ODPOWIEDZ
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nadchodząca niedziela nie dawała jej żyć. Nie pozwalała o sobie zapomnieć ani na moment, wdzierała się pomiędzy kolejne myśli, odbierała skupienie nawet przy najbardziej prozaicznych czynnościach i skutecznie spędzała sen z powiek. Strach, którego dotąd nie znała narastał z każdym dniem, choć robiła wszystko, by Rhys go nie dostrzegł.
Po raz pierwszy brakowało jej tej niezachwianej pewności, że wszystko skończy się dobrze; że jak zawsze wyjdą z tego obronną ręką. Nieważne ile razy próbowała przekonać samą siebie, że tak właśnie będzie, w jej głowie nieustannie pojawiało się jakieś ale.
Intuicja, która przez większość życia była jej sprzymierzeńcem, tym razem zdawała się szeptać coś zupełnie innego. Nakazywała jej złapać za rękę mężczyznę, którego kochała do szaleństwa i powstrzymać go przed tym, co zamierzał zrobić, jeśli chciała nadal mieć go przy sobie.
Z jednej strony wiedziała, że nie mieli innego wyjścia. Jeśli naprawdę chcieli odzyskać choć namiastkę spokoju, musieli zaryzykować. Z drugiej jednak ta bardziej impulsywna część jej natury, ta sama, która przez lata pakowała ją w kłopoty, podpowiadała coś zupełnie odwrotnego. Kazała już dziś wsadzić go do samochodu pod byle pretekstem i wywieźć jak najdalej stąd, nie tłumacząc niczego i nie oglądając się za siebie.
Im bliżej było do niedzieli, tym bardziej pragnęła rozciągać wspólny czas. Miała wrażenie, że godziny przeciekają jej przez palce, że każda kolejna doba kończy się zanim zdąży naprawdę się rozpocząć. Jeszcze przed chwilą zerkała na zegarek wskazujący północ, a teraz cyfry wyświetlały trzecią nad ranem.
Leżała obok śpiącego Rhysa i przyglądała mu się w ciszy, jak kiedyś robił to on. Chłonęła ten widok, próbując zapamiętać każdy detal. Serce ściskało jej się boleśnie, a ciężar zalegający w klatce piersiowej stawał się coraz trudniejszy do zignorowania.
Potrzebowała być jeszcze b l i ż e j. Wtulała się w jego bok, kiedy nieświadomie przyciągał ją do siebie przez sen. Układała w głowie kolejne scenariusze, każdy gorszy od poprzedniego. Kilkukrotnie miała ochotę go obudzić, tylko po to, by ukraść jeszcze kilka minut rozmowy, jeszcze jedną godzinę, jeszcze jedną wspólną chwilę.
Od pierwszego impulsu do działania minęło zaledwie kilka minut. Usiadła obok niego, już ubrana w ciepły dres i zdecydowanie za dużą bluzę, która należała do niego. Pochyliła się i obudziła go pocałunkiem. - Wstawaj - mruknęła cicho, gdy leniwie otworzył oczy, wyraźnie nie rozumiejąc, co się dzieje. - Mamy niecałe dwie godziny do wschodu słońca. Chcę go zobaczyć - podniosła się z łóżka i podeszła do szafy, wyciągając dla niego pierwsze lepsze ubrania.
Jeszcze zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, nim przyszło mu do głowy, by zaprotestować albo przyciągnąć ją z powrotem do siebie, zniknęła w salonie, a chwilę później po mieszkaniu rozniosło się głośne jebnięcie drzwiami wejściowymi.
Papieros tlił się pomiędzy jej palcami, gdy czekała na dole oparta o maskę chargera. W ciągu ostatnich dni sięgała po nie zdecydowanie częściej niż chciała sama przed sobą przyznać. Uśmiechnęła się na jego widok, podczas gdy on wyglądał tak, jak powinien wyglądać człowiek wyciągnięty z łóżka o trzeciej trzydzieści nad ranem. Co więcej, nie kazał jej czekać nawet w połowie tak długo, jak ona kazałaby czekać jemu.
Kiedy znalazł się wystarczająco blisko, przyciągnęła go do siebie i pocałowała bez słowa. Dopiero później wsunęła pomiędzy jego wargi na wpół wypalonego papierosa, jednocześnie podrzucając w dłoni kluczyki od samochodu. - Jutro wylatujemy do Meksyku. Być może nigdy tutaj nie wrócimy, więc sądzę, że to jest dzień, kiedy wreszcie powinieneś pozwolić mi prowadzić - nie czekając ani na zgodę, ani na sprzeciw, odepchnęła się od maski i ruszyła w stronę drzwi od strony kierowcy. Kilka sekund później siedziała już za kierownicą, uruchamiając silnik i obserwując jego minę z rosnącym rozbawieniem.
- Ostatni dzień w Toronto będzie naszym dniem pierwszych razów - gdy wreszcie zajął miejsce pasażera, wyglądając jeszcze bardziej nieszczęśliwie niż wtedy, gdy opuszczał mieszkanie, ona uśmiechnęła się szeroko i wcisnęła pedał gazu nie wrzuciwszy uprzednio biegu.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”