What happens in San Sebastian, doesn’t always stay there
: pn lip 27, 2026 1:21 pm
Louise także mogłaby się do tego chętnie przyzwyczaić. Może nie tylko do samego widoku jaki rozciągał się przed ich oczami, ale przede wszystkim do spokoju jaki ją tu ogarniał. Nie wiedziała jeszcze tylko czy to jedynie dlatego, że skupiała swój wzrok na oceanie, czy może to obecność Karriona działała tak kojąco.
Jeszcze kilka minut wcześniej była przecież wściekła i smutna. Mało tego! Gotowa była łapać powrotny lot do Toronto, przeklinając się w myślach za to, że zdążyła już rozpakować walizkę. W tamtej chwili jednak, na szczęście, już nic z tego nie zaprzątało jej głowy. Nie myślała już o powrocie, nie wpadała w furię, nie robiła żadnych porąbanych scen Stiflerowi, a nawet zapominała już o bardzo podejrzanych zagraniach Xaviera. Pozostawało jej tylko mieć nadzieję, że bokser nie miał jej za jakąś przesadnie znerwicowaną histeryczkę, która w dodatku miała dziwaczną obsesję na punkcie swojego męża. Jednak skoro do tej pory nie zrezygnował z jej pomocy i zamiast wystawić jej bagaż za drzwi, pokazał jej swoją sypialnię, to nie mogło być tak źle, prawda? Uspokoił ją, a nawet zdołał rozbawić tym całym schowkiem na miotły. Pewnie chciał rozluźnić jakoś atmosferę, po tym jak musiał zapewniać wielce niezadowoloną Louise o tym, że nie był z Beckettem w żadnej zmowie, którą oczywiście zdążyła sobie ubzdurać.
— Może lepiej nie podsuwaj mi takich pomysłów — mruknęła, lekko rozmarzona na jego ostrzeżenia jakoby miała od teraz rozpoczynać każdy dzień od kawy na balkonie wychodzącym z jego sypialni.
— Och, planujesz się tu przeprowadzić? No wiesz, w przyszłości… z panią Stifler? — podchwyciła zaciekawiona, a przy końcówce pytania, poruszyła sugestywnie brwiami, korzystając z tego, że akurat na nią patrzył.
Oboje, jeszcze przez chwilę, napawali się pięknym widokiem i przyjemną bryzą w zupełnej ciszy. No, prawie w zupełnej ciszy, bo zaraz pusty żołądek Lou, zaczął mocno dawać o sobie znać. Zdawać by się mogło, że jej towarzysz to usłyszał, bo wspaniałomyślnie zaproponował nagle, żeby poszli coś zjeść, na co pani architekt od razu chętnie przystała.
— Mężczyzna, który dotrzymuje obietnic. Myślałam że wszyscy już dawno wyginęli — stwierdziła z lekką drwiną w głosie, aczkolwiek w ogóle nie wymierzoną w jego stronę. Zaśmiała się nawet, gdy tylko wspomniał o architektonicznym entuzjazmie, bo rzeczywiście czasami zbytnie podekscytowanie nowym projektem wystarczyło, by potrafiła działać na pełnych obrotach, nie wspomagając się żadnym innym, normalniejszym “paliwem”, jak chociażby kofeina czy nawet jedzenie - zupełnie zapominała o tych, najbardziej podstawowych potrzebach. Nie odpowiedziała już, ale jej delikatny uśmieszek pod nosem mógł sugerować, że Karrion się wcale w tej kwestii nie mylił.
Zatrzymała się na moment w pokoju gościnnym, który aktualnie zajmowała, po to by zgarnąć małą torebkę z niezbędnymi rzeczami, bez których nigdzie się nie ruszała. Brakowało jedynie telefonu. Ten, Louise z premedytacją zostawiła na niskiej szafce przy łóżku. Niby dlatego, że miał prawie całkowicie rozładowaną baterię, ale tak naprawdę… chciała mieć po prostu spokój. W dodatku na pewno łatwiej będzie jej się skupić na rozmówcy, zostawiając ten niemiły rozpraszacz w domu.
Na miejsce dojechali w zaledwie kilka minut. Restauracja już z zewnątrz wyglądała obiecująco i Louise wcale nie dziwiło to, że było to jedno z ulubionych miejsc Karriona w San Sebastian. Podobny, jak ten widziany z jego rezydencji, widok robił wrażenie, z tą różnicą, że knajpa znajdowała się jeszcze bliżej oceanu. Beckett od razu zaczęła namawiać swojego towarzysza na to, by usiedli przy jednym ze stolików na tarasie. Cała sceneria, włączając w to pogodę, były tego dnia zbyt piękne, by z tego nie skorzystać.
— Z zamówieniem zdaję się na ciebie. Co polecasz? Oczywiście z wyjątkiem chorizo. Masz jakieś ulubione danie? — zagadnęła, gdy już zajęli miejsca i mieli przed sobą karty dań.
Karrion Stifler
Jeszcze kilka minut wcześniej była przecież wściekła i smutna. Mało tego! Gotowa była łapać powrotny lot do Toronto, przeklinając się w myślach za to, że zdążyła już rozpakować walizkę. W tamtej chwili jednak, na szczęście, już nic z tego nie zaprzątało jej głowy. Nie myślała już o powrocie, nie wpadała w furię, nie robiła żadnych porąbanych scen Stiflerowi, a nawet zapominała już o bardzo podejrzanych zagraniach Xaviera. Pozostawało jej tylko mieć nadzieję, że bokser nie miał jej za jakąś przesadnie znerwicowaną histeryczkę, która w dodatku miała dziwaczną obsesję na punkcie swojego męża. Jednak skoro do tej pory nie zrezygnował z jej pomocy i zamiast wystawić jej bagaż za drzwi, pokazał jej swoją sypialnię, to nie mogło być tak źle, prawda? Uspokoił ją, a nawet zdołał rozbawić tym całym schowkiem na miotły. Pewnie chciał rozluźnić jakoś atmosferę, po tym jak musiał zapewniać wielce niezadowoloną Louise o tym, że nie był z Beckettem w żadnej zmowie, którą oczywiście zdążyła sobie ubzdurać.
— Może lepiej nie podsuwaj mi takich pomysłów — mruknęła, lekko rozmarzona na jego ostrzeżenia jakoby miała od teraz rozpoczynać każdy dzień od kawy na balkonie wychodzącym z jego sypialni.
— Och, planujesz się tu przeprowadzić? No wiesz, w przyszłości… z panią Stifler? — podchwyciła zaciekawiona, a przy końcówce pytania, poruszyła sugestywnie brwiami, korzystając z tego, że akurat na nią patrzył.
Oboje, jeszcze przez chwilę, napawali się pięknym widokiem i przyjemną bryzą w zupełnej ciszy. No, prawie w zupełnej ciszy, bo zaraz pusty żołądek Lou, zaczął mocno dawać o sobie znać. Zdawać by się mogło, że jej towarzysz to usłyszał, bo wspaniałomyślnie zaproponował nagle, żeby poszli coś zjeść, na co pani architekt od razu chętnie przystała.
— Mężczyzna, który dotrzymuje obietnic. Myślałam że wszyscy już dawno wyginęli — stwierdziła z lekką drwiną w głosie, aczkolwiek w ogóle nie wymierzoną w jego stronę. Zaśmiała się nawet, gdy tylko wspomniał o architektonicznym entuzjazmie, bo rzeczywiście czasami zbytnie podekscytowanie nowym projektem wystarczyło, by potrafiła działać na pełnych obrotach, nie wspomagając się żadnym innym, normalniejszym “paliwem”, jak chociażby kofeina czy nawet jedzenie - zupełnie zapominała o tych, najbardziej podstawowych potrzebach. Nie odpowiedziała już, ale jej delikatny uśmieszek pod nosem mógł sugerować, że Karrion się wcale w tej kwestii nie mylił.
Zatrzymała się na moment w pokoju gościnnym, który aktualnie zajmowała, po to by zgarnąć małą torebkę z niezbędnymi rzeczami, bez których nigdzie się nie ruszała. Brakowało jedynie telefonu. Ten, Louise z premedytacją zostawiła na niskiej szafce przy łóżku. Niby dlatego, że miał prawie całkowicie rozładowaną baterię, ale tak naprawdę… chciała mieć po prostu spokój. W dodatku na pewno łatwiej będzie jej się skupić na rozmówcy, zostawiając ten niemiły rozpraszacz w domu.
Na miejsce dojechali w zaledwie kilka minut. Restauracja już z zewnątrz wyglądała obiecująco i Louise wcale nie dziwiło to, że było to jedno z ulubionych miejsc Karriona w San Sebastian. Podobny, jak ten widziany z jego rezydencji, widok robił wrażenie, z tą różnicą, że knajpa znajdowała się jeszcze bliżej oceanu. Beckett od razu zaczęła namawiać swojego towarzysza na to, by usiedli przy jednym ze stolików na tarasie. Cała sceneria, włączając w to pogodę, były tego dnia zbyt piękne, by z tego nie skorzystać.
— Z zamówieniem zdaję się na ciebie. Co polecasz? Oczywiście z wyjątkiem chorizo. Masz jakieś ulubione danie? — zagadnęła, gdy już zajęli miejsca i mieli przed sobą karty dań.
Karrion Stifler