So go ahead and break my heart again
Leave me wondering why the hell I ever let you in
Are you the definition of insanity?
Or am I?
Oh, it must be nice
To love someone who lets you break them twice
Wieczory jak ten zawsze wydawały się Montgomery’emu niedorzecznie teatralne, nie jak rzeczywistość, a raczej scenografia, stworzona przez artystę ewidentnie lubującego się w kiczowatym dramatyzmie.
Sylwetka miasta majaczącego za oknem Morina tonęła w atramentowej ciemności, rozcinanej co i rusz ostrzem błyskawic; szyby drżały lekko, lecz systematycznie, pod naporem deszczu, a świst wiatru z głuchym echem przetaczał się szparami między progami a drzwiami prowadzącymi do kolejnych pomieszczeń domostwa. Burza nadciągnęła po zmroku, choć przez całe popołudnie zbierała się nad Toronto ciężarem późnowiosennej duchoty; Monty powitał ją w salonie, samotnie, ze skrzypcami złożonymi na kolanach w akcie kapitulacji względem własnego bólu.
Romy wyjechała dwa dni wcześniej na konferencję do Vancouver. Zostawiła po sobie zapach perfum w łazience, dwie filiżanki niedopitej herbaty i wiadomość przypiętą magnesem do lodówki, przypominającą mu, żeby nie zapominał o kolacjach (i o spotkaniu z florystkami na wesele, w następny wtorek o osiemnastej). Montgomery odruchowo wmówił sobie, że jej nieobecność nie miała żadnego znaczenia. Że równie dobrze mógłby pojechać do Greektown tydzień temu albo tydzień później. A jednak podświadomie chyba właśnie na to czekał. Na pustkę po lewej stronie łóżka. Na brak pytań przy kuchennej wyspie. Na ciszę, w której nikt nie obserwowałby go zbyt uważnie.
Teraz miał na sobie ciemne materiałowe spodnie i kaszmirowy sweter z kołnierzem wyciętym w ostre V, który jakimś cudem podkreślał surowość jego sylwetki bardziej niż eleganckie koszule lub golfy noszone zwykle na koncertach.
Palce miał zesztywniałe od samego ranka, ale dopiero po lunchu — skąpym, bo złożonym wyłącznie z trzeciej kawy i ledwie połówki pain au chocolat wmuszonej w siebie bardziej z rozsądku niż głodu lub ochoty — także i jego nadgarstki i przedramiona wypełniły się pulsowaniem znajomego, tępego gorąca.
Od tygodni nie jadł ani nie spał normalnie. Budził się po kilka razy w nocy — czasem przez ból, czasem przez sny, a czasem bez żadnego konkretnego powodu, z nagłym poczuciem, jakby zapomniał o czymś istotnym. Jakby powinien być gdzieś indziej, nie tutaj. Jakby ktoś na niego czekał, choć skonfundowany umysł nie potrafił jeszcze połączyć kropek w oczywistą i klarowną odpowiedź. To poczucie wracało do niego także w ciągu dnia, jednocześnie niby przypadkiem, w trakcie najbardziej banalnych czynności, i uporczywie niczym refren piosenki zasłyszanej mimochodem w radiu taksówki albo supermarketu, której człowiek potem żadnym sposobem nie potrafi wyrzucić z głowy przez następne tygodnie.
Nie żyję przeszłością, ona mnie prześladuje.
Montgomery zamknął oczy.
Nie chcę wierzyć w to, że Ciebie nie.
Deszcz bębnił o parapety coraz mocniej. W oddali zawyła syrena ambulansu, przeciągle i smutno, nim dźwięk rozpłynął się gdzieś między mokrymi ulicami. Monty podniósł wzrok znad skrzypiec, napotykając własne odbicie w chłostanej deszczem okiennej szybie. Wyglądał źle. Nie jak człowiek umierający — nie, do tego było jeszcze daleko — ale jak ktoś, kto od bardzo dawna nie potrafił naprawdę odpocząć. Kolejna błyskawica przecięła niebo, tak jasna, że na moment cały salon zatonął w nienaturalnym, mlecznym świetle.
Więc jeżeli kiedyś poczujesz się gotowy, to zapraszam na Greektown pod numer 13.
Może wpadnę.
Boże.
Monty zaśmiał się krótko pod nosem, bardziej z rezygnacji nad własnym losem niż faktycznego rozbawienia. Tygodniami odwlekał myśli o
Prawda była jednak dużo prostsza i znacznie bardziej żenująca. Montgomery zwyczajnie bał się tam pojechać. Bał się (o) Wolfganga. Bał się tego, co stanie się z nim samym, jeśli znowu pozwoli sobie patrzeć zniwelować dzielącą ich przepaść do jednego spojrzenia, jednego oddechu, jednego wyciągnięcia drżącej ręki.
Powoli podniósł się z fotela. Ból przeszył mu obydwa barki ostrą falą, ale szatyn zignorował go odruchowo, tak jak robił to od wielu miesięcy.
Piętnaście minut później siedział już na tylnym siedzeniu taksówki, obiecując kierowcy sowity napiwek za odbycie kursu w tak nieprzyjemnych i niesprzyjających warunkach. Miasto za szybą rozmywało się od deszczu i świateł; Toronto wyglądało teraz jak obraz oglądany przez zapłakanie oczy.
Im dalej od centrum i bogatszych dzielnic oddalali się z kierowcą, tym bardziej zmieniał się krajobraz za oknem. Zadbane szeregowce, prywatne szkoły i domy z ogrodami ustępowały miejsca wysokim kamienicom o łuszczącym się tynku, ciasno ustawionym sklepom całodobowym i tanim barom i kawiarniom, których neony odbijały się kolorowymi smugami w mokrym asfalcie. Greektown żyło zupełnie inaczej niż część miasta, do której należał Montgomery. Pachniało smażonym jedzeniem, papierosami i deszczem.
W pewnym momencie zaczęło padać tak gęsto, że ani Morin, ani kierowca nie widzieli niemal niczego poza rozmazanymi światłami ulic. Zupełnie jakby pogoda spiskowała z Montgomery'm, pomagając mu w wyparciu tego, co właśnie robił. I w zamaskowaniu jakichkolwiek śladów, które mogłyby pozostać po tej jego niby-spontanicznej, nocnej eskapadzie.
Gdy taksówkarz zahamował, oznajmiając, że oto znaleźli się na miejscu, Monty przez dłuższą chwilę siedział jeszcze nieruchomo w samochodzie, z sercem rozszalałym w piersi dokładnie w ten sam sposób, w który zwykło bić, gdy miał piętnaście lat i robił coś, czego absolutnie nie powinien był robić.
Potem wyciągnął z portfela kilka banknotów i wręczył je kierowcy bez liczenia.
— Reszty nie trzeba.
Wysiadł prosto w ścianę deszczu, który natychmiast przemoczył mu włosy i ramiona płaszcza, zimną wodą spływając po karku aż pod kołnierz golfu.
— Kretyn — mruknął do siebie pod nosem, zlizując z górnej wargi wilgoć deszczu. Nigdy wcześniej tu nie był, a jednak dokładny adres Wolfganga znalazł z taką płynnością, jakby prowadził go jakiś instynkt, niewidzialna mapa zapisana nie w hipokampie, ale w sercu. Choć spacer od krawężnika do klatki schodowej był teoretycznie krótki, Monty stanął pod drzwiami detektywa przemoczony niemal do suchej nitki. Przez moment jeszcze się zawahał, choć decyzję podjął już przecież dawno temu — może wiele dni wcześniej, a może wówczas, gdy zobaczył Wolfganga po raz pierwszy w życiu, niespełna trzydzieści lat wcześniej.
Uniósł rękę, przytykając opuszkę palca do dzwonka.
Wolfgang Welsh