Whitby. Powrót do bazy
: wt cze 16, 2026 10:32 am
Oni chyba całe swoje życie spędzili na budowaniu jakiegoś nienaruszalnego paktu, który w pierwotnym założeniu miał przetrwać w s z y s t k o: kryzys dorastania, straty bliskich, pierwsze złamane serca, dzielące ich kilometry, mniejsze i większe kłótnie — bo i to w swoim życiu przerabiali. Byli dla siebie tym — górnolotnie ujmując — domem, bezpieczną przystanią, miejscem do którego chce się wracać i zawsze wrócić można, prawda? Tak bardzo potrzebnym w tym chaotycznym świecie, gdy dachy walą się im na głowy niespodziewanie. To był ich pewnik, więc nie ma się co dziwić, że drżeli na samą myśl o potencjalnej utracie czegoś tak kurwa ważnego. Los zwykle im sprzyjał, bo nawet gdy ciągnęło ich do siebie zazwyczaj było tak, że jeśli nie on był zajęty, to ona była. I to było prostsze, bo znalazło się milion wymówek, by nie balansować na krawędzi, a myśli zajmowało się kimś innym. Problem był taki, że od jakiegoś czasu Archie czuł się tak, jakby znów balansowali na jakiejś krawędzi, igrali z losem nad urwiskiem i tylko wychylali się coraz to bardziej, jakby próbowali sprawdzić kiedy runą w dół i kto zrobi to jako pierwszy, bo żadne nie chciało chyba brać tego na siebie. I teraz ich nic tam z tyłu nie wstrzymywało, a raczej nikt. Igrali sobie z losem, niby nie chcąc, a jednak tak bardzo chcąc zarazem. Chore, co nie? Naciągali swoją kumpelską granicę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, każdym wydłużonym spojrzeniem, każdym nieprzypadkowym dotykiem, zassanym palcem, dłonią wplątaną we włosy. I pomimo, że w myślach odpalały się mu czerwone kontrolki to on coraz gorzej radził sobie z traktowaniem ich jako ostrzeżenie. Czuł, że ta ich przyjaźń przestaje być już tą dobrze znaną bezpieczną przystanią, a zamienia się w bezpieczną ściemę i naprawdę nie wiedział co z tym wszystkim zrobić.
Próbował o tym nie myśleć, ale im bardziej się starał tym bardziej gesty Wallace, go z tego wybijały. Przykładowo teraz, kiedy od tak pozbyła się dzielącego dystansu i wbiła się między niego, a mapę znów lądując w jego ramionac. A on miał teraz ochotę zacisnąć ręce wokół jej talii, ułożyć głowę na jej ramieniu i zostawiać ciepłe oddechy na jej szyi, pod pretekstem studiowania tej mapy. I nagle niewiele myśląc robił to, tak po prostu jakby to był kolejny zwykły przyjazny gest podczas rozpracowywania planu wycieczki.
Nie był.
Strumyk.
Na chwile ich rozdzielił, gdy podejść do niego musieli. Tylko przez chwilę on wcale nie myślał o wodzie, przez którą miał ich przeprawić. Nie po tym jak Abby z premedytacją zwinęła mapę w rulon i wcisnęła ją sobie w dekolt. Jego mózg chyba chciał teraz wywiesić białą flagę i machać nią radośnie gdy z trudem przełknął ślinę. Bezpieczne miejsce, jasne. Uśmiechnął się zawadiacko, a wzrok podążył za mapą. Zazdrościł tej starej papierowej kartce, choć nie powinien. — Zawsze — odparł pewny siebie, stając tyłem do niej trochę się pochylając, by łatwiej jej było wpakować się na jego plecy. — Tylko ostrzegam, że nie przyjmuję reklamacji. Archibald Express nie posiada poduszek powietrznych i ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków — był raczkującym przewoźnikiem, stawiał pierwsze kroki w tym biznesie. Najpierw trzeba było wyłapać klientów, potem myśleć o większych udogodnieniach, bo wszystko w tym świecie kosztuje. Zerknął jeszcze na nią przez ramię, gdy tak odliczała w głos.
Zimno?
G o r ą c o.
Jasne, woda do najprzyjemniejszych nie należała, a;e ciepło jej ciała przylegającego do pleców, ten cholernie gorący oddech jaki otulał jego szyję, to wszystko sprawiało, że krew w jego żyłach przepływała szybciej.
— Trzymaj się mocno, dno jest jakieś takie… — zaczął stawiając kroki powoli, dłonie zaciskając ja jej udach i było całkiem dobrze, gdyby nie fakt, że ona nagle puściła jego szyję, a on akurat wtedy nadepnęła na obślizgły kamień. — …śliiiiiiskie! — Kostka uciekła w bok, a on próbując utrzymać jednocześnie i równowagę i Abby, przegrał nierówną walkę z grawitacją. Wyglądał jak pijana czapla próbująca tańczyć balet, a potem już było tylko głośne CHLUP i obydwoje wylądowali w wodzie.
Ja pierdole przywołało go do rzeczywistości. Podparł się na rękach i potrząsnął głową jak zmokły pies. Tym razem ani ona nie wylądowała na nim, ani on na niej. Siedzieli w tym bagnisku jak dwa nieszczęścia, więc przyklęknął przed Abby ignorując fakt, że wode ma dosłownie wszędzie i nagle spojrzał w jej przemoczony do reszty dekolt, z którego smętnie wystawał rtozmokły, papierowy rulon. Nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem przecierając dłonią swoją mokrą twarz, by później ze szczerym uśmiechem odgarnąć mokre włosy z jej twarzy, a potem, bezczelnie sięgnąć do jej dekoltu po rozmoczoną mapę skarbu. — Żeby nie zmokła — przypomniał jej słowa nie mogąc się powstrzymać. — Plus jest taki, że mój tyłek dzisiaj nie ucierpiał, a twój? — zapytał wstając na nogi i podając jej dłoń, by też mogła wydostać się z tego bagniska. — Żyjesz, czy teraz ja powinienem cię jakoś ojojać? —zeeeeeemsta! bo mógłby, włożyłby w to caaaałe serce i pewnie nie tylko, gdyby mógł. — Bo jeśli jesteś cała to możemy kontynuować przeprawę ramię w ramię, ale jak nie to możesz wskoczyć ponownie na Archibald Express. Jestem totalnie mokry, ale wciąż zdatny do użytku — oznajmił z dumą obracając się do niej plecami i nie zdając sobie sprawę, że jakaś pijawka przyssała się do jego ramienia, bo pozazdrościła Abby zajebistego transportu i widocznie była łasa na ich skarby po które zmierzali i przestać chyba nie zamierzali?
Próbował o tym nie myśleć, ale im bardziej się starał tym bardziej gesty Wallace, go z tego wybijały. Przykładowo teraz, kiedy od tak pozbyła się dzielącego dystansu i wbiła się między niego, a mapę znów lądując w jego ramionac. A on miał teraz ochotę zacisnąć ręce wokół jej talii, ułożyć głowę na jej ramieniu i zostawiać ciepłe oddechy na jej szyi, pod pretekstem studiowania tej mapy. I nagle niewiele myśląc robił to, tak po prostu jakby to był kolejny zwykły przyjazny gest podczas rozpracowywania planu wycieczki.
Strumyk.
Na chwile ich rozdzielił, gdy podejść do niego musieli. Tylko przez chwilę on wcale nie myślał o wodzie, przez którą miał ich przeprawić. Nie po tym jak Abby z premedytacją zwinęła mapę w rulon i wcisnęła ją sobie w dekolt. Jego mózg chyba chciał teraz wywiesić białą flagę i machać nią radośnie gdy z trudem przełknął ślinę. Bezpieczne miejsce, jasne. Uśmiechnął się zawadiacko, a wzrok podążył za mapą. Zazdrościł tej starej papierowej kartce, choć nie powinien. — Zawsze — odparł pewny siebie, stając tyłem do niej trochę się pochylając, by łatwiej jej było wpakować się na jego plecy. — Tylko ostrzegam, że nie przyjmuję reklamacji. Archibald Express nie posiada poduszek powietrznych i ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków — był raczkującym przewoźnikiem, stawiał pierwsze kroki w tym biznesie. Najpierw trzeba było wyłapać klientów, potem myśleć o większych udogodnieniach, bo wszystko w tym świecie kosztuje. Zerknął jeszcze na nią przez ramię, gdy tak odliczała w głos.
Zimno?
G o r ą c o.
Jasne, woda do najprzyjemniejszych nie należała, a;e ciepło jej ciała przylegającego do pleców, ten cholernie gorący oddech jaki otulał jego szyję, to wszystko sprawiało, że krew w jego żyłach przepływała szybciej.
— Trzymaj się mocno, dno jest jakieś takie… — zaczął stawiając kroki powoli, dłonie zaciskając ja jej udach i było całkiem dobrze, gdyby nie fakt, że ona nagle puściła jego szyję, a on akurat wtedy nadepnęła na obślizgły kamień. — …śliiiiiiskie! — Kostka uciekła w bok, a on próbując utrzymać jednocześnie i równowagę i Abby, przegrał nierówną walkę z grawitacją. Wyglądał jak pijana czapla próbująca tańczyć balet, a potem już było tylko głośne CHLUP i obydwoje wylądowali w wodzie.
Ja pierdole przywołało go do rzeczywistości. Podparł się na rękach i potrząsnął głową jak zmokły pies. Tym razem ani ona nie wylądowała na nim, ani on na niej. Siedzieli w tym bagnisku jak dwa nieszczęścia, więc przyklęknął przed Abby ignorując fakt, że wode ma dosłownie wszędzie i nagle spojrzał w jej przemoczony do reszty dekolt, z którego smętnie wystawał rtozmokły, papierowy rulon. Nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem przecierając dłonią swoją mokrą twarz, by później ze szczerym uśmiechem odgarnąć mokre włosy z jej twarzy, a potem, bezczelnie sięgnąć do jej dekoltu po rozmoczoną mapę skarbu. — Żeby nie zmokła — przypomniał jej słowa nie mogąc się powstrzymać. — Plus jest taki, że mój tyłek dzisiaj nie ucierpiał, a twój? — zapytał wstając na nogi i podając jej dłoń, by też mogła wydostać się z tego bagniska. — Żyjesz, czy teraz ja powinienem cię jakoś ojojać? —