Tell me, where did we go so wrong?
: wt lip 07, 2026 3:27 pm
Wraz z zadanym przez nią pytaniem momentalnie poczuła, jak jej serce przyspiesza. Zdawała sobie sprawę z możliwych odpowiedzi, i że Sullivan częściowo już na jedną ją nakierował, ale i tak chciała usłyszeć to na głos. Chociaż raz, skoro tak szczerze ze sobą rozmawiali, zależało jej na pozbawieniu ich niedopowiedzeń i jako tako wyklarowaniu sytuacji. Znalazł ją na targowisku, ochronił przed pędzącym samochodem, zjawił się z dowodami w celu złożenia przed nią wyjaśnień i gotów był odpowiedzieć na każde postawione przez nią pytanie. Wcale nie musiał tego robić. Nie musiał czuć się zobowiązany do żadnej z rzeczy, które zrobił względem niej w ostatnim czasie. A mimo to na nowo naznaczył swoją obecność w jej życiu, sugerując w ten sposób, że nadal mu zależało. Choć część jej wciąż nie dowierzała, że miał w tym jeden, konkretny cel, to nie mogła dłużej okłamywać siebie, że kierował nim wyłącznie sentyment.
Bała się tej odpowiedzi. Przez te kilka sekund, kiedy mężczyzna przypatrywał się jej bez słowa, kontrolowała swój oddech, nie potrafiąc pozbyć się rosnącego gdzieś w środku niej napięcia. Jednocześnie była świadoma tego, że sama się o to prosiła. Dlatego nie odrywała od niego wzroku, starając się nie wybiegać myślami naprzód. I o ile próbowała zapanować nad swoją reakcją, tak na słowo narzeczona nieznacznie drgnęła jej powieka. Odetchnęła głębiej, kiedy nieznacznie zmniejszył między nimi przestrzeń, ale nie cofnęła się przed nim. Kiedyś mu ufała i wbrew temu, co podpowiadało jej złamane serce, część niej chciała wierzyć w jego niewinność i szczerość. Za tym przemawiał również fakt, że nigdy wcześniej jej nie zawiódł. Ani nie okłamał.
— Masz rację. Co się stało, to się nie odstanie - przytaknęła cicho na jego podsumowanie dotyczące przeszłości. Podobnie, jak on, Ade lubiła czuć kontrolę nad sytuacją. Owszem, bywała nierozsądna, ale to poczucie swobody ujawniało się głównie w błahych sprawach. Rzadko kiedy w tak poważnych jak związek czy kariera podejmowała decyzje bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Niestety, żniwo z tamtej jednej niefortunnej decyzji zbierała do dziś.
Jednocześnie pomiędzy tym wszystkim, o czym mówił Sully, rudowłosa zdawała sobie sprawę, że straconego zaufania nie dało się tak po prostu posklejać dowodami. Było to jedną z konsekwencji tego ogromnego nieporozumienia. Żaden powód nie był wystarczającym plastrem na ranę w postaci odejścia blondyna w chwili, w której potrzebowała go najbardziej.
— Ale Ty nigdy nie wybierałeś prostych dróg - kącik jej ust drgnął nieznacznie ku górze, kiedy jej myśli wybrzmiały na głos. Nowy start brzmiał obiecująco. Zwłaszcza, że zawsze wiele od Sullivana oczekiwano i zawsze brał na siebie cholernie dużo obowiązków, odpowiedzialności, problemów innych. Odznaczał się przy tym ogromnymi pokładami pewności siebie, które dawały wrażenie, że był ponad wszelkie przeciwności losu. Ale widywała go również w momentach, kiedy na jego twarzy rysowało się zmęczenie tym wszystkim. Tak, jak działo się to teraz pod wpływem wydarzeń sprzed ostatnich miesięcy. Bez względu na wciąż niejasną między nimi relację, współczuła mu.
Nie chcę życia bez Ciebie.
Wróciłem po Ciebie, Clem.
To wyznanie ją zelektryzowało. Wstrzymała oddech, przez chwilę patrząc na niego bez słowa z lekko rozchylonymi wargami, w głowie gorączkowo analizując to, co właśnie zawisło między nimi w powietrzu. Z jednej strony to było dokładnie to, co chciała usłyszeć jeszcze te dwa lata temu. Z drugiej strony, mimo rozwianych wątpliwości w kwestii zdrady jego powrót do jej życia wcale nie był taki prosty, jak mogłoby się wydawać. Sama nie miała jeszcze pewności, czy tego właśnie chciała ona. Opuściła na chwilę wzrok na splecione przed sobą dłonie.
— Mógłbyś mieć każdą. Mogłeś przez ten czas związać się z kimkolwiek - odparła, siląc się na neutralny ton. Mimo to czekał na nią. Częściowo było to godne podziwu, ale jednocześnie czy nie trochę naiwne? Z ciężkim westchnieniem opadła na oparcie fotela.
— Zmieniłam się. I Ty pewnie też - zauważyła po chwili milczenia, powracając do niego wzrokiem. Starała się słuchać głosu rozsądku, który tego wieczoru dobijał się do niej wyjątkowo głośno. — Nie masz żadnej gwarancji, że odzyskasz wszystko to, na czym Ci zależy. W tym momencie nawet nie jestem w stanie powiedzieć, czy to w ogóle możliwe — wzruszyła ramionami w bezradnym geście, bo choć nie nazwała tego wprost, tak chodziło jej przede wszystkim o nią samą. Stanowczo zbyt dużo wiadomości usłyszały dziś ściany tego mieszkania jak na jeden wieczór. — Nawet, jeśli odbudowałbyś moje zaufanie, co będzie cholernie trudne — uprzedziła zaraz uczciwie. Bo jaką ona miała gwarancję, że kiedy następnym razem zrobi się trudno, ponownie jej nie opuści? Zbyt często w jej życiu dochodziło do podobnych sytuacji i finalnie zostawała sama.
Sullivan Hartley
Bała się tej odpowiedzi. Przez te kilka sekund, kiedy mężczyzna przypatrywał się jej bez słowa, kontrolowała swój oddech, nie potrafiąc pozbyć się rosnącego gdzieś w środku niej napięcia. Jednocześnie była świadoma tego, że sama się o to prosiła. Dlatego nie odrywała od niego wzroku, starając się nie wybiegać myślami naprzód. I o ile próbowała zapanować nad swoją reakcją, tak na słowo narzeczona nieznacznie drgnęła jej powieka. Odetchnęła głębiej, kiedy nieznacznie zmniejszył między nimi przestrzeń, ale nie cofnęła się przed nim. Kiedyś mu ufała i wbrew temu, co podpowiadało jej złamane serce, część niej chciała wierzyć w jego niewinność i szczerość. Za tym przemawiał również fakt, że nigdy wcześniej jej nie zawiódł. Ani nie okłamał.
— Masz rację. Co się stało, to się nie odstanie - przytaknęła cicho na jego podsumowanie dotyczące przeszłości. Podobnie, jak on, Ade lubiła czuć kontrolę nad sytuacją. Owszem, bywała nierozsądna, ale to poczucie swobody ujawniało się głównie w błahych sprawach. Rzadko kiedy w tak poważnych jak związek czy kariera podejmowała decyzje bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Niestety, żniwo z tamtej jednej niefortunnej decyzji zbierała do dziś.
Jednocześnie pomiędzy tym wszystkim, o czym mówił Sully, rudowłosa zdawała sobie sprawę, że straconego zaufania nie dało się tak po prostu posklejać dowodami. Było to jedną z konsekwencji tego ogromnego nieporozumienia. Żaden powód nie był wystarczającym plastrem na ranę w postaci odejścia blondyna w chwili, w której potrzebowała go najbardziej.
— Ale Ty nigdy nie wybierałeś prostych dróg - kącik jej ust drgnął nieznacznie ku górze, kiedy jej myśli wybrzmiały na głos. Nowy start brzmiał obiecująco. Zwłaszcza, że zawsze wiele od Sullivana oczekiwano i zawsze brał na siebie cholernie dużo obowiązków, odpowiedzialności, problemów innych. Odznaczał się przy tym ogromnymi pokładami pewności siebie, które dawały wrażenie, że był ponad wszelkie przeciwności losu. Ale widywała go również w momentach, kiedy na jego twarzy rysowało się zmęczenie tym wszystkim. Tak, jak działo się to teraz pod wpływem wydarzeń sprzed ostatnich miesięcy. Bez względu na wciąż niejasną między nimi relację, współczuła mu.
Nie chcę życia bez Ciebie.
Wróciłem po Ciebie, Clem.
To wyznanie ją zelektryzowało. Wstrzymała oddech, przez chwilę patrząc na niego bez słowa z lekko rozchylonymi wargami, w głowie gorączkowo analizując to, co właśnie zawisło między nimi w powietrzu. Z jednej strony to było dokładnie to, co chciała usłyszeć jeszcze te dwa lata temu. Z drugiej strony, mimo rozwianych wątpliwości w kwestii zdrady jego powrót do jej życia wcale nie był taki prosty, jak mogłoby się wydawać. Sama nie miała jeszcze pewności, czy tego właśnie chciała ona. Opuściła na chwilę wzrok na splecione przed sobą dłonie.
— Mógłbyś mieć każdą. Mogłeś przez ten czas związać się z kimkolwiek - odparła, siląc się na neutralny ton. Mimo to czekał na nią. Częściowo było to godne podziwu, ale jednocześnie czy nie trochę naiwne? Z ciężkim westchnieniem opadła na oparcie fotela.
— Zmieniłam się. I Ty pewnie też - zauważyła po chwili milczenia, powracając do niego wzrokiem. Starała się słuchać głosu rozsądku, który tego wieczoru dobijał się do niej wyjątkowo głośno. — Nie masz żadnej gwarancji, że odzyskasz wszystko to, na czym Ci zależy. W tym momencie nawet nie jestem w stanie powiedzieć, czy to w ogóle możliwe — wzruszyła ramionami w bezradnym geście, bo choć nie nazwała tego wprost, tak chodziło jej przede wszystkim o nią samą. Stanowczo zbyt dużo wiadomości usłyszały dziś ściany tego mieszkania jak na jeden wieczór. — Nawet, jeśli odbudowałbyś moje zaufanie, co będzie cholernie trudne — uprzedziła zaraz uczciwie. Bo jaką ona miała gwarancję, że kiedy następnym razem zrobi się trudno, ponownie jej nie opuści? Zbyt często w jej życiu dochodziło do podobnych sytuacji i finalnie zostawała sama.
Sullivan Hartley