprytniejszy i szybszy, sytuując się za nim. Tylko tyle wystarczyło, by linią morinowego kręgosłupa przebiegł zimny, elektryzujący dreszcz.
Rozpoznał to pytanie - już raz, całkiem niedawno, zadane mu przez Wolfganga, i ewidentnie zwieńczone wtedy przez Monty'ego odpowiedzią, która dla drugiego mężczyzny okazywała się co najmniej niesatysfakcjonująca. Mimowolnie przymknął oczy, pozwalając wadze słów Welsha rozejść się po jego własnym ciele jak gorączka.
- Powtarzasz się - Odparł. Nie jak zarzut, albo atak, ale raczej jak stwierdzenie faktu, przypomnienie oczywistości. - Więc i ja muszę się powtórzyć. Co chcesz ode mnie usłyszeć, Wolfgangu?


Wszystko. Chcę od Ciebie...

- Bo za każdym razem gdy mnie o to pytasz, mam wrażenie, że masz już w głowie preferowaną odpowiedź. Chcesz żebym potwierdził? - Odwdzięczył się pięknym za nadobne, jednym znakiem zapytania za inny. Już samo to pytanie wymagało odeń niemalże nieludzkiego wysiłku, teraz, gdy dotyk blondyna dekoncentrował go w nowy sposób. Wciągnął powietrze przez nozdrza i wypuścił przez wargi, próbując tym samym wyregulować galop napędzanego adrenaliną serca - Czy raczej, żebym zaprzeczył? Powiedział ci, że nigdy nie mógłbym cię znienawidzić...? - Nie przedrzeźniał, jeszcze nie, choć jego ton znalazł się niebezpiecznie blisko kpiny.
Jakimś cudem nieomal spodziewał się kolejnego pytania. Przyjął je z leciutkim odchyleniem głowy w bok, tym samym obnażając przed Welshem nagi skrawek piegowatej skóry rozciągającej się na jego barkach i karku w tym punkcie, gdzie kończył się materiał ubrania.
- Dlaczego - Odparował - tak bardzo potrzebujesz wiedzieć? Wolfie - O wiele bardziej miękko - Nawet jeśli ci powiem... Co to dzisiaj zmieni?


Wolfgang Welsh

Are you the definition of insanity? Or am I?

: czw lip 30, 2026 12:54 am
autor: Wolfgang Welsh
Tak było lepiej.
Gdy Morin stał odwrócony do niego plecami, Wolfgang mógł skorzystać z przywileju, jakim było zaprzestanie walki z własnymi emocjami. Poza zasięgiem wzroku szatyna mógł, w końcu, pozwolić sobie na to, by cały s t r e s, niepokój i zmęczenie odcisnęły się na jego obliczu. Jakże dalekie były to emocje od tych, które poczuł, gdy tego wieczoru usłyszał dzwonek do drzwi i zobaczył Montgomery’ego na progu swojego domu. Ekscytacja i ulga wyparowały, nie zostawiając choćby cienia śladu po swojej obecności. Montgomery Morin wydawał się powojennym niewypałem pogrzebanym pod warstwą ziemi - pozornie cichy i opanowany był zdolny eksplodować przy najmniejszym błędzie. Należałoby więc stąpać ostrożnie, by czasem nie naruszyć cienkiej granicy powierzchni i nie spowodować niekontrolowanego wybuchu, lecz problem leżał w tym, że Wolfgang nie miał już więcej cierpliwości do dawnego (do dawnego?) przyjaciela. Pragnął prawdy i szczerości, lecz zamiast tego uparcie serwowano mu uniki i niedomówienia, podszyte drwiną lub pełne sprzeczności.
Tak było łatwiej.
Znosić nie tylko jego obecność, ale i emanującą energię, która zdawała się wypełniać przestrzeń dzielącą ich ciała. Ciężką, gęstą i lepką; oblepiającą zarówno skórę, jak i umysł Wolfganga. Zapach Morina łaskotał go w nos, znajomy i jednocześnie obcy po tylu latach rozłąki. Czuł pod palcami napięcie mięśni ukrytych pod materiałem koszulki, subtelne drgnięcia zdradzające każdy oddech szatyna. Przymknął oczy, by nie musieć go oglądać.


Tak. Chcę żebyś potwierdził.


To pasowałoby do narracji, którą zdołał wypracować w swojej głowie; wygodnie tłumaczącą odcięcie się, niechęć i brak kontaktu. Ta perspektywa pomogła mu przetrwać. W końcu Wolfgangowi nie ciążył jedynie sam czyn pozbawienie życia Morina seniora – była jeszcze świadomość własnej bezczynności, która wnet ogarnęła go po tym, jak krew rozlała się po pokładzie kajuty. Zamrożenie wynikające z faktu, że właśnie kogoś zabił i przytłaczająca, nieodwracalna świadomość, że nie jest już w stanie tego zmienić. Opuściły go siły, przez co Montgomery samodzielnie musiała zająć się bałaganem, którego narobił.

Zaprzeć, proszę.
Byłem ci kiedyś najbliższy, nie możesz mnie nienawidzić.


Śmiech Wolfganga, delikatny i krótki, przypominający bardziej westchnienie niż wesołość, połaskotał szyję szatyna.
– Och, Monty – szepnął, otwierając oczy i wbijając wzrok w tył głowy mężczyzny. – Oboje doskonale wiemy, że nie byłbyś zdolny do podobnych wyznań – nie względem mnie.
Już nie. W przeszłości? Być może. Lecz teraz nie mógł liczyć na podobne łaski. Dostrzegał błysk dawnego Morina – jego przenikliwość, inteligencję i irytującą skłonność do prowadzenia rozmowy tak, by ostatnie słowo należało do niego. Dawny Morin nie byłby jednak zdolny do tego, by go umyślenie skrzywdzić. Ten, stojący krok przed nim? Nie wydawał się pamiętać, gdzie przebiegała granica pomiędzy obroną a atakiem.
Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią wpatrując się w bezmyślnie w odsłonięty kawałek skóry. Tyle piegów… Jeszcze nigdy u nikogo nie widziałem tylu piegów.
– Może zacznę lepiej sypiać? – odparł w końcu.
– Może dzięki temu zacznę obchodzić urodziny. Od dwudziestu lat nie pozwalam na to, by je w jakikolwiek sposób celebrować… -
Jak długo jego palce głaskały szyję Morina?
– Może będę mógł w końcu wsiąść choćby na głupi kajak? Panicznie boję się otwartej wody i wszelkiego rodzaju łódek, ty też tak masz?–
Wierzchem palców wskazującego i środkowego gładził miarowo odsłonięty skrawek karku. Przed laty znał go na pamięć. Wiedział, że gdyby przesunął palec na ramię napotkałby wypukłą bliznę w kształcie sierpa księżyca, która powstała na skutek dziecinnej zabawy w domu rodzinnym Welsha.
– Może to ukoi złamane dawno temu serce? –
Nie powinien tego mówić, lecz było już z a p ó ź n o. Oderwał dłonie od ciała Morina i wsadził je do kieszeni dresów, wściekły na siebie i swoją wylewność. Nie potrafił dosięgnąć poziomu nonszalancji i obojętności, które reprezentował Monty; nie umiał skryć siebie i swoich uczuć za sarkazmem i ironią. Zawsze uczono go, że o uczuciach należy rozmawiać, lecz ta zasada nie wydawała się mieć zastosowania przy skrzypku, który gotów był wykorzystać przeciwko niemu każde wypowiedziane słowo, odsłoniętą słabość czy przejaw bezbronności. Jednak dlaczego? Jaki miał w tym cel?
– Montgomery, po co tutaj przyszedłeś? –

montgomery morin

Are you the definition of insanity? Or am I?

: pn sie 03, 2026 12:52 am
autor: montgomery morin
Dwadzieścia lat praktyki.
Dwadzieścia lat skutecznej strategii unikowej, która pozwalała Montgomery'emu zachować jakieś pozory normalności, totalną utratę zmysłów utrzymując w (fałszywie) bezpiecznej odległości., choć szaleństwo zawsze przecież kryło się tuż za cienką linią horyzontu, jak obietnica, której los miał w końcu dotrzymać, ale nigdy jakoś nie precyzował kiedy dokładnie szatyn odda się wreszcie, bezpowrotnie, kompletnemu amokowi.
Z tym właśnie musiał teraz mierzyć się Wolfgang - tak cudownie naiwny, tak cudownie ufny w dziecięcym niemal założeniu, że Montgomery po dwóch dekadach fałszu i farsy wstąpi w jego ramiona bez cienia wątpliwości i bez prób, by prawdę przysłonić za szczelnym parawanem z misternie uplecionych kłamstw. Za każdym razem, gdy blondyn starał się go podejść, Morin sprawnie znajdował coraz to nowsze i bardziej wyrafinowane sposoby na wykręcenie się od odpowiedzi, na spowicie tego, co chciałby Welshowi tak naprawdę wyznać pod grubym płaszczem ciszy, wymówek albo zbywających go złośliwości.
Za każdym razem, gdy wyciągał ku niemu dłoń, Morin zamiast ją wziąć, zdawał się raczej ją kąsać. Jak pies, kiedyś udomowiony i posłuszny, ale teraz zbyt długo pozbawiony kontaktu z człowiekiem, by w wyciągniętej w jego stronę ręce nie dopatrywać się zapowiedzi bólu, a widzieć po prostu pretekst do odbudowania bliskości.

Nie musiał odwracać głowy, uważnym spojrzeniem śledząc trajektorię, po której poruszał się wzrok drugiego mężczyzny, by wiedzieć, na co Wolfgang teraz patrzy. Nakładające się na siebie misternie konstelacje drobniutkich cętek, skomplikowany pejzaż brązowego i rdzawego pigmentu malujący się na każdym niemalże skrawku morinowego ciała. W dzieciństwie było mu tych wszystkich piegów, którymi usypany był mniej więcej tak, jak babcine ciasto potrafi być usypane cukrem pudrem gdy omyłkowo użyje się sitka o nieco zbyt obszernych oczkach, zwyczajnie wstyd. Czy nie wystarczająco często nasłuchał się przecież dziecięcych kpin płynących od równolatków, niby niewinnych, a jednak chłopięce ego potrafiących ugodzić jak ostra szpila? Czy przez pierwsze lata szkoły nie próbował zakrywać ich niemalże neurotycznie, w płonnej nadziei, że unikanie słońca pozwoli mu wreszcie pozbyć się tego genetycznego defektu, który w rówieśniczej hierarchii często wrzucał go do kategorii dziwadła? Czy nie było tak, że dopiero ruch wolfgangowych palców, ścieżki piegów Monty'ego potrafiących badać godzinami z namaszczeniem ostrożnym i niemalże, w gruncie rzeczy, religijnym, uleczył ostatecznie jego kompleksy, na barwę własnego ciała ucząc go spoglądać zupełnie inaczej? Nawet parę dobrych lat po ich rozstaniu, sypiając z innymi ludźmi, Monty pamiętał dotyk opuszków Welsha na własnej skórze, szukając jego echa w rękach innych kochanków, i zawsze odnajdując tylko pustkę.
Wzdrygnął się, jakby spojrzenie blondyna próbował strząsnąć z siebie niczym krople deszczu albo krwi, uwalniając się od ich bizarnego ciężaru. Nie pomogło. Wydawało się, że wzrok Wolfganga zdążył wypalić w jego karku żywy, bolesny ślad, a zaraz potem za spojrzeniem blondyna podążył też jego dotyk. Czy możliwym było, by coś niosło z sobą jednocześnie rozkosz i zagładę? Przyjemność i ból, rozpacz i ulgę, na którą Montgomery czekał dłużej, niż - w gruncie rzeczy - trwała cała ta ich przyjaźń. Cała ta ich miłość, z której powinien był wyrosnąć tak, jak ponoć da się wyrosnąć z najgorszej nawet traumy, a jednak nadal nie potrafił.
To, co wyrwało się spomiędzy jego warg gdy dłoń Wolfganga niemal zahaczyła o miejsce, gdzie w skórę Morina wżynał się jaśniutki półksiężyc zbliznowacenia, bardziej niż warknięcie protestu przypominało ciche zaskomlenie. Żałosne, ale bardziej szczere niż cokolwiek, co Montgomery mógł kiedykolwiek wyrazić w słowach.

Przymknął oczy - mimowolnie, nieplanowanie, jakby powieki same poddały się pod ciężarem niewysłowionego zmęczenia, które wzbudzała w nim ich rozmowa, cała ta ich dynamika, cała ta przepychanka, która z bójki w każdej chwili mogła przeobrazić się w taniec, z tańca w seks, z seksu ponownie w pojedynek, i z pojedynku - w kolejne, tym razem może już ostateczne, rozstanie. Był wykończony własną chwiejnością, i nieustępliwością Wolfganga, który chyba nadal próbował wyciągnąć z niego coś więcej niż sarkazm i werbalne przejawy wyrachowanego okrucieństwa.
- Na bezsenność są leki. A na lęk przed wodą terapia poznawczo-behawioralna - Powiedział, ale w jego tonie zabrakło tej dawnej ostrości, której używał do tej pory by bronić się przed kolejnymi, podejmowanymi przez Welsha próbami, by się do niego choć odrobinę zbliżyć. Był wykończony, więc może blondyn osiągnął swój cel - zmęczył materiał na tyle, by obrony Morina zaczęły, wreszcie, ustępować?
Monty uniósł na niego wzrok, i może zaczerwienienie jego oczu dało wyjaśnić się tylko przeprawą przez ścianę deszczu i ogólnym wycieńczeniem, a może stało za nim inne, o wiele bardziej bezbronne wytłumaczenie?
- Co jeśli ci powiem, że nie wiem? - Zapytał, i było to pytanie szczere, autentyczne, bez kolejnej próby wykaraskania się z rozmowy za sprawą jakiejś sprytnej machinacji - Będziesz wtedy usatysfakcjonowany, Wolfie? Nie mam pojęcia po co. Nie mam pojęcia - Mimowolnie naśladował ruch Wolfganga, samemu również wsuwając dłonie w kieszenie pożyczonych od niego spodni. Stali więc teraz na przeciwko siebie jak dwa lustrzane odbicia - tak podobni, jak podobni są do siebie ludzie, którzy razem dorastali. I, jednocześnie, tak kompletnie od siebie różni - Po co tu przyszedłem. Czułem po prostu... że muszę.

Wolfgang Welsh

Are you the definition of insanity? Or am I?

: ndz sie 09, 2026 11:54 pm
autor: Wolfgang Welsh
Więc to było to. Ta wielka chwila, która miała ukoić jego nerwy, przynieść spokój umęczonej głowie, którą dwie dekady gnębiły wyrzuty sumienia i podkopywały sens istnienia. Chwila, która miała zmienić wszystko. Nigdy nie nastawiał się na to, że jej zakończenie będzie słodkie niczym ich dziecięca przyjaźń. O wiele częściej dopuszczał do siebie myśl, że będzie ona raczej gorzka lub bolesna; że Morin wyzna mu to, co leżało mu na duszy, nawet jeżeli prawda okaże się trudna do przyjęcia. Lecz będzie prawdą – historią drugiej strony, w końcu wypowiedzianą i rzeczywistą, a nie kolejnymi domysłami podpowiadanymi przez nieprzepracowaną traumę. Nie był naiwny, licząc na to, że właśnie podczas t e g o spotkania wyjaśnią sobie historię, która rozdzieliła ich na dwadzieścia lat, a jednocześnie splątała ich na resztę istnienia. Prawda? W końcu pragnął tylko odpowiedzi.
Sęk w tym, że ja naprawdę potrzebuję rozliczyć się z tamtym wątkiem i go w końcu zamknąć, a nie mogę zrobić tego bez Ciebie. Więc jeżeli kiedyś poczujesz się gotowy, to zapraszam…
I przyszedł. Pojawił się w trakcie pierdolonej burzy. Przemoczony i zziębnięty. W pogodę, która utrudniała nie tylko pojawienie się na progu Welsha, ale także nagłe wyjście z mieszkania. Więc czy to źle? Czy to głupie, że odważył się pomyśleć, że Morin faktycznie poczuł się gotowy? Czy to było naprawdę aż tak naiwne?
Nie.
Tak.
To nie miało już znaczenia. Nie, gdy zdał sobie sprawę, że Montgomery Morin okazał się kolejną lekcją, a nie przeznaczeniem.
Był tylko wdzięczny (o ile można było to tak nazwać), że miłosiernie (czy Morin znał w ogóle takie słowo?) Montgomery nie skomentował jego wcześniejszych pytań, czym zapewne uczyniłby sytuację o wiele bardziej zawstydzającą i kłopotliwą dla Wolfganga. Sprawiło to, że nawet łatwiej było mu przełknąć te głupie, nic nieznaczące odpowiedzi na pytania o wodzie i bezsenności, które, choć wypowiedziane o wiele łagodniejszym tonem, brzmiały jak odpowiedzi udzielane dziecku niemającemu zielonego pojęcia o otaczającym go świecie.

– Usatysfakcjonowany? – powtórzył po nim, ostro i niedowierzająco. Niby jak? Cóż takiego było satysfakcjonującego w tym momencie? Samo jego pojawienie się?
Milczał dłuższy moment, z głową odwróconą nieznacznie w bok, nie mogąc dłużej patrzeć w te zaczerwienione oczy. Z jego ust wydobył się śmiech. Krótki i urywany. Nerwowy. Przypominający bardziej kaszel – jedno krótkie parsknięcie po drugim, każde urywane w połowie, jakby wydobywały się z niego poza jego kontrolą.
Tonął.
Zamknął oczy i zacisnął usta w cienką linię. Wziął oddech, powoli licząc w myślach do czterech. Zatrzymał w płucach powietrze na kolejne cztery uderzenia serca. Wypuścił je spokojnie, miarowo – znów odliczając do czterech. Pauza. Cztery sekundy poprzedzały kolejny wdech.
Wdech. Cztery.
Zatrzymanie. Cztery.
Wydech. Cztery.
Pauza. Cztery.
Raz za razem, aż w końcu ucisk w klatce piersiowej zelżał, a umysł stał się spokojniejszy i znów był na powierzchni, wyczuwając grunt pod nogami.
– Niech będzie i tak – odpowiedział w końcu, przenosząc wzrok na mężczyznę przed nim, spojrzeniem omijając jego oczy, błądząc nim tylko po twarzy i szyi. Choć był daleki od zadowolenia, tak nie mógł dłużej złościć się na Morina, który w gruncie rzeczy wydawał się równie zagubiony co on. – Ja… Ja chyba muszę się napić, Monty – wyznał. Nie potrzebował drinka, by znieść obecność Morina, lecz by ukoić nerwy i pogodzić się z tą nową rzeczywistością. – Masz też ochotę? Co prawda mam chyba tylko gin z tonikiem… – kontynuował, nie bardzo rejestrując własne słowa.


Ten dźwięk, który wydobył się z jego ust, gdy głaskał jego skórę. Jezu, co to było?
Jego obecność doszła do niego dopiero teraz, grubo po czasie, w którym mógłby zapytać o jego powód. Nie mam pojęcia po co… Czułem po prostu… że muszę. Dobrze. Bardzo dobrze. Nie dlatego, że odnajdywał s a t y s f a k c j ę w jego bezradności i rozbiciu, lecz dlatego, że Wolfgang musiał go tu mieć.
Choćby po to, by napić się głupiego drinka. By choć wymienić jeszcze kilka słów i spojrzeń. Monty zdecydowanie nie był tym, co należało trzymać przy sobie blisko, wywołując za wiele bólu i przykrości, lecz Wolfgang nie potrafił go sobie odpuścić. Nawet dla własnego dobra.
- … bo to w sumie mój ulubiony drink. Napijesz się więc? – Nie urywał wątku, choć nie wiedział, co właściwie przez niego przemawiało. W końcu jego błękitne oczy spoczęły na zielonych tęczówkach szatyna. – Bo ja potrzebuję – wyciągnął przed siebie rękę, wnętrzem dłoni skierowanym ku górze i poruszył nią w górę i w dół, jakby próbował fizycznie złapać jakieś słowo, które nie chciało mu przejść przez myśl. – Bo ja potrzebuję… - słowo drinka nie mogło przejść mu przez usta. Zacisnął lekko palce i zaraz je wyprostował.
Ciebie.
Potrzebuję Ciebie.


montgomery morin

Are you the definition of insanity? Or am I?

: wt sie 18, 2026 11:44 am
autor: montgomery morin
Szarpany emocjami śmiech Wolfganga rzeczywiście o wiele bardziej niż dźwięk prawdziwego rozbawienia przypominał raczej desperacją walkę o oddech. I to walkę nierówną, bo z przeciwnikiem o wiele większym od niego samego.
Czy w podobny sposób brzmiał ojciec Monty'ego, gdy szedł na dno tamtego felernego wieczora? Monty próbował za wiele o tym nie rozmyślać, ale były to próby płonne i spisane na niepowodzenie. Najróżniejsze wizje wkradały się do jego wyobraźni chyłkiem, wyrachowane i kompletnie nieproszone - gdy brał prysznic, gdy zżymał się z własnym ciałem podczas porannego biegania, gdy próbował odbywać pełne czaru, intelektualne i cywilizowane jednocześnie rozmowy ze znajomymi na tych i innych bankietach. Rozum mógł podpowiadać szatynowi, że przecież w chwili, w której wypychali go za burtę, Morin senior był albo martwy albo tak nieprzytomny, że od śmierci dzieliły go tylko nieuniknione sekundy. Gdyby jakimś cudem przeżył, szanse na powrót do normalnej sprawności zapewne też miał ograniczone - kto wie, być może skazany byłby na marną egzystencję w okropnym, wegetatywnym stanie, stanowiącym specyficzny rodzaj obelgi względem jego zwyczajowej sprawności i niezależności. Ojciec Monty'ego był zawsze niemal onieśmielający w sposobie, którym z użyciem tonu własnego głosu i postawy rosłego ciała potrafił rozporządzać swoim otoczeniem; pomieszczenia zamierały, gdy stawał w ich progu, a spojrzenia obecnych na tych samych płaszczyznach ludzi grawitowały ku niemu jak opiłki żelaza ściągane do siebie przez wyjątkowo silny magnes. Paraliż i kompletna zależność od innych byłyby wyrokiem śmierci o wiele okrutniejszym niż ten, który mężczyzna ostatecznie otrzymał od losu. Ba, gdyby się nad tym dłużej zastanowić, ukrócenie jego cierpienia było w gruncie rzeczy niemalże aktem miłosierdzia, a nie przemocy, p r a w d a?
Mimo to, obraz jego ojca walczącego o ostatni dech i przegrywającego tę walkę w chwili, gdy jego płuca wypełniły się ostatecznie zimną, słoną wodą, zdawał się być wypalony na wewnętrznych stronach powiek Montgomery'ego jak znamię, które nosić miał już do końca własnego życia. I teraz, jakimś cudem, sam Wolfgang krztuszący się goryczą własnego śmiechu, ściągnął na Montgomery'ego wspomnienie swojego rodziciela. Co powiedziałby, gdyby ich teraz zobaczył? Czy splunąłby z obrzydzeniem? Czy raczej wyraziłby jakiś rodzaj chorej satysfakcji, że nawet po jego śmierci, Monty i Wolfgang i tak nie potrafili być ze sobą tak po prostu szczęśliwi. Jakby to on - nie oni, naiwnie walczący o kontynuację swojej szczeniackiej miłostki - miał rację od samego początku...
- Z braku lepszego słowa... - Rzucił, bo przecież nie potrafił tak po prostu odpuścić i przeprosić, wycofać się, wyjaśnić, że nie, nie to miał na myśli, i wcale nie chodziło o satysfakcję albo o to, kto ostatecznie był górą. Przez chwilę obserwował jak Wolfgang przeprowadza na samym sobie to ćwiczenie oddechowe, którego jego własny terapeuta wielokrotnie próbował nauczyć Monty'ego (ale oczywiście bez sukcesu), jednocześnie współczując mu i zazdroszcząc tego, jak bardzo blondyn potrafił być w kontakcie z własnymi emocjami, podczas gdy Morin zdawał się wiecznie z nimi walczyć, i wiecznie tę walkę przegrywać. Nie zauważył tylko, że w całym tym procesie i jego własny oddech - zupełnie podświadomie - zaczął naśladować rytm kolejnych wdechów i wydechów Wolfganga, aż do krótkiego, głębokiego unisono, samego Monty'ego napawającego na sekundę dziwnym rodzajem ukojenia.
Nie na długo jednak.

- Gin z tonikiem będzie zupełnie wystarczający - Potwierdził tym samym kontrolowanym, uprzejmym tonem, którego używał w o wiele mniej intymnych, społecznych kontekstach. Prawda była taka, że o wiele bardziej przydałaby mu się teraz dobrze schłodzona setka wódki, ale wyłącznie dobrze świadczyło o Welshu to, że nie posiadał w domu mocniejszego alkoholu.
Chciał zapewnić, że przecież wie, jaki jest ulubiony drink blondyna - tak, jak pamiętał jego ulubiony smak lodów, kolor kredy, którą można było mazać po chodnikach, i piosenkę ABBY, jaką należało zawsze puszczać z radia w akademiku rozkręconego na pełen regulator... - ale nagle zdał sobie sprawę, że nie ma prawa tego wiedzieć. Gdy mieli okazję sięgać po alkohol wspólnie po raz ostatni - nie licząc tego nieszczęsnego bankietu, na którym dosłownie na siebie wpadli - ani sam Monty, ani jego towarzysz, nie mieli pojęcia o tym, jak delektować się procentami, sięgając po trunki z desperackim, porywczym rodzajem entuzjazmu typowym dla nastolatków. Wszystko było wystarczająco dobre: i ciepłe piwo otrzymane w plastikowym kubku od któregoś ze starszych kolegów, i cierpkie, czerwone wino pokradzione matce, i wódka wymieszana z colą, i wyrzygana potem pod płotem w ogrodzie, na jednej z pierwszych domówek. W tamtych czasach Monty znał się co najwyżej na białym winie, i to jedynie w oparciu o to co zasłyszał w rozmowach rodziców zamawiających dobre roczniki we francuskich winnicach i drogich restauracjach, ale nie potrafiłby pewnie odróżnić martini od ginu, i nazwać wszystkich składników w manhattanie.
Dowiadywał się więc o Wolfie'm czegoś nowego, i nawet sam przed sobą nie mógł ukryć teraz krótkiego skurczu ekscytacji na myśl, że było jeszcze tyle do odkrycia...
...gdyby, oczywiście, darowano im jakąś alternatywną, wspólną przyszłość.
- Potrzebujesz lodu, Wolfie - Wtrącił się, nie mogąc znieść świadomości, że wcale nie o to chodziło teraz drugiemu mężczyźnie. Wiedział, wiedzy tej nie mogąc wytłumaczyć za sprawą żadnego logicznego wyjaśnienia, co Wolfgang miał na końcu języka, i gdyby blondyn faktycznie wypowiedział te słowa, Monty chyba rozpadłby się teraz na miliard małych kawałków - Potrzebujesz lodu, pięćdziesiątki ginu, toniku, i ćwiartki cytryny... - Wyliczył. Cmoknął krótko, nieświadomie wygładzając przy tym materiał własnego ubrania - Chciałbyś, żebym to ja ci zrobił?
I może wcale jeszcze do niego nie dotarło, że słowa te brzmiały bliźniaczo do innych, wypowiedzianych przezeń przed prawie dwudziestoma laty.

Wolfgang Welsh

Are you the definition of insanity? Or am I?

: pn sie 24, 2026 12:02 am
autor: Wolfgang Welsh
Jak zawsze (przyjemniej w tej nowej rzeczywistości, która zdawała się odcinać ich poprzednie życie, poprzednią znajomość grubą kreską od tego, co było między nimi teraz) Montgomery okazał się irytująco rzeczowy. Przesadnie zakorzeniony w sytuacji i faktach, jakby to z nich tworzył wokół siebie mur odgradzający go od uczuć i emocji, w których Welsh pragnął rozsmakować się na dobre. Zamiast tego dostawał jedynie ochłapy — pojedyncze okruchy tego, czego tak bardzo chciał w i ę c e j. Słuchał słów szatyna jednym uchem, nieuważnie, tocząc wciąż wewnętrzną walkę o spokój i godność, choć tej zostały już resztki biorąc pod uwagę fakt, że w trakcie ich trzech (!) spotkań odsłonił się przed skrzypkiem żenującą ilość razy. Nie tylko wprost, werbalnie, lecz także za każdym razem, gdy — zupełnie starym zwyczajem — nie musiał nic mówić, by zostać zrozumiany. Poniekąd było to imponujące – że Morin wciąż potrafił czytać go bez słów, jakby dwadzieścia lat nie wystarczyło, by oduczyć się znajomości jego milczenia, spojrzeń, gestów i rwanych wpół słów – lecz nade wszystkim denerwujące, gdyż Morin równie zręcznie, co rozpoznawał, ignorował wszystkie niewerbalne sygnały, jakby samo ich dostrzeżenie nie pociągało za sobą żadnego obowiązku odpowiedzi.
Może właśnie dlatego Wolfgang potrzebował kilku długich sekund, by zrozumieć nie tyle sens, ile dwuznaczność i znajomość wypowiedzi. Pozwolił ciszy trwać, świadomie naginając ją do własnych celów, aż pod jej ciężarem osiadło między nimi znaczenie, którego nie trzeba było nazywać. Jego spojrzenie mimowolnie spoczęło na dłoni, która wygładzała bawełnę na morinowym ciele. Materiał koszulki na kilka sekund przyległ do ciała niczym druga skóra, obnażając zarys twardych mięśni. Zorientował się, że patrzy odrobinę za długo, dopiero gdy tkanina ponownie odsunęła się od torsu, opadając znów luźno na sylwetkę i skrywając to, co miłe dla oka.
Czego potrzebuję? – zapytał, intencjonalnie przeciągając pierwsze słowo, a cień złośliwego uśmieszku uniósł w górę kąciki ust. – Jest w porządku, j a ci teraz zrobię… drinka.
Kierowany poniekąd irytacją, a poniekąd zwykłym nierozsądkiem, zacisnął jedną z dłoni na koszulce Montgomery’ego. Nim jednak palce pochwyciły materiał na piersi, mocnym naciskiem badały mięśnie brzucha i torsu, sunąc ku górze, zupełnie jak palce Morina, gdy ten wcześniej pozwolił dłoni błądzić po piersi Wolfganga. Za szkolnych lat sylwetka Monty’ego była bardziej atletyczna; teraz zdawała się twardsza, cięższa i wyraźniej wyrzeźbiona, co wzbudziło w nim niezdrową ciekawość. Przez krótką chwilę chciał przekonać się, jak wiele zmieniło się pod materiałem koszulki i czy twardość mięśni, którą wyczuwał pod palcami, rzeczywiście była tak wyraźna, jak sugerował jej napięty materiał.
– Chodź – do mnie, powiedział z naciskiem i pociągnął za materiał zmuszając go, by zrobił krok za nim. A później drugi. Zupełnie, jakby chciał zyskać pewność, że rzeczywiście ruszy za nim ku kuchennemu blatu. Puścił koszulkę i zgrabnie obrócił na pięcie, by samemu kontynuować drogę ku lodówce. Gołe pięty bębniły o drewnianą podłogę przy każdym kroku, a każdy ruch odsłaniał fragmenty wytatuowanych węży, wijących się po obu stopach.
Ułożone na drzwiach lodówki słoiki i szklane butelki zastukały o siebie, gdy nieco zbyt gwałtownym ruchem otworzył ją na oścież, by przyjrzeć się jej zawartości. Oględziny były krótkie, a skromna ilość produktów zdradzała, że od dawna nie był na zakupach spożywczych. Nie miał cytryny.

Kurwa mać.

– W sumie to bardziej wolę gin z zielonym ogórkiem zamiast cytryny… – przyznał, zgodnie z prawdą, lustrując wnętrze lodówki spojrzeniem, lecz zaraz jego usta ułożyły się w dziubek, urywając zdanie. – Ale nie mam ani cytryny, ani ogórka, więc będzie bez. – Wyciągnął butelki z zimnym ginem i tonikiem, lecz ta ostatnia okazała się praktycznie pusta. Przez chwilę przyglądał się jej sceptycznym, oceniającym wzrokiem, jakby była winna całemu nieszczęściu, które go w życiu spotkało, lecz w końcu rzucił nią w stronę pustego zlewu. – Cóż, napijemy się po prostu ginu – z lodem chciał zażartować, lecz wolał nie prowokować losu, bo szczęście ewidentnie mu nie sprzyjało.
Z górnej szafki wyjął dwie wysokie szklanki i wypełnił je kilkoma kostkami lodu, które jednak okazały się częścią jego ubogiego inwentarza.
– Może jesteś głodny? Mam ciasto od mamy, drożdżowe z rabarbarem – zapytał łagodnie nalewając do szklanek alkohol, jednocześnie podnosząc kremową ściereczkę i odsłaniając blachę smakołyku pokrytego grubą kruszonką. Ze swobodą człowieka będącego we własnym domu, a zarazem w towarzystwie, przy którym mógł pozwolić sobie na pewną niedbałość i odrobinę braku manier, nie przejmując się brakiem zastawy, oderwał kawałek ciasta i włożył go sobie do ust. Nie zawracał sobie głowy okruszkami, które spadły na podłogę, ani tłustymi opuszkami palców, które bezceremonialnie, niczym chłopiec, wytarł o materiał spodni.


– Brakowało mi ciebie, wiesz? – wyznał ze spojrzeniem utkwionym w drewnianym blacie.
Gin z lodem był gotowy. Przesunął szklankę w stronę Morina, a szkło zaszorowało po chropowatym pulpicie. Spojrzenie błękitnych oczu przeskoczyło ze szkła na pas mężczyzny i wolno przesunęło się w górę badając każdy mijany fragment, by w końcu spocząć miękko na twarzy usianej brązowymi cętkami. Uniósł w górę szklankę, niepewien jaki toast powinien wybrzmieć.

montgomery morin

Are you the definition of insanity? Or am I?

: czw sie 27, 2026 4:14 pm
autor: montgomery morin
Trzymanie się faktów - i wszystkich pragmatycznych aspektów jego sztucznego dorosłego życia, które przez dwie ostatnie dekady skutecznie maskowały jego histeryczną niemal tęsknotę za dawnym przyjacielem - pozwalało Montgomery'emu trzymać w prowizorycznych ryzach rozbuzowane pod spodem emocje. Przypominało to trochę spoglądanie na niezmąconą taflę oceanu na parę godzin przed tsunami, gdy wybuch podwodnego wulkanu zdołał już roztrząść płyty tektoniczne, ale fale sejsmiczne nie zdążyły jeszcze na dobre dotrzeć do powierzchni, i do lądu. Monty wiedział już, że właśnie zaczął się w nim na dobre niepowstrzymalny kataklizm. Tylko jeszcze nie dawał tego tak zupełnie po sobie poznać.
Przestań się na mnie gapić, chciał powiedzieć pod nieustępliwym, bezwstydnym wręcz naciskiem męskiego wzroku, i -


Błagam, nie przestawaj!

Ręce przy sobie, Wolfie, cisnęło mu się na wargi, kiedy Welsh sięgał po niego z tą nierozsądną, ale tak cudownie Monty'emu schlebiającą determinacją.


Więcej. Boże, więcej, więcej, więcej...

Było to wyłącznie fair, skoro sam ledwie chwilę temu pozwolił sobie na podobny gest pod adresem blondyna. Dał poprowadzić się ku obranemu przez Wolfganga celowi, zaskakująco posłusznie w porównaniu z tym, jak bardzo w rozmowie nie chciał dać Welshowi tego, co ten chciał od niego usłyszeć. Prawdy. Szczerego opisu własnych emocji. Czegoś głębszego i bardziej autentycznego niż bezpieczne ogólniki podawane mu owinięte w bawełnę sztywnej kurtuazji. Fizyczny organizm reagował jednak szybciej i chętniej niż umysł, i nawet gdy ten drugi się wzbraniał, ciało Monty'ego zwracało się ku Wolfgangowi jak kwiaty ku słońcu.
- Tak? - Zapytał, przeciągając pojedynczą sylabę pytania wymownie, z wyrachowaniem, niemal jakby była ona wyrazem znudzenia informacjami, którymi Wolfgang (niepytany) się z nim dzielił. Dobrze było sobie wmówić, że ma gdzieś, czy blondyn woli w swoim alkoholu ogórka czy cytrynę, i czy pija raczej ćwiartkę, czy pięćdziesiątkę, z miętą czy też bez. Dobrze było myśleć, że nic go to nie obchodziło, choć podświadomość Montgomery'ego aż kipiała ciekawością, ku każdemu ochłapowi informacji o tym Dorosłym Wolfgangu odwracając łeb niczym wygłodniały, trzymany na łańcuchu pies. - Ja wolę z cytryną. A najlepiej z limonką. - Jak zawsze: na przekór. Gdyby Wolfgang wystarczająco go podjudził, Monty pewnie ostatecznie wymyśliłby coś zupełnie niedorzecznego, jak choćby, że swój gin najchętniej pija z plasterkiem pomidora, albo z różyczką surowego brokuła wrzuconą do szklanki, tylko po to, by postawić się przyjacielowi przysłowiowym okoniem. - Ale, no cóż. Dobrze. - Zgodził się, zupełnie jakby opcją było, żeby na propozycję Wolfganga nie wyrazić przyzwolenia. I wtedy co? Wysłałby drugiego mężczyznę do sklepu w tę pogodę, kręcąc nosem jak rozpieszczone dziecko tylko po to, by Wolfgang miał szansę udowodnić swoje oddanie i dedykację? A może raczej sam wyrwałby się w ulewę z dramatyzmem serialowego herosa, przez zaporę deszczu przedzierając się niemalże jak dzielny wojak próbujący pokonać barykady wroga? - Może być czysty. Nie oszczędzaj na ilości.
Ponownie tego wieczora, nie mógł znaleźć sobie miejsca. Niezręcznie czułby się siadając przy stole, ale równie niewygodnie stało mu się przy jego blacie w bezsensownym bezruchu oczekiwania, aż Wolfgang rozleje im po porcji alkoholu. Próbując nie rozpraszać się ruchem wbitych w skórę blondyna, rysunkowych płazów za każdym razem, gdy Wolfgang podejmował się kolejnej czynności: otwierania lodówki, sięgania po szkło i lód, otwierania butelki i przechylania jej pod kątem ponad krawędzią szklanek, zrobił parę kroków w głąb mieszkania, sunąc wzrokiem po ścianach. Szukał sobie, być może, jakiegoś punktu zaczepienia w całym tym swoim emocjonalnym rozchwianiu.
Następne słowa towarzysza dotarły do niego jak przez mgłę. Czy był głodny?
Boleśnie ukąsił się w język na moment przed tym, jak powiedziałby Wolfgangowi, że przecież nigdy w zasadzie nie bywa już głodny, jedząc wyłącznie funkcjonalnie, z rozsądku, a nie w pogoni za przyjemnością. Byłoby to zgodne z prawdą, ale tak żałośnie dramatyczne, że po prostu musiał się powstrzymać. Był przecież dorosłym facetem, a nie jakąś cholerną pensjonarką próbującą w dawnym ukochanym wzbudzić wyrzuty sumienia albo przypływ współczucia.
- Niespecjalnie - Wzruszył ramionami, unosząc lekko ton głosu by sięgnąć nim ponad grzmot kolejnego gromu - Ale jasne, ukrój nam po kawałku.
Powinien był najpierw pomyśleć, jakie emocje wzbudzić może w nim domowy w smaku, pamiętany z dzieciństwa smakołyk, a dopiero potem przystać na propozycję przekąski. Powinien był też wziąć pod uwagę, że Wolfie nie będzie fatygował się cywilizowaną formą serwowania mu ciasta. Patrzył więc, nie bez nagany układającej jego arystokratyczne rysy w wymowny grymas dezaprobaty, jak Wolfgang sięga po ciasto palcami, pakując sobie między wargi od razu całą, hojną porcję. Dobrze było wiedzieć, że jest do tego zdolny.
- Dałbyś mi chociaż widelczyk? - Zamarudził w ramach sztuki dla sztuki, albo po to, by tylko przysporzyć temu drugiemu fatygi, jednocześnie przedłużając tę namiastkę dziecięcych przekomarzanek, którym się właśnie ewidentnie oddawali. Bardziej dorosłym gestem przyjął od niego równocześnie porcję alkoholu, pozwalając, by chłód zamkniętego w szklance lodu zakotwiczył go przyjemnie w bieżącej chwili. Choćby na moment.
- Wiem, Wolfie - Zamrugał - W zasadzie o niczym innym nie mówisz od... - Spojrzeniem uciekł ku tarczy własnego zegarka, jakimś cudem działającego jeszcze bez problemu mimo niedawnej chłosty strumieniami deszczu - Niespełna godziny. Trudno, żebym nie wiedział.


A mnie brakowało Ciebie.

Nie odwrócił spojrzenia, przeciągając kontakt wzrokowy nawiązany ponad linią ginu. Zamiast toastu, zdobył się jednak na zupełnie inne słowa. Obserwację poczynioną przed chwilą; trochę okrutnie - zarówno względem siebie, jak i Wolfganga.
- Był przystojny - Stwierdził, i był p e w i e n przy tym, że nie musi wyjaśniać kogo ma na myśli - Ale zupełnie niepodobny do mnie, co?

Wolfgang Welsh

Are you the definition of insanity? Or am I?

: sob wrz 05, 2026 4:01 pm
autor: Wolfgang Welsh
Wolfgang wiedział, że Montgomery zachowywał się tak specjalnie.
I pozwolił mu na to, nie komentując jego słów, nie zwracając mu uwagi na protekcjonalny ton, nie drwiąc z kaprysu, ani nie przywołując z powrotem do kuchni, gdy ten ruszył na krótką wycieczkę po jego salonie. Dał mu namiastkę przestrzeni, której ten najwyraźniej potrzebował. Namiastkę, bo tego wieczora dynamika zmieniała się między nimi tyle razy, że nie był w stanie sam przed sobą przyznać, że zdoła zachować swój spokój i opanowanie względem dalszego zachowania szatyna. Wiedział w końcu, że ta sytuacja była dla niego trudna, Montgomery nie był bowiem człowiekiem wolnym od zobowiązań i obietnicy względem pewnej, szczególnej osoby. Miał swoje nowe życie, zbudowane i n t e n c j o n a l n i e z dala od niego, lecz mimo to mógł się domyślać (domyślać!), że Morin również za nim, za nimi, tęsknił. Że go nie nienawidził. Że przyszedł do niego kierowany uczuciem, które łączyło ich przez lata, choć żadne z nich, będąc zapewne zbyt młodym i poniekąd zbyt przestraszonym ryzykiem i konsekwencjami, które niosłoby za sobą wyznanie i nazwanie tego uczucia, nie odważyło się wypowiedzieć. Jednak na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat stracił PEWNOŚĆ swoich domysłów. Kiedyś zawsze brał ich za pewnik – ich przyjaźń, wzajemne oddanie, lojalność, zaufanie – lecz życie okrutnie zweryfikowało jego pogląd i zabrało mu to wszystko. Trochę drażniło go to, że Montgomery najwyraźniej nie utracił talentu do pojmowania w mig tego, co działo się między nimi i tego, co działo się z Wolfgangiem, bezbłędnie odczytując każde niewypowiedziane słowo, a nawet myśl prześlizgującą się przez umysł Welsha. Sam blondyn jednak wątpił w swoje osądy i choć dostrzegał wewnętrzną walkę szatyna, nie chciał podejmować decyzji za niego.


Posłusznie, bez słowa, przechylił butelkę nad szklanką i pozwolił, by ciężki strumień opadł na kostki lodu i wypełnił szklankę, aż przezroczysty gin znalazł się niebezpiecznie blisko krawędzi. Słyszał skrzypnięcia desek, kiedy Morin przechadzał się po salonie. Głośniejsze stęknięcie parkietu pod ścianą w miejscu, w którym znajdowała się kolekcja fotografii - z jego ślubu; podróży poślubnej; świąt spędzanych naprzemiennie u rodziny Wolfganga, Adama lub na służbie z chłopakami przy metalowym stole w kantynie wojskowej; domówek znajomych, na których Wolfgang zwykle obejmował swoją przyjaciółkę Zaylee. Galerii będącej świadectwem tego, że wiódł całkiem szczęśliwe życie bez obecności Morina. Pozornie szczęśliwe. Na zdjęciach nie było widać ciężaru, który niósł w sercu i głowie. Kusiło go odwrócić głowę i rzucić spojrzeniem na szatyna, by zobaczyć jego reakcję, lecz nie zrobił tego, by zaoszczędzić sobie bólu. Wiedział przecież, co Morin zobaczy, stojąc przed tą ścianą — własną nieobecność. Nie było tam ani jednego zdjęcia z Montgomerym. Ani jednego wspólnego kadru, na którym jego sylwetka, twarz czy choćby przypadkowo uchwycony fragment przeszłości zajmowałby miejsce pośród tych wszystkich lat, które Wolfgang przeżył po jego odejściu I w momencie, gdy Montgomery stał naprzeciwko galerii, jego nieobecność na zdjęciach zdawała się bardziej rzucać w oczy niż gdyby znalazł się przypadkiem na jednej z nich. Bo przecież powinien był być przynajmniej na części z nich.
Słyszał kroki stłumione przez dywan, więc domyślał się, że musiał przejść obok stolika przy kanapie, na którym niedbale leżała porzucona, nieotwarta korespondencja z rachunkami i materiałami promocyjnymi okolicznych usługodawców w towarzystwie dwóch książek, Białych nocy oraz Małych zbrodni małżeńskich, bo Wolfgang zupełnie starym zwyczajem wciąż nie potrafił czytać jednej książki na raz. Rozpoczynał ich kilka jednocześnie pozwalając, by każda z nich towarzyszyła mu w innym nastroju i o innej porze dnia, nie potrafiąc oddać całej swojej uwagi tylko jednej historii.
Jakże dziwna była ostrożność, z jaką Morin poruszał się po jego domu, w którym był obcym człowiekiem. Przed laty Monty znał na pamięć każdy kąt rodzinnego domu Wolfganga, rodzinnego domu Wolfganga, w którym wciąż mieszkali jego rodzice. Będąc w nim, Montgomery wiedział, do której szafki należało zajrzeć, by znaleźć daną rzecz, wiedział nawet, gdzie Wolfgang w roztargnieniu odkładał swoje rzeczy nie mogąc ich później znaleźć, a także znał nawet ten czwarty skrzypiący stopień prowadzący na parter, który należało omijać, gdy wymykali się w nocy spod rodzicielskiej pieczy, by pić ciepłe piwo nad jeziorem.
Poczuł jak włoski na jego karku unoszą się do góry, gdy usłyszał kroki zwiastujące powrót. Trochę nienawidził się za to, że czuł podekscytowanie ewentualnym werdyktem Morina na temat tego, co zobaczył. Jakby od sposobu, w jaki Montgomery spojrzy na te fotografie, książki, listy i całą tę niepozorną codzienność, zależało coś więcej niż tylko jego opinia o mieszkaniu.
Z jedną ręką opartą na blacie otworzył szufladę ze sztućcami i przyjrzał się jej zawartości. Miał w niej widelczyki, w końcu był dorosły i posiadał taką część zastawy, jak na dorosłego przystało, lecz miał ochotę nieco podrażnić szatyna. Dlatego wyciągnął z kuwetki zwykły, obiadowy widelec i wolno zamknął półkę, na tyle wolno, że gdyby Morin chciał rzucić okiem na jej wnętrze, mógłby dostrzec jej zawartość. Uniósł sztuciec w górę między dwoma palcami, by zaprezentować ją mężczyźnie.
– Mogę cię poratować tylko tym – powiedział cicho z krzywym uśmiechem i odłożył widelec na blat w pobliżu brytfanki z ciastem.
– Bo ty nie chcesz nic mówić – rzucił nieco nabzdyczonym tonem, czyżby wciąż w ramach tych dziecięcych przekomarzanek?, jakby miało to tłumaczyć jego wylewność.
Dał złowić się przenikliwemu spojrzeniu mężczyzny stojącego naprzeciw i nawet błysk, który w nich dostrzegł na chwilę przed padnięciem słów, nie przygotował go na bombę zrzuconą przez Morina. przez chwilę po prostu się w niego wpatrywał starając się znaleźć w głowie odpowiednie słowa.
– Nie… Nie był do ciebie podobny – odparł w końcu czując suchość w ustach. Przyłożył do ust szklankę, by je zwilżyć. Alkohol był na tyle zimny, że nie było go czuć, lecz jednocześnie przyjemnie rozgrzewał przełyk. Oblizał usta, a następnie wyprostował się i wziął głęboki oddech, jakby zastanawiał się nad tym, czy coś jeszcze powiedzieć. Zdecydował w końcu, że tak, odpychając się biodrami od blatu i zaczynając wolno podążać w stronę Morina.
– Dzięki temu tak łatwo było go kochać – wyznał cicho zatrzymując się przed mężczyzną na odległość wyciągnięcia ręki. – Był taki otwarty, wiesz? Zawsze mówił co czuje i nie uciekał przed trudnymi rozmowami. Nigdy nie karał mnie milczeniem, nawet jeżeli nie był jeszcze gotów poruszyć jakichś problemów. I do tego był tak cholernie czuły i… - zawiesił na chwilę głos i przymknął oczy, jakby szukając odpowiednich słów w głowie - empatyczny. Zawsze był tak bardzo wyrozumiały wobec mnie, choć wiem, że nie zawsze byłem dla niego… łatwy. I dla innych zresztą też, posiadał w sobie imponującą tolerancję na popełnianie błędów przez innych ludzi. I na dodatek był taki… - zamachnął ręką w powietrzu starając się pochwycić odpowiednie słowo i odwracając głowę w bok. Przymknął lekko oczy przytłoczony nagłą siłą wspomnień o swoim zmarłym mężu. Rzadko o nim mówił, bo rzadko kiedy nie czuł fali bólu odbierającej oddech na jego wspomnienie. – Taki… stały? Nie można było nim zachwiać, rozumiesz, co mam na myśli? – Zapytał ponownie odważając się spojrzeć w oczy Montgomery’emu. Jego twarz była napięta uwydatniając tym samym ostrość i kanciastość swoich rys. W jego oczach czaił się ból przeplatany z czułością, która nie była skierowana tylko ku myślom o zmarłym mężu, lecz przeznaczona też dla mężczyzny oddalonego na wyciągnięcie ręki. – Tak wiele mi dał. Tak wiele mnie nauczył. Nie wiedziałem nawet, że tak bardzo tego potrzebowałem. –

montgomery morin

Are you the definition of insanity? Or am I?

: śr wrz 16, 2026 10:13 pm
autor: montgomery morin
Pewnik?. Oczywiście, tak.
I Wolfgang był dla Montgomery'ego pewnikiem. Tak samo, jak pewnikiem może być blizna, grubym, brzydkim zrostem przecinająca połać lewej piersi, albo nagrobek, który odwiedza się co roku, z niesłabnącą żałobą jak ciężki szal oplątaną wokół duszy.
Dawno temu, już nie jako nastolatek, ale jeszcze niezupełnie jako mężczyzna, naczytał się gdzieś teorii o tym, że pewne rodzaje miłości całą swoją siłę opierały na fakcie własnego niespełnienia, i od tamtej pory podobną racjonalizacją lubił łagodzić sobie ból po utracie odrzuceniu przyjaciela. Wmawiał sobie, że tak było lepiej - że mógł go kochać, ale nie musiał z nim być. Że mógł go pragnąć, ale nie musiał o niego walczyć. Że Wolfgang mógł być dla niego najważniejszy na całym świecie, ale przecież nie oznaczało to wcale, że musiał zawsze znajdować się w jego zasięgu. Że to nadal była miłość, a jednak taka bez ciągu dalszego.
Ale, w świetle tych górnolotnych założeń, jaki niby sens miało jego dzisiejsze zachowanie? Ta spontaniczna decyzja, by w ogóle się tu zjawić; ta spazmatyczna szamotanina, w której zdawał się miotać po przestrzeni blondyna, jak ćma schwytana pod kloszem lampy, zarówno pragnąca spłonąć w jej świetle, jak i ponownie wyrwać się na wolność? Ten głód, równy pragnieniu z jakim masochista poszukuje źródeł bólu, który towarzyszył mu gdy wodził spojrzeniem po zawartości zawieszonych na ścianach, i rozstawionych strategicznie na szczytach szafek, ramach, w ciasnych objęciach zamykających sylwetki osób w większości kompletnie mu obcych, a jakoś mimo to, dziwnie znajomych. Nigdy nie poznał Zaylee, ale wystarczył jeden rzut oka by domyślił się łączącej ją z Wolfiem więzi (i, absurdalnie, poczuł się zazdrosny). Nie znał dynamiki łączącej Welsha z towarzyszami z jednostki, a jednak potrafił ją jakoś przeczuć, w mig rozpoznając respekt i sympatię, jakimi mężczyźni ze zdjęcia darzyli blondyna. Wreszcie, nigdy wcześniej nie widział Adama, ale potrafił rozpoznać miłość, kiedy tylko ją zobaczył - wpisane w utrwalone na wieki wieków męskie spojrzenie, zarejestrowane na fotografii.
Najlepszegorsze było to, że i Morin czuł, jak Wolfie potrafi przejrzeć go na wylot. Rozumiał, że Welsh ł a s k a w i e daje mu czas, że obchodzi się z nim z tą samą ostrożnością i szacunkiem, jakich Monty tak bardzo potrzebował, choć przecież się tego brzydził. Nie pospieszał go, nie wołał do siebie, z jakimś okrucieństwem darowując mu przestrzeń na zapoznanie się z tymi fragmentami własnego życia, które mogły mu umknąć, gdyby zanadto się spieszył. Było to dziwaczną fuzją rozkoszy i tortury. Monty nie mógł jej znieść, jednocześnie pragnąc więcej.
W jakimś sensie, równocześnie zatrważającą i fascynującą była myśl, że stojący przed nim mężczyzna - mężczyzna, w którego domu się znajdował, i po którym panoszył się jak cień - był zarówno dokładnie tym samym człowiekiem, z którego ust Monty zwykł lata temu spijać najsłodsze pocałunki i obietnice, jak i zupełnie mu obcym produktem dwóch dekad rozłąki.
Alkohol był faktycznie doskonałym pomysłem, i jeszcze lepszą dystrakcją. Czymś, czym można było zająć myśli, dłonie, i mieć potem w ramach wymówki, gdy padnie jedno słowo za dużo, albo gdy szatyn posunie się o pojedynczy gest za daleko. Upił łyk, a potem roześmiał się nad krawędzią szklanki, zbity z tropu propozycją dotyczącą widelczyków.
- Guzik prawda - Wyrwało mu się, i przez moment nie przemawiał przezeń coraz większymi krokami zbliżający się do czterdziestki skrzypek, a raczej niespełna siedemnastoletni, piegowaty podlotek z tendencją, do podejmowania rękawicy przekomarzanek za każdym razem, gdy przyjaciel mu ją rzucił - choćby w ramach jakiegoś ciosu poniżej pasa - Przecież widziałem.
Tak, przecież widział. Tę dorosłą, uzbrojoną we wszelkie możliwe rodzaje fikuśnych widelczyków szufladę, z której Wolfie mógł wyciągnąć niemal wszystko, a wygrzebał akurat wymownie nieporęczny widelec.
Sam szatyn zdążył sięgnąć po sztuciec niewinnie i w ramach żartu. Ale raptem chwilę później miał ochotę wbić go sobie w aortę szyjną.
Czy Wolfgang robił to specjalnie? Celowo? Nagła czułość, ostentacyjnie zmiękczająca ostre kontury jego mimiki, wskazywała, że nie było w jego słowach żadnego wyrachowania, żadnej strategii. Mówił szczerze, bez gardy wzniesionej na bezpieczną wysokość, być może nie zdając sobie sprawy, że tym samym malował przed Montgomery'm nie tylko jaskrawy obraz jego absolutnego przeciwieństwa, ale także mapę wszystkich jego słabości i wad. Gdy Monty tak go słuchał, Adam wydawał się być jego lustrzanym odbiciem - zakładając, że to sylwetka Morina znajdowała się w krzywym zwierciadle, zniekształcona wszystkimi mankamentami jego charakteru. Przecież to Montgomery był tchórzem tam, gdzie Adam wydawał się odważny i heroiczny. Milczał, kiedy Adam ewidentnie był niezwykle elokwentny, zwłaszcza w kwestiach związanych z emocjami. Był czuły, w przeciwieństwie do Monty'ego, który czasem potrafił zdobyć się jedynie na chłód i okrucieństwo. Był stały. A Montgomery zdawał się miotać jak targana wiatrem chorągiewka na maszcie.
- Tak - Rzucił krótko, kwaśno, sznurując wymownie usta. Po jaką cholerę pytał, skoro nie chciał znać odpowiedzi? - Faktycznie brzmi jak moje absolutne przeciwieństwo. Dobrze dla was - Dodał, obracając szklankę w dłoniach. I nawet samego siebie zaskoczył faktem, że kolejne jego słowa zabrzmiały zupełnie autentycznie - Przykro mi, że mieliście tak mało czasu. Jestem pewien, że zasługiwał na znacznie więcej... życia.
O ironio, ten sam Los, który tego c u d o w n e g o Adama odebrał Wolfgangowi przedwcześnie, w ramach kiepskiego dowcipu postanowił mu chyba oddać w zamian dawną zgubę.
Zgubę, która aktualnie miała ochotę upierdolić się ginem w sztok, i zapomnieć o ciepłej twarzy martwego mężczyzny, nadal wpatrującego się weń bacznie z niejednego zdjęcia w tym mieszkaniu.

Wolfgang Welsh