slow dancing in a burning room
: wt sie 11, 2026 8:43 pm
Przyjął jej ostrzeżenie – tę nagłą troskę – z chłopięcą wręcz niepokornością. Zacisnął palce na oparciu ponownie i uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby, gdy ból na powrót uderzył w zakończenia nerwowe. Było to nierozsądne, zapewne niedojrzałe, nie prowadziło do zupełnie niczego, a jednak trwał na fotelu, zesztywniały i ogarnięty nieprzyjemnym pulsowaniem mięśni, jakby właśnie tego chciał. Robił Joe na przekór, choć jego ciało miotało się i wyrywało, chcąc uciec przed bólem. Nie ucieknie. Może właśnie ten brak pokory i niemal lekceważące podejście do własnego zdrowia sprawiało, że Carlos wciąż żył? Ile razy znajdował się w gorszym stanie, ile razy był postrzelony, pocięty i szyty? Nigdy nie odpuszczał, hartując fizyczną powłokę. Nie pozwalał, by umysł sądził, że jest słabszy niż wcześniej. Grainier była pierwszym z jego medyków, który faktycznie starał się go pouczyć i zadbać o jego dobrostan. Wydawała się martwić – nawet jeśli ta czujność była wyuczona przez jej przyszły fach. Cassandra cały czas strofowała Carlosa, próbowała go uchronić przed (auto)destrukcją, ale to była zupełnie inna dynamika. Była jak jego córka, choć nie krążyła w nich ta sama krew. Chciała się nim opiekować, w pewnym stopniu pozwalał jej więc na to, tylko dlatego, że w ten sposób sam mógł czuwać nad nią. Joe nie była jednak rodziną. Nie była nawet prawowitym lekarzem. Była młoda i choć zapewne miała większą wiedzę na temat zachowań ludzkiego ciała niż Carlos, widziała znacznie mniej niż on. Mniej bólu i mniej złamanych kości. Czy powinien pozwolić jej na troskę i znów odpuścić, schować nonszalancję do kieszeni, tak jak mogłaby oczekiwać?
— Uważam. — Zmrużył oczy i napił się whisky. Przez moment wyglądał tak, jakby znów zamierzał przekornie zacisnąć mięśnie i powiedzieć, że to tylko ból. Rany w końcu się zagoją, nawet jeśli potrwa to dłużej. Dawna, miniona sprawność i tak nie powróci. Zbyt wiele próbowano zszyć i załatać, by nie odczuwał skutków tych napraw codziennie. — Nie musisz się martwić, Joe. To nie pierwszy raz, wiem na ile mogę sobie pozwolić. Wiem ile zniesie moje ciało. — Zapewnił ją, odszukując jej spojrzenie. W jego oczach nie było jednak wyzwania, a niepokorny uśmiech tańczący na ustach zniknął. Carlos – tym razem na przekór sobie – rozluźnił zaciśnięte palce, pozwalając ciału się rozluźnić. Przyjęło to z niemałą ulgą, zapadając się głębiej w fotel, a Salazar musiał powstrzymać się przed westchnięciem ulgi. To było przyjemne, poddać się na moment, ale równocześnie niezwykle niebezpieczne. Taki komfort to coś, do czego nie mógł się przyzwyczaić. Czujne oczy Joe obserwowały go w tamtym momencie, jej usta zaciśnięte w wąską linię, stanowczy wyraz twarzy; nie będzie pilnowała go wiecznie. W końcu zamienią się miejscami i znów będzie musiał wrócić do roli protektora. Siły, która nie może się wahać i nie może odpocząć. Nie będzie żadnego powodu, dla którego mógłby odpuścić, żadnej wymówki by zaniechać walki. Ona, choć na te kilka godzin, miała stanowić powód, dla którego nie ruszy się z mieszkania. Pozornie nie zepsuje i nie naprawi zupełnie nic.
— Nie musi się bać. Żadna z was. — Słowa te przechodziły przez gardło dużo prościej, gdy nie musiał na nią patrzeć. Wtedy, gdy zmierzał w kierunku kuchni i nalewał do szklanki kolejną porcję whisky. — Próbuję zrobić wszystko, by nikt nie musiał żyć w strachu. Ale nie zmienię tego jakim człowiekiem jestem i co robię. To nie jest coś, z czego po prostu da się wycofać. — Przechylił szkło i odchylił głowę, pozwalając alkoholowi spływać po gardle. Przymknął oczy i odetchnął, zbierając w sobie siły na kolejne słowa i powrót do salonu. — Musicie mi zaufać. Nie jestem Martinem. — Wspomnienie przyjaciela bolało, dużo bardziej niż rana po kuli. I przez moment znów chciał zacisnąć palce na blacie kuchennego stołu, naciągnąć mięśnie i rozerwać ledwo połączone tkanki. Poczuć coś, nad czym miał kontrolę. Nie zrobił tego. Joe nie mogła go zobaczyć, a jednak był pewien, że wiedziałaby wszystko, prześwietlając jego osobę tymi bystrymi oczyma, które wyłapywały każdy subtelny gest. Nalał więc whisky do dwóch szklanek i wrócił. Tym razem jednak nie usiadł w fotelu, czym zapewniłby sobie bezpieczny dystans i doskonałą pozycję do obserwowania Joe. Zajął miejsce obok dziewczyny, na kanapie, w niewielkiej odległości – wystarczającej, by ich ciała się nie dotykały, ale zbyt małej, by mówić o wolnej przestrzeni. Postawił przed nią szklankę z whisky, samemu ponownie łykając alkoholu. Oparł się wygodniej, odchylona głowa spoczęła na zagłówku. Obserwował sufit, po którym tańczyły światła miasta. Ciepłe barwy popołudnia zaczęły ustępować, robiąc miejsce dla wieczornych cieni.
— Inny sposób. — Powtórzył jej wcześniejsze słowa i uśmiechnął się słabo, z widoczną goryczą. Podobno zawsze da się znaleźć inne wyjście – tak mówiły wszelkie opowieści, naiwne bajki, które miały przywrócić wiarę w ludzką dobroć – wiedział jednak, że to tylko pobożne życzenie. Joe wydawała się jednak zdeterminowana, by pokazać mu, że się mylił. Obrócił głowę i spojrzał nią, leniwym i łagodnym spojrzeniem, jakby pogodził się z tym, że na chwilę musi odwiesić broń. Ustąpił jej już tyle razy, kolejny nie zrobi różnicy. — Co według ciebie powinienem zrobić? — Wypity alkohol powoli rozchodził się przyjemnym ciepłem po ciele. Głowa stała się lżejsza, a ból w ramieniu zamieniał się w tępe pulsowanie. Nawet fakt, że pytał Joe Grainier o radę, naprawdę rozważając jej wysłuchanie, wydawał się bardziej znośny. M o ż e dobrze się stało, że go powstrzymała, że siedział we własnym mieszkaniu ze szklanką whisky w dłoni, odrobinę mniej samotny i zły. M o ż e, wbrew pozorom, Joe stanowiła najlepszą część minionego dnia. Może łapał się na tej myśli, ale nie pozwalał sobie jej roztrząsać, zrzucając jej źródło na zmęczenie i alkoholowe majaki.
joe grainier
— Uważam. — Zmrużył oczy i napił się whisky. Przez moment wyglądał tak, jakby znów zamierzał przekornie zacisnąć mięśnie i powiedzieć, że to tylko ból. Rany w końcu się zagoją, nawet jeśli potrwa to dłużej. Dawna, miniona sprawność i tak nie powróci. Zbyt wiele próbowano zszyć i załatać, by nie odczuwał skutków tych napraw codziennie. — Nie musisz się martwić, Joe. To nie pierwszy raz, wiem na ile mogę sobie pozwolić. Wiem ile zniesie moje ciało. — Zapewnił ją, odszukując jej spojrzenie. W jego oczach nie było jednak wyzwania, a niepokorny uśmiech tańczący na ustach zniknął. Carlos – tym razem na przekór sobie – rozluźnił zaciśnięte palce, pozwalając ciału się rozluźnić. Przyjęło to z niemałą ulgą, zapadając się głębiej w fotel, a Salazar musiał powstrzymać się przed westchnięciem ulgi. To było przyjemne, poddać się na moment, ale równocześnie niezwykle niebezpieczne. Taki komfort to coś, do czego nie mógł się przyzwyczaić. Czujne oczy Joe obserwowały go w tamtym momencie, jej usta zaciśnięte w wąską linię, stanowczy wyraz twarzy; nie będzie pilnowała go wiecznie. W końcu zamienią się miejscami i znów będzie musiał wrócić do roli protektora. Siły, która nie może się wahać i nie może odpocząć. Nie będzie żadnego powodu, dla którego mógłby odpuścić, żadnej wymówki by zaniechać walki. Ona, choć na te kilka godzin, miała stanowić powód, dla którego nie ruszy się z mieszkania. Pozornie nie zepsuje i nie naprawi zupełnie nic.
— Nie musi się bać. Żadna z was. — Słowa te przechodziły przez gardło dużo prościej, gdy nie musiał na nią patrzeć. Wtedy, gdy zmierzał w kierunku kuchni i nalewał do szklanki kolejną porcję whisky. — Próbuję zrobić wszystko, by nikt nie musiał żyć w strachu. Ale nie zmienię tego jakim człowiekiem jestem i co robię. To nie jest coś, z czego po prostu da się wycofać. — Przechylił szkło i odchylił głowę, pozwalając alkoholowi spływać po gardle. Przymknął oczy i odetchnął, zbierając w sobie siły na kolejne słowa i powrót do salonu. — Musicie mi zaufać. Nie jestem Martinem. — Wspomnienie przyjaciela bolało, dużo bardziej niż rana po kuli. I przez moment znów chciał zacisnąć palce na blacie kuchennego stołu, naciągnąć mięśnie i rozerwać ledwo połączone tkanki. Poczuć coś, nad czym miał kontrolę. Nie zrobił tego. Joe nie mogła go zobaczyć, a jednak był pewien, że wiedziałaby wszystko, prześwietlając jego osobę tymi bystrymi oczyma, które wyłapywały każdy subtelny gest. Nalał więc whisky do dwóch szklanek i wrócił. Tym razem jednak nie usiadł w fotelu, czym zapewniłby sobie bezpieczny dystans i doskonałą pozycję do obserwowania Joe. Zajął miejsce obok dziewczyny, na kanapie, w niewielkiej odległości – wystarczającej, by ich ciała się nie dotykały, ale zbyt małej, by mówić o wolnej przestrzeni. Postawił przed nią szklankę z whisky, samemu ponownie łykając alkoholu. Oparł się wygodniej, odchylona głowa spoczęła na zagłówku. Obserwował sufit, po którym tańczyły światła miasta. Ciepłe barwy popołudnia zaczęły ustępować, robiąc miejsce dla wieczornych cieni.
— Inny sposób. — Powtórzył jej wcześniejsze słowa i uśmiechnął się słabo, z widoczną goryczą. Podobno zawsze da się znaleźć inne wyjście – tak mówiły wszelkie opowieści, naiwne bajki, które miały przywrócić wiarę w ludzką dobroć – wiedział jednak, że to tylko pobożne życzenie. Joe wydawała się jednak zdeterminowana, by pokazać mu, że się mylił. Obrócił głowę i spojrzał nią, leniwym i łagodnym spojrzeniem, jakby pogodził się z tym, że na chwilę musi odwiesić broń. Ustąpił jej już tyle razy, kolejny nie zrobi różnicy. — Co według ciebie powinienem zrobić? — Wypity alkohol powoli rozchodził się przyjemnym ciepłem po ciele. Głowa stała się lżejsza, a ból w ramieniu zamieniał się w tępe pulsowanie. Nawet fakt, że pytał Joe Grainier o radę, naprawdę rozważając jej wysłuchanie, wydawał się bardziej znośny. M o ż e dobrze się stało, że go powstrzymała, że siedział we własnym mieszkaniu ze szklanką whisky w dłoni, odrobinę mniej samotny i zły. M o ż e, wbrew pozorom, Joe stanowiła najlepszą część minionego dnia. Może łapał się na tej myśli, ale nie pozwalał sobie jej roztrząsać, zrzucając jej źródło na zmęczenie i alkoholowe majaki.
joe grainier