Małżeństwem byli już siedemnaście lat - może więcej, może mniej. Przykrym było, że Jesse lepiej pamiętał datę swojego pierwszego przebazowania niż ślubu. Kojarzył, że składał ukochanej przysięgę w okresie letnim, jednak czy był to czternasty lipca czy też sierpnia, nie dałby sobie ręki uciąć. Ktoś by pomyślał, że z taką wysługą wiele przeżyli. Cóż, to jednak kawał życia i dużo na pewno przeżyć mieli, jednak nie wspólnie. Zanim Henderson wyjechał za granicę, wcale lepiej nie było. Jesse godziny poświęcał służbie, próbując wykazać się jako młody podporucznik - żonę widywał albo już zmęczoną wieczorami albo w niedziele, bo był to jedyny dzień, w jaki pozwalał sobie odpoczywać. Oczywiście, zdarzały się od takiego stanu rzeczy wyjątki, jednak nie na tyle często by wymazały z pamięci pani Henderson samotnie spędzone lata.
Tą przeprowadzką do Kanady, chciał jej to wszystko chociaż trochę wynagrodzić. Skoro i tak większość swojego życia poświęciła dla niego, to przecież i on mógł coś dla niej zrobić, prawda? Od samego początku nie było idealnie, jednak Jesse liczył, że w ciągu kilku tygodni, może miesięcy, wszystko się poprawi. Tak, był na tyle naiwny. Ale z tego właśnie powodu, godził się na różnego rodzaju wyjścia, wyjazdy, spotkania z rodziną i przyjaciółmi żony, z którymi ta przez te ostatni lata zaniedbała kontakt z uwagi właśnie na niego. Przyjęcie zaręczynowe jej młodszej siostry było jednym z takim wyjść.
Henderson nie miał za bardzo chęci gdziekolwiek wychodzić, a już w szczególności, jeżeli miał ubierać garnitur. Przemógł się jednak i nawet aż tak nie narzekał, dopinając ostatnie guziki białej koszuli. Narzucił na nią jeszcze czarną marynarkę, pasującą do spodni, a żona zarządziła, aby dołożył do tego jeszcze krawat. Uważał, że będzie to już trochę przesada, jednak nie chciał się spierać i niszczyć jej humoru przed wyjściem.
Byli chyba o czasie. Tak przynajmniej mu się wydawało, patrząc po ilości gości kręcących się już po sali oraz tych, którzy dopiero za nimi wchodzili. Jego partnerka, co chwila się z kimś witała i wymieniała czułościami, a Jesse jej jedynie wtórował raz po raz, mając wrażenie, że ci ludzie się w ogóle nie kończą. Kilku z nich kojarzył jeszcze ze swojego wesela albo innych, pojedynczych rodzinnych uroczystości, w których wyjątkowo brał udział, jednak zdecydowana większość była dla niego kompletnie nieznajoma. I przy okazji bardzo głośna i przytłaczająca. Kto by pomyślał, że kilka miesięcy wystarczy, aby odzwyczaić się od takiego tłoku? Trochę minęło, nim dotarli do sprawczyni tego zamieszania – szwagierki Hendersona.
Dziewczyna niemalże wpadła w ramiona starszej siostry. Cała była wręcz rozanielona i widać było, że cieszy się tym dniem. Aż się człowiekowi cieplej na sercu robiło, widząc czyjeś szczere szczęście. Jesse trochę jej chyba tego pozazdrościł. Spojrzał kątem oka na swoją małżonkę, która poprawiała młodszej włosy, starając przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz on tak wspaniale się czuł z jej powodu, lecz miał z tym problem. Realnie nie był w stanie przywołać chociażby jednej takiej sytuacji w ostatnich latach. Jego nieznośna głowa jednak przywołała w pamięci pewne zdarzenia. Jednak to nie żona była kobietą, która się tam przewijała.
Miło poznać - znajomy głos wyrwał go z przemyśleń, których akurat w tym miejscu mieć nie powinien. I to aż za bardzo znajomy. Iris.
W dłoni trzymał do połowy pełny kieliszek z szampanem, który w tym momencie został przez niego opróżniony bez zbędnej zwłoki. To był jakiś nieśmieszny żart. Jesse czuł się jak w czarnej, w której to on był bohaterem skazanym na obśmiewaną przez widownię porażkę. Rozumiał spotkać ją w szpitalu – w trakcie działań wojennych była ratownikiem wojennym, więc było to wręcz dla niej naturalne środowisko. Zrozumiałby, gdyby wpadli na siebie w trakcie spaceru po parku czy w pierwszej lepszej kawiarni w centrum, aczkolwiek przyjęcie tego rodzaju? To nie mogło być przypadkowe zrządzenie losu. W tej sytuacji nie wiedział jak się zachować - jeszcze bardziej niż tamtego dnia w szpitalu. Chociaż wiedział, że tym razem aż tak uczuciowo dyskutować z nią nie mógł z uwagi na okoliczności. Ale szczerze? Nawet nie chciał. Już tamtego wieczoru żałował, że w ten sposób odbyli swoją pierwszą po takim czasie rozmowę, jednak Jesse nie miał na tyle odwagi by wrócić na tamten oddział i tym razem na spokojnie porozmawiać. To przyjęcie również dobrym miejscem do tego nie było, aczkolwiek czy będzie on w stanie tak jak ona udawać, że są nieznajomymi? Powinien, chociażby z uwagi na żonę, która przecież nie była niczego świadoma.
— Kochanie, przyniósłbyś mi jeszcze lampkę wina? — zwróciła się do niego małżonka. Jesse rozejrzał się w poszukiwaniu barku po salce. Natrafił na niego. A i również na Iris. Nie mógł jednak żonie powiedzieć, że nie, bo jego za bliska przyjaciółka z pola walki tam stoi. Kiwnął więc głową, zabierając od niej puste naczynie. Westchnął ciężko idąc przez salę do barku, poprawiając przy tym marynarkę, a i nawet włosy raz czy dwa przeczesał.
Przecież nawet nie muszę się do niej odzywać - myślał, wciąż idąc. W końcu jednak dotarł do celu i postawił na barze lampkę, a wynajęty pod tę okazję barman od razu zrozumiał, co ma do zrobienia. Jesse wspomniał wino, które wcześniej jego żona popijała, jednak chłopak nie miał go przy sobie, ruszył po nie na zaplecze, wydłużając tym samym czas, jaki Henderson musiał tam spędzić.
Mężczyzna oparł się o blat baru, a palcami zaczął wystukiwać melodię, która pasowała do tej wygrywanej przez głośniki.
—
Jesteś od pana młodego czy panny młodej? — zapytał, zawieszając swoje spojrzenie na Iris dosłownie na jeden moment. A miał się nie odzywać. To jednak było od niego silniejsze. —
Ja teoretycznie od panny, ale szczerze, to nawet jej nie znam za dobrze — kontynuował, tym razem obracając się przez ramię, by ujrzeć jak aktualnie omawiana jeszcze panienka wznosi za coś toast z koleżankami. —
A przynajmniej teraz. Kiedyś byłem w stanie powiedzieć nawet, który chłopak z OneDirection był jej ulubionym i który doprowadzał ją do łez. — Na to wspomnienie nawet krótko się uśmiechnął. —
Ale wiesz, trochę podrosła, przestała nas odwiedzać, ja wyjechałem i tak się jakoś potoczyło. Swoją drogą, Jesse — dodał, wystawiając rękę w jej kierunku do przywitania. —
Miło poznać.
I to chyba była najbezpieczniejsza opcja. Przynajmniej na ten wieczór. W sumie szkoda, że faktycznie nie mogli tak zacząć wszystkiego od nowa.
Iris Valentine