Carlos zdecydowanie nie posiadał dłoni biznesmena, choć przez ostatnie lata próbował nosić jego skórę. Gdyby przyjrzała się im jeszcze dokładniej, mogłaby zobaczyć, że serdeczny palec lewej dłoni zrósł się krzywo – pierwszy raz złamał go, gdy był dzieckiem. Za drugim razem łamał go ktoś inny. Wypukłości blizn, tych bardziej i mniej dostrzegalnych, znaczyły całą jego fizjonomię. Był mapą upadków i porażek, ale również świadectwem tego, że potrafił się z nich podnosić. Ludzie, którzy mieli sposobność oglądać jego ciało, niejednokrotnie pytali o pochodzenie szram, jakby sądzili, że w ten sposób mogliby lepiej zrozumieć Carlosa. Wodzili palcami po zgrubiałej skórze, jak po kartkach książki, próbując odczytać z nich historię. Nigdy nie odpowiadał. Nie było nic zaszczytnego w krwi i bólu, żadna opowieść warta wspomnienia.
Przypomniał żołnierza. Kogoś, kto nigdy nie przestawał walczyć, nawet wtedy, gdy front oddalał się o setki kilometrów. Wyczuł się elegancji, bo bez niej nie potrafiłby sprawnie prowadzić interesów, ale to nie sprawiało, że zniknęło napięcie. Płynność ruchów przerywana była mimowolnymi odruchami, które łatwo było przeoczyć, ale kiedy już rzuciły się w oczy, całkowicie rozpraszały obraz dystynkcji. Meksyk i tamte doświadczenia napiętnowały jego młodocianego ducha zbyt głęboko, by mógł ukształtować się na nowo, w człowieka, którym chciałby być. Ręce, które przez tyle lat trzymały broń, nie zapomną jej ciężaru. Oczywiście, Joe nie myliła się – dłonie te potrafiły być delikatne. Potrafiły budować i naprawiać. Potrafiły obejmować, gładzić i dotykać z czułością. Czy zmieniało to jednak cokolwiek, skoro później znów pokrywały się krwią?
Powinien czuć satysfakcję. Usłyszał w jej głosie uległość. Zawahała się, dostrzegając niebezpieczeństwo. Czemu więc to chwilowe zwycięstwo wydawało się tak gorzkie? Osaczył ją, przyparł do muru, jakby była kolejną ofiarą jego gierek. Nie była ofiarą. Nie rozumiała tego, ale robił to, bo próbował ją chronić. Uświadomić jej, że popełniła błąd, utrzymując z nim kontakt, nawet jeśli była to prośba Cassandry.
A może to on nie rozumiał?
Lufa przejechała po linii żeber. Serce uderzyło mocniej, gdy umysł powracał do przeszłości i tych wszystkich momentów, gdy znajdował się na celowniku. Zawsze wydawało mu się, że w takich chwilach patrzy w oczy Boga. Surowe i pełne gniewu, jakby próbowały osądzić jego duszę. Bał się tego spojrzenia, bo wiedział, że nie dostanie rozgrzeszenia. Jednak tym razem nie było strachu, nie było też Boga, tylko to niepoprawne uczucie ekscytacji, które narastało w ciele. Trwało jednak zbyt krótko, by mógł się nim
napawać zmartwić, bo Joe znów udowodniła, że kryła w sobie dużo więcej, niż Salazar kiedykolwiek przypuszczał.
Odwróciła broń w swoją stronę. Celowała w własną pierś, a on nadal obejmował jej dłonie. Chciałby pozostać niewzruszony, zachować charakterystyczny dla siebie zimny spokój, ale zdradziło go ciało. Odruch, który nie miał racji bytu, bo przecież doskonale zdawał sobie sprawę, że broń nie była naładowana. Życiu Grainer nie zagrażało zupełnie nic, ani wcześniej, ani w tamtym momencie, pistolet był tylko rekwizytem i metaforą. Sztuczką, którą wykorzystał, i na którą sam się nabrał, w chwilowym, niechcianym
afekcie. Być może kłamał, mówiąc jej, że nie kierowały nimi emocje. Zbliżył się, zaciskając palce mocniej na jej skórze. Twarz mogła pozostawać niewzruszona, ale nie mógłby jej oszukać, przecież doskonale poczuła to nagłe spięcie mięśni. Chciał ją powstrzymać - przed nieistniejącym zagrożeniem – odsłaniając własną słabość.
—
Ty ją masz. — Jego głos był równie cichy, jakby przyznanie jej racji kosztowało go zbyt wiele energii. Nie chodziło o niechęć względem szczerości; chodziło o to, że sytuacja, którą kontrolował, zaczęła się mu wymykać. —
W obu przypadkach. — Posunął palcami niżej, muskając jej nadgarstki. Wywarł niewielki nacisk, próbując zmusić ją do obniżenia broni. Czuł jej niespokojny puls pod opuszkami i mógłby przysiąc, że jego własny także przyspieszył. Niezależnie od tego czy w magazynku znajdowały się naboje i w kogo celowała lufa, to Joe Garinier miała władzę.
Nie potrafił rozwiązać napięcia, które wypełniło przestrzeń. Było nieznośnie i ciężkie, ale nie znajdował w sobie siły, by się z niego wymknąć. (
Może nie chciał się wymykać). Dopiero kolejne słowa dziewczyny zmieniły dynamikę chwili, wytrącając go z zawieszenia. Rozdarły rzeczywistość i uświadomiły Carlosowi, że nie posiadał już ani grama kontroli.
Nie wiedziała. Kurwa, oczywiście, że nie wiedziała. Cassandra kryła w sobie traumę przez lata, zakopując ją głęboko. Nie odsłoniła prawdy przed Joe, chociaż była jej tak bliska. Wspomnienia były zbyt bolesne i wstydliwe, by dzielić się nimi ze światem. To Salazar wyjawił tajemnicę, choć z pewnością nie miał do tego prawa. Popełnił błąd – kolejny, przy niej popełniał same błędy – i nie było już odwrotu. Wszystkie plany zemsty zeszły na drugi plan, bo w tamtym momencie liczyło się tylko to, do czego doprowadził. Realizacja powoli zaczęła spływać również na Joe. Kiedy jej powieki opadły, jego oczy rozwarły się szerzej, pełne niepokoju. Rozpływała się. Poczuł jak jej drobne ciało na moment wiotczeje, a broń wyślizguje się z uścisku. Nie próbował łapać pistoletu, jego dłonie powędrowały do jej przedramion, ale to nie wystarczało, by utrzymać ją w pionie. Objął więc jej talię, przyciągając kobiece ciało bliżej. Broń upadła na podłogę, metal zadudnił, ale zupełnie nie zwrócił na to uwagi, skupiając się tylko na Joe.
—
Powinienem się domyślić, ja… — wymamrotał cicho, nie będąc pewnym, co tak naprawdę powinien powiedzieć. Być może to pierwszy raz, gdy Carlos Salazar wydawał się zakłopotany. —
Nie mogłaś wiedzieć. — Powoli poruszył się, zmierzając w stronę sofy. Upewnił się, że Joe stawia kroki wraz z nim, nadal ją asekurując, gdyby miała się osunąć. Tym razem jego dłonie wydawały się delikatne. Nie były dłońmi mordercy. —
Usiądziesz. Przyniosę wody. W porządku? — Nie było w porządku. Nic nie było proste i jasne. I może żadne z nich tak naprawdę nie posiadało kontroli, niezależnie od tego jak bardzo o nią walczyli. Stracili ją wtedy, gdy Cassandra przywiozła wykrwawiającego się Salazara do domu Joe, prosząc ją o ratunek.
joe grainier