Strona 2 z 2

you are dead

: czw lip 16, 2026 11:52 am
autor: Shereen Winfield
Usłyszała Erica. Głośno, wyraźnie, dosadnie. Podnosząc na nią głos, dał po części upust swojej frustracji, kłębiącej się w jego wnętrzu jak stale zwiększająca swoją objętość kulka kurzu. Shereen także podniosła głos, lecz ostatecznie doszła do wniosku, że czasem tylko cisza ratowała sytuację. Podzieliła się swoimi obawami. Powiedziała Ericowi, dlaczego jest zła, wymieniła na palcach każdy z powodów jej złości i uznała, że więcej robić nie musi. Wystarczyło na nią spojrzeć, by zrozumieć, że była zła. Siedziała na stole z zaciętą miną i srogim spojrzeniem przewiercającym Erica. Gdyby byli bohaterami kreskówki, zauważyłby kłębiące się nad nią ciemne chmury, które początkowo groziły intensywną burzą. Z początku, bo im dłużej rozmawiali, im dłużej trwali w stanie tego emocjonalnego limbo, tym pokłady złości malały. Poruszała powoli nogą, jakby ten gest pełnił ważną funkcję w opanowywaniu napadów złości i liczyła w myślach do dziesięciu, próbując stłumić rwącego się do ucieczki, wściekłego cerbera pilnującego wejścia do Hadesu. Spuszczenie go z łańcucha i wpuszczenie między ludzi mogłoby wywołać falę przykrych sytuacji i decyzji, których nie podjęłaby normalnie. Stłuczenie butelek było tylko częścią jej buntu; choć i tak odniosła wrażenie, że zrobiła za mało, bo nie miała pewności czy za tydzień, lub dwa Eric nie popełni tego samego błędu. Wolałaby, żeby pomyślał, zanim zrobi cokolwiek, mimo tego, że z tyłu głowy miała świadomość, że ze Stonesem bywało po prostu różnie. Shereen była jednak cierpliwa i pokładała wiarę w Erica; prawdopodobnie większą niż niejedna osoba w jego towarzystwie. Gaszenie jego zapału, wątpliwości… Starała się ich nie mieć. Naprawdę wierzyła w swojego chłopaka i chciała go wspierać; słownie, albo byciem po prostu obok, gdy mierzył się z przerastającym go z jakiegoś powodu problemem.

Zamierzała dotrzymywać słowa za każdym razem.
Zostawać również, dopóki miała siłę i wiedziała, że jest o co walczyć.

Tamtej nocy nie zostawiła Erica z prostego powodu. Stęskniła się za nim, nie chciała zostawiać go samego i potrzebowała jego obecności. Czuła się przy nim bezpiecznie, a gdy położyli się do łóżka, zasnęła szybciej niż u siebie. Nie miała z tyłu głowy obawy przed czającym się pod oknem prześladowcą, a oddech Erica, który przenikał pasma jej włosów i jego ręce, gdy ją obejmował, zapewniły jej spokojny sen i poczucie bezpieczeństwa. Zawsze mogła na niego liczyć, zawsze jej pomógł, gdy go o to poprosiła… Miała do niego naturalną słabość. Spanie z nim było przyjemniejsze. Obecność, kojąca. Bliskość, obezwładniająca. Naprawdę chciała, żeby został z nią na dłużej, najlepiej na zawsze, choć zawsze to był szmat czasu. Niebezpieczny urok Erica tkwił w tym, że swoją empatią i wrażliwością potrafił roztopić każde serce — był cholernie urzekający w tym, jak się zachowywał. A Shereen wpadła w jego sidła i nie planowała się z nich uwalniać. Należała do tych odważnych ludzi, którzy nie bali się własnych uczuć i zamiast wybierać drogę ucieczki, wolała się z nimi mierzyć. Co złego mogło się stać? W najgorszym przypadku w pewnym momencie złamią sobie serca i to rozstanie będzie bolało dwa razy mocniej, w najlepszym, przetrwają każdą burzę i wzajemnie się uszczęśliwią. Na tym polegała miłość, prawda? Na tym emocjonalnym rollercoasterze, z którego nie da się zbyt szybko wydostać, bo zabezpieczenie jest na tyle mocne, że nie ulega tak łatwo awariom. I na niepewności. I obawie przed utratą drugiej osoby, bo życie bez niej wydawałoby się dziwnie… Puste. Ciche.

( Shereen nie była gotowa na ciszę.)


— Mogłam… Ale wiedziałam, co do ciebie czuję. Gdybym nie była tego pewna, nie bylibyśmy razem. Wciąż uważam, że jesteśmy przede wszystkim przyjaciółmi. Byłabym beznadziejną przyjaciółką, gdybym cię zwodziła — ceniła sobie relację z Erikiem. Niezależnie od tego, czy byli przyjaciółmi, czy tworzyli związek, czułaby się okropnie, gdyby dawała mu złudne nadzieje i wykorzystywała jego uczucia dla własnych korzyści. Nie była taka. Złośliwa, owszem. Wredna, być może, ale miała swój kodeks moralny i w relacjach przede wszystkim stawiała na szczerość.
Burzliwa relacja z Oliverem nauczyła ją przede wszystkim ostrożności i sumiennego oddzielania własnych uczuć od impulsu. Impulsem byłoby pójście do łóżka z Erikiem tylko, dlatego że podobał jej się fizycznie i chciałaby go przez chwilę mieć dla siebie. Rozstaliby się po zaspokojeniu cielesnych potrzeb, z — w przypadku Shereen — napompowanym ego, bo mogłaby się pochwalić, że zaliczyła przystojnego azjatę i ich relacja albo by się rozpadła, albo jakoś przetrwała. Ale oni zachowali się dojrzale. Shereen upewniła się w swoich uczuciach i to upewnienie nie było spowodowane tęsknotą, czy wracaniem myślami do Erica — choć to również miało na nią wpływ — lecz tym, że potrzeba sporo wysiłku, aby pokochać cechy, których się nie lubi. A jeśli się to uda, ten, którego kochasz, stanie się bliską ci osobą. Eric miał mnóstwo cech, które wzbudzały w Winfield irytację, ale przez tyle lat znajomości… Musiała je akceptować. Gdyby nie one, Eric byłby inną wersją siebie, obcą i nie wiedziała, czy mogłaby go wtedy pokochać.
Dużo bardziej niż areszt, uderzyła w nią lekkomyślność Erica. Gdyby nie znała całej sytuacji, wkurzyłaby się na niego, że spędził kilka godzin w areszcie, ale szczerze? Ten areszt przy Oliverze był bezpieczną opcją. Przymknięcie Erica na te kilka godzin, napawało ją ulgą. Martwiłaby się, gdyby policja nie zareagowała na czas, bo bałaby się, że jej były chłopak w przypływie wściekłości, wyrządzi krzywdę Ericowi. Nawet jeśli Stones potrafił się bić, bo trenował pod okiem Madoxa, tak w starciu z człowiekiem działającym w amoku nie miałby prawdopodobnie szans. Bo wtedy się nie myślało. Ulegało się nagłemu zrywowi wściekłości i atakowało pierwszy cel, który z jakiegoś powodu zaczynał przeszkadzać. A Eric był idealnym celem dla wściekłego narcyza, bo odebrał mu ulubioną zabawkę.
Westchnęła ciężko, wypuszczając spomiędzy palców nadgarstek Erica.
Odwzajemniła jego pocałunek, wsuwając dłoń między kosmyki połyskujących głęboką czernią włosów.
Nie chciała dotykać jego twarzy z oczywistego powodu; dotyk mógł być dla niego bolesny. Zwłaszcza że uraz był świeży.
— Jestem z siebie dumna, oczywiście. Ktoś musi cię w końcu ogarnąć. Jesteś dorosły i tak samo lekkomyślny, jak w wieku szesnastu lat — zrugała go cicho, gdy przerwał, by wyszeptać w nie podziękowania. — Narobisz sobie w ten sposób problemów.
To było oczywiste. Świat nie był bezpieczny. Ludzie nie byli przyjaźnie nastawieni, a ci sfrustrowani byli nieprzewidywalni. Zerknęła zza ramienia Erica na podłogę, przygryzając lekko wewnętrzną stronę policzka. Wygodnie jej się siedziało i rozmawiało, ale… Należało tutaj posprzątać, bo woń alkoholu była nie do zniesienia. — Przepuść mnie, musimy tutaj posprzątać. — klepnęła go po ramieniu, sugerując, że powinien się przesunąć. Jego dłonie oparte na stole tuż obok Shereen nieco jej przeszkadzały — w pewnym sensie była w potrzasku, a nie chciała kombinować ani przemykać pod jego ramionami. Cierpliwie czekała, aż sam ją wypuści — albo i nie.


A fallen angel in the dark
Never thought you'd fall so far
Fallen angel, close your eyes



I won't let you fall tonight

you are dead

: pt lip 24, 2026 1:06 am
autor: Eric Stones
Ta panująca cisza, była dla Erica szokiem. Nie przypuszczał, że wkradnie się między nich po wykrzyczeniu tego, co im leżało na sercach. Przypuszczał, że ich krzyki będą trwały dłużej, ale jak aktorzy powinni wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, tak też należało wiedzieć, kiedy powiedzieć pass i po prostu nie kontynuować bezsensownej dyskusji lub kłótni, która mogła prowadzić do nieprzyjemności. Bo złość była jak wiatr dla ognia - z każdą kolejną chwilą podsycała płomienie, aż te wymykały się spod kontroli i pochłaniały wszystko, co stanęło na ich drodze. A żeby naprawić szkody spowodowane pożarem, - zazwyczaj - potrzeba było czasu. Ot tak nic się samo nie naprawiało. Samo też nic się nie sprzątało. Ericowi całkowicie wystarczyło, że miał kuchnię do posprzątania - nie chciał niczego więcej. Szczególnie nie chciał sprzątać swojego serca, bo w nim znajdowała się Shereen. Gdyby ktoś wyjął mu serce i wsadził do skrzyni, on oddałby tę skrzynię Shereen. Oddając jej serce, oddawał jej siebie samego w całości. Tworzyli jedność niczym dwie połówki jabłka oraz dwa kawałki pasujących do siebie puzzli. Każde z nich przechodziło przez życie niosąc różne bagaże doświadczeń, lecz Stones wiedział i zrozumiał jedno
Jej naprawdę na nim zależało.


Gdyby było inaczej, poranek nie wyglądałby tak, jak wyglądał.
Nie przyszłaby do jego mieszkania.
Nie rozbiła butelek.
Nie zachowywałaby się w taki sposób.

Dlatego choć był na siebie wkurwiony i na początku na Sher, tak po wyznaniu zrozumiał, dlaczego to zrobiła. Było to brutalne posunięcie, owszem, ale każda decyzja miała swoje konsekwencje i nie dało się cofnąć czasu, aby sprawdzić, co by przyniosło wybranie innej ścieżki.
Eric nie chciał iść ani za Shereen, ani przed nią. Chciał iść obok niej, ramię w ramię.

Idąc samemu, istniało większe prawdopodobieństwo zaliczenia gleby lub zgubienia się. Idąc we dwójkę, nawet jeśli doszłoby do upadku, jedno pomogłoby drugiemu wstać lub leżeli by na ziemi razem.
Eric mógł przy Shereen leżeć nawet i cały dzień, absolutnie by mu to nie przeszkadzało.
Lubił głaskać ją po włosach i miziać po skórze.
Lubił czuć ją obok siebie, gdy zasypiał i budził się.
Lubił smakować jej ust przed zaśnięciem i po przebudzeniu.
Była jego kołysanką przed snem, i światłem, które rozjaśniało każdy jego dzień.
Uwielbiał, kiedy przeczesywała jego włosy, patrzyła mu prosto w oczy z czułością i kiedy wypowiadała miękko jego imię, powodując automatycznie podniesienie kącików ust.
On w ogóle uśmiechał się przy niej częściej niż normalnie.
Była jego S Z C Z Ę Ś C I E M.


- Fakt.. wodzenie kogoś za nos, by potem odesłać z kwitkiem, należy do… dość słabych zachowań. Ale powiem Ci… że właśnie spełniło się coś, o czym marzyłem… z siedem? Nie… osiem lat temu…- powiedział, przypominając sobie, jak kiedyś przed zaśnięciem patrzył w ścianę, będąc już w stanie zauroczenia, wypowiedział w myślach do samego siebie: Chciałbym, by Sher zobaczyła kiedyś we mnie kogoś więcej niż tylko przyjaciela… Cóż, nie mówił jej o tym marzeniu z jednej bardzo prostej przyczyny - tej samej przez którą nie wspominał o wysłanych kwiatach - bo zwyczajnie uważał, że NIE musiała o tym wiedzieć. Nie była jej ta wiedza do niczego wtedy potrzebna, a poza tym bał się jej REAKCJI oraz tego, czy nie spowoduje tym rozpadu ich przyjaźni, bo zgadzał się, że nadal byli PRZYJACIÓŁMI. Przyjaźń była fundamentem, na którym powstał ICH związek. Był to - zdaniem Erica - naprawdę WAŻNY fundament, bo nie znali się od wczoraj. Nie musieli się uczyć siebie od nowa - uczyli się jedynie swoich ciał, bo choć widzieli siebie w bieliznach, to nigdy nie doszło między nimi do takich zbliżeń, które pozwalały dokładnie przejechać dłonią wzdłuż klatki piersiowej, zahaczając o pewne, wrażliwe punkty. To było trochę niczym otwarciem świątecznego Mikołaja z czekolady, wiadomo było co jest w środku, lecz często figurka nie posiadała aż tylu szczegółów, jakie dostrzegano na opakowaniu. A Eric BARDZO lubił słodycze. Wszelkiego rodzaju.
Tak czy inaczej, gdyby faktycznie z nim tylko pogrywała, pewnie usłyszałby coś w stylu Ej bo wiesz co, to co między nami było, nie było na poważnie. Zapomnij o tym. Już wystarczyło, że był zghostowany przez kogoś, z kim myślał, że połączy go coś więcej. Nie potrzebował powtórki z rozrywki, szczególnie jeśli chodziło o kogoś, do kogo czuł coś PRAWDZIWEGO.
Nie chciał, aby puszczała jego nadgarstek.
Zamruczał cicho, kiedy odwzajemniła pocałunek.
- Trzymam za Ciebie kciuki. - odparł, podnosząc zaciśniętą dłoń tak, by pokazać, że NAPRAWDĘ wierzył w umiejętności Sher polegające na tym, by udało jej się go ogarnąć. Przewrócił oczami, kiedy usłyszał zruganie oraz o sprawieniu samemu sobie problemów.
- Może nie narobię. - dodał od siebie, jakby nie był do końca pewien, czy faktycznie za rogiem mogły czaić się jakieś problemy. Uniósł brew, gdy usłyszał rozkaz, tzn. aby pozwolić Sher opuścić blat, lecz nim to zrobił, przeniósł dłonie na talię Sherci.
- Chwila… - wyszeptał, złączając po chwili swoje usta z ustami Sher w pocałunku, a w pewnym momencie, zszedł na szyję dziewczyny. Odsunął się - choć bardzo nie chciał. Chciał jeszcze położyć głowę na udach Sher, ale ostatecznie pozwolił jej wstać z blatu. Poszedł po mopa, dwa wiaderka, rękawice gumowe i szmatki. Rękawiczki dał swojej dziewczynie, ponieważ wolał uniknąć kolejnej sytuacji z okaleczeniem. Już wystarczyło, że miała ranę pod kolanem.
Włączył muzykę ze swojej playlisty z telefonu, a następnie odłożył telefon na szafkę i zaczął zbierać szkło oraz wrzucać do jednej z wiaderek.
- Wiem, że masz rękawiczki, ale proszę, uważaj na siebie. To szkło jest… ajś… - syknął nagle, czując, że właśnie… rozciął sobie zewnętrzną część ręki. Westchnął, widząc spływającą po jego dłoni krew. Oczywiście szybkim krokiem podszedł do miejsca, gdzie odłożył plastry po akcji opatrywania Sher.


love of my life

you are dead

: pn lip 27, 2026 5:33 pm
autor: Shereen Winfield
Mogli przekrzykiwać się dalej i próbować wpłynąć na siebie wzajemnie korzystając z narzędzia złości. Miałoby to sens. Shereen prawdopodobnie znalazłaby kolejne luki w słowach Erica, do których mogłaby się bezpośrednio odnieść, bo mogły wpłynąć na jej odczucia. Wyładowała złość na butelkach. Uważała je za główny problem, bo cała sytuacja nie miałaby miejsca, gdyby Eric nie wypił zbyt dużo. Naturalnie źródłem problemu był alkohol, którego chciała pozbyć się w pierwszej kolejności. W przeciągu jednej nocy i poranka przeszła przez wszystkie możliwe etapy załamania. Poczucie bezradności, strach, obawa… Przytłaczające wspomnienia, poczucie bycia zranioną, ostatecznie złość i rozładowanie napięcia poprzez płacz. Dopóki nie zaczęła spotykać się z Erikiem, uważała się za kogoś, kto potrafi kontrolować wszystko dookoła. Świat zewnętrzny i ten wewnętrzny, własne emocje. Stones wielokrotnie udowodnił jej, że przy jego lekkomyślności, pomysłowości i spontaniczności, jej zorganizowanie nie zawsze miało prawo bytu. Dopełniali się pod tym względem.
W nocy udowodnił jej, że potrafił ściągnąć z niej wszystkie bariery, którymi odgradzała się od świata. Do tej pory widniały na niej głównie drobne pęknięcia, zarysowania. Dzisiaj ta bariera rozpadła się na kawałki. I nie wzniosła na nowo — przebywanie w pobliżu Erica jej to uniemożliwiało. Stones miał mnóstwo urzekających cech, jedną z nich była rozczulająca opiekuńczość, jako drugą wymieniłaby wrażliwość, trzecią lojalność — w przyjaźni i związku. Znalazłaby ich więcej w tym oceanie cech, ale w tym przypadku należało skupić się na jednej, tej ograniczającej możliwości Shereen. Działał impulsywnie. Wystarczył jeden mniej odpowiedzialny pomysł i po bezproblemowej osobie zostawał popiół — powstawał natomiast chaos, który w mniejszym lub większym stopniu, wpływał na Shereen. I musiała nauczyć się w nim żyć. Musiała również nauczyć się żyć z Erikiem; zwłaszcza że traktowała ich związek poważnie. Czekała na nią jeszcze niejedna lekcja w przyszłości, podważenie podjętych przez siebie decyzji i zwątpienie w ich słuszność i była na to gotowa. Wchodząc w związek z Litwinem, wiedziała, na co się pisze. Podjęła świadomie tę decyzję i nie oczekiwała zmian od Erica. Określiła swoje oczekiwania względem niego, chciała, by wziął pod uwagę to, że już nie był z niczym sam. Dziesiątego maja podjęli się nowej gry i od tamtej pory konsekwencje podjętych decyzji przestały spoczywać na barkach jednej osoby — dzieliły się na dwie.
Wolała tę ciszę, która nastała po burzy, nawet jeśli nie była na nią gotowa. Było niezręcznie, powietrze przeciążone, ale przestali na siebie krzyczeć. To była chwila na złapanie oddechu. Zrozumienie swoich emocji, uświadomienie, że ta złość wzięła się z troski. Silne emocje brały się z silnych uczuć. Miłość i nienawiść były najsilniejsze i to przez nie podejmowało się najgłupsze decyzje, których konsekwencje ważyły na przyszłości. Ile razy słyszało się o zabójstwie, bo kochało się za mocno? Ile razy mówiono o krzywdzie wyrządzonej drugiej osobie z wściekłości? Przykładów takich zdarzeń było wiele i codziennie na kartach historii zapisywały się następne.


Kiedy uczucia przybierają zbyt wielką siłę
człowiek przestaje panować nie tylko nad nimi
ale i nad samym sobą.


Marzenie, o którym wspomniał Eric wprawiło Shereen w stan konsternacji. I szczerego zaskoczenia. Musiała wrócić pamięcią do czasów, gdy miała zaledwie szesnaście lat. Eric miał wtedy siedemnaście. Zaczynała wtedy szkołę średnią, on natomiast był w drugiej klasie. Dlaczego akurat wtedy? Rozchyliła lekko usta, szykując się do zadania tego prostego pytania, ale nim to zrobiła, pomyślała jeszcze przez chwilę. Kiedy to się stało?
Pamiętała, jak witała się z Erikiem przed szkołą. Zawsze, gdy widziała go na horyzoncie, podbiegała i rzucała mu się na szyję, żeby go przytulić. Za każdym razem obejmował ją tak samo mocno, tak samo długo. Czuła się szczęśliwa, gdy widywali się pod szkołą, bo z jakiegoś powodu w tygodniu nie mieli, kiedy się spotkać. Takie samo szczęście czuła wtedy, gdy przesiadywała u jego boku, pokazując głupie memy. Trybuny szkolne były świetną miejscówką do grupowych, koleżeńskich spotkań. Lubiła, gdy dołączali do nich znajomi; jej koleżanki, czy Erica koledzy z drużyny, ale najbardziej komfortowo czuła się wtedy, gdy spędzali przerwy we dwójkę. Dzielili się swoimi doświadczeniami z zajęć, narzekali wspólnie na naukę, Shereen nieraz opowiadała o dramach koleżanek. Uśmiechała się przy nim najszerzej, bo nikt inny nie potrafił wzbudzić w niej takich odczuć. Zawsze zachowywał się wobec niej tak samo.

(chyba, że akurat byli skłóceni.)


Wtedy potrafili ignorować się przez pół dnia, czasem nawet cały. Był pewien etap, w którym ich kontakty nieco się oziębiły. Wciąż ze sobą rozmawiali, ale odniosła wtedy wrażenie, że Eric próbował trzymać ją na dystans. Przytulał ją, owszem, lecz trwało dużo krócej. Nie mogła nacieszyć się jego bliskością, miała na to zbyt mało czasu. Pomyślała wtedy, że z kimś się spotyka, a tej osobie nie spodobały się jego bliskie relacje z Shereen — również byłaby zazdrosna. Z drugiej strony nie chciałaby stracić przyjaciela przez drugą osobę.
Urzekł ją jego słowa, oczarowały i cieszyła się, że jej o tym powiedział, ale wciąż…
— Naprawdę, osiem? Ale jak to… Nigdy nic nie mówiłeś. W sumie to nawet nie wiedziałam, że ci się podobam — przemknęła dłonią po paśmie włosów, chwytając je między palce w geście zmieszania. Uważała się za domyślną, najwidoczniej za mało. Zsunęła spojrzenie z oczu Erica, zatrzymując je na wysokości wgłębienia między obojczykiem a szyją. Czuła się minimalnie zawstydzona, choć przebywała w tym mieszkaniu wiele razy. Wielokrotnie dzieliła przestrzeń z Erikiem, była przyzwyczajona do jego szczerości, ale… Zaskoczył ją. Czuła się tak, jakby była tutaj pierwszy raz, nie jako dorosła kobieta, lecz nastolatka, której uczucia wyznawał chłopak, za którym mimowolnie wodziła wzrokiem po szkolnym korytarzu. Rzadko się wstydziła, ale Eric potrafił wywołać w niej wachlarz tak różnych, przeciwstawnych emocji, że nie potrafiła za nimi nadążyć. Wyznanie Erica ją ucieszyło. Ukoiło jakąś rozchwianą część duszy Shereen i ożywiło ją na nowo, ale postawiło przed nią kilka pytań.

Jak Eric czuł się przez osiem lat, wiedząc, że Shereen przez długi czas nie odwzajemniała jego uczuć?

Jak wiele razy musiał tłumić w sobie to uczucie?

Ile razy patrzył na nią i udawał, że wszystko jest w porządku?

Ile razy wracał do domu z przekonaniem, że nigdy nie będzie dla niej kimś więcej?


Jak wyglądałaby ich relacja, gdyby Eric wyznał jej swoje uczucia? Odrzuciłaby go? Zgodziłaby się, żeby sprawdzić, jak poradzą sobie w związku? Raczej nie byliby ze sobą zbyt długo. Pierwsze, nastoletnie związki rzadko trwały dłużej niż rok czy dwa lata. Zbyt lekkomyślne podejście do życia i związków, niestabilność i skłonności do tworzenia dramatycznych sytuacji nie byłyby im przychylne. Shereen była zbyt uparta, by liczyć się czyimkolwiek zdaniem i zbyt zuchwała, by zgadzać się na kompromisy. W przyjaźni było inaczej. Nie musieli podejmować wspólnych decyzji, a jeśli jedno chciało iść na imprezę, drugie mogło zostać w domu, bez nadmiernego wtrącania się w życie i decyzje drugiego. Potrzebowała czasu, żeby spokornieć, kilku upadków i zadrapań, żeby zrozumieć, że samodzielność nie zawsze popłacała, a fundamentem bliższych relacji była szczerość i ugodowość.

Potrzebowała czasu, by dopuścić do siebie myśl, że to właśnie Ericowi udało się zdobyć jej serce i wypełnić je tym ciepłym uczuciem, którego chciała doświadczyć, gdy miała mniej niż szesnaście lat. Zapach ubrań Erica towarzyszył Shereen odkąd pamiętała, choć zaczęła zwracać na niego uwagę dużo później. Kojarzyła go z bezpieczeństwem i spokojem. Przytulając Erica, tonęła w tym spokoju i obawiała się momentu, w którym znajdzie kogoś, kto będzie przytulał go dużo częściej niż ona. Bała się końca tej relacji i samotności. Miała innych przyjaciół, ale nie miała nikogo na tyle bliskiego, kto mógłby zająć miejsce Stonesa.



Kochała Erica od lat.

Po prostu zbyt późno zrozumiała, że ta miłość przestała być wyłącznie przyjaźnią.




Teraz Eric był dla niej. Zapach jego perfum miał już nie kojarzyć się wyłącznie z chwilami, które przypadkiem udało im się spędzić razem. Miał stać się częścią jej codzienności, tak samo, jak jego obecność. Przestała przejmować się przyszłością bez Erica, bo nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby nadejść. Mimo złości nie brała tego scenariusza pod uwagę.
Nie chciała zsuwać się z blatu, chciała, by był jeszcze bliżej. Żeby jej świat zwęził się do tego jednego punktu, jakim była jego obecność. Mógł stać przed nią, między jej kolanami przez najbliższe trzydzieści minut i obdarzać ją przyjemnym, miękkim tonem, zapewniając, że była dla niego ważna.
Siedziałaby i słuchała.
Delektowałaby się jego słowami, głębią ściszonego tonu i reagowała rozbawieniem na każde kolejne przewrócenie oczami, gdy zostałby przez nią zrugany. Naprawdę chciała, ale wiedziała, że narobiła bałaganu. Czy wierzyła w swoje umiejętności? Cóż, nie była pewna, czy miała aż taki dar przekonywania. Eric miał dwadzieścia pięć lat i nawyki, które utrwalał przez całe dorosłe życie. Ich zmiana mogła zająć równie długo, zwłaszcza jeśli okazałby się uparty. Nie wierzyła aż tak w swoje kompetencje. Poza tym nie zamierzała go zmieniać, nie dla niej — chciała, żeby zrobił to przede wszystkim dla siebie.
— Jesteś pewien…? — pewien tego, że nie narobi sobie problemów? Czy pewien kolejnej skradzionej chwili, którą mieli spędzić tylko we dwoje?
Pocałunku, który zatrzymywał ją w miejscu, jakby był jakąś niewidzialną siłą? Wstrzymała oddech, gdy musnął ustami jej szyję. Palce zacisnęły się mocniej na materiale jego koszulki, zanim w ogóle zdała sobie z tego sprawę. Przymknęła przez chwilę oczy, dużo łatwiej było jej się skupić na cieple jego ust błądzących po jej skórze, niż na tym, co działo się dookoła. Zanim się odsunął, przyciągnęła go do siebie mocniej. Zupełnie niepotrzebnie. Wiedziała przecież, że nie zamierzał odejść. Mimo to jakaś część niej wciąż bała się, że jeśli go puści, ta chwila skończy się zbyt szybko.


Po bliskości Erica została pusta przestrzeń.
I zapach alkoholu, który dotarł do niej na nowo, gdy jej zmysły wróciły do normy.




Przyjęła od niego rękawiczki, posyłając mu wdzięczne spojrzenie i zsunęła się z blatu. Skrzywiła się, widząc czubki butów zamoczonych w alkoholu i z głębokim westchnięciem przykucnęła, związując włosy jeszcze włosy, zanim zaczęła zbierać odłamki szkła i wrzucać je do wiaderka. Poczuła się zażenowana swoim zachowaniem. Chciała przeprosić Erica za swoje zachowanie, lecz próbowała zdusić tę potrzebę w zarodku — uważała swoją złość za słuszną reakcję. Nie chciała przepraszać za szczerość. Przemknęła znużonym spojrzeniem po kałuży na podłodze, starając się stłumić nudności, które czuła, gdy pochylała się nad rozlanym alkoholem. Ten zapach ją drażnił. Sprawiał, że marszczyła nos i musiała odwracać głowę w przeciwnym kierunku, bo było go zbyt dużo — a co miał powiedzieć Eric, który męczył się z kacem? Zerkała na niego kątem oka, jakby sprawdzała jego samopoczucie. Był bledszy niż zwykle. Co naturalnie dało się wyjaśnić niewyspaniem i nadmiarem alkoholu. Zapuszczona przez niego playlista przypadła do gustu Shereen, niektóre piosenki nawet znała i nuciła je sobie pod nosem.
Uniosła kciuk, dając tym gestem Ericowi do zrozumienia, że była ostrożna.
— Nie boję się szkła. Widziałam, że masz sporo pla… — uniosła wzrok na Erica, gdy usłyszała syknięcie. Po ilości spływającej krwi po zewnętrznej stronie jego dłoni nietrudno było wyciągnąć wnioski; upomniał ją, ale sam był nieostrożny i rozciął sobie rękę. Westchnęła, zsuwając rękawiczki z dłoni i rzuciła je na stół, idąc za Erikiem. Zatrzymała się za jego plecami, wyglądając zza nich w taki sposób, by mieć lepszy widok na skaleczenie. Ściągnęła brwi, wsuwając dłonie do tylnych kieszeni dresów bruneta.
— Może ci pomogę? — zapytała, nie do końca pewna, czy poradzi sobie sam.


my love

you are dead

: śr sie 19, 2026 9:38 pm
autor: Eric Stones
Eric i Sher mogli dalej rzucać kartami z talii złości, lecz w pewnym momencie, padło coś, co kończyło rozgrywkę, jednocześnie dając do myślenia.

Cisza.


Będąca niczym kropka po wykrzyczanych przez nich słowach. Szlaban niepozwalający jechać dalej - znaczy, oczywiście, można było pod nim przejść, lecz wiązało się to z ryzykiem wypadku. Bo pociąg wypełniony złością mógł także wyrządzić krzywdę. A do Stonesa zaczynało docierać, że zachował się bezmyślnie i tym samym także skrzywdził Shereen. Bo przecież jaka była pewność, że wróci do domu? Co gdyby Oliver przejął scyzoryk Erica i postanowił pozbyć się zagrożenia, uważając, ba, będąc wręcz przekonanym - żyjąc w swojej bańce - iż tylko ON ma pełne prawo do zielonookiej i tylko ON mógł wyłącznie z nią być. Poza tym w stanie, do jakiego się doprowadził, zagrożenie mogło nadejść nawet od całkowicie nieznajomego człowieka, ponieważ wystarczyłoby, by pijany Eric powiedział coś głupiego, co innej osoby by NIE rozbawiło. Litwin niejednokrotnie był świadkiem bójek oraz czytał o nich w internecie. Ludzie bili się, bo uważali, że dając sobie po twarzy, pokażą swoją wyższość, a także wymuszą coś. Sam także w bójkach uczestniczył. Swoją pierwszą bójkę zaliczył, będąc nastolatkiem, kiedy jego znajomy kulał i był cały posiniaczony, ponieważ odmówił kupienia papierosów typkowi, który często rządał characzy lub wymagał, by coś mu dać bądź kupić, choć do biedoty nie należał, ba! Dzięki bogatym rodzicom wiedział, że nic mu w szkole (uczęszczał do innej niż Eric) nie groziło. Dlatego pozwalał sobie na bullying wobec innych - najczęściej słabszych - dzieciaków. Nastoletni Stones miał gdzieś konsekwencje, zadziałał impulsywnie i zażądał, by kumpel go do typa zaprowadził, absolutnie nie akceptując sprzeciwu. Pamiętał bolące knykcie oraz limo pod okiem, ale szczerze? Po pierwsze, czuł, że zrobił dobrze, gdyż typowi - zdaniem Stonesa - się totalnie należało, a po drugie, był dumny ze swojego czynu. Natomiast w tym roku pobił żula, ale tylko i wyłącznie dlatego, że ten okazał się złodziejem portfeli, a co jak co, ale nienawidził złodziei. Nie rozumiał, jak ktoś mógł uważać, że przysługuje mu cudza własność, na którą np. bardzo ciężko pracowano. Jakby nie patrzeć, istniało prawdopodobieństwo zostania okradzionym przez pierwszą lepszą osobę mijaną na ulicy. A będąc pijanym, stanowił jeszcze łatwiejszy cel. Nie wspominając już momentu, kiedy zapomniał zablokować ekran telefonu… jasne, miał nałożone zabezpieczenie w postaci znanego przez siebie kodu ale był na tyle inteligentny, że zostawił komórkę na ostatniej wiadomości od Shereen.
Dalej mu było słabo gdy docierało do niego, co ktoś obcy mógł przeczytać, a także zobaczyć… Tak, to było niepokojące. O tyle dobrze, że raczej nie był geniuszem i nie zrobił kopii zapasowej mojego telefonu. Raczej… z tego, co Eric kojarzył, zdolności informatyczne Olivera nie należały do zbytnio wybitnych. Kilka razy próbował z nim rozmawiać ale jakoś nie wyłapał, by przejawiał skłonności do kodowania, programowania czy kradzieży kopiowania danych, ale oczywiście, Ericowi mógł mówić jedno, a w rzeczywistości robić co innego… Nie, nie. Na pewno nie wpadłby na pomysł przerzucenia danych z mojego telefonu. By to zrobić, potrzebowałby laptopa albo małego pendrive’a.
Myślenie o tym powodowało, że zaczynała go boleć głowa, aczkolwiek mogła to być także zasługa kaca oraz woni pomieszanych alkoholi. Absolutnie tego nie wykluczał. Podniósł dłonie, aby pomasować skronie, jednocześnie próbując odrzucić myśl o przejętych danych. Już kiedyś ktoś włamał mu się na konto jednej z platform umożliwiających granie w przeróżne gry, a także ich zakup. Bardzo go to wtedy zirytowało, a dowiedział się, że pomimo poprawnego wpisywania hasła wyskakiwał komunikat o niepoprawnym haśle. Właśnie ten incydent spowodował wybranie cyberbezpieczeństwa jako specjalizacji. To mu pomagało rozwijać skrzydła i patrzeć na zabezpieczenia jako zabezpieczenia, a także jako coś, co można było złamać niczym szyfr. Jako dzieciak lubił rebusy i zagadki, dlatego gdy jego mama miała coś w gazecie, próbował to rozwiązać (np. odnalezienie drogi w labiryncie albo rozwiązanie rebusu złożonego z obrazków). Szczerze? Może i miał aktualnie dwadzieścia pięć lat, ale nie miał problemu, by sięgnąć po krzyżówki albo sudoku - choć z tych dwóch o wiele bardziej wolał krzyżówki. Czuł dumę połączoną z satysfakcją, gdy dał radę wpisać oraz odczytać hasło znajdujące się najczęściej na dole strony.
Hasłem jego krzyżówki była
Shereen Winfield. I choć zazwyczaj za rozwiązanie wszystkich krzyżówek można było otrzymać nagrodę, jemu całkowicie wystarczyła nagroda, jaką otrzymał tego dnia, mimo huraganu, jaki wleciał wraz z przyjściem Shereen.
Usłyszenie tych dwóch pięknych słów stanowiło dla niego więcej niż mógłby sobie wymarzyć - bo czy mogło być coś lepszego od świadomości, że jest się kochanym przez kogoś ważnego dla niego, na kim mu zależało już od dawna?
Że pomimo tego co zrobił…
kochała go.
A on kochał ją. Zauważył zaskoczenie wraz z konsternacją, kiedy wspomniał o spełnionym sprzed siedmiu lat marzeniu - co było najprawdziwszą prawdą. Nie kontrolował tego. To uderzyło go całkowicie nagle i wcale nie było takie proste, bo… burza w głowie nastoletniego chłopaka była bardzo głośna, a on próbował ją uciszyć wszelkimi sposobami - pływając, grając w gry, oglądając głupie filmiki na YT… najgorsze jednak było, gdy kładł się spać, bo to wtedy atakowały go wspólne momenty, w których doszukiwał się czegoś więcej. A ona robiła maślane oczy do innego kolesia. pamiętał to doskonale. Pamiętał, jak wzdychała i narzekała, bo na nią nie spojrzał. Ani trochę nie było to przyjemne uczucie.
Miał wrażenie, jakby ktoś wbijał mu coś bardzo ostrego prosto w serce lub wbijał nóż prosto w brzuch. Czas zadziałał niczym magiczny płaszcz, który pomógł mu przykryć ból, choć nigdy nie wyłączył go całkowicie. Można to było porównać do wzięcia leku przeciwbólowego - ból został uśmierzony, lecz nie wyleczono Stonesa całkowicie. Nie potrafił ot tak się od niej odciąć ze względu na te wszystkie wspomnienia i to, ile o nim wiedziała. Jednocześnie, doskonale pamiętał jak zamiast odprowadzić ją do domu, czmychnął czym prędzej ze szkoły, wysyłając Sher wiadomość, że źle się poczuł, dlatego nie mógł dotrzymywać towarzystwa podczas powrotu do domu.
Nie kłamał.
W środku naprawdę NIE czuł się dobrze…
A oczywiście jego mama jakby miała jakiś radar, od razu zobaczyła, że jej środkowy syn… coś było nie tak. Pamiętał, że zrobiła ramen i bez naciskania czekała, aż Eric zechce porozmawiać.



Eric musiał przyznać jedno - Shereen mimo wieloletniej znajomości - potrafiła go NAPRAWDĘ zaskoczyć.
Jako dziecko bardzo lubił niespodzianki. Doskonale pamiętał ogarniającą go ekscytację, kiedy dostawał prezent urodzinowy, nie mając pojęcia, co mogło znajdować się w środku, albo kiedy niespodziewanie Stones senior podczas podróży zajeżdżał do McDonalda. Świadomość, że za chwilę miał zjeść frytki i hamburgera , automatycznie sprawiała, że na twarzy Eriza zaczynał gościć uśmiech. Ogólnie lubił kiedy rodzice organizowali wyjazdy do takich miejsc, których wcześniej nie odwiedził, aczkolwiek z roku na rok, takich wyjazdów było coraz mniej, niczym płatków kwiatów porywanych przez człowieka albo liści zdobiących gałęzie drzew, które opadały wraz ze zbliżającą się jesienią. Na szczęście, odkąd zdał prawo jazdy oraz posiadał samochód, mógł sam decydować o tym, gdzie chciał pojechać, a odkąd miał dziewczynę, jego wycieczki nie odbywały się wyłącznie w samotności - choć nocne tripy czasem wciąż praktykował, najczęściej wtedy, gdy odnosił wrażenie, jakoby jego głowa była zbyt ciężka, zbyt nasiąknięta tymi wszystkimi usłyszanymi słowami, podniesionymi tonami, gestykulacjami, zbyt PRZECIĄŻONA. Jasne, chodził na fajka ale szczerze powiedziawszy, nic go tak nie wyciszało, jak… Shereen. Gdyby miał stworzyć ranking tego, co go najbardziej wyciszało i odprężało, wyglądałby on następująco: trzecią pozycję zajmowałaby nocna jazda wraz z oglądaniem filmów lub seriali, drugie, łowienie ryb łącznie z muzyką, a pierwsze… jego wyjątkowa dziewczyna. Jej objęcia, albo raczej ramiona, stanowiły bezpieczną przystań. Jej dłonie potrafiły zdziałać naprawdę wiele, tak samo jak i usta, które najchętniej całowałby bez przerwy. Jej zielone niczym szmaragd oczy, hipnotyzowały go - zabawne, znał Winfield odkąd przyjechał do Toronto, a nie potrafił się uodpornić na spojrzenie dziewczyny. Ani jej prosząco-błagalny ton.
Zamrugał kilkakrotnie, bo nie spodziewał się, że Shereen naprawdę nie miała pojęcia o tym, że Stones za nią i do niej (gdy był sam) wzdychał.
- Nie żartuj… naprawdę nie wiedziałaś? - zapytał zaskoczonym tonem, unosząc brwi, a zaraz dodał:
- Czyli dobrze maskowałem swoje uczucia. Nie masz pojęcia, ile wysiłku mnie to kosztowało, Sher. - taka była prawda. Podniósł dłoń i położył ją na policzku Sher. Był ciepły. Uczuć nie dało się ot tak wyłączyć przyciskiem, tak samo, jak nie istniała w mózgu funkcja usuwania wspomnień.
- A więc mógłbym zostać aktorem. - tak mu jeszcze przyszło po chwili, będąc z siebie dumnym, wyobrażając sobie siebie na teatralnych scenach, w telewizorze oraz na ściankach wraz z robiącymi albo raczej strzelającymi lampami błyskowymi po oczach paparazzi. Jakby nie patrzeć, nigdy nie próbował swoich sił w aktorstwie - znaczy, jasne, brał udział w szkolnych przedstawieniach, lecz nigdy nie brał takiej ścieżki kariery pod uwagę. Pamiętał, jak grał Kaia z Królowej Śniegu, Jasia z Jasia i Małgosi, myśliwego podczas wystawiania i… kaczątko w Brzydkim Kaczątku - zdjęcia ze wszystkich przedstawień mama Erica miała zachowane w albumie ze zdjęciami, a album stał na jednej z półek komody u niej (i jego taty) w domu. Oczywiście wszystkie te sztuki były wystawiane, gdy Eric uczęszczał do podstawówki, a jego łamany angielski na pewno brzmiał rozkosznie.
On jednak od nauki tekstów oraz wcielania się w role, wolał skręcać i rozkręcać różne rzeczy. Albo budować z klocków lego - aktualnie także zdarzało mu się kupować różne zestawy, gdy były na promocji.

Eric naprawdę nie chciał się odsuwać od Sher - było mu tak cholernie dobrze przy niej, ale no… Butelki się same nie sprzątną. pomyślał, a słysząc pytanie, przeczesał dłonią włosy.
- Raczej niczego nie można być pewnym, ale liczę, że tak właśnie będzie. - odpowiedział, wzruszając lekko ramionami. Pytanie brzmiało, czy on, Eric Stones, faktycznie mógł odciąć się od problemów? Czy to nie było trochę tak, że czaiły się na niego niczym dzikie zwierzęta?

Naprawdę chciał jak najszybciej posprzątać te butelki, by móc wrócić do przyjemnych czynności w postaci przytulania i całowania swojej dziewczyny, której podarował rękawiczki, by przypadkiem nie rozcięła sobie skóry. Jak się jednak okazało, to on potrzebował rękawiczek, no ale cóż… wiedział, do czego będzie się dotykał i w sumie to… może nawet zasługiwał na to, by ostra końcówka przecięła jego skórę. Była to kolejna kara za zachowanie sprzed kilku godzin. Obserwował swoją spływającą z ręki krew, gdy nagle poczuł dłonie Sher w tylnych kieszeniach jego spodni, co w sumie było jednoznaczne z dotknięciem jego pośladków, co absolutnie mu nie przeszkadzało. Odwróciwszy się w stronę Shereen, spojrzał na nią niczym zbity pies i skinął głową, wyrażając tym samym zgodę na pomoc.
Miała zielone światło.
Mogła działać. Mogła…

- Bądź moją osobistą pielęgniarką. Zapłacę Ci. - powiedział ze świecącymi oczami, pozwalając Sher działać. Jasne, mógł unieść się dumą i samemu sobie ogarnąć tę ranę, ale skoro zielonooka wyrażała chęć pomocy, nie zamierzał jej powstrzymywać.
my nurse

you are dead

: pn sie 24, 2026 9:57 pm
autor: Shereen Winfield
Wolała nie myśleć, do czego mogłaby doprowadzić bezmyślność Erica — choć na to było już za późno. Wolałaby uniknąć sytuacji, w której wchodząc rano na swoje social media, przeczytałaby wiadomość wysłaną z nieznanego konta, w które byłyby zawarte cytaty z jej prywatnych rozmów z Erikiem. Zdjęcia. Rozmowy. Cyberbezpieczeństwo w tych czasach było tak samo ważne, jak to fizyczne, realne. Nie tylko wychodząc z domu, należało uważać. Przebywając w zaciszu mieszkania, nietrudno było paść ofiarą przestępstwa. Internetowego. Fizycznego. Każdego rodzaju. Wypłakała to, czego chciała się pozbyć. Wyrzuciła z siebie ostre słowa, posługując się podniesionym tonem. Pozwoliła złości opuścić swoje ciało. Odetchnąć. Złapać powietrza w płuca, zachłysnąć się smrodem alkoholu. Shereen ceniła sobie swoją prywatność. Jako osoba zarządzająca własną firmą, nie mogła pozwolić sobie na kompromitację czy zniesławienie. Oczywiście to, co robiła ze swoim chłopakiem i o czym z nim rozmawiała, było tylko i wyłącznie jej prywatną sprawą, ale — niektórzy nie znali pojęcia prywatności. Inni tylko czekali na potknięcie, by zbesztać drugą osobę z błotem i zadbać o to, by jej świat nagle zaczął się rozpadać. Oliver nie był informatykiem. Potrafił włamywać się na czyjeś profile, ale jego umiejętności na tym się kończyły. Jakimś tylko sobie znanym cudem, złamał zabezpieczenia na koncie Joela i po jego śmierci był w stanie wypisywać do Shereen i przesyłać jej paskudne wiadomości.
Ostatnio ich nie było.
Mężczyzna najwidoczniej poczuł się pewniejszy siebie, skoro postanowił spotkać się ze Stonesem w parku.
Odważnie. Impulsywnie. Głupio.
Cieszyła się, że dzięki interwencji policji konflikt został rozwiązany.
Eric nadużył jej zaufania. Wywołał w niej wściekłość, frustrację, przywołał wszystkie negatywne emocje i zmusił ją do utraty kontroli. Nie była z siebie dumna. Po pierwszym szoku i fali złości, która przeminęła, zaczęło do niej docierać, na co się wspólnie narazili. Gdyby była bardziej impulsywna, gdyby Ericowi nie zależało, prawdopodobnie mogliby się rozstać. Bo to nie było byle jakie przewinienie, to było narażenie bezpieczeństwa. Na szczęście niebezpieczeństwo przeminęło, zostało zażegnane — choć nie do końca. Każda taka sytuacja zostawiała po sobie ślad, zadrapanie na sercu, które nie potrafiło się przez długi czas zagoić.

Nieodwzajemnione uczucia również zostawiały takie ślady.
Wiedziała o tym, bo sama została odrzucona i nie chciałaby ponownie znaleźć się w takiej sytuacji. Szczerze miała nadzieję, że jej związek ze Stonesem nie runie dramatycznie i nie zabierze ze sobą wszystkich wspomnień. Wierzyła, że byli na tyle dorośli, by stawić wspólnie czoła każdej napotkanej przeszkodzie. W końcu nie chciała, by cokolwiek zniszczyło to, co udało im się zbudować na przestrzeni tych wszystkich lat. Nawet jeśli potrzebowała więcej czasu, by go pokochać, nie uważała, żeby było w tym coś złego. Świadomie narażała się na związek z nim i nie chciała go skrzywdzić. Ciężko było jej walczyć z niektórymi przyzwyczajeniami, takimi jak odbieranie niektórych słów zbyt osobiście, lub przesadne analizowanie zachowań, które w teorii nie niosły za sobą niczego złego. Nie chciała ranić Erica — zrobiła to kilka lat temu, zupełnie nieświadoma jego uczuć.

once upon a time...
Szesnaście lat to taki trudny wiek. Siedziała z przyjaciółkami na szkolnych trybunach, przeglądając zdjęcia na Instagramie. Akurat rozmowa zeszła się na temat jednego chłopaka, do którego Shereen robiła maślane oczy. Za każdym razem, gdy pojawiał się w zasięgu jej wzroku, czuła wypieki na twarzy. Często widywała go na szkolnym korytarzu, ale tego dnia… Pojawił się na szkolnym boisku. Czuła, że serce wali jej jak oszalałe. Wyglądał tak cholernie dobrze, a jego uśmiech dosłownie topił jej serce. Podobał jej się, ona jemu podobno też. W pierwszej reakcji chciała zerwać się z trybunów, podejść do niego i zamienić kilka niezobowiązujących zdań. Nim to zrobiła, przypomniała sobie kilka wiadomości z poprzedniego dnia. Tych, w których zapewniał, że nie była dla niego nikim ważnym, tylko ładną koleżanką, na której miło było zawiesić wzrok. Miał dziewczynę.
Poczuła się zła, gdy jej o tym powiedział. I było jej przykro. Właściwie to nie wiedziała, co czuła. Zerkała na komunikator, czekając, aż przy jego imieniu pojawią się trzy kropki, lecz nic takiego nie przychodziło. Wibrujący telefon dawał jej nadzieję, ale to nie był on. Pisała do niej jedna z przyjaciółek, a Shereen nie miała ochoty z nią wtedy rozmawiać. Wspomnienie poprzedniego wieczora przyniosło ponowny napływ żalu. — Chodźcie. Nie będziemy tutaj siedzieć — zarządziła, podnosząc się z miejsca. Podłapała jeszcze jego spojrzenie. Odprowadził ją wzrokiem, lecz nie podjął żadnej rozmowy. A ona, głupia nastolatka liczyła na to, że okaże jej odrobinę zainteresowania.
Nie mówiła o tym Ericowi. Nie chciała, żeby się dowiadywał, jeszcze nie była gotowa na rozmowę o złamanym sercu ze swoim najlepszym przyjacielem. Wydawał jej się ostatnio przygaszony. Podejrzewała, że jego przygnębienie było spowodowane obecnością ojca w domu; nie chciała dokładać mu zmartwień, ani zasypywać go problemami sercowymi. Chciała się po prostu do niego przytulić. Bo Eric, w przeciwieństwie do przyjaciółek Shereen, naprawdę chciał dla niej dobrze. Mówił do niej kojącym głosem, albo głaskał po ramieniu. Wolała tę formę pocieszenia, bo miała wrażenie, że potrafił ją zrozumieć, albo próbował ją zrozumieć. Przyjaciółki były w porządku. Wiedziała, że żadna z nich nie chciała dla niej źle, ale ich kąśliwe komentarze rzucane w stronę głupoty Shereen i szybkie zmiany tematów nie sprzyjały jej samopoczuciu. Szczerze nie wiedziała, że to ona była jednym z powodów kiepskiego nastroju Erica; była zbyt zajęta przeżywaniem swoich dramatów, żeby z nim szczerze porozmawiać.

Teraz była świadoma. Nie tylko jego uczuć, ale i swoich.
Wiedziała, że go nie zostawi.

— Dziewczyny mi coś sugerowały, ale… Myślałam, że żartowały — przyznała ze zmieszanie, ocierając się policzkiem o ciepłą dłoń Erica. Sugerowały. Bezczelnie jej mówiły, że powinna zignorować tamtego chłopaka i spróbować z Erikiem. Najwidoczniej przeczuwały, dużo wcześniej od Shereen, że powietrze zmieniało swoją gęstość, gdy przebywali w swoim towarzystwie. Nie czuła wtedy tego. Albo nie zwracała nigdy uwagi, zbyt pochłonięta opowiadaniem o życiu swoich koleżanek, albumach, które zbierała, zdjęciach, wycieczkach, czy innych rzeczach. — Za każdym razem jak Ally mi mówiła, że zobacz, jak on na ciebie patrzy, to mówiłam, że jej się wydaje. Bo przecież jako pierwsza bym wiedziała, że… Ktoś ci się podobał — tak jej się wtedy wydawało. Tyle, że nie brała pod uwagę tego, że Eric, być może, nie miał ochoty dzielić się z nią swoimi uczuciami, które dotyczyły bezpośrednio… Jej. Bał się, że zniszczy ich przyjaźń?
Shereen także nie chciała sprzątać. Chciała zostać na tym stole i przytulać Erica. Nie omieszkała wykorzystać nadarzającej się ku temu okazji. Wsunięcie dłoni w tylne kieszenie jego spodni było jednoznaczne z kontaktem i przylgnięciem do jego pleców. Przesuwając policzkiem po jego barkach, wspięła się lekko na palce, by zajrzeć przez jego ramię i sprawdzić, czy to całe rozcięcie było bardzo inwazyjne. Nie wyglądało ładnie. Szepcząca krew spływała w dół, brudząc jasną skórę chłopaka, co wywołało u Shereen zniesmaczenie. Podłapując jego spojrzenie, złożyła usta w podkówkę, dając mu tym samym do zrozumienia, że było jej naprawdę przykro z tego powodu. Przechyliła lekko głowę, zsuwając spojrzenie z ciemnych, połyskujących oczu Erica, do jego dłoni.
— Musisz być ostrożniejszy. Jeśli narozrabiasz to ja powinnam cię skrzywdzić, a nie głupi kawałek szkła — rzuciła ostrzegawczo. Nim odwróciła się plecami do Erica, by pójść do łazienki i poszukać gazy, pocałowała go w policzek. — Pieniędzmi czy mam odebrać w naturze? — niemalże szepnęła, opierając jeszcze dłonie o jego ramię, by słyszał ją uważniej. Po wypowiedzeniu tych słów wyszła do łazienki.
Znała układ mieszkania Erica. Znalezienie apteczki nie zajęło jej zbyt długo. Była na tyle dobrze wyposażona, że Winfield nie musiała obawiać się o to, że czegoś w niej zabraknie. Wyjęła gaziki i spray antyseptyczny, którym zamierzała spryskać ranę, by ją oczyścić. To było tylko szkło, w dodatku po alkoholu, ale Winfield miała swoje przyzwyczajenia i w s z y s t k o musiała zrobić po swojemu.
Nie spędziła dużo czasu w łazience.
— Siadaj — rozkazała władczym tonem, wskazując skinieniem głowy na kanapę, lub stół. Właściwie było jej wszystko jedno.
Mógł nawet stać, jeśli w ten sposób było mu wygodnie. Wraz z chwilą, w której Eric wybrał odpowiednią dla siebie pozycję, przetarła wilgotnym gazikiem ranę, by pozbyć się nadmiaru krwi i swobodnie się jej przyjrzeć. Rozcięta skóra nie wyglądała atrakcyjnie. Wciąż sączyła się z niej krew, brudząc gazik.
Docisnęła przedmiot do rany, starając się zatamować krew. Pamiętała z zajęć z pierwszej pomocy, że w takich sytuacjach najlepiej było przysłonić czymś głębokie rozcięcie, by zatamować krwawienie — nawet jeśli było niegroźne, zawsze lepiej mieć czystą przestrzeń do pracy. — Naprawdę masz pecha, kochanie. Ale nie wygląda w sumie źle — przyznała, odchylając lekko wacik. Lewą dłonią podtrzymywała od dołu rękę Erica, podczas gdy od góry dociskała gazę. Nie miała jeszcze okazji na testowanie swoich pielęgniarski umiejętności, ale w końcu zdarzył się ten pierwszy raz i mogła popisać się swoją wiedzą.

my love

you are dead

: ndz wrz 20, 2026 10:54 am
autor: Eric Stones
Włamać się na czyjś profil w social mediach nie było trudno, ponieważ wystarczyło tylko trzymać się blisko kogoś i zerkać, kiedy wpisywane były dane do logowania . Eric pamiętał, jak jego znajomy z czasów studiów opowiadał, jak ktoś, kogo uważał za znajomego, włamał mu się na Facebooka i przeczytał wiadomości z niektórymi osobami – a niektórzy… cóż, nie wyrażali się szczególnie sympatycznie o tym włamywaczu, gdyż uważali go za dziwaka, który zbierał figurki żeńskich postaci z anime oraz mang, a oprócz tego zdarzało mu się całkowicie odlatywać, jakby ktoś odcinał mu prąd. Oczywiście po tamtej akcji, znajomy wraz z tamtym gościem przestali utrzymywać kontakt, a znajomy czym prędzej pozmieniał hasła, a Eric tak na wszelki wypadek też to zrobił, aczkolwiek jemu to ktoś włamał się na platformę do grania. Chodził wściekły, ponieważ miał przypisanych sporo różnych gier, a utrata ich wszystkich przyprawiała go o gorączkę oraz chęć zemsty. Koniec końców support się wykazał, dzięki czemu Eric otrzymał swoje gry z powrotem.
Teraz natomiast nie chodziło o utracenie gier, a o coś całkowicie innego.
POWAŻNIEJSZEGO
.
Sytuacja stała się o wiele poważniejsza, bo chodziło o coś, co należało wyłącznie do Erica i Sher, gdyż wiadomości między nimi były zaadresowane wyłącznie do nich; jasne, można było komuś pokazać wiadomość, ale co innego pokazać komuś JEDNĄ konkretną wiadomość, a co innego, kiedy ktoś postanawia przeczytać nie wiadomo ile wiadomości, a co gorsza, zobaczyć zdjęcia, jakie między sobą przesyłali.
To były PRYWATNE rzeczy - przeglądanie ich było niczym wejście nieznajomego z brudnymi buciorami do czyjegoś domu albo brudnymi palcami dotykanie dopiero co umytych naczyń.
Pytanie, jakie nasuwało się Ericowi, to czy po tej sytuacji Oliver nie będzie jeszcze bardziej nakręcony, żądny odzyskania Shereen…
Kurwa…
Stones przeczuwał, że będzie musiał częściej śledzić komórkę tego psychola.
Nie darowałby sobie, gdyby coś stało się Shereen.
Była całym jego światem.


Odrzucenie?
Eric doskonale znał to uczucie. Dość długo nosił tę kartę w swojej wyimaginowanej talii.
Zazdrość?
Bo jak nie być zazdrosnym, kiedy ma się świadomość, że w oczach obiektu westchnień, było się wyłącznie przyjacielem. Niby lepszy przyjaciel niż tylko znajomy. wmawiał sobie praktycznie każdego dnia, ale zdawał sobie sprawę z tego, że uściski, którymi był obdarowywany, były zwykłymi uściskami bez romantycznych podtekstów.
Najtrudniejsze było nie wybuchnąć , gdy widział, jak Sher patrzy na jakiegoś chłopaka, który nie był nim. Nie był Ericiem Stonesem.
Zachowywał się trochę jak dzieciak, któremu odmówiono zakupu ulubionej słodyczy lub cukierka, dlatego gdy przychodził do sklepu, jasne, cieszył się, że stoi jeszcze na półce, lecz pamiętał, że nie mógł jej kupić, dlatego nastrój automatycznie leciał w dół.
Jednakże od marca wiele się zmieniło.

Dawno, dawno temu...
Siedemnastoletni Eric patrzył na swoje odbicie w lustrze - doskonale widział bladą twarz, ale podejrzewał, iż powodem był stres. Stresował się, bo miał mieć sprawdzian z angielskiego, a po południu zawody z pływania.
- Wszystko w porządku? - usłyszał, odwracając się i dostrzegając mamę za sobą.
Eric skinął głową, choć nic nie było w porządku. Odczuwał przytłoczenie wszystkim dookoła.
- Poradzisz sobie. Uczyłeś się i trenowałeś, więc głowa do góry. Przygotowałam Ci kanapki z tym, co lubisz. Nie zapomnij ich wziąć ze stołu. - pani Stones uściskała syna, jakby chcąc tym dodać mu otuchy, a następnie poszła zajmować się swoimi sprawami, natomiast Eric w głębi serca był jej wdzięczny za tę otuchę. I oczywiście wziął kanapki, które uważał, że robione przez mamę smakowały najlepiej.

***

Widział ją. Widział Shereen na korytarzu, przechadzającą się wraz z przyjaciółkami. Kiedyś bez problemu by podszedł, lecz w tamtej chwili, wolał udawać, że nie istnieje.
Być duchem, który co najwyżej wysyłał wiadomości albo raczej jakieś memy.
Gdy zadzwonił dzwonek, oznaczając rozpoczęcie kolejnej przerwy, bladość nie znikała z twarzy Erica, a kiedy Sher go złapała, zaczął udawać, że kaszle. Nie chciał się tłumaczyć z odcienia swojej skóry, a to dziwne zachowanie najłatwiej było mu zrzucić na chorobę.
Przecież nigdy się nie dowie prawdy. Bo od kogo by miała?
Przyjaciółki Shereeni, no tak…

Stones milczał przez chwilę, ponieważ analizował usłyszane słowa, nie mając żalu do Sher.
- Rozumiem, też nie wierzyłem chłopakom, kiedy mówili, że jakaś dziewczyna chciała mój numer, więc go jej dali albo że jakiejś się podobam. - czy chodziło tu o wyparcie, czy może o zwykłą świadomość, iż kumple (jak to kumple), lubili sobie żartować, co było naturalne, Eric nie wiedział - może w sumie obie opcje były ze sobą połączone.
Kciukiem zaczął gładzić policzek Sher, której posłał ciepły uśmiech.
Odkrywając przed Sher karty przeszłości, miał wrażenie, jakby zrzucał worek ze swoich pleców, bo nie przypuszczał, że kiedykolwiek dojdzie do TAKIEJ sytuacji, w której przyzna, iż jego uczucie nie pojawiło się ot tak te kilka miesięcy temu, tylko trwało już całkiem długo.
- Ciekawe, jakby Ally zareagowała, gdyby dowiedziała się, że jesteśmy razem. Cóż, czasami ludzie szukają szczęścia gdzieś daleko, choć tak naprawdę jest na wyciągnięcie ręki, tylko coś im je przyćmiewa lub udają, że go nie widzą. Moja mama mówiła, że to trochę jak z kwiatami. Wiele ich rośnie wszędzie i człowiek zachwyca się nimi, choć często najpiękniejszy kwiat wyrasta tuż obok domu… - powiedział, przypominając sobie słowa swej rodzicielki, które dopiero zaczął rozumieć. To trochę na zasadzie, cudze chwalicie, a swojego nie znacie.
Naprawdę nie kwapił się do sprzątania, lecz doskonale wiedział, iż samo się nie posprząta, niestety.
Czując dłonie Sher na swoich pośladkach oraz to, jak do niego przylega, chciał, by tak została. Lubił, gdy była blisko, gdy go dotykała, nawet jeżeli przez materiał ubrań - choć wiadomo, że o wiele bardziej lubił czuć ją bezpośrednio na swojej skórze. Dostrzegł smutną minę szatynki i automatycznie również ułożył usta w podkówkę oraz przechylił głowę, by oprzeć - tyle, ile mógł - o głowę Sher.
- Postaram się być ostrożniejszy, chociaż dobrze wiemy, że pewnie nie wyjdzie mi to najlepiej… - odparł, doskonale wiedząc, jakie miał szczęście, bo a to się czymś oblał, a to coś na niego spadło, a to wszedł w klocek lego… Natomiast kiedy otrzymał buziaka w policzek, automatycznie uniósł kąciki i poczuł ogarniające go, a zarazem przyjemne ciepło.
- A jak wolisz? - spytał, unosząc brew, będąc gotowym zapłacić każdym z wymienionych powodów. Nie było sensu stać dłużej w łazience, dlatego opuścił ją, nie wiedząc zbytnio, gdzie powinien pójść, lecz gdy usłyszał rozkaz z ust Shereen, posłusznie zajął miejsce na kanapie. Syknął, kiedy poczuł nasączony specjalnym płynem gazik - nienawidził tego, bo przypominało mu to czasy, kiedy wracał po graniu w piłkę, podczas którego przeciwnik tak go sfaulował, że kończył mecz z rozciętym kolanem albo zdartym łokciem, a potem musiał zaciskać zęby, gdy ktoś próbował oczyścić ranę. Doskonale też pamiętał jeden konkretny upadek na rowerze, po którym została mu blizna na piszczeli. Niewielka, jasna kreska do dziś przypominała mu o tamtym feralnym dniu, kiedy zbyt szybko pokonywał zakręt i zamiast na rowerze, wylądował na asfalcie. Dobrze, że towarzyszył mu kumpel, to przynajmniej szybko została wezwana pomoc. A przecież wiele zakrętów wcześniej pokonał, no ale zachciało mu się wyobrażać jazdę motorem, to koniec był jaki był - poza tym był pewien, że ma wszystko pod kontrolą, a wystarczyło jechać odrobinę wolniej…
Wpierw Eric oczami śledził twarz swojej dziewczyny - podziwiał jej skupienie - a następnie przeniósł wzrok tak, aby śledzić poczynania szatynki podczas opatrywania rany spowodowanej szkłem.
- Dobrze, że nie przeciąłem sobie żyły albo nerwu. - stwierdził, patrząc, jak wacik zaczyna zmieniać kolor, wsączając krew niczym gąbka wodę. Czasami brakowało milimetrów, by sobie coś poważnie uszkodził, a jednak, tak jak wspomniał, gdyby uszkodził sobie żyłę lub nerw, prawdopodobnie już jechałby do szpitala i każda sekunda byłaby na wagę złota. A tak? Możliwe, że zostanie jedynie blizna, która będzie mu przypominała ten pamiętny dzień.
- Jestem z Ciebie dumny, kochanie, albo raczej z Twoich umiejętności pielęgniarskich. Chyba częściej będę sobie coś robił przypadkiem. - dodał po dłuższej chwili, cmokając Sher w usta, coby tym sposobem pokazać, jak bardzo był zadowolony. No dobra, tak naprawdę to ten cmok przeistoczył się w nieco dłuższy pocałunek, ponieważ zdaniem Stonesa, Sher totalnie na niego zasłużyła. Przecież w rzeczywistości mogła 1) olać jego rozcięcie; 2) kazać mu samemu opatrzyć sobie ranę; 3) być mniej delikatną; a mimo wszystko było widać, że zależało jej, żeby Erica bolało jak najmniej. Była subtelna, a jednocześnie właśnie delikatna. Naprawdę to doceniał, dlatego uważał, że słowa tu nie są wystarczające. Gdy się odsunął, zrową ręką zaczął głaskać Sher po policzku. Jego spojrzenie było pełne czułości pomieszanej z miłością.

my private doctor

you are dead

: sob paź 17, 2026 12:09 am
autor: Shereen Winfield
Próbowała być ostrożna zarówno w świecie rzeczywistym, jak i internetowym. Obydwa były zaskakująco niebezpieczne — zupełnie jakby wszechświat świadomie narażał ludzi na problemy i utrudniał im życie. Internet miał być dla ludzi, żeby im pomóc w wyszukiwaniu informacji, chociażby i w utrzymywaniu wygodnego kontaktu z innymi osobami. Wykorzystanie go w dużo okrutniejszych celach było tylko kwestią czasu i pierwsze niepokojące zachowania zostały zanotowane niedługo po dopuszczeniu internetu do ogólnego obiegu. Nie wszyscy ludzie potrafili odpowiednio wykorzystać to, co dostali i tłumie funkcjonujących normalnie osób, musiał znaleźć się ktoś na tyle potrzaskany, by spełniać swoje chore fantazje poprzez korzystanie z internetu. Oliver był potrzaskany. Mężczyzna nie wiedział, czym była prywatność — najwidoczniej uważał, że miał prawo zabrać Ericowi telefon i napisać do swojej byłej dziewczyny, zastraszając ją i grożąc śmiercią jej obecnego chłopaka — jakby zbyt mało czasu poświęcił na uprzykrzanie jej życia. Była zła i rozczarowana, ale szczęśliwa, bo Eric był cały. Sytuacja z poprzedniej nocy wywołała w niej falę ciężkich uczuć, z którymi musiała się skonfrontować. Dzięki tej konfrontacji i temu przemiałowi emocji odważyła się, by powiedzieć Ericowi, że go kocha. Długo z tym zwlekała. Bardziej niż słownie, uczucia przekazywała mu poprzez fizyczność, ale żaden gest nie mógł zastąpić słów.


Zwłaszcza tych szczerych, płynących z głębi serca.


Czas był sprzymierzeńcem, czas był wrogiem — był właściwie wszystkim i niczym. Po prostu musiał nadejść. Uczucia, które rozkwitały w sercu Shereen musiały dojrzeć, by ostatecznie pozwolić porwać się chwili. Porównywanie ich do kwiatów było sensowne. Miały podobny cykl życia.
Te kwiaty rozkwitały długo, zupełnie jak drzewka które potrzebowały kilku lat, by dobrze się zakorzenić i w końcu obrodzić w kwiaty. Szkoła nie była im przychylna, lecz patrząc na to z perspektywy czasu, Winfield była z tego powodu szczęśliwa. Nastoletnie związki zaczynały się hucznie i przemijały równie szybko co sylwestrowe fajerwerki. Shereen nie chciała być dla Erica przelotną relacją, czy ulotną miłostką. Pragnęła być kimś, kto równie dojrzale jak on, podejdzie do tego związku. Nie chciała patrzeć w niebo, zastanawiając się na tym, ile czasu im zostało, zanim się rozejdą i każde z nich pójdzie w swoją stronę.


Zależało jej na tym, by został przy niej jak najdłużej.


Rozumiała, że mieli podobne priorytety — w końcu, zamiast na nią nawrzeszczeć, został. Zrozumiał błąd, który popełnił — a ona upewniła się w przekonaniu, że łączące ich uczucie było szczere. Od tej pory już nie powinna mieć żadnych wątpliwości co do tego, czy Eric szczerze ją kochał. Udowodnił, że tak. I robił to już wcześniej. Jeszcze przed tym, jak oficjalnie zaczęli się spotykać, powiedział, że chce być jej jedynym⁣ oraz żeją kocha. Wtedy te słowa ją przeraziły. Nie wiedziała, jak zareagować, więc po przemyśleniu jego słów, grzecznie odparła, że następnym razem ma jej wyznać uczucia, gdy będzie ich pewien. Dotrzymał danego jej wtedy słowa. Przez długi czas jej tego nie powtarzał, wziął do siebie jej prośbę i — kolejny raz — wykazał się wyrozumiałością. Jak miała go nie kochać, huh? Rozczulał ją swoim zachowaniem i przyprawiał o szybsze bicie serca.
Słysząc o kolegach, którzy lubili robić sobie żarty z miłostek swoich kumpli, wróciła myślami do szkolnych czasów. Czasem tęskniła za dramatami z tamtych czasów. Nastolatkowie rzadko myśleli o konsekwencjach swojego zachowania, dochodzili do wniosków w swoim własnym tempie i nikt nie oczekiwał od nich rozwagi. Głupie żarty i wkręcanie były na miejscu dziennym, podobnie jak wzajemne nakręcanie się, że ktoś się w kimś zakochał. Nawet powtarzanie, że to niemożliwe w pewnym momencie zaczęło zmieniać swoją formę i po dłuższym czasie zastępowało się pytaniem a co jeśli to prawda? Być może kilkakrotnie przyłapała się na dopuszczeniu do siebie myśli, że Eric mógłby się w niej podkochiwać, ale nigdy nie robiła z tego niczego wielkiego. Ot, zwykłe przemyślenia, rozkminy szesnastolatki wchodzącej w wiek dojrzewania.


Cóż, on naprawdę ją kochał.


— Może powiedziałaby, że zbyt długo czekaliśmy i, że jest szczęśliwa? — mogliby gdybać, snuć domysły, bo nic innego im nie zostało. W rzeczywistości kontakt Shereen i Ally urwał się niedługo po ukończeniu szkoły średniej. Ta relacja nie przetrwała próby czasu. — Twoja mama jest bardzo mądra — przyznała szczerze, z uznaniem, gdy usłyszała przytoczoną przez Erica parafrazę. Zapewne nie zacytował dokładnie słów swojej mamy, lecz zinterpretował je po swojemu. Winfield podziwiała panią Stones zarówno za życiową mądrość, jak i ciepło rodzinne, którym obdarzała mieszkańców rodzinnego domu Erica. Była ogniskiem spajającym tę rodzinę; okrywała kocem i dawała schronienie. Gości traktowała równie dobrze.


Ostrożność nie leżała w naturze Erica. Miał pecha, choć równie często zdarzało mu się mieć farta. Tym razem mu się nie poszczęściło, gdy zaciął się szkłem. Wydawanie poleceń przychodziło Shereen z łatwością. Tutaj miała tylko Erica. W pracy musiała rozdzielać zadania między kilku pracowników i pilnować, by każdy wywiązał się ze swoich obowiązków. Stonesowi się poszczęściło, bo jego jedynym obowiązkiem miało być posłuszne zajęcie miejsca na kanapie. Dzięki temu mogła pozwolić sobie na nieco więcej swobody, podczas przecierania głębokiego skaleczenia. Wykrzywiła się na samą myśl o nieprzyjemnym pieczeniu i zagryzła wargę, starając się zignorować nieprzyjemne uczucie pieczenia, które zaczęła odczuwać, gdy dociskała gazik do rany. Szkło było paskudnym przeciwnikiem, bo było drobne i wbijało się naprawdę głęboko. Eric miał jeszcze szczęście w tym nieszczęściu — prawdopodobnie było to powierzchowne skaleczenie, a szkło wyjęte przez Winfield nie zdążyło narobić zbyt wielu szkód. — Wtedy musielibyśmy dzwonić po pogotowie — zauważyła mądrze, odkładając nasączoną krwią gazę, którą wymieniła na świeżą. Brudną położyła na kanapie obok, ignorując to, że drobinki krwi mogły przybrudzić wierzchnią część kanapy.

— Ty lepiej niczego przypadkiem sobie nie rób, honey — pokręciła przecząco głową, przykładając palce do czoła Erica, odchylając jego głowę nieco do tyłu. Gdyby wybierała przemoc, pstryknęłaby go w nos, by zrozumiał dobitnie, co chciała przez to powiedzieć. Tyle że Shereen przemocy nie wybierała. Starała się być w miarę delikatna.
Odwzajemniła tę krótką wymianę przyjemności, wsuwając się na kolana Erica podczas trwania pocałunku. Odsunęła usta od ust ciemnowłosego, wraz z chwilą, w której musiała odetchnąć. Odwzajemniła również to czułe spojrzenie, którym ją obdarzył i przesunęła dłonią po jego włosach, unosząc lekko niesforną grzywkę, która naturalnie przysłaniała mu po części czoło.
— Po prostu nie szukaj problemów, bo następnym razem pominiemy tę słodką rozmowę i od razu wybiorę przemoc — ostrzegła, nachylając się jeszcze w jego stronę, by pocałować go w policzek.
Ostatecznie udało im się ogarnąć dom i nawet go wywietrzyć. Shereen zaproponowała Ericowi nocleg kilka domów dalej, ze względu na to, że musieli otworzyć okna i przewietrzyć dom, żeby pozbyć się tego smrodu alkoholu. Na zewnątrz i tak było chłodno, a zapewne żadne z nich nie chciało marznąć — a Shereen po przyjściu do swojego mieszkania, poczęstowała Erica ciepłą herbatą (albo kawą) i dała mu się przespać, jeśli tego potrzebował.

#
you are dead
Koniec


Lovely boy