Karrion uniósł lekko brew, kiedy spytała, co wolałby, żeby ludzie pomyśleli. Przez krótką chwilę odpowiedź pojawiła się w jego głowie z zadziwiającą łatwością - że jest jej mężem. Ta myśl pojawiła się tak naturalnie, że sam był nią przez moment zaskoczony. Na szczęście lata przed kamerami nauczyły go panować nad twarzą znacznie lepiej niż nad własnymi myślami. Dlatego zamiast powiedzieć to na głos, tylko uśmiechnął się niewinnie.
- Nie wiem - wzruszył ramionami.
- Może, że jestem bogatym sponsorem ambitnej architekt? Albo, że próbuję wyłudzić od niej darmowy projekt? - rzucił z pewnym rozbawieniem w głosie. Nie rozwijał jednak tematu, co było znacznie bezpieczniejsze, niż brnięcie w coś, co mogłoby udupić ich wyjazd już na samym początku.
Gdy podała mu rękę, pomógł jej wstać z leżaka i ruszył w stronę domu.
- Basen nie ucieknie - zapewnił.
- Możesz korzystać z niego kiedy chcesz, także w nocy - puścił do niej oczko, zachęcając ją wręcz do tego, by skorzystała z tej propozycji. W trakcie dnia basen był świetnym miejscem na orzeźwienie, ale dopiero nocą, kiedy zapalały się kolorowe światła, a woda dalej była podgrzewana, to miejsce zyskiwało nową siłę. Jedyną wadą takiego rozwiązania byłoby to, że wtedy nie zobaczy jej opalającej się na słońcu.
Kiedy wspomniała o siłowni, zachichotał pod nosem.
- Bardzo krzywdzący stereotyp - zauważył przechodząc przez korytarz. Minęli jedno pomieszczenie, potem kolejne, następnie zeszli krótkim bocznym przejściem prowadzącym do części gospodarczej. Louise mogła jeszcze nie wiedzieć, dokąd zmierzają. W pewnej chwili Karrion otworzył drzwi.
- Proszę - rzucił i odsunął się na bok z gestem godnym prezentowania najwspanialszych dzieł architektury świata. W środku znajdowało się kilka półek, mopy, miotły, odkurzacz, kartony detergentów, kilka zapasowych żarówek i różne inne tego typu, funkcjonalne przedmioty.
Stifler założył ręce na piersi.
- Oto ono - przez kilka sekund zachowywał absolutnie kamienną twarz.
- Moje ulubione pomieszczenie w całej rezydencji - mówił z powagą w głosie godną najbardziej wprawionego polityka.
- Spójrz tylko na tę organizację przestrzeni. Na funkcjonalność i ponadczasowy minimalizm - wskazał na stojącą w kącie miotłę.
- To prawdziwe serce tego domu - wytrzymał jeszcze może dwie sekundy i kiedy zerknął na nią, całkowicie się złamał. Jej mina była wręcz idealna do opisu tej sytuacji i dlatego też nie mógł się powstrzymać od śmiechu, który był coraz głośniejszy.
- Ty naprawdę przez chwilę uwierzyłaś - rzucił w przerwach między kolejnymi podśmiechujkami i musiał oprzeć się dłonią o framugę.
- Lou, błagam. Powiedz, że uwierzyłaś - śmiał się jeszcze przez moment, po czym zamknął schowek i wziął głębszy oddech, by opanować swoją głupawkę.
- Dobrze, ale już koniec znęcania się nad biedną panią architekt - rzekł spokojnie i ruszył dalej korytarzem.
- Chodź, tym razem już na serio - dodał i znów wyciągnął ku niej dłoń, chcąc poprowadzić ją korytarzem w kierunku prawidłowego pomieszczenia.
Kilka minut później weszli na piętro. Tam Karrion poprowadził ją do dużych, drewnianych drzwi znajdujących się na samym końcu korytarza. Otworzył je. Za nimi znajdowała się główna sypialnia. Pomieszczenie było ogromne. Centralne miejsce zajmowało wielkie łóżko, bardziej przypominające małą wyspę niż normalny mebel. Jasne ściany, wysokie okna i dużo naturalnego światła sprawiały, że wnętrze wydawało się jeszcze większe. Jednak nie łóżko było najważniejsze. Były bokser przeszedł przez pokój i otworzył szerokie przesuwne drzwi prowadzące na balkon. Był częściowo zadaszony i na tyle duży, że zmieściłby się na nim mały salon ogrodowy. Przed nimi rozciągał się widok na zatokę. Ocean ciągnął się aż po horyzont, a słońce powoli zaczynało schodzić niżej, barwiąc wodę złotem.
Przez chwilę Karrion nic nie mówił. Po prostu oparł dłonie o balustradę.
- To jest moje ulubione miejsce - rzucił spokojnie.
- Nie salon, nie basen, nie siłownia - spojrzał gdzieś daleko na wodę.
- Tutaj przychodzę zawsze, kiedy chcę pomyśleć albo po prostu pobyć sam - po chwili zerknął na Louise.
- Rano jest jeszcze lepiej. Wschód słońca wygląda tutaj lepiej niż gdziekolwiek indziej - stwierdził i nie mógł się mylić, bo miał dość spore porównanie, wszak przez całe życie mieszkał w wielu miejscach i niemal we wszystkich obserwował wschody i zachody słońca.
Lekki uśmiech wrócił na jego twarz.
- Dlatego właśnie kupiłem ten dom. Reszta była dodatkiem - oparł się wygodniej o balustradę.
- I zanim zapytasz... nie, nie zamierzam codziennie przyprowadzać cię tutaj o piątej rano, żeby oglądać wschody słońca - zawiesił głos na moment.
- Chociaż... - spojrzał na nią z pewną zawadiackością w oczach, chcąc wybadać jej reakcję. Byłoby to w pewien sposób romantyczne, a biorąc pod uwagę fakt, że Beckett była mężatką... nie powinna się zgodzić. Chyba, że dla niej wyjazd, to też pewien pretekst. Tylko dlaczego Karrion teraz o tym myślał, skoro dotąd nawet mu nie zasugerowała zainteresowania nim?
Louise Beckett