Strona 2 z 2

you are dead

: czw lip 16, 2026 11:52 am
autor: Shereen Winfield
Usłyszała Erica. Głośno, wyraźnie, dosadnie. Podnosząc na nią głos, dał po części upust swojej frustracji, kłębiącej się w jego wnętrzu jak stale zwiększająca swoją objętość kulka kurzu. Shereen także podniosła głos, lecz ostatecznie doszła do wniosku, że czasem tylko cisza ratowała sytuację. Podzieliła się swoimi obawami. Powiedziała Ericowi, dlaczego jest zła, wymieniła na palcach każdy z powodów jej złości i uznała, że więcej robić nie musi. Wystarczyło na nią spojrzeć, by zrozumieć, że była zła. Siedziała na stole z zaciętą miną i srogim spojrzeniem przewiercającym Erica. Gdyby byli bohaterami kreskówki, zauważyłby kłębiące się nad nią ciemne chmury, które początkowo groziły intensywną burzą. Z początku, bo im dłużej rozmawiali, im dłużej trwali w stanie tego emocjonalnego limbo, tym pokłady złości malały. Poruszała powoli nogą, jakby ten gest pełnił ważną funkcję w opanowywaniu napadów złości i liczyła w myślach do dziesięciu, próbując stłumić rwącego się do ucieczki, wściekłego cerbera pilnującego wejścia do Hadesu. Spuszczenie go z łańcucha i wpuszczenie między ludzi mogłoby wywołać falę przykrych sytuacji i decyzji, których nie podjęłaby normalnie. Stłuczenie butelek było tylko częścią jej buntu; choć i tak odniosła wrażenie, że zrobiła za mało, bo nie miała pewności czy za tydzień, lub dwa Eric nie popełni tego samego błędu. Wolałaby, żeby pomyślał, zanim zrobi cokolwiek, mimo tego, że z tyłu głowy miała świadomość, że ze Stonesem bywało po prostu różnie. Shereen była jednak cierpliwa i pokładała wiarę w Erica; prawdopodobnie większą niż niejedna osoba w jego towarzystwie. Gaszenie jego zapału, wątpliwości… Starała się ich nie mieć. Naprawdę wierzyła w swojego chłopaka i chciała go wspierać; słownie, albo byciem po prostu obok, gdy mierzył się z przerastającym go z jakiegoś powodu problemem.

Zamierzała dotrzymywać słowa za każdym razem.
Zostawać również, dopóki miała siłę i wiedziała, że jest o co walczyć.

Tamtej nocy nie zostawiła Erica z prostego powodu. Stęskniła się za nim, nie chciała zostawiać go samego i potrzebowała jego obecności. Czuła się przy nim bezpiecznie, a gdy położyli się do łóżka, zasnęła szybciej niż u siebie. Nie miała z tyłu głowy obawy przed czającym się pod oknem prześladowcą, a oddech Erica, który przenikał pasma jej włosów i jego ręce, gdy ją obejmował, zapewniły jej spokojny sen i poczucie bezpieczeństwa. Zawsze mogła na niego liczyć, zawsze jej pomógł, gdy go o to poprosiła… Miała do niego naturalną słabość. Spanie z nim było przyjemniejsze. Obecność, kojąca. Bliskość, obezwładniająca. Naprawdę chciała, żeby został z nią na dłużej, najlepiej na zawsze, choć zawsze to był szmat czasu. Niebezpieczny urok Erica tkwił w tym, że swoją empatią i wrażliwością potrafił roztopić każde serce — był cholernie urzekający w tym, jak się zachowywał. A Shereen wpadła w jego sidła i nie planowała się z nich uwalniać. Należała do tych odważnych ludzi, którzy nie bali się własnych uczuć i zamiast wybierać drogę ucieczki, wolała się z nimi mierzyć. Co złego mogło się stać? W najgorszym przypadku w pewnym momencie złamią sobie serca i to rozstanie będzie bolało dwa razy mocniej, w najlepszym, przetrwają każdą burzę i wzajemnie się uszczęśliwią. Na tym polegała miłość, prawda? Na tym emocjonalnym rollercoasterze, z którego nie da się zbyt szybko wydostać, bo zabezpieczenie jest na tyle mocne, że nie ulega tak łatwo awariom. I na niepewności. I obawie przed utratą drugiej osoby, bo życie bez niej wydawałoby się dziwnie… Puste. Ciche.

( Shereen nie była gotowa na ciszę.)


— Mogłam… Ale wiedziałam, co do ciebie czuję. Gdybym nie była tego pewna, nie bylibyśmy razem. Wciąż uważam, że jesteśmy przede wszystkim przyjaciółmi. Byłabym beznadziejną przyjaciółką, gdybym cię zwodziła — ceniła sobie relację z Erikiem. Niezależnie od tego, czy byli przyjaciółmi, czy tworzyli związek, czułaby się okropnie, gdyby dawała mu złudne nadzieje i wykorzystywała jego uczucia dla własnych korzyści. Nie była taka. Złośliwa, owszem. Wredna, być może, ale miała swój kodeks moralny i w relacjach przede wszystkim stawiała na szczerość.
Burzliwa relacja z Oliverem nauczyła ją przede wszystkim ostrożności i sumiennego oddzielania własnych uczuć od impulsu. Impulsem byłoby pójście do łóżka z Erikiem tylko, dlatego że podobał jej się fizycznie i chciałaby go przez chwilę mieć dla siebie. Rozstaliby się po zaspokojeniu cielesnych potrzeb, z — w przypadku Shereen — napompowanym ego, bo mogłaby się pochwalić, że zaliczyła przystojnego azjatę i ich relacja albo by się rozpadła, albo jakoś przetrwała. Ale oni zachowali się dojrzale. Shereen upewniła się w swoich uczuciach i to upewnienie nie było spowodowane tęsknotą, czy wracaniem myślami do Erica — choć to również miało na nią wpływ — lecz tym, że potrzeba sporo wysiłku, aby pokochać cechy, których się nie lubi. A jeśli się to uda, ten, którego kochasz, stanie się bliską ci osobą. Eric miał mnóstwo cech, które wzbudzały w Winfield irytację, ale przez tyle lat znajomości… Musiała je akceptować. Gdyby nie one, Eric byłby inną wersją siebie, obcą i nie wiedziała, czy mogłaby go wtedy pokochać.
Dużo bardziej niż areszt, uderzyła w nią lekkomyślność Erica. Gdyby nie znała całej sytuacji, wkurzyłaby się na niego, że spędził kilka godzin w areszcie, ale szczerze? Ten areszt przy Oliverze był bezpieczną opcją. Przymknięcie Erica na te kilka godzin, napawało ją ulgą. Martwiłaby się, gdyby policja nie zareagowała na czas, bo bałaby się, że jej były chłopak w przypływie wściekłości, wyrządzi krzywdę Ericowi. Nawet jeśli Stones potrafił się bić, bo trenował pod okiem Madoxa, tak w starciu z człowiekiem działającym w amoku nie miałby prawdopodobnie szans. Bo wtedy się nie myślało. Ulegało się nagłemu zrywowi wściekłości i atakowało pierwszy cel, który z jakiegoś powodu zaczynał przeszkadzać. A Eric był idealnym celem dla wściekłego narcyza, bo odebrał mu ulubioną zabawkę.
Westchnęła ciężko, wypuszczając spomiędzy palców nadgarstek Erica.
Odwzajemniła jego pocałunek, wsuwając dłoń między kosmyki połyskujących głęboką czernią włosów.
Nie chciała dotykać jego twarzy z oczywistego powodu; dotyk mógł być dla niego bolesny. Zwłaszcza że uraz był świeży.
— Jestem z siebie dumna, oczywiście. Ktoś musi cię w końcu ogarnąć. Jesteś dorosły i tak samo lekkomyślny, jak w wieku szesnastu lat — zrugała go cicho, gdy przerwał, by wyszeptać w nie podziękowania. — Narobisz sobie w ten sposób problemów.
To było oczywiste. Świat nie był bezpieczny. Ludzie nie byli przyjaźnie nastawieni, a ci sfrustrowani byli nieprzewidywalni. Zerknęła zza ramienia Erica na podłogę, przygryzając lekko wewnętrzną stronę policzka. Wygodnie jej się siedziało i rozmawiało, ale… Należało tutaj posprzątać, bo woń alkoholu była nie do zniesienia. — Przepuść mnie, musimy tutaj posprzątać. — klepnęła go po ramieniu, sugerując, że powinien się przesunąć. Jego dłonie oparte na stole tuż obok Shereen nieco jej przeszkadzały — w pewnym sensie była w potrzasku, a nie chciała kombinować ani przemykać pod jego ramionami. Cierpliwie czekała, aż sam ją wypuści — albo i nie.


A fallen angel in the dark
Never thought you'd fall so far
Fallen angel, close your eyes



I won't let you fall tonight

you are dead

: pt lip 24, 2026 1:06 am
autor: Eric Stones
Ta panująca cisza, była dla Erica szokiem. Nie przypuszczał, że wkradnie się między nich po wykrzyczeniu tego, co im leżało na sercach. Przypuszczał, że ich krzyki będą trwały dłużej, ale jak aktorzy powinni wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, tak też należało wiedzieć, kiedy powiedzieć pass i po prostu nie kontynuować bezsensownej dyskusji lub kłótni, która mogła prowadzić do nieprzyjemności. Bo złość była jak wiatr dla ognia - z każdą kolejną chwilą podsycała płomienie, aż te wymykały się spod kontroli i pochłaniały wszystko, co stanęło na ich drodze. A żeby naprawić szkody spowodowane pożarem, - zazwyczaj - potrzeba było czasu. Ot tak nic się samo nie naprawiało. Samo też nic się nie sprzątało. Ericowi całkowicie wystarczyło, że miał kuchnię do posprzątania - nie chciał niczego więcej. Szczególnie nie chciał sprzątać swojego serca, bo w nim znajdowała się Shereen. Gdyby ktoś wyjął mu serce i wsadził do skrzyni, on oddałby tę skrzynię Shereen. Oddając jej serce, oddawał jej siebie samego w całości. Tworzyli jedność niczym dwie połówki jabłka oraz dwa kawałki pasujących do siebie puzzli. Każde z nich przechodziło przez życie niosąc różne bagaże doświadczeń, lecz Stones wiedział i zrozumiał jedno
Jej naprawdę na nim zależało.


Gdyby było inaczej, poranek nie wyglądałby tak, jak wyglądał.
Nie przyszłaby do jego mieszkania.
Nie rozbiła butelek.
Nie zachowywałaby się w taki sposób.

Dlatego choć był na siebie wkurwiony i na początku na Sher, tak po wyznaniu zrozumiał, dlaczego to zrobiła. Było to brutalne posunięcie, owszem, ale każda decyzja miała swoje konsekwencje i nie dało się cofnąć czasu, aby sprawdzić, co by przyniosło wybranie innej ścieżki.
Eric nie chciał iść ani za Shereen, ani przed nią. Chciał iść obok niej, ramię w ramię.

Idąc samemu, istniało większe prawdopodobieństwo zaliczenia gleby lub zgubienia się. Idąc we dwójkę, nawet jeśli doszłoby do upadku, jedno pomogłoby drugiemu wstać lub leżeli by na ziemi razem.
Eric mógł przy Shereen leżeć nawet i cały dzień, absolutnie by mu to nie przeszkadzało.
Lubił głaskać ją po włosach i miziać po skórze.
Lubił czuć ją obok siebie, gdy zasypiał i budził się.
Lubił smakować jej ust przed zaśnięciem i po przebudzeniu.
Była jego kołysanką przed snem, i światłem, które rozjaśniało każdy jego dzień.
Uwielbiał, kiedy przeczesywała jego włosy, patrzyła mu prosto w oczy z czułością i kiedy wypowiadała miękko jego imię, powodując automatycznie podniesienie kącików ust.
On w ogóle uśmiechał się przy niej częściej niż normalnie.
Była jego S Z C Z Ę Ś C I E M.


- Fakt.. wodzenie kogoś za nos, by potem odesłać z kwitkiem, należy do… dość słabych zachowań. Ale powiem Ci… że właśnie spełniło się coś, o czym marzyłem… z siedem? Nie… osiem lat temu…- powiedział, przypominając sobie, jak kiedyś przed zaśnięciem patrzył w ścianę, będąc już w stanie zauroczenia, wypowiedział w myślach do samego siebie: Chciałbym, by Sher zobaczyła kiedyś we mnie kogoś więcej niż tylko przyjaciela… Cóż, nie mówił jej o tym marzeniu z jednej bardzo prostej przyczyny - tej samej przez którą nie wspominał o wysłanych kwiatach - bo zwyczajnie uważał, że NIE musiała o tym wiedzieć. Nie była jej ta wiedza do niczego wtedy potrzebna, a poza tym bał się jej REAKCJI oraz tego, czy nie spowoduje tym rozpadu ich przyjaźni, bo zgadzał się, że nadal byli PRZYJACIÓŁMI. Przyjaźń była fundamentem, na którym powstał ICH związek. Był to - zdaniem Erica - naprawdę WAŻNY fundament, bo nie znali się od wczoraj. Nie musieli się uczyć siebie od nowa - uczyli się jedynie swoich ciał, bo choć widzieli siebie w bieliznach, to nigdy nie doszło między nimi do takich zbliżeń, które pozwalały dokładnie przejechać dłonią wzdłuż klatki piersiowej, zahaczając o pewne, wrażliwe punkty. To było trochę niczym otwarciem świątecznego Mikołaja z czekolady, wiadomo było co jest w środku, lecz często figurka nie posiadała aż tylu szczegółów, jakie dostrzegano na opakowaniu. A Eric BARDZO lubił słodycze. Wszelkiego rodzaju.
Tak czy inaczej, gdyby faktycznie z nim tylko pogrywała, pewnie usłyszałby coś w stylu Ej bo wiesz co, to co między nami było, nie było na poważnie. Zapomnij o tym. Już wystarczyło, że był zghostowany przez kogoś, z kim myślał, że połączy go coś więcej. Nie potrzebował powtórki z rozrywki, szczególnie jeśli chodziło o kogoś, do kogo czuł coś PRAWDZIWEGO.
Nie chciał, aby puszczała jego nadgarstek.
Zamruczał cicho, kiedy odwzajemniła pocałunek.
- Trzymam za Ciebie kciuki. - odparł, podnosząc zaciśniętą dłoń tak, by pokazać, że NAPRAWDĘ wierzył w umiejętności Sher polegające na tym, by udało jej się go ogarnąć. Przewrócił oczami, kiedy usłyszał zruganie oraz o sprawieniu samemu sobie problemów.
- Może nie narobię. - dodał od siebie, jakby nie był do końca pewien, czy faktycznie za rogiem mogły czaić się jakieś problemy. Uniósł brew, gdy usłyszał rozkaz, tzn. aby pozwolić Sher opuścić blat, lecz nim to zrobił, przeniósł dłonie na talię Sherci.
- Chwila… - wyszeptał, złączając po chwili swoje usta z ustami Sher w pocałunku, a w pewnym momencie, zszedł na szyję dziewczyny. Odsunął się - choć bardzo nie chciał. Chciał jeszcze położyć głowę na udach Sher, ale ostatecznie pozwolił jej wstać z blatu. Poszedł po mopa, dwa wiaderka, rękawice gumowe i szmatki. Rękawiczki dał swojej dziewczynie, ponieważ wolał uniknąć kolejnej sytuacji z okaleczeniem. Już wystarczyło, że miała ranę pod kolanem.
Włączył muzykę ze swojej playlisty z telefonu, a następnie odłożył telefon na szafkę i zaczął zbierać szkło oraz wrzucać do jednej z wiaderek.
- Wiem, że masz rękawiczki, ale proszę, uważaj na siebie. To szkło jest… ajś… - syknął nagle, czując, że właśnie… rozciął sobie zewnętrzną część ręki. Westchnął, widząc spływającą po jego dłoni krew. Oczywiście szybkim krokiem podszedł do miejsca, gdzie odłożył plastry po akcji opatrywania Sher.


love of my life

you are dead

: pn lip 27, 2026 5:33 pm
autor: Shereen Winfield
Mogli przekrzykiwać się dalej i próbować wpłynąć na siebie wzajemnie korzystając z narzędzia złości. Miałoby to sens. Shereen prawdopodobnie znalazłaby kolejne luki w słowach Erica, do których mogłaby się bezpośrednio odnieść, bo mogły wpłynąć na jej odczucia. Wyładowała złość na butelkach. Uważała je za główny problem, bo cała sytuacja nie miałaby miejsca, gdyby Eric nie wypił zbyt dużo. Naturalnie źródłem problemu był alkohol, którego chciała pozbyć się w pierwszej kolejności. W przeciągu jednej nocy i poranka przeszła przez wszystkie możliwe etapy załamania. Poczucie bezradności, strach, obawa… Przytłaczające wspomnienia, poczucie bycia zranioną, ostatecznie złość i rozładowanie napięcia poprzez płacz. Dopóki nie zaczęła spotykać się z Erikiem, uważała się za kogoś, kto potrafi kontrolować wszystko dookoła. Świat zewnętrzny i ten wewnętrzny, własne emocje. Stones wielokrotnie udowodnił jej, że przy jego lekkomyślności, pomysłowości i spontaniczności, jej zorganizowanie nie zawsze miało prawo bytu. Dopełniali się pod tym względem.
W nocy udowodnił jej, że potrafił ściągnąć z niej wszystkie bariery, którymi odgradzała się od świata. Do tej pory widniały na niej głównie drobne pęknięcia, zarysowania. Dzisiaj ta bariera rozpadła się na kawałki. I nie wzniosła na nowo — przebywanie w pobliżu Erica jej to uniemożliwiało. Stones miał mnóstwo urzekających cech, jedną z nich była rozczulająca opiekuńczość, jako drugą wymieniłaby wrażliwość, trzecią lojalność — w przyjaźni i związku. Znalazłaby ich więcej w tym oceanie cech, ale w tym przypadku należało skupić się na jednej, tej ograniczającej możliwości Shereen. Działał impulsywnie. Wystarczył jeden mniej odpowiedzialny pomysł i po bezproblemowej osobie zostawał popiół — powstawał natomiast chaos, który w mniejszym lub większym stopniu, wpływał na Shereen. I musiała nauczyć się w nim żyć. Musiała również nauczyć się żyć z Erikiem; zwłaszcza że traktowała ich związek poważnie. Czekała na nią jeszcze niejedna lekcja w przyszłości, podważenie podjętych przez siebie decyzji i zwątpienie w ich słuszność i była na to gotowa. Wchodząc w związek z Litwinem, wiedziała, na co się pisze. Podjęła świadomie tę decyzję i nie oczekiwała zmian od Erica. Określiła swoje oczekiwania względem niego, chciała, by wziął pod uwagę to, że już nie był z niczym sam. Dziesiątego maja podjęli się nowej gry i od tamtej pory konsekwencje podjętych decyzji przestały spoczywać na barkach jednej osoby — dzieliły się na dwie.
Wolała tę ciszę, która nastała po burzy, nawet jeśli nie była na nią gotowa. Było niezręcznie, powietrze przeciążone, ale przestali na siebie krzyczeć. To była chwila na złapanie oddechu. Zrozumienie swoich emocji, uświadomienie, że ta złość wzięła się z troski. Silne emocje brały się z silnych uczuć. Miłość i nienawiść były najsilniejsze i to przez nie podejmowało się najgłupsze decyzje, których konsekwencje ważyły na przyszłości. Ile razy słyszało się o zabójstwie, bo kochało się za mocno? Ile razy mówiono o krzywdzie wyrządzonej drugiej osobie z wściekłości? Przykładów takich zdarzeń było wiele i codziennie na kartach historii zapisywały się następne.


Kiedy uczucia przybierają zbyt wielką siłę
człowiek przestaje panować nie tylko nad nimi
ale i nad samym sobą.


Marzenie, o którym wspomniał Eric wprawiło Shereen w stan konsternacji. I szczerego zaskoczenia. Musiała wrócić pamięcią do czasów, gdy miała zaledwie szesnaście lat. Eric miał wtedy siedemnaście. Zaczynała wtedy szkołę średnią, on natomiast był w drugiej klasie. Dlaczego akurat wtedy? Rozchyliła lekko usta, szykując się do zadania tego prostego pytania, ale nim to zrobiła, pomyślała jeszcze przez chwilę. Kiedy to się stało?
Pamiętała, jak witała się z Erikiem przed szkołą. Zawsze, gdy widziała go na horyzoncie, podbiegała i rzucała mu się na szyję, żeby go przytulić. Za każdym razem obejmował ją tak samo mocno, tak samo długo. Czuła się szczęśliwa, gdy widywali się pod szkołą, bo z jakiegoś powodu w tygodniu nie mieli, kiedy się spotkać. Takie samo szczęście czuła wtedy, gdy przesiadywała u jego boku, pokazując głupie memy. Trybuny szkolne były świetną miejscówką do grupowych, koleżeńskich spotkań. Lubiła, gdy dołączali do nich znajomi; jej koleżanki, czy Erica koledzy z drużyny, ale najbardziej komfortowo czuła się wtedy, gdy spędzali przerwy we dwójkę. Dzielili się swoimi doświadczeniami z zajęć, narzekali wspólnie na naukę, Shereen nieraz opowiadała o dramach koleżanek. Uśmiechała się przy nim najszerzej, bo nikt inny nie potrafił wzbudzić w niej takich odczuć. Zawsze zachowywał się wobec niej tak samo.

(chyba, że akurat byli skłóceni.)


Wtedy potrafili ignorować się przez pół dnia, czasem nawet cały. Był pewien etap, w którym ich kontakty nieco się oziębiły. Wciąż ze sobą rozmawiali, ale odniosła wtedy wrażenie, że Eric próbował trzymać ją na dystans. Przytulał ją, owszem, lecz trwało dużo krócej. Nie mogła nacieszyć się jego bliskością, miała na to zbyt mało czasu. Pomyślała wtedy, że z kimś się spotyka, a tej osobie nie spodobały się jego bliskie relacje z Shereen — również byłaby zazdrosna. Z drugiej strony nie chciałaby stracić przyjaciela przez drugą osobę.
Urzekł ją jego słowa, oczarowały i cieszyła się, że jej o tym powiedział, ale wciąż…
— Naprawdę, osiem? Ale jak to… Nigdy nic nie mówiłeś. W sumie to nawet nie wiedziałam, że ci się podobam — przemknęła dłonią po paśmie włosów, chwytając je między palce w geście zmieszania. Uważała się za domyślną, najwidoczniej za mało. Zsunęła spojrzenie z oczu Erica, zatrzymując je na wysokości wgłębienia między obojczykiem a szyją. Czuła się minimalnie zawstydzona, choć przebywała w tym mieszkaniu wiele razy. Wielokrotnie dzieliła przestrzeń z Erikiem, była przyzwyczajona do jego szczerości, ale… Zaskoczył ją. Czuła się tak, jakby była tutaj pierwszy raz, nie jako dorosła kobieta, lecz nastolatka, której uczucia wyznawał chłopak, za którym mimowolnie wodziła wzrokiem po szkolnym korytarzu. Rzadko się wstydziła, ale Eric potrafił wywołać w niej wachlarz tak różnych, przeciwstawnych emocji, że nie potrafiła za nimi nadążyć. Wyznanie Erica ją ucieszyło. Ukoiło jakąś rozchwianą część duszy Shereen i ożywiło ją na nowo, ale postawiło przed nią kilka pytań.

Jak Eric czuł się przez osiem lat, wiedząc, że Shereen przez długi czas nie odwzajemniała jego uczuć?

Jak wiele razy musiał tłumić w sobie to uczucie?

Ile razy patrzył na nią i udawał, że wszystko jest w porządku?

Ile razy wracał do domu z przekonaniem, że nigdy nie będzie dla niej kimś więcej?


Jak wyglądałaby ich relacja, gdyby Eric wyznał jej swoje uczucia? Odrzuciłaby go? Zgodziłaby się, żeby sprawdzić, jak poradzą sobie w związku? Raczej nie byliby ze sobą zbyt długo. Pierwsze, nastoletnie związki rzadko trwały dłużej niż rok czy dwa lata. Zbyt lekkomyślne podejście do życia i związków, niestabilność i skłonności do tworzenia dramatycznych sytuacji nie byłyby im przychylne. Shereen była zbyt uparta, by liczyć się czyimkolwiek zdaniem i zbyt zuchwała, by zgadzać się na kompromisy. W przyjaźni było inaczej. Nie musieli podejmować wspólnych decyzji, a jeśli jedno chciało iść na imprezę, drugie mogło zostać w domu, bez nadmiernego wtrącania się w życie i decyzje drugiego. Potrzebowała czasu, żeby spokornieć, kilku upadków i zadrapań, żeby zrozumieć, że samodzielność nie zawsze popłacała, a fundamentem bliższych relacji była szczerość i ugodowość.

Potrzebowała czasu, by dopuścić do siebie myśl, że to właśnie Ericowi udało się zdobyć jej serce i wypełnić je tym ciepłym uczuciem, którego chciała doświadczyć, gdy miała mniej niż szesnaście lat. Zapach ubrań Erica towarzyszył Shereen odkąd pamiętała, choć zaczęła zwracać na niego uwagę dużo później. Kojarzyła go z bezpieczeństwem i spokojem. Przytulając Erica, tonęła w tym spokoju i obawiała się momentu, w którym znajdzie kogoś, kto będzie przytulał go dużo częściej niż ona. Bała się końca tej relacji i samotności. Miała innych przyjaciół, ale nie miała nikogo na tyle bliskiego, kto mógłby zająć miejsce Stonesa.



Kochała Erica od lat.

Po prostu zbyt późno zrozumiała, że ta miłość przestała być wyłącznie przyjaźnią.




Teraz Eric był dla niej. Zapach jego perfum miał już nie kojarzyć się wyłącznie z chwilami, które przypadkiem udało im się spędzić razem. Miał stać się częścią jej codzienności, tak samo, jak jego obecność. Przestała przejmować się przyszłością bez Erica, bo nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby nadejść. Mimo złości nie brała tego scenariusza pod uwagę.
Nie chciała zsuwać się z blatu, chciała, by był jeszcze bliżej. Żeby jej świat zwęził się do tego jednego punktu, jakim była jego obecność. Mógł stać przed nią, między jej kolanami przez najbliższe trzydzieści minut i obdarzać ją przyjemnym, miękkim tonem, zapewniając, że była dla niego ważna.
Siedziałaby i słuchała.
Delektowałaby się jego słowami, głębią ściszonego tonu i reagowała rozbawieniem na każde kolejne przewrócenie oczami, gdy zostałby przez nią zrugany. Naprawdę chciała, ale wiedziała, że narobiła bałaganu. Czy wierzyła w swoje umiejętności? Cóż, nie była pewna, czy miała aż taki dar przekonywania. Eric miał dwadzieścia pięć lat i nawyki, które utrwalał przez całe dorosłe życie. Ich zmiana mogła zająć równie długo, zwłaszcza jeśli okazałby się uparty. Nie wierzyła aż tak w swoje kompetencje. Poza tym nie zamierzała go zmieniać, nie dla niej — chciała, żeby zrobił to przede wszystkim dla siebie.
— Jesteś pewien…? — pewien tego, że nie narobi sobie problemów? Czy pewien kolejnej skradzionej chwili, którą mieli spędzić tylko we dwoje?
Pocałunku, który zatrzymywał ją w miejscu, jakby był jakąś niewidzialną siłą? Wstrzymała oddech, gdy musnął ustami jej szyję. Palce zacisnęły się mocniej na materiale jego koszulki, zanim w ogóle zdała sobie z tego sprawę. Przymknęła przez chwilę oczy, dużo łatwiej było jej się skupić na cieple jego ust błądzących po jej skórze, niż na tym, co działo się dookoła. Zanim się odsunął, przyciągnęła go do siebie mocniej. Zupełnie niepotrzebnie. Wiedziała przecież, że nie zamierzał odejść. Mimo to jakaś część niej wciąż bała się, że jeśli go puści, ta chwila skończy się zbyt szybko.


Po bliskości Erica została pusta przestrzeń.
I zapach alkoholu, który dotarł do niej na nowo, gdy jej zmysły wróciły do normy.




Przyjęła od niego rękawiczki, posyłając mu wdzięczne spojrzenie i zsunęła się z blatu. Skrzywiła się, widząc czubki butów zamoczonych w alkoholu i z głębokim westchnięciem przykucnęła, związując włosy jeszcze włosy, zanim zaczęła zbierać odłamki szkła i wrzucać je do wiaderka. Poczuła się zażenowana swoim zachowaniem. Chciała przeprosić Erica za swoje zachowanie, lecz próbowała zdusić tę potrzebę w zarodku — uważała swoją złość za słuszną reakcję. Nie chciała przepraszać za szczerość. Przemknęła znużonym spojrzeniem po kałuży na podłodze, starając się stłumić nudności, które czuła, gdy pochylała się nad rozlanym alkoholem. Ten zapach ją drażnił. Sprawiał, że marszczyła nos i musiała odwracać głowę w przeciwnym kierunku, bo było go zbyt dużo — a co miał powiedzieć Eric, który męczył się z kacem? Zerkała na niego kątem oka, jakby sprawdzała jego samopoczucie. Był bledszy niż zwykle. Co naturalnie dało się wyjaśnić niewyspaniem i nadmiarem alkoholu. Zapuszczona przez niego playlista przypadła do gustu Shereen, niektóre piosenki nawet znała i nuciła je sobie pod nosem.
Uniosła kciuk, dając tym gestem Ericowi do zrozumienia, że była ostrożna.
— Nie boję się szkła. Widziałam, że masz sporo pla… — uniosła wzrok na Erica, gdy usłyszała syknięcie. Po ilości spływającej krwi po zewnętrznej stronie jego dłoni nietrudno było wyciągnąć wnioski; upomniał ją, ale sam był nieostrożny i rozciął sobie rękę. Westchnęła, zsuwając rękawiczki z dłoni i rzuciła je na stół, idąc za Erikiem. Zatrzymała się za jego plecami, wyglądając zza nich w taki sposób, by mieć lepszy widok na skaleczenie. Ściągnęła brwi, wsuwając dłonie do tylnych kieszeni dresów bruneta.
— Może ci pomogę? zapytała, nie do końca pewna, czy poradzi sobie sam.


my love