Ciastko z cukierni może i z roku na rok było coraz gorsze, za to oni nie zmieniali się za gorsz! Wciąż tak samo piękni (wiadomo) i beztroscy, kiedy tylko spędzali razem czas. Ona nawet nad tym nie kontrolowała. W pełnym braku świadomości zrzucała z siebie szpitalny fartuszek — nawet ten mentalny — i po prostu była sobą. Tą sama Abby, która kiedyś skakała po ślimakach w wielkich kaloszach, które ukradła matace z ogrodu i która łowiła Z Millerem drobniaki z fontanny, żeby uzbierać na dodatkową porcję lodów. Nie miała pojęcia, jakim cudnem on tak na nią działał, ale siedząc w jego
aucie wraku, miała po prostu ochotę celebrować te chwile. Chłonąć z nich po całości. Tak jak oni chłonęli ten
o-brzy-dli-wy smak ciastek. Ktoś to oprócz nich kupował? Jadł ze smakiem?!
Niemożliwe. Tak samo niemożliwe, jak szybko zajechali do Whitby i już po chwili po lewej stornie witał ich wielki napis przy drodze
Witamy w Whitby! Rozgość się wygodnie. Wallace uśmiechnęła się pod nosem na tam widok tabliczki, którą kiedyś swoją drogą po pijaku próbowali zawinąć, ale była tak wielka i mocno zamontowana, że nim udało im się chociażby podkopać belkę, na miejsce zaczęła kierować się policja i trzeba było uciekać. Ale to może nawet dobrze, że finalnie go nie ukradli, bo gdzie by go niby schowali? Na pewno nie w garażu Millerów, bo jak się po chwili okazał, z niego wciąż wysypywały się kolosalne ilości rzeczy, kiedy tylko podjechali pod piękny dom, z którym również wiązała się masa wspomnień.
—
Mój żołądek jest zajebiście gotowy, Miller — rzuciła zadowolona, jeszcze nim Archie zdążył zgasić silnik. Nawet nie zjadła tego dnia śniadania, bo doskonale wiedziała, że skoro Archibald organizuje jej cały dzień, z pewnością zapewni jej odpowiednie
wyżywienie. Nie spodziewała się jednak, że będzie ono w postaci Mamy Miller, stojącej przed domem z wielkim koszem i uśmiechem na ustach, który leczył wszelkie rany. Wygladała trochę jak te pani w sklepach spożywczych, co stoją na degustacjach, ale jednak sto razy lepiej. Wallace od razu odwzajemniła uśmiech i wyrwała się z samochodu, kompletnie ignorując swojego przyjaciela, żeby przywitać się z jego matką.
—
Dzień dobry — mruknęła prosto we rozwiane włosy kobiety, ściskając ją mocno.
—
Abby! Niech no ja ci się przyjrzę — Dorothy nawet na moment nie przestawała nawijać. Przesunęła dłonie wzdłuż przedramieni Wallace, a kiedy doszła do nadgarstków, odepchnęła ją lekko od siebie i zmierzyła od góry do dołu. —
Jeszcze piękniejsza — zachwyciła się, tym razem muskając jej lekko zaczerwienione policzki. Matka Archiego zawsze była jej fanką numer jeden. Nikt jak ta kobieta nie podnosił pewności siebie Abby, nawet jej własna matka. W ogóle Millerowie byli niesamowitą rodziną. Każdy w miejsce chciał przebywać w ich towarzystwie, bo już na kilometr dało się czuć tą niesamowitą, rodzinną atmosferę.
Odsunęła się na bok, kiedy Archie witał się z mamą, a potem spuściła spojrzenie na koszyk, o którym wspomniała Dorka. Na wieść o kanapkach aż musiała pokiwać głową z niedowierzaniem.
—
Mówiłam już pani, jak bardzo panią kocham? — wtrąciła się, już oblizując usta. Jedzenie rodziców to była rzecz, której chyba najbardziej brakowało jej w dorosłym życiu. Tego jak jedzenie dostawało się pod sam nos, w dodatku smakujące obłędnie i nie trzeba się było niczym martwić. Kobieta zaśmiała się z głośno z
gdzieś już mi się to obiło o uszy na ustach i znowu musnęła ciepłą dłonią policzek Wallace.
Pięknie podziękowali za wszystko dary i znowu wrócili do samochodu. Abby nie zdążyła nawet zapiąć porządnie pasów i poprawić koszyka, który miała na kolanach, kiedy Archie już zaczął w nim grzebać. Oczywiście. Typowy Miller, którego ciekawość zżerała do tego stopnia, że nie potrafił się powstrzymać, żeby sprawdzić co takiego
na czarną godzinę zapakowała im jego matka. Chociaż widząc jego minę, sama otworzyła szerzej oczy.
—
Co? Co tam jest? — spytała całkiem poważne, chociaż uśmiech już cisnął się jej na twarz. Szczerze mówiąc liczyła na jakiś ekstra deser, domowej roboty ciasto, jednak kiedy Archibald cisnął w nią paczką prezerwa tych z podpisem
bądźcie grzeczni albo chociaż bezpieczni, Wallace nie wytrzymała. Ryknęła głośnym śmiechem, oglądając opakowanie z każdej strony. —
No nieźle — pokręciła głową z niedowierzaniem, przy okazji zaglądając do środka. Żeby tam jeszcze jedno opakowanie było, a nie pięć. Nawet nie chciała wiedzieć, co Dorothy robie myślała w tej pięknej, rozdzicielskiej głowie. —
Chyba trzeba będzie potem skoczyć na podryw, Miller — oznajmiła, wachlując się pudełkiem, kątem oka spoglądając na Archiego. —
Przecież nie mogą się zmarnować — dodała zaczepnie i w sumie tylko i wyłącznie po to, żeby się z nim podrażnić. Ostatnie czego chyba oboje potrzebowali, to na własnych oczach wyrywać innych ludzi, jeszcze w swoim rodzinnym mieście. Chociaż z drugiej strony… może to był jakiś sposób, żeby nie myśleć? Nie fiksować się tak bardzo na tym, co miało miejsce jeszcze kilka dni temu po powrocie z kręgielni? Nie miała pojęcia, czy Archie myślał o tym równie intensywnie co ona, ale Abby raz po raz wracała do tego co, a raczej
przed czym ochroniła ich miska popcornu.
Chcąc zajeść te
drapiące skórę wspomnienia, sięgnęła do koszyka, którego mieli nie otwierać dopóki nie dojadą i zgarnęła jedną kanapkę prosto pomiędzy palce, a potem siup prosto do buzi.
—
O ja pierdole — aż przeklnęła, mrucząc zadowolona. Kanapka z kurczakiem roboty mamy Miller idealnie leczył obrzydliwy posmak po ciastku. —
Weź to próbuj, Archibald — nachyliła się do niego, o mały włos nie zrzucając koszyka z kolan i podsunęła mu kanapkę pod same wargi.
Znowu. Szkoda tylko, że akurat kiedy Archie brał gryzą, machali na próg zwalniający i wszystko podskoczyło, a reszta chlebka poleciała w dół po jego klatce piersiowej, kończąc gdzieś między nogami Millera. —
Spadło na sam dół czy tylko na fotel? Nie no nie ma opcji, że tego nie dojem do końca — to jedzenie było po prosu ZBYT DOBRE, żeby tak je marnować, więc znowu kompletnie nie
przemyślając swojego planu, nachyliła się do Archiego i umieściła dłoń na jego udzie. Następnie przesunęła się do wewnętrznej strony, żeby sięgnąć po kanapkę, która gdzieś tam się walała. Złapała ją w miarę szybko, chociaż jej nadgarstek i tak lekko otarł się o materiał jego spodni. Jako kulminacja tej całe scenerii, kanapka skończyła w ustach Abby. Zjedzona. Ze
s m a k i e m. Akurat kiedy dojechali pod miejsce, w którym znajdował się domek na drzewie.
—
Zjemy na górze, nie? — dopytała, łapiąc za kosz. —
Może się nie zawali — prychnęła, bo na dobrą sprawę, kiedy ostatni raz tam przesiadywali, ważyli o jakieś trzydzieści kilo mniej każdy, ale w końcu drzewo też był stabilne, tak? Jakoś dadzą radę. A jak nie to i tak mieli przecież medyka na sali!
bitches are back