Strona 2 z 3

one more day

: wt cze 23, 2026 5:08 pm
autor: margo mercer
Nie miał najmniejszych powodów do tego, by czymkolwiek się przejmować. Nigdy nie pozwoliła mu odczuć choćby cienia wątpliwości, nigdy nie zrobiła niczego, co mogłoby naruszyć fundamenty zaufania, które budowała u niego przez tak długi czas.
Owszem, można było zarzucić jej wiele. Bywała pochopna, często wychodziła przed szereg, mówiła zanim pomyślała i podczas kłótni nie odpuszczała aż do samego końca, nawet wtedy, gdy doskonale wiedziała, że tym razem racja leży po jego stronie. Niemniej jednak n i g d y nie zrobiła niczego co mogłoby go zawieść.
Nie zamierzała też zrobić tego teraz. Była pewna każdej swojej decyzji. Tak samo dwa miesiące temu, kilka tygodni temu i dzisiaj. Nadal była gotowa skoczyć za nim w ogień, zrobić każdą najgłupszą rzecz, jeśli miałaby pomóc mu wydostać się z tego bagna. Pociągnąć za spust wycelowany prosto w Sergio Carbona, a później uciec na drugi koniec kraju albo świata, zostawiając za sobą wszystko, co do tej pory uważała za ważne.
Bo teraz najważniejszy był on. Jakkolwiek niezdrowo mogło to brzmieć dla ludzi stojących z boku.
Byłaby gotowa zrobić to wszystko nawet wtedy, gdyby każda z wymienionych kobiet naprawdę istniała. Gdyby przez jego życie przewinął się kolejny tuzin twarzy, które z czasem zlałyby mu się w jedną całość i gdyby któraś z nich nagle pojawiła się na ich drodze, usiłując przypomnieć mu o swoim istnieniu.
Rhys Madden n a l e ż a ł do niej. I świadomość tego nie spoczywała wyłącznie po jej stronie.
Dlatego zamiast reagować, po prostu się uśmiechała, słuchając kolejnych historii, które przytaczał. - Badałeś się zanim pierwszy raz mnie przeleciałeś? - jej chłodne dłonie przesunęły się jeszcze wyżej, później w bok, aż wreszcie spoczęły na jego plecach. Bez ostrzeżenia wbiła paznokcie w skórę, a na jej twarzy pojawił się wyraz nieskrywanej satysfakcji, gdy przeciągnęła nimi powoli w dół. Z pewnością zostawiła po sobie ślad, taki n a j b a r d z i e j czerwony z czerwonych. Taki, który miał przypominać o sobie jeszcze przez kilka następnych godzin. A może nawet jutro, podczas pierwszego plażowania w gorącym Meksyku.
- Też jestem ogromną fanką koni, nie mogę dziwić się Claudii - wtrąciła mimochodem. Wyciągnęła jedną dłoń spomiędzy nich, zaciskając palce na materiale jego koszulki, po czym przyciągnęła go bliżej i skradła jeden krótki, z a c h ł a n n y pocałunek. Słuchała go z rosnącym rozbawieniem, aż do chwili, w której rzucił swoim popisowym żartem. Tak bardzo upodobał sobie przytyki dotyczące jej relacji z ojcem, że zaczynała podejrzewać, iż nigdy nie przestanie do nich wracać. Robił to regularnie, przy niemal każdej możliwej okazji, a ona równie regularnie rwała się do przodu, by oddać mu z nawiązką.
- Tak? Naprawdę uważasz, że którakolwiek z tych dziewczyn była do mnie podobna? - dała mu chwilę na zastanowienie. Możliwość wycofania się, ubrania swoich słów w inaczej, zanegowania własnej teorii zanim sama odda strzał. - Teraz moja kolej. Evans był tylko drobną rozrywką. Wcześniej umawiałam się wyłącznie w jednym celu z Coltonem, który pracuje w przestępczości zorganizowanej. Kojarzysz? - odsunęła się od niego z pełną premedytacją. Dłonie założyła za plecami, odchylając się lekko do tyłu. Nogi przestały obejmować jego biodra, nie przyciągały go już bliżej, swobodnie opadając w dół.
- Teraz pora, żebyśmy wymienili się szczegółami - zerknęła ponad jego ramieniem, pozornie niewzruszona kierunkiem w jakim zmierzała rozmowa. Skupiła uwagę na jeziorze i promieniach słońca, które powoli traciły pomarańczową barwę, przechodząc w piękne, miękkie złoto rozlewające się po tafli wody.

Rhys Madden

one more day

: wt cze 23, 2026 5:28 pm
autor: Rhys Madden
Gdy tylko to werbalizowała, brzmiało to niezdrowo nie tylko dla ludzi potencjalnie stojących z boku.
Brzmiało to niezdrowo dla niego.
Nie dlatego, że nie odwzajemniał tych uczuć - wręcz przeciwnie, ten sam ogień płonął w jego wnętrzu każdego dnia, z nim budził się każdego ranka przy jej boku i z nim też obok niej zasypiał. Nie było nic innego w jego życiu, co mogło równać się z intensywnością emocji, które odczuwał względem Margo. Nie było nikogo, dla kogo byłby skłonny zrobić tyle, ile zrobiłby dla niej.
A zrobiłby w s z y s t k o.
Ale czym było jego poświęcenie w obliczu tego, którego miała dokonać ona?
Gdy ich ścieżki się przecięły, tkwił na granicy zawodowego i mentalnego wypalenia, przeświadczony o tym, że jego życie takim, jakim było dotychczas, już się skończyło. Komunikaty na jego telefonie i rozkazy wydawane mu przez Carbone'a nie poruszały już żadnych strun w jego sercu, wyzbytym wyrzutów sumienia. Jedno wykroczenie więcej, jeden krok zrobiony dalej za wyznaczoną niegdyś granice, nic to nie miało już większego znaczenia.
W jego oczach nie musiałby z niczego zrezygnować gdyby jutro wylecieli do Meksyku.
Nie miał ogromnej rodziny, która mogłaby za nim tęsknić i do której on chciałby dzwonić. Jego matka z pewnością odnalazłaby oparcie wśród sąsiadek, z którymi spędzała większość swojego czasu. Nie miał pasji do pracy, którą musiałby w sobie zamordować by wylecieć w miejsce, w którym nie mógł jej kontynuować. Jego kariera, choć wciąż na papierze tkwiąca na szczycie, nie miała w sobie serca, w które wkładała we własną Margo.
Nie musiał niczego się wyzbyć by być z nią.
Musiał tylko oczekiwać od niej, że ona pozbędzie się w zamian wszystkiego.
Że opuści swoją bliską rodzinę, która hucznie świętowała jej urodziny. Że zrezygnuje z posady, o którą walczyła całe swoje życie, spędzone w blasku odznaczeń własnego ojca. Że porzuci życie, które wiodła w Toronto na rzecz wiecznej ucieczki przed konsekwencjami, które to on zrzucił na ich barki.
Być może to sprawiało, że ta noc była łatwiejsza - noc, która z wolna przekształcała się w poranek, którego promienie słońca odliczały czas jak ziarenka piasku w klepsydrze.
- Byłem ostatnio u dentysty, liczy się? - odrzucił, dusząc w sobie syknięcie, które chciało wydostać się na zewnątrz pod wpływem paznokci szorujących po jego skórze. Złośliwość jedynie wzmogła w reakcji na ten gest, przez co żwawo przytaknął gdy porównała się do Claudii, która prawdopodobnie nie miała tak na imię, choć faktycznie istniała. - Wyglądasz na taką.
Nie po to mieli tutaj przyjechać, ale z jakiegoś powodu żadne z nich nie potrafiło sobie tego odmówić. I gdy odsunęła się, pozwalając mu wyplątać się z jej ud, z których wcale nie chciał się wyplątywać, on pochylił się do przodu - sięgając ponad nią do odłożonego na dach samochodu kubka z kawą.
- Który to był? Ten łysy pod pięćdziesiątkę? - odrzucił beztrosko, upijając łyk kawy by zamaskować ostrzejszy wyraz twarzy, który wpełznął do jego mimiki na dźwięk nazwiska, które d o s k o n a l e znał. - A, nie - poprawił się, udając, że nagle go olśniło. - Ten gruby, którego ostatnio komendant opieprzył za przychodzenie na komisariat w dresach?
Jego usta wygięły się w szelmowskim wyrazie gdy wyciągnął ku niej kubek, oferując resztkę napoju, który nie dość, że był już zimny, to jeszcze bardziej gorzki i kwaśny niż kiedykolwiek.
- O takich szczegółach chcesz rozmawiać, Margo? - westchnął, odstawiając naczynie jeśli nie skorzystała z propozycji, bądź oddając je jej. - Nie wiedziałem, że cię to kręci.

margo mercer

one more day

: wt cze 23, 2026 7:44 pm
autor: margo mercer
Nie widziała tego problemu w taki sposób do jakiego urastał w oczach Rhysa.
N i c nie było dla niej ważniejsze od niego. Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, że nie tęskniłaby za swoim życiem w Toronto, że któregoś dnia nie zatęskniłaby za pracą w policji, gdyby przyszło jej porzucić ją z dnia na dzień. Była niemal pewna, że nadszedłby moment, w którym brak domu zacząłby doskwierać jej tak mocno, że odczuwałaby go w każdej części swojego serca. Zabrakłoby jej rodziców, braci, wszystkich tych miejsc, które przez lata stały się częścią jej codzienności. Zabrakłoby ulic, które znała na pamięć, znajomych twarzy mijanych każdego ranka i tego specyficznego poczucia przynależności, którego nie dało się odtworzyć nigdzie indziej.
Niemniej wszystkie te uczucia bladły przy samej wizji życia bez niego.
Wyobrażenie sobie takiego scenariusza kosztowało ją znacznie więcej emocji, niż chciała przyznać. Niemal potrafiła nazwać każde ukłucie żalu, każdy ciężar osiadający na barkach, każdą rysę pojawiającą się na obrazie przyszłości, która nagle przestawała mieć jakikolwiek sens. A przecież nic złego jeszcze się nie wydarzyło. Nie miała powodu, by opłakiwać coś czego nie straciła.
Mimo to w jej klatce piersiowej od kilku dni mieszkał niepokój. Cichy, uporczywy, rozrastający się z każdą godziną. Taki, który przy odpowiednio długo podsycanych myślach potrafił zmienić się w panikę na samą myśl, że mogłoby nie być go obok.
Miała nadzieję, że naprawdę to r o z u m i a ł. Że wiedział, iż jego własne uczucia były odbiciem tych, którymi darzyła go ona. Że wybranie drogi prowadzącej ramię w ramię z nim było jedyną słuszną decyzją i że nigdy, p r z e n i g d y, żadna tęsknota nie zamieniłaby się w żal wynikający z podjęcia właśnie takiego wyboru.
Rzadko kiedy czegokolwiek żałowała. Musiała popełnić naprawdę fatalny błąd, by zamiast złości czy frustracji poczuć coś podobnego. Nie czuła tego nawet teraz, słuchając o wszystkich potencjalnych partnerkach, które przewinęły się przez życie Maddena. Prawdopodobnie wypomni mu to kiedyś podczas jednej z tych absurdalnych kłótni, które zaczynały się od kompletnej błahostki, by po kilkunastu minutach urosnąć do rangi wielkiego problemu. Na tę chwilę jednak nie miały dla niej znaczenia ani Claudia, ani Melania, ani Francesca.
- Na jaką? - zapytała. - Chętnie posłucham na jaką według ciebie wyglądam - zachęciła go spojrzeniem, choć doskonale wiedziała, że gdyby naprawdę miał ją opisać, zacząłby od wszystkich najbardziej irytujących cech. Uporu, złośliwości, impulsywności. Tej nieustannej potrzeby wchodzenia tam, gdzie nie powinna. Ostatecznie jednak każda z nich ginęła pod ciężarem uczuć, którymi ją darzył.
Przyjęła od niego kubek z paskudną kawą i upiła łyk, krzywiąc się i zaraz potem parsknęła śmiechem na opis mężczyzny. - Jasne, to on. Mam słabość do zdecydowanie starszych i łysiejących - wyciągnęła rękę przed siebie i bezceremonialnie zmierzwiła jego włosy, pozostające od pobudki w kompletnym nieładzie. Sięgając do kieszeni spodni po telefon, odblokowała ekran. - Jestem pewna, że mam tutaj parę moich zdjęć razem z nim - na wypadek gdyby próbował odebrać jej komórkę, przesunęła się wyżej po masce samochodu, sadowiąc niemal pod samą szybą. Wyciągnęła ręce wysoko nad głowę, udając, że z pełnym zaangażowaniem przegląda galerię.
- Chcę ci nawet te szczegóły pokazać - przerwała swoje poszukiwania i skupiła na nim roziskrzone spojrzenie. - Masz na to ochotę? - pytanie brzmiało niewinnie, jednak błysk tańczący w jej oczach i uśmiech, który powoli wypełzał na usta, pozbawiały je jakiejkolwiek niewinności, pozostawiając bardzo jednoznaczną sugestię tego, o jakich szczegółach tak naprawdę mówiła.

Rhys Madden

one more day

: śr cze 24, 2026 12:14 am
autor: Rhys Madden
Może w tej kwestii również był egoistą.
Może nie chodziło o to, że to ona miałaby zostać wyciągnięta ze swojego środowiska i tego wszystkiego, na czym dotychczas jej zależało.
Może chodziło o to jak o n z tym by się czuł, spoglądając każdego dnia w swoje nieznośne odbicie w lustrze z tą świadomością, że to wszystko przez niego. Że to przez niego tęskni za swoją rodziną, że to przez niego wypełnia swoją codzienność w Meksyku miałkimi zajęciami, usiłując bezskutecznie wypełnić dziurę, którą zostawił w jej sercu odbierając jej pracę. Jego samoświadomość miała swoje granice. Nie wiedział, gdzie kończyła się jego bezgraniczna miłość do całej jej osoby a zaczynał strach przed utratą tej wersji jej, którą tak bardzo kochał.
Która kochała jego.
Bo może to wszystko było wyłącznie tymczasowe. Może miała zorientować się, że nie był osobą wartą wywrócenia całego życia do góry nogami. Nie teraz, nie za tydzień, nawet nie za miesiąc. Może mieli spędzić lata żyjąc na wygnaniu, licząc na to, że kiedyś, coś ulegnie zmianie, skrycie zaczynając się nienawidzić.
W jego głowie tysiące możliwości przewalało się przez strumień myśli, przekształcając je w rzekę.
Wszystkie utwierdzały go w tym przekonaniu, tym cholernym instynkcie, że bilety lotnicze tkwiące na stole w jego kuchni nie były właściwą drogą. Że właściwa droga leżała gdzie indziej, w miejscu, w którym miała go za nią znienawidzić znacznie szybciej.
- Na taką, która niezdrowo lubi konie - odparł bez chwili zawahania, nawiązując do ich bezsensownej rozmowy, która w tej chwili dawała im doskonałą wymówkę do nierozmawiania na tematy unoszące się wokół nich jak rześkie powietrze tego ranka. - I podejmuje nieszczególnie przemyślane wybory życiowe.
Odchylił się, choć nie zdążył umknąć jej dłoni sięgającej do wzburzonych snem włosów - a tym samym nie zdążył umknąć sugestii, jakoby wpisywał się w ten niecodzienny gust, który przejawiała do starszych i łysiejących mężczyzn.
Prychnął gdy umknęła od jego rąk, wyciągając telefon, który w jej dłoniach wyglądał równie groźnie jak pistolet. Mógłby obejść samochód wokół, pochwycić ją z boku i był pewien, że wtedy odsunęłaby się na drugą krawędź, albo - co gorsza - wdrapała na dach, szorując po lakierze jego samochodu swoimi z pewnością ubłoconymi butami.
Zamiast tego westchnął, wspinając się na maskę auta obok niej i udając, że nie dostrzega tego, jak pojazd ugiął się pod jego ciężarem.
- Ależ koniecznie, pokaż mi zdjęcia ze swoich randek z innymi mężczyznami - prychnął, choć jej bliskość, którą natychmiast odczuł zajmując miejsce na masce obok niej złagodziła nieco jego irytację, przekształciła ją w rozbawienie, dodając brakującej miękkości. - W końcu przybyliśmy tutaj oglądać rzeczy, które widzimy po raz ostatni.
Sięgnął do niej ramieniem, obejmując ją w talii i przysuwając do siebie po gładkiej powierzchni maski samochodu - odwracając ich tym samym w stronę, w którą powinni być zwróceni cały czas. Różowego nieba, które z każdą chwilą coraz mocniej mieniło się kolorami.
- Po tym wszystkim będziesz mogła wyrzucić ten telefon do jeziora - dodał, odbierając od niej kubek z żałosną kawą by upić z niej łyka - łyka, który miał już dawno temu być tym ostatnim, ale każde z nich upijało nieco mniej kawy niż powinno, zostawiając tę resztkę drugiej osobie.

margo mercer

one more day

: śr cze 24, 2026 8:45 am
autor: margo mercer
Pojawiające się wątpliwości były czymś nieuniknionym. Zwłaszcza w sytuacji, gdy osoba, którą kochasz, która stała się całym twoim światem i dla której byłbyś gotów zrobić w s z y s t k o, rezygnuje dla ciebie z rzeczy, które przez lata stanowiły centrum jej własnego wszechświata. Gdyby role się odwróciły, gdyby to ona była przyczyną, a nie skutkiem takiej decyzji, najpewniej również nie potrafiłaby uciszyć wyrzutów sumienia.
Odczuwała je przy znacznie bardziej błahych sprawach. Wystarczyło, że Rhys rezygnował z czegoś dla niej, zmieniał swoje plany albo godził się na coś wyłącznie dlatego, że wiedział, iż miało to dla niej znaczenie. Jeśli więc przyszłoby jej wywrócić całe jego życie do góry nogami, z pewnością mierzyłaby się z identycznymi wątpliwościami, bez względu na to ile razy próbowałby przekonać ją, że liczyła się wyłącznie ona.
Dlatego jej zadaniem nie było ciągłe zapewnianie go słowami - było nim pokazywanie mu każdego dnia, że n i c z e g o nie żałowała. Że nie zawahała się ani przez sekundę. Że gdyby mogła cofnąć czas i jeszcze raz stanąć przed wszystkimi decyzjami, które doprowadziły ją do tego miejsca, podjęłaby dokładnie te same.
Tak jak teraz, bo poza rozbawieniem w jej oczach nieustannie tliło się uczucie. Ten charakterystyczny blask nie znikał z nich nigdy, nawet kiedy ich charaktery ścierały się, gdy żadne nie chciało ustąpić drugiemu choćby o krok, to światło pozostawało na swoim miejscu. Przebijało się przez złość, irytację, rozbawienie czy upór, zawsze silniejsze od wszystkich pozostałych emocji. - Podejmuje świetne decyzje w swoim życiu, Skarbie - zaprzeczyła bez zawahania. - Odrzuciłam wszystkie inne zainteresowania i skupiłam się na policji. Odrzuciłam możliwość wyjazdu do Montrealu po studiach. Odrzuciłam wszystkich innych kandydatów na męża. Gdybym tego nie zrobiła, dzisiaj nie miałbyś możliwości nazywania mnie swoją narzeczoną - którą wcale nie była, a mimo to dzięki plastikowemu pierścionkowi kupionemu na stacji benzynowej wciąż określała się tym mianem.
- Każdy mój wybór jest doskonale przemyślany - obserwowała, jak wspina się na maskę i zajmuje miejsce obok niej. Podejrzewała, że gdzieś właśnie zamarzło piekło - Rhys Madden d o b r o w o l n i e traktował swojego ukochanego chargera w sposób, który jeszcze kilka miesięcy temu uznałby za barbarzyństwo.
- Przyjechaliśmy tutaj, bo to miała być noc pierwszych razów, nie ostatnich - poprawiła go, wtulając się w jego bok. Znajomy zapach perfum natychmiast uderzył w jej nozdrza, przynosząc ze sobą przyjemne rozluźnienie. Od dawna znajdował się wysoko na liście rzeczy, które działały na nią kojąco. Zablokowała telefon i odłożyła go dokładnie tam, gdzie jeszcze chwilę wcześniej stał kubek z zimną, cierpką kawą. Potem odnalazła jego dłoń, jak robiła to setki razy wcześniej i splotła ich palce ze sobą.
- Jestem pewna, Rhys - dopiero teraz odpowiedziała na pytanie, które zadał jej kilka minut wcześniej. - Miejsce nie ma dla mnie żadnego znaczenia, jeśli będziemy razem - nie Meksyk, nie Toronto, nie dom rodzinny, nie mieszkanie, które dzielili, nie kraj, do którego mieliby uciec. Żadna z tych rzeczy nie miała dla niej większego znaczenia niż człowiek siedzący obok.

Rhys Madden

one more day

: śr cze 24, 2026 10:54 am
autor: Rhys Madden
Jego elastyczność kręgosłupa moralnego nie powinna mieć z tym żadnego problemu. Obiektywnie patrząc, robił zdecydowanie gorsze rzeczy przez ostatnie dwa lata niż wyciąganie kogoś bliskiego z życia, które ta osoba wiodła dotychczas. Rzeczy, których nie dało się obronić zarówno z prawnego, jak i etycznego punktu widzenia.
Rzeczy, które zostawiły na jego dłoniach niewidzialne ślady dawnego szkarłatu, którego nie był w stanie zmyć.
A jednak z tym z jakiegoś powodu potrafił funkcjonować. Nie było to życie pełnią życia - nie przed tym, gdy ją poznał i przypomniał sobie jaki w ogóle miało s m a k - ale było to codziennym wstawaniem rano, chodzeniem do pracy, wypełnianiem swoich obowiązków, poszukiwaniem drobnych przyjemności. Powiedzenie, że był sobie w stanie to wszystko wybaczyć byłoby kłamstwem, ale potrafił to ignorować. Zduszać gdzieś w tyle głowy, gdzie pozostawało odległym szmerem nieprzychylnych myśli. Potrafił zagryźć zęby i iść naprzód nie zważając na to, co nieustannie usiłowało go dogonić.
Z jakiegoś powodu nie potrafił tego zrobić w przypadku niej.
Myśl, że miałaby z czegokolwiek rezygnować w jego imię byłaby trudna do przełknięcia - ale to wszystko, co była gotowa dla niego zrobić, stawało się nieakceptowalne. Wykręcało wskazówki tego pieprzonego kompasu, który wciąż gdzieś tkwił w jego sercu pogrzebany pod grubą warstwą zgorzknienia.
To wydawało mu się niemożliwe do zaakceptowania, nawet jeśli na papierze wydawało się drobnym występkiem.
Dlatego myśl, że mieliby wyjechać razem, wydawała mu się niewłaściwa, sprzeczna z intuicją, z jego pieprzonym kodeksem moralnym. Ale jak o n miałby mówić na głos o swojej moralności?
- Przypomnij mi, jak wielu ich było? - odrzucił z rozbawieniem, płynnie ignorując fakt tego, że absolutnie zaręczeni nie byli - a pierścionek, który otrzymała, kosztował całego dolara w maszynie na kulki na stacji benzynowej. - Ilu mężczyzn musiałem walecznie pokonać, żeby się wreszcie do ciebie dostać?
Wyczuł jej ciepło gdy wsunęła się w jego ramiona. Wiatr uniósł kosmyki jej włosów, muskając nimi jego policzek - wrażenie tak delikatne, że trudne do zauważenia, którego on był zawsze świadomy.
- Bo z mojej perspektywy to ja nie mogłem się od ciebie opędzić - dodał beztrosko, z uśmiechem tańczących na jego ustach gdy przygotowywał się na łokcia wbitego prosto gdzieś w jego żebra.
Świat tonął w złotym blasku wschodzącego słońca gdy jej ciche słowa przywróciły go na ziemię - do poranka, który dla niej miał być dniem pierwszych razów, a dla niego podświadomie wydawał się dniem ostatnich.
- Muszę cię o coś poprosić - powiedział po krótkiej chwili, tym razem bez cienia rozbawienia majaczącego na twarzy, z powagą, która błysnęła w oczach nim wybrzmiała w jego głosie. - Potrzebuję, żebyś coś dla mnie zrobiła.
Coś, co z pewnością jej się nie spodoba - wiedział to, dlatego mogła wyczuć w jego słowach ostrożność, jakby zbliżał się do położonej gdzieś w pobliżu miny.

margo mercer

one more day

: śr cze 24, 2026 12:41 pm
autor: margo mercer
Niestety była to jedna z tych rzeczy, których nie byli w stanie przeskoczyć. Jakkolwiek bardzo by się starali, bez względu na to po której stronie w większym stopniu leżała odpowiedzialność, oboje i tak dźwigaliby na barkach ciężar wyrzutów sumienia. Tego rodzaju ciężar nie znikał pod wpływem czasu ani rozsądnych argumentów. Nie dało się go uciszyć całkowicie, nie dało się go odłożyć na półkę i udawać, że przestał istnieć.
Ten temat ciągnął się za nimi miesiącami, wracał przy różnych okazjach, był przyczyną więcej niż jednej kłótni i więcej niż jednego wieczoru zakończonego milczeniem. Wielokrotnie próbowała mu wyjaśnić, że niezależnie od okoliczności, od ceny, którą przyszłoby jej zapłacić i od wszystkiego, co mogłoby wydarzyć się później z a w s z e wybrałaby właśnie jego.
Sam zresztą doskonale to zauważył, wypominając jej teraz bardzo słusznie, że to ona biegała za nim od samego początku i że przez długi czas robił wszystko, aby dała mu święty spokój. - Przyznaję się bez bicia, że tak właśnie było - przytaknęła z rozbawieniem, odkopując ze wspomnień kolejne sytuacje, które tylko potwierdzały jego teorię.
To ona pierwsza wyciągnęła dłoń w jego kierunku tamtej nocy, w ciemnym biurze, siedząc na jego biurku i nie potrafiąc powstrzymać impulsu. To ona zaczęła flirtować podczas pożegnalnej imprezy Stevensona, choć wtedy nie łączyło ich jeszcze nic, co mogłoby usprawiedliwić podobne zachowanie. To ona na balkonie ratusza przesunęła własną dłoń do przodu, splatając ich palce po raz pierwszy. To ona uparcie robiła krok naprzód za każdym razem, gdy on próbował się wycofać. I wreszcie to ona nie pozwoliła mu odejść ani razu, gdy wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że właśnie tego powinien chcieć. - Zrobiłabym to wszystko jeszcze raz i dalej byłabym tak samo niesubtelna w swoich sygnałach.
Rozluźnienie, które jeszcze przed momentem przyjemnie rozlewało się po jej ciele, zniknęło niemal natychmiast. Wystarczyło kilka niewinnych słów, które w ich przypadku nigdy nie zwiastowały niczego dobrego. Zwrot zaczynający się od muszę cię o coś poprosić należał do tych, które automatycznie stawiały ją w stan gotowości. Wiedziała o tym doskonale, bo sama korzystała z niego wyłącznie wtedy, gdy chciała poruszyć temat będący między nimi kością niezgody albo poprosić go o coś, czego nie miał ochoty robić.
Tak samo jak ona dostrzegała najdrobniejsze zmiany w jego głosie i mimice, tak samo on bez trudu mógł zauważyć zmianę zachodzącą teraz w niej. Odsunęła się nieznacznie, ledwie o kilka centymetrów, wciąż trzymając jego dłoń splecioną ze swoją. Blask obecny jeszcze przed chwilą w jej oczach nie zgasł całkowicie, ale wyraźnie przybladł, ustępując miejsca niepokojowi. - Słucham - ponagliła go, bo cierpliwość nigdy nie należała do jej najmocniejszych stron. Nie znosiła oczekiwania na dobre wiadomości, a tym bardziej na te, które już z daleka pachniały problemami. - Wyduś to z siebie - dodała po chwili, nie odrywając od niego spojrzenia.
Nie wiedziała, czego właściwie się spodziewać. Czy będzie chciał, żeby pomogła mu w sprawie Morettiego? Czy po raz kolejny poprosi ją, żeby się nie wychylała i pozwoliła działać mu samodzielnie? A może chodziło o coś czego nawet nie brała pod uwagę? Pomysły zaczęły krążyć po jej głowie, każdy kolejny scenariusz wydawał się gorszy od poprzedniego. Minęło zaledwie kilkadziesiąt sekund od chwili, w której tak lekko zmienił temat rozmowy, a mimo to zdążyła już odtworzyć w myślach kilkanaście możliwych katastrof.

Rhys Madden

one more day

: śr cze 24, 2026 1:32 pm
autor: Rhys Madden
Odległość, która nagle zwiększyła się między nimi była wyczuwalna - nawet, jeśli stanowiła zaledwie parę centymetrów. Sprawiła, że westchnął pod nosem, odwracając ku niej głowę wcześniej zwróconą w stronę zachodu słońca.
Margo była skłonna zrobić dla niego wszystko - chyba, że dotyczyło to sprawy Ventresci.
Wtedy każda decyzja podejmowana przez nich musiała być wywalczona, wyszarpana, okraszona kłótnią, na którą w tym momencie nie miał żadnej ochoty, lecz której się spodziewał. Jak odległe pomruki burzy, która mogła nadejść lada chwila, ale tak właściwie mogła też przejść bokiem.
- Pozwól mi dokończyć tę sprawę po mojemu - zaczął, wyduszając to wreszcie, co w praktyce było zwykłym tempem odpowiedzi - ale Mercer nigdy nie słynęła z wyjątkowej cierpliwości i gdy tylko wypowiedział początek zdania, oczekiwała jego zakończenia w tym samym oddechu. - Jest parę tematów, które chciałem zamknąć nim wylecimy. Tematów niezwiązanych z pracą.
A jeśli nie były związane z odznakami, które nosili na co dzień, musiały być powiązane z Mimmo's. Z ciemnymi korytarzami, które na powrót wypełniły się ludźmi Carbone'a, jakby nic nie robiącymi sobie z nalotem, który miał miejsce parę tygodni wcześniej.
Z wszystkim tym, co również miał zostawić za sobą - każdymi otwartymi aktami, każdym poleceniem wydanym mu przez herszta stojącego na czele, trzymającego w dłoniach krótką smycz.
- Nie chcę, żebyś była w Toronto kiedy przekażę papiery na Morettiego - wyznał wreszcie, krótko, wiedząc, że musiała się tego domyślać między wierszami, ale tego typu prośba musiała wybrzmieć zdecydowanie i dosadnie. - Wierzę, że sobie poradzisz i nic ci się nie stanie. Ale to jedno jest pomiędzy mną, a nim. Nie chcę ryzykować.
Nawet gdyby ostatecznie zrobił dokładnie to, czego Carbone od niego oczekiwał, wiedział, że mafiozo był wkurwiony. Wyrażał swoją frustrację każdego dnia, ogólnymi pogróżkami i detalami z życia osób, których planował mieć w swojej garści byle tylko wymusić na nim posłuszeństwo.
- Daj mi pół dnia - dodał, prosząc, lecz w jego głosie pojawiło się coś nieugiętego, to samo, co zawsze wybrzmiewało w jej słowach gdy usiłowała postawić na swoim. - Wyjedź z miasta i zaczekaj na mnie. Na przykład w tamtym domu w lesie, w którym byliśmy w drodze do Rinaldiego.
Niczego nie zaplanował w detalu - nie dlatego, że jeszcze o tym nie myślał. Dlatego, że nie chciał zostawiać żadnych śladów, całość musiała być spontaniczna. Musiała dać mu wystarczająco dużo czasu by to zakończyć, trzymając ją przy tym bezpieczną.
Trzymając ją z dala od tego, czego nie zamierzała zaakceptować.
Trzymając ją z dala, bo gdy była tak blisko, jak teraz, jego umysł zasnuwała gęsta mgła, uniemożliwiając podejmowanie racjonalnych decyzji, których oboje potrzebowali w tym momencie najbardziej.

margo mercer

one more day

: śr cze 24, 2026 2:43 pm
autor: margo mercer
Tego obawiała się najbardziej. Jakby od samego początku przeczuwała, że prędzej czy później dotrą właśnie do tego momentu, w którym będzie próbował odsunąć ją od sprawy Ventresci, w którą zdążyła wsiąknąć całkowicie.
Wiedział przecież, że nie potrafiłaby odpuścić. Nie odpuszczała od pierwszego dnia, odkąd tylko dowiedziała się, że cokolwiek go z nimi łączyło. Właściwie postanowiła deptać im po piętach jeszcze wcześniej - tuż po tym, gdy okazało się, że śmierć cenionego w mieście informatyka nie była wyłącznie tragicznym finałem zakrapianej imprezy. Motorem napędowym stał się dla niej widok kobiety leżącej martwej w wannie. Kogoś, komu odebrano życie wyłącznie dlatego, że prawdopodobnie wiedziała więcej niż powinna.
Dlatego pierwszą reakcją było niedowierzanie. Naprawdę sądził, że kilkoma krótkimi zdaniami załatwi sprawę? Że posłusznie wsiądzie do samochodu, pojedzie do domku schowanego pośrodku niczego i będzie czekała na wiadomość od niego? Już teraz czuła, jak wszystkie emocje, które od kilku dni trzymała na wodzy, zaczynają przejmować kontrolę. Jak nerwy zaciskają swoje szpony coraz mocniej, zmuszając ją do ataku nim rozsądek zdąży dojść do głosu. - Chyba żartujesz - odsunęła się jeszcze bardziej, wypuszczając jego dłoń ze swojej. - Nie ma, kurwa, mowy, że dokądkolwiek wyjadę - pokręciła głową gwałtownie, niemal natychmiast odrzucając samą możliwość takiego rozwiązania.
Zeskoczyła z maski, czując potrzebę ruchu. Potrzebę zrobienia kilku kroków, zaczerpnięcia powietrza i nabrania dystansu, którego dramatycznie zaczynało jej brakować. Patrzyła na niego z nadzieją, że za chwilę się uśmiechnie, mówiąc iż to kolejny z jego kiepskich żartów, a on zamiast tego prosił, żeby ten jeden raz go posłuchała.
Mimo wszystko w niewielkim stopniu go rozumiała. Widziała błaganie, którego nigdy wcześniej nie próbował przed nią odsłaniać. Wiedziała, dlaczego to robił, bo nawet jeśli nigdy wcześniej nie powiedział tego wprost, zdawała sobie sprawę, że od chwili, gdy Carbone odkrył, co ich łączy, stała się kartą przetargową. Najwygodniejszą i najskuteczniejszą, tą, którą wykorzystywano przy każdej możliwej okazji. - Słyszysz, jak absurdalnie to brzmi? - skrzyżowała ręce na piersi, zatrzymując się przed maską samochodu i patrząc prosto na niego.
Już teraz czuła w sobie cały chaos emocji, a najgorszy z nich był strach napędzany niewiedzą. Nie potrafiła nawet wyobrazić sobie do jakich rozmiarów by urósł, gdyby miała znajdować się dziesiątki kilometrów od niego w chwili, gdy rozpocznie się najważniejsza bitwa całej tej wojny. - Byłeś na mnie wściekły, kiedy pojechaliśmy do Ottawy, Rhys - odezwała się ciszej, wciskając dłonie w kieszenie dresowych spodni po kilku głębokich oddechach, które miały przywrócić jej choć odrobinę spokoju. - Jak mam siedzieć tam zamknięta i czekać na informacje? Nie dam rady - odwróciła się do niego plecami i usiadła na brzegu maski. Nagle wschód słońca stracił znaczenie, jej miejsce straciło znaczenie. Ten poranek, droga tutaj i wszystkie próby ucieczki od rzeczywistości rozsypały się w jednej chwili.

Rhys Madden

one more day

: śr cze 24, 2026 4:03 pm
autor: Rhys Madden
Z jakiegoś powodu to n i g d y nie wyglądało inaczej.
Zawsze zaczynało się od zaprzeczenia, gwałtownego i pełnego pasji, do której wygenerowania inni ludzie potrzebowali paru sekund, a która w jej przypadku wymagała jednej iskry. Uniósł kubek w górę, na wszelki wypadek, gdy niemal rzuciła się w bok, z dala od jego dłoni, z której wyplątała swoje palce. Gdy zeskoczyła z maski samochodu, czując gwałtowną potrzebę wsadzenia między nimi dystansu.
Poniekąd on robił to samo - ale dystans, o którym myślał, sięgał znacznie dalej, znacznie głębiej w ich relację, choć przecież nie mogła tego wiedzieć.
Na swój sposób, jej reakcja była dla niego pomocna.
Sprawiła, że mógł z frustracją zsunąć się z maski samochodu idąc jej śladem, zejść na dół i zgnieść kubek, w którym prawdopodobnie zostało jeszcze kilka kropel zostawionej przez któreś kawy. Mógł skupić się na tym - tej złości, tym ogniu, zamiast myśleć o konsekwencjach tego, o co ją prosił.
O tym, co czekało na nich na końcu drogi, na którą wkroczył - a na którą teraz usiłował wciągnąć ją za sobą.
- Tak, byłem wściekły. I mimo tego siedziałem grzecznie w samochodzie czekając, aż to załatwisz - odparł natychmiast, świadom tego, że przykład, na który się powołała, jedynie wręczył mu ostrze do ręki.
Bo czy nie posłuchał jej wtedy, gdy poprosiła go o to samo?
- Chciałaś załatwić to sama i pomimo tego, jak nie podobał mi się ten pomysł, zdecydowałem się ci zaufać - wytknął jej, stojąc wciąż po drugiej stronie samochodu, pozwalając, by maska, na której siedzieli przed chwilą, dzieliła ich przestrzeń na dwoje. - Teraz chciałbym, żebyś zrobiła to samo.
Westchnął ciężko, unosząc dłoń do twarzy by przetrzeć z niej zmęczenie, które uleciało w stronę poranka wyłącznie na tę krótką chwilę, którą spędzili rozmawiając o innych rzeczach.
Nie o tym, co było faktycznie ważne.
Pochylił się, opierając dłonie o błyszczący lakier maski, którego żadne z nich nie zadrapało wspinaniem się na samochód - ku jego głębokiemu zdziwieniu. Magia porannego światła nie obejmowała tej atmosfery, która zakradła się między nich - nie unosiła ciężkiego powietrza, nagle dusznego choć słońce nie wydostało się jeszcze zza horyzontu.
- Nie chcesz być wolna? - ciche, zgaszone słowa wreszcie wydostały się z jego ust po chwili ciszy. - Jestem w stanie to zrobić. Zakończyć to - dodał, cedząc następne, chcąc, by ich impet wybrzmiał w przestrzeni pomiędzy nimi. - Ale nie mogę tego zrobić zastanawiając się nad tym, czy nic ci nie jest. Muszę wiedzieć, że jesteś bezpieczna. Z daleka od tego całego gówna.
W które wpakował ich o n.

margo mercer