But we could be nice to each other
: wt cze 23, 2026 3:01 pm
W dziwny sposób jego śmiech i fakt, że udało jej się go rozbawić chociaż w minimalnym stopniu – sprawił jej radość i satysfakcję. Wydał się taki… normalny i naturalny, a przecież biorąc pod uwagę cały ten czas, który minął od ich ostatniego spotkania (i to tego ostatniego-ostatniego, a nie krótkiego w szpitalu) wcale nie musiał taki być. Wszystko się zmieniło. Świat, oni i zapewne ich uczucia. Prawdę powiedziawszy jeszcze się nad nimi nie zastanawiała i chyba trochę się tego bała, więc zostawiała to gdzieś z tyłu własnej świadomości. Nie chciała się do nich przyznawać nawet przed samą sobą. Zresztą… byli naprawdę, naprawdę w złym miejscu, żeby wyciągać to teraz na światło dzienne. Tym bardziej, gdy sunąc spojrzeniem po zebranych gościach, na krótką chwilę spojrzała w kierunku jego żony i zorientowała się, że ta szuka wzrokiem swojego męża. Naprawdę stali tutaj odrobinę zbyt długo, zbyt podejrzanie…
Mimo wszystko nie mogła się nie uśmiechnąć rozbawiona, gdy wspomniał o tym, że był doskonałym tancerzem – Nie mogę się doczekać – odpowiedziała zanim zdążyła się nad tym zastanowić i dotarło to do niej w tej samej sekundzie, gdy to powiedziała. Ale nie zaczęła się wykręcać, nie zaczęła mieszać… nie było najmniejszego sensu – Naprawdę. Nie mogę się doczekać. – potwierdziła patrząc mu w oczy o kilka uderzeń serca za długo – Miło było cię poznać. – wróciła do roli, uśmiechnęła się do niego miło i odwróciła się na pięcie, żeby zniknąć w tłumie, znaleźć jakichś znajomych i przeczekać do momentu, w którym będzie mogła iść do domu. Liczyła na to, że największa katastrofa minęła, ale to widocznie był tylko początek…
Bo dotarli do kolacji, a winietki na stołach jasno sugerowały, gdzie goście powinni usiąść przy stole. Może nie weselnym, ale Iris naprawdę podziwiała wystawność tego przyjęcia i bezustannie powtarzała sobie w głowie po co?!. Pożałowała też, że nie wypiła się pracą i nagłym wezwaniem do szpitala, gdy odnalazła swoje nazwisko przy stole tuż obok Jesse Hendersona i jego żony. Była skazana na kolację ramię w ramię z mężczyzną, którego musiała udawać, że nie zna. I naprawdę się starała. Zamieniła może parę uprzejmości z gośćmi siedzącymi mniej więcej w jego kierunku i skupiła się na znajomych po jej drugiej stronie. Tylko jednocześnie był tak blisko… jego kolano właściwie muskało jej nogę, a gdy w pewnym momencie sięgnęli jednocześnie po tą samą karafkę wody i musnęła jego dłoń aż wymowny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Jeśli ktoś powinien dostać Oscara za ten wieczór to Iris, bo naprawdę wbijała się na wyżyny swojej samokontroli i jednocześnie ignorowania mężczyzny, którego tak naprawdę ignorować wcale nie chciała.
Odetchnęła z ulgą dopiero, gdy po deserze goście znowu zaczęli wstawać od stołu i prowadzić rozmowy w mniejszych grupach z drinkiem w ręku. Sama też wstała, ale to dlatego, że musiała wyjść na świeże powietrze… naprawdę musiała. Jeden głębszy wdech, drugi i kolejny. A kiedy się zorientowała, że nie jest sama – podniosła wzrok znowu trafiając na spojrzenie Hendersona.
- Gdybym paliła to byłby ten moment, w którym naprawdę musiałabym zapalić. Szczerze mówiąc naprawdę żałuję, że nie palę. – mruknęła, opierając się o ścianę budynku i dając sobie jeszcze parę głębszych oddechów na odreagowanie tej przeklętej kolacji.
Jesse Henderson
Mimo wszystko nie mogła się nie uśmiechnąć rozbawiona, gdy wspomniał o tym, że był doskonałym tancerzem – Nie mogę się doczekać – odpowiedziała zanim zdążyła się nad tym zastanowić i dotarło to do niej w tej samej sekundzie, gdy to powiedziała. Ale nie zaczęła się wykręcać, nie zaczęła mieszać… nie było najmniejszego sensu – Naprawdę. Nie mogę się doczekać. – potwierdziła patrząc mu w oczy o kilka uderzeń serca za długo – Miło było cię poznać. – wróciła do roli, uśmiechnęła się do niego miło i odwróciła się na pięcie, żeby zniknąć w tłumie, znaleźć jakichś znajomych i przeczekać do momentu, w którym będzie mogła iść do domu. Liczyła na to, że największa katastrofa minęła, ale to widocznie był tylko początek…
Bo dotarli do kolacji, a winietki na stołach jasno sugerowały, gdzie goście powinni usiąść przy stole. Może nie weselnym, ale Iris naprawdę podziwiała wystawność tego przyjęcia i bezustannie powtarzała sobie w głowie po co?!. Pożałowała też, że nie wypiła się pracą i nagłym wezwaniem do szpitala, gdy odnalazła swoje nazwisko przy stole tuż obok Jesse Hendersona i jego żony. Była skazana na kolację ramię w ramię z mężczyzną, którego musiała udawać, że nie zna. I naprawdę się starała. Zamieniła może parę uprzejmości z gośćmi siedzącymi mniej więcej w jego kierunku i skupiła się na znajomych po jej drugiej stronie. Tylko jednocześnie był tak blisko… jego kolano właściwie muskało jej nogę, a gdy w pewnym momencie sięgnęli jednocześnie po tą samą karafkę wody i musnęła jego dłoń aż wymowny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Jeśli ktoś powinien dostać Oscara za ten wieczór to Iris, bo naprawdę wbijała się na wyżyny swojej samokontroli i jednocześnie ignorowania mężczyzny, którego tak naprawdę ignorować wcale nie chciała.
Odetchnęła z ulgą dopiero, gdy po deserze goście znowu zaczęli wstawać od stołu i prowadzić rozmowy w mniejszych grupach z drinkiem w ręku. Sama też wstała, ale to dlatego, że musiała wyjść na świeże powietrze… naprawdę musiała. Jeden głębszy wdech, drugi i kolejny. A kiedy się zorientowała, że nie jest sama – podniosła wzrok znowu trafiając na spojrzenie Hendersona.
- Gdybym paliła to byłby ten moment, w którym naprawdę musiałabym zapalić. Szczerze mówiąc naprawdę żałuję, że nie palę. – mruknęła, opierając się o ścianę budynku i dając sobie jeszcze parę głębszych oddechów na odreagowanie tej przeklętej kolacji.
Jesse Henderson