24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

13
you are dead


Nieprzespana noc, niepokój, troska, obawa o zdrowie o Erica. Czuła się jak splątany kłębek nerwów. Wiadomość od Olivera, którą napisał z konta Erica, wprawiła ją w osłupienie. Przez chwilę siedziała na łóżku, przerażona i spętana strachem. Próbowała odpisywać na wiadomości, lecz nagle straciła czucie w drżących palcach. Słowa opuściły myśli, jakby nagle, poza zapomnieniem jak się oddycha, wszystkie, których zdążyła nauczyć się przez ostatnie dwadzieścia cztery lata, wyparowały. Oliver był niebezpiecznym człowiekiem. Była świadkiem jego ataków agresji. Wyzwisk. Kłótni. Widziała w nim potwora, prawdziwego demona przysłanego z piekieł i nie chciała narażać Erica na spotkanie z nim. Przez pierwsze kilka chwil po przeczytaniu wiadomości, wpatrywała się otumaniona w telefon, starając się oddychać w taki sposób, by nie dostać ataku paniki. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Sześć…. Wydech. Raz. Dwa. Trzy… Serce Shereen biło jak szalone, robiło jej się niedobrze, a umysł zalewały czarne scenariusze. Wszystkie sceny z przeszłości wróciły, uderzając w nią z siłą wybuchu chwilę przed podpaleniem lontu. Przysłoniła dłonią usta, oparła czoło o kolana i zaszlochała. Wielokrotnie martwiła się o Erica, ale teraz… Ten niepokój osiągał najwyższy z możliwych poziomów. Pojawił się tak nagle, jak uczucia, które zaczęła do niego żywić i nie chciał zniknąć, choć bardzo chciała wierzyć, że Oliver nie wyrządził mu krzywdy. Po kilku wiadomościach wysłał zdjęcie, które sprawiło, że świat nagle się zatrzymał, a wraz z nim bicie serca. Nie potrafiła złapać oddechu. Najpierw jeden płytki wdech, potem drugi, jeszcze krótszy, urwany gdzieś w połowie. Powietrze przestało docierać do płuc, jakby ktoś zacisnął jej dłonie na gardle. Otworzyła szerzej usta, próbując zaczerpnąć go więcej, ale każdy kolejny oddech tylko pogłębiał zawroty głowy. Telefon wyślizgnął się z drżących palców i z głuchym stuknięciem spadł na pościel. Serce waliło tak mocno, że aż bolało. Czuła je wszędzie — w gardle, skroniach, klatce piersiowej. Obraz przed oczami zaczął się rozmywać, a brzegi pokoju dziwnie falować. Miała wrażenie, że ściany zbliżają się do niej z każdą sekundą, że traci oddech, że zaraz zostanie całkowicie pozbawiona kontroli. Myśli dziewczyny pędziły pospiesznie, a katastroficzne wizje podsuwane przez wyobraźnię, zlały się w jedno, tworząc nową rzeczywistość.

Co, jeśli było za późno? Co, jeśli Oliver zdążył już wyrządzić krzywdę Ericowi? Co, jeśli on naprawdę liczył na to, że ktoś mu pomoże, ale w pobliżu nie było nikogo, poza nim i psychopatycznym chłopakiem? Łzy spłynęły niekontrolowanie w dół policzków, zostawiając po sobie wilgotne ślady. Zaciśnięte na włosach palce, poruszały się nerwowo, jakby tym ruchem dłoni Shereen próbowała przywrócić się do porządku. Miała wrażenie, że za chwilę zemdleje. Albo umrze. Że cokolwiek się nie stanie, nie będzie w stanie się pozbierać. Czy naprawdę tak wyglądało umieranie? Tak, musiało. To musiało być cholernie bolesne uczucie. Duszące, wyniszczające, odbierające zdolność logicznego myślenia. Bardziej niż atak paniki, przerażała ją myśl, że nie zatrzymała Erica w domu. Zadzwoniła na policję. I to był ostatni telefon, jaki wykonała tej nocy. Przyjęła tabletki wyciszające i położyła się do łóżka.

Abonent jest już dostępny — wystarczyło spojrzeć na powiadomienie, by zmartwienie zastąpić wściekłością.

Kretyn.

Idiota.

Debil.

Co on sobie myślał?

Popierdoliło go. Naprawdę go popierdoliło.


Z łóżka wstała około godziny ósmej. Bolała ją głowa. Piekły oczy. Kręciło jej się w głowie, jakby wypiła kilka porządnych kieliszków wódki i była niewyspana. Spojrzała na telefon. Powiadomienie, które zobaczyła, sprawiło, że złość zawrzała. Wysłała do niego wiadomość. Później wymienili kilka kolejnych. Miała ochotę rzucić telefonem o ścianę z głośnym krzykiem i go zniszczyć. Zerwała się z łóżka, wyciągając z garderoby pierwsze lepsze ubrania — jakiś ciemny top i spodenki, bo wyglądając przez okno i patrząc na przebijające przez nie słońce, wywnioskowała, że na zewnątrz jest dość ciepło. W domu również — podejrzewała, że odczuwalny wzrost temperatury był efektem złości. Nie potrafiła określić swojego obecnego stanu; znajdywała się gdzieś pomiędzy totalnym wkurwieniem a dojebanym rozpieprzeniem. Kierując się tym uczuciem, trzasnęła drzwiami od garderoby, przebierając się chwilę później w znalezione ubrania. Chcesz się bawić, Eric? To ci pokaże, czym jest zajebista zabawa. Może poczujesz się, choć po części tak wkurwiony, jak ja — powiedziała do siebie w myślach, wychodząc szybkim krokiem z sypialni. Zamierzała po prostu wyjść z domu, zamknąć za sobą drzwi i złożyć Ericowi niezapowiedzianą wizytę. Zatrzymała się w kuchni, w pobliżu wysepki kuchennej, na której leżały klucze od domu Erica. Los najwidoczniej się do niej uśmiechnął i chciał ją nieco uszczęśliwić, będzie mogła wejść do jego mieszkania bez wcześniejszego zapukania czy natarczywego wciskania dzwonka. Zgarnęła je wraz z breloczkiem do torebki i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Do domu Erica wpadła jak huragan zwiastujący załamanie pogody. Zamknęła za sobą drzwi i zostawiła torebkę w przedpokoju. Zaskoczył ją tym, że zamknął za sobą drzwi. Najwidoczniej Oliver szybko pomógł mu wytrzeźwieć, skoro zajarzył, że zostawianie na noc otwartego domu mogło skończyć się włamaniem. Zagryzła mocno usta, ściągnęła brwi i zacisnęła dłonie, rozglądając się po wnętrzu domu pogrążonego w nieprzyjemnej ciszy. Poza dźwiękami typowymi dla tego rodzaju budownictwa słyszała tylko dźwięk brzęczenia lodówki. Próbowała przypomnieć sobie miejsce, w którym trzymał alkohol. Całą tę cholerną kolekcję alkoholi, którą się szczycił i chwalił. Ostrzegała go, że nie powinien pić, prawda? Wyraziła dość jasno swoje zdanie i nieraz podkreślała, że wpakuje się przez tę naleciałość w kłopoty. Oczywiście, że miała rację. Winfield zawsze miała rację, bo intuicyjnie przeczuwała komplikacje. Z dumnie uniesioną głową przeszła przez kuchnię, otwierając po cichu szafki. Czuła się bezsilna w tej sytuacji i niezbyt fair względem Erica, ale chciała mu udowodnić, że jej wyrozumiałość również miała granice. Przełknęła ślinę, gdy po otwarciu jednego z kredensów dostrzegła kilka butelek. Zanim wzięła jedną z nich, obejrzała dokładnie etykietkę — nie zamierzała pozbywać się tych limitowanych. Pierwsza była paskudnie pachnąca, ostra whisky. W drugiej butelce znajdywało się półsłodkie wino. Zgarnęła jeszcze trzecią i podniosła się z podłogi.

— Słodkich snów, skarbie. Mam nadzieję, że się wyśpisz. Albo nie. Nie wysypiaj się. Za bycie skończonym kretynem się płaci!— każde wycedzane przez zaciśnięte zęby ociekało jadem.
Nim zdążyła się zawahać, zamachnęła się pierwszą butelką. Szkło uderzyło o kafelki z ogłuszającym hukiem, rozpryskując się na dziesiątki kawałków. Bursztynowy alkohol rozlał się po podłodze, oblepiając kafelki. Przez chwilę po prostu stała, patrząc na zniszczenia, których dokonała. Na te cholerne odłamki rozsypane wokół ciemnych butów. Na ciecz sunącą między kafelkami, jak strumień drążący w skale. Drugą butelką cisnęła jeszcze mocniej. Wydała z siebie sfrustrowane prychnięcie i rzuciła soczystą kurwą, która rozeszła się po kuchni. Szkło eksplodowało, obsypując szafki i lodówkę drobnymi odłamkami. Ramiona wściekłej dziewczyny unosiły się i gwałtownie opadały. Oddech był dość ciężki.
— Pieprzony idiota! — warknęła bardziej do siebie, niż w eter, zbijając trzecią i ostatnią butelkę.
W tym momencie nie chodziło już o alkohol. Ani o zemstę. Chodziło po prostu o strach, o te cholerne nieprzespane godziny podczas wyobrażania sobie najgorszych scenariuszy. O zdjęcie, które odebrało jej oddech i wywołało atak paniki. O noc spędzoną na zastanawianiu się, czy popierdolony Oliver nie zrobi krzywdy chłopakowi, którego… Kochała. Zacisnęła pięści tak mocno, że poczuła nieprzyjemne pieczenie po wewnętrznej stronie dłoni. Pod powiekami także. I choć zbierało jej się na płacz — nie chciała się rozklejać. Była wściekła, smutna i przerażona, a najgorsze było to, że ta złość wciąż nie ustępowała. Stała pośród rozbitego szkła. Kuchnia pachniała wódką, whisky i winem, a ona nadal miała wrażenie, że to było za mało na wyrzucenie z siebie tych uczuć.



zbieramy na wieniec
Ostatnio zmieniony śr cze 24, 2026 10:13 pm przez Shereen Winfield, łącznie zmieniany 1 raz.
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
176 cm
młodszy inżynier oprogramowania AG
Awatar użytkownika
We can keep it simple, no need to overthink it
Just give me one night to show you I'm different
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

Przygoda Erica z alkoholem rozpoczęła się, gdy miał mniej więcej 16 lat - choć do dziś pamiętał historię o tym, jak jako dzieciak postanowił spróbować co pije tata gdy ten poszedł do łazienki i nie odstawił wyżej szklanki do piwa - i to wtedy po raz pierwszy zgarnął na urodzinach niepostrzeżenie puszkę piwa (aczkolwiek możliwe było, że jednak wujek go zauważył, lecz postanowił odpuścić i nie donosić swojej siostrze, tj. mamie Erica, przypominając sobie siebie z lat młodości), którą zaniósł do swojego pokoju i tam Shereen była jego świadkiem. Wiedział, że przy niej mógł, bo jej ufał.
Potem były różne imprezy - w klubach, w domach, w wynajętych lokalach. Któregoś razu na jedną imprezę nie wpuszczano bez butelki wypełnionej czymś, co zawierało procenty. Eric zastanawiał się, jak to zrobić. Pewnego dnia, a dokładniej trzy dni przed imprezą, obmyślał plan, stojąc przed sklepem. Nagle jakby dostał olśnienia – planował wykorzystać znajomość koreańskiego, odzywając się w tym właśnie języku do pierwszej lepszej osoby, która zbliży się do budynku. Ku jego zaskoczeniu trafił na fankę azjatyckich dram, która co prawda znała jedynie kilka podstawowych zwrotów, a on, rzecz jasna, starał się brzmieć BARDZO przekonywująco. Koniec końców, postanowiła mu pomóc w zamian za zaproszenie do koreańskiej restauracji. Wymienili się instagramami, poszli w którąś sobotę na obiad, popisali jakiś czas, ale ostatecznie po pierwsze, dziewczyna dowiedziała się, iż Eric nie był 100-procentowym Koreańczykiem, po drugie, że została nieco wykorzystana, a po trzecie… kontakt im się po prostu urwał.
Najwięcej wypadów na picie było u Erica w okresie studiów. Integracje, opijanie zdanych egzaminów, opijanie oblanych egzaminów, opijanie pierwszych poważnych związków (lub kolejnych, tu w sumie nie było jednej reguły). Można zatem było powiedzieć, że właśnie na studiach poznał różne odmiany kaca oraz sypiał w różnych miejscach (nawet w wannie u ziomka).
Nie przypuszczał jednak nigdy, że jego własny brat założy mu kajdanki po tym, jak wróci zza drzew i zobaczy jakiegoś gościa trzymającego jego własność, czyli telefon komórkowy. W szamotaninie urządzenie wylądowało na ziemi, a Stones - mimo percepcji wyraźnie zaburzonej przez nadmierną ilość wypitego alkoholu. Nie myślał szczególnie logicznie w tamtej chwili. Kierował się bardziej instynktem niż rozsądkiem, próbując odzyskać coś, co należało do niego. Chcąc gościa przestraszyć, wyciągnął nawet scyzoryk, ale… ostatecznie ucierpiała jego bluza. A nagle...

Obraz zaczął tracić ostrość, dźwięki zaczynały dochodzić jakby z oddali...
Zapadła ciemność.
A wraz z nią cisza. Nie pamiętał, czy była spowodowana alkoholem, czy tak mocno uderzył głową o policyjne auto, czy był to efekt uderzenia obcego typa. Obudził się w areszcie, bez telefonu w kieszeni. Głowa go bolała, czuł się beznadziejnie - całe ciało go bolało - i mimo prób przekonania brata, by wypuścił go szybciej, musiał czekać tyle, ile dostał za bójkę w miejscu publicznym, zakłócanie spokoju i.. pewnie coś tam jeszcze, ale nie za bardzo chciał to pamiętać.
Jedyne, o czym marzył, to powrót do Sher. Powrót do domu. Aczkolwiek widząc godzinę na zegarku, domyślał się, że już śpi.
W pewnym momencie nie miał już siły stać przy kratach, dlatego postanowił położyć się na ziemi i czekać. Podłoga była zimna, cela ciasna a on nadal chciał wierzyć, że to tylko głupi sen, lecz wraz z mijającymi minutami rozumiał, iż naprawdę był w areszcie. Dodatkowo na nadgarstkach miał ślady po kajdankach, czym raczej nie zamierzał się chwalić... Wielkie dzięki Dan.
Gdy oznajmiono, że może opuścić celę, zabrał swoje rzeczy i próbował włączyć telefon, lecz ten pokazał ikonkę oznaczającą rozładowaną baterię. Fantastycznie, kurwa… westchnął głośno i poprosił Danego o jeszcze jedną rzecz.
Żeby zawiózł go do domu lub zamówił taksówkę, bo zwyczajnie nie był w stanie iść o własnych siłach. Przez większość drogi jechał z zamkniętymi oczami, próbując przypomnieć sobie wydarzenia minionej nocy, lecz w jego głowie pojawiały się jedynie urwane przebłyski - niczym pojedyncze klatki filmu, pomiędzy którymi ktoś wyciął połowę materiału.
Pamiętał fragment rozmowy, śmiech, światła latarni i moment, w którym bił jakiegoś mężczyznę, lecz jego twarz była rozmazana tak, jakby ktoś celowo zamazał ją na zdjęciu albo przeciągnął dłonią po świeżo namalowanym obrazie. Im bardziej próbował sobie przypomnieć szczegóły, tym bardziej bolała go głowa – żałował, że nie miał przy sobie mini kamery albo GoPro, bo przynajmniej byłoby o wiele łatwiej z odtworzeniem wydarzeń, a tak? Nie miał pojęcia, kiedy film ułoży się w całość. Kiedy znajdzie pozostałe kawałki puzzli. Kiedy poskleja fragmenty pamięci. Wracał, czując frustrację wraz z poczuciem niepokoju.

Po powrocie do domu, zaskoczyły go otwarte drzwi, które zamknął zaraz po przekroczeniu progu i zamknięciu ich od wewnątrz, a pierwsze co zrobił to poszedł do sypialni, podłączył telefon do ładowania i czekając aż pierwsze procenty zaczną się pojawiać, zaczął ściągać z siebie ubranie, dopóki nie został w samych bokserkach. Zauważywszy baterię naładowaną na 5%, wcisnął przycisk, podał PIN, potem hasło i… zamarł.
- Niech to kurwa szlag… - powiedział do samego siebie, przeczesując nerwowo dłonią włosy. Mimo bolącej, a jednocześnie pulsującej głowy, przeczytał wiadomości otrzymane od Sher i naprawdę miał ogromną ochotę do niej pójść, lecz… sam nie wiedział, kiedy odpłynął z telefonem - który ostatecznie mu wypadł z dłoni - leżąc na łóżku.
Śniło mu się wiele rzeczy: wycieczka na jachcie, pływanie z delfinami, Gustavo, który potrafił mówić i mówił Ericowi, że ktoś przeszukiwał jego dom, gdy go nie było, a nagle zmienił się w wielkiego rekina i próbował go pożreć, a na końcu… śniło mu się, że był z Sher w jego starym pokoju. Na biurku stał jego stary komputer stacjonarny, a oni… siedzieli na środku i choć najpierw patrzyli sobie w oczy, tak po chwili zaczęli się bardzo namiętnie całować. Całowali się, dopóki nie przyszedł jego ojciec i nie rzucił butelką tuż obok Erica.
Stones otworzył oczy, lecz dźwięk tłuczonego szkła nie ustawał.
Spojrzał na zegarek w telefonie - było wcześnie. Może to sąsiedzi robią porządki… tylko po chuj tak wcześnie. pomyślał, poprawiając się i wypuszczając powietrze.
Dźwięk ani trochę nie przycichał, więc postanowił to sprawdzić. Szczególnie że gdy usiadł, odniósł wrażenie, jakoby to u niego ktoś coś tłukł. Założył leżące na krześle spodnie dresowe i ruszył do kuchni.
Sam nie wiedział, co bardziej go zaskoczyło, dlatego aż złapał się za głowę.
Widok tłuczonych butelek
czy
- Sher… Sher… SHEREEN! - krzyknął na tyle, na ile mógł, choć jego głos nie brzmiał jeszcze najlepiej przez pijacką chrypę.
- Jasna cholera… CO TY NAJLEPSZEGO WYPRAWIASZ?! - Klęknął na podłodze, czując, jak materiał spodni zaczyna przesiąkać charakterystyczną cieczą. Miał to gdzieś. Ważniejszym faktem było dla niego to, że Przecież ona właśnie tłukła…
- Moja kolekcja… - jęknął żałośnie. Nagle wstał i próbował jej zabrać trzymaną butelkę, lecz ona miała przewagę.

Nie
miała
KACA.

A on miał wrażenie, że miał mięśnie jak z gumy...
don't do it...
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Świat Shereen zwęził się do dwóch punktów: butelek, które tłukła jakby była w transie i wściekłości, która w niej buzowała. Dawno nie była tak wkurwiona. Emocje, które czuła w tamtym momencie toczyły między sobą batalię. Była rozdarta pomiędzy nienawiścią do Olivera, niechęcią, którą odczuwała do Erica i romantycznymi uczuciami, które do niego żywiła. Mieszały się ze sobą, tworząc całkowicie nowy filar jej osobowości. Wpadła w trans, gdy z każdym rozbitą butelką, obserwowała, jak alkohol się rozlewa, jak szkło rozpryskuje się na kilka stron, jak jego odłamki uderzają o podłogę, o lodówkę. Ostrzegała go. Przecież mu m ó w i ł a, że ma na siebie uważać. Mówiła, że ma trzymać się z daleka od Olivera, żeby był ostrożny… Ale Eric wszystko spieprzył. Poszedł do parku, rzekomo z Dante. Najebał się. Wpadł na Olivera. Zrobił wszystko na odwrót. Jego telefon milczał przez te kilka godzin, a ona nawet nie wiedziała, czy oddychał. Czy nic mu się nie stało. Nawet o niej nie pomyślał, bo był uparty i głupi jak osioł. Kolejny raz pozwoliła Oliverowi zabawić się swoim kosztem. Znów była cholerną przestraszoną myszką w łapach sadystycznego kota, który przed zabiciem jej, chciał ją jeszcze podręczyć. Zmusić do wyzionięcia ducha i do tego, by po prostu zdechła z wyczerpania emocjonalnego. Obydwaj, zarówno Oliver, jak i Eric byli pieprzonymi idiotami. To, że Oliver był pojebany, wiedziała od dawna, ale Stones? Miał być mądrzejszy. Miał wziąć pod uwagę jej zdanie.

Miał

Kurwa

Wrócić

Do

Jebanego

Domu.


Shereen patrzyła na ten bałagan niczym zahipnotyzowana. Chwyciła następną butelkę i cisnęła nią o ziemię z całą siłą, jaką miała w ramieniu. Odłamki odbiły się od szafek i lodówki. Jeden z nich przeciął powietrze tuż obok niej, po czym musnął jej nogę pod kolanem, zostawiając na skórze cienkie rozcięcie. Z początku nie zwróciła na to uwagi, zbyt pochłonięta wyzywaniem swojego chłopaka. Dopiero po chwili poczuła pieczenie. Opuściła wzrok i zobaczyła cienką, czerwoną strużkę spływającą po łydce. Przez moment patrzyła na nią z pewnym niedowierzaniem, jakby to, co właśnie widziała, nie było częścią jej historii, lecz kogoś innego. Ból był ledwo zauważalny i ginął gdzieś pod ciężarem innych emocji, które od poprzedniej nocy rozszarpywały ją od środka. Zacisnęła szczękę, otarła krew wierzchem dłoni i sięgnęła po kolejną butelkę — czwartą. Jeśli miała się rozpaść, to przynajmniej nie w ciszy, lecz w głośnym huku.
Wraz z ostatnią butelką do kuchni wpadł Eric. Nie zwróciła na niego uwagi, nie słyszała jego głosu — ten wydawał się buć przygłuszony przez buzującą w niej wściekłość i głośniejsze bicie serca. Wpadła w amok. Shereen, która na ogół trzymała pod ścisłą kontrolą swoje emocje i zachowanie, aktualnie przypominała tonący statek. Dostrzegając Erica w drzwiach i chwilę później na podłodze, tuż przy kałuży, obrzuciła go jednym z tych cholernie zimnych spojrzeń, jakich prawdopodobnie nigdy wcześniej u niej nie widział.
— Nie widzisz?! Nie dość, że jesteś głupi to jeszcze ślepy? — warknęła w odpowiedzi, biorąc zamach. — Pierdoli mnie twoja kolekcja. Tak samo jak ciebie pierdoliło to, że się o ciebie martwiłam! — Była gotowa rozbić ostatnią sztukę, lecz Eric podniósł się z miejsca, próbując odebrać jej butelkę, którą ściskała w dłoniach. Wyszarpnęła się, odwracając do niego bokiem i objęła szkło rękoma, przytulając je do piersi. Odgrodziła się od Erica wysokim murem, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie rzucane przez ramię.
— Mówiłam ci, żebyś trzymał się z daleka od Olivera! Wiedziałeś, że jest popierdolony, że może zrobić ci krzywdę… Nigdy więcej nie zamierzam się o ciebie martwić! — podniosła głos, ściskając mocniej niż chwilę temu butelkę i przymknęła oczy, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy.

Złość była łatwa. Złość pozwalała krzyczeć. Pozwalała tłuc szkło i wyrzucać z siebie kolejne oskarżenia.


Strach był znacznie gorszy. Gdy wypowiadała kolejne słowa, głos zaczynał coraz bardziej jej drżeć. Nienawidziła tego. Nienawidziła tej słabości. Nienawidziła faktu, że stojący przed nią Eric nie wyglądał jak ktoś, kogo chciałaby z całych sił wyrzucić ze swojego życia, choć tej nocy zranił ją dotkliwiej, niż wszyscy, których znała. Najgorsze było to, że nie potrafiła rozróżnić gniewu od rozpaczy. Obydwa uczucia zalewały ją od środka i zaczynały wypływać na zewnątrz, przeciekając przez mur, który próbowała dookoła siebie stworzyć. Nie chciała, żeby Oliver odebrał jej kolejną bliską osobę. Cieszyła się, że Eric był. Że nic mu się nie stało. A jednak nie potrafiła pozbyć się tego paskudnego, palącego od środka uczucia, przez które właśnie sięgała dna rozpaczy. Zapomniała, że najbliższe osoby potrafiły zranić najmocniej, bo jedna nieprzemyślana, głupia decyzja, potrafiła doprowadzić świat drugiej osoby do gruzowiska. I właśnie to czuła teraz Shereen. Czuła się jak gruzowisko; pozostałość po solidnej twierdzy, która właśnie upadała.
— Nie myślałeś o mnie… — dodała żałośnie, pozwalając ramionom zadrżeć, gdy przesuwała wolną dłonią po grzywce, zaczesując ją do tyłu i przysłoniła twarz, ukrywając, jak mocno poczuła się zraniona.

Celowo upuściła butelkę.
Celowo ją rozbiła, dając Ericowi solidnie do zrozumienia, że choć było jej przykro, wciąż nie zapomniała o złości. Chciała zmusić go do odsunięcia się, bo nie miała ochoty przebywać blisko niego.
Naprawdę nie chciała patrzeć na Erica, jak na błąd, ale gdy stała odwrócona do niego plecami, zaczęła się zastanawiać, czy dopuszczając do siebie Litwina, nie popełniła krytycznego błędu. To, że go kochała, utwierdzało ją w przekonaniu, że miłość osłabia. Nie mogła pozwolić sobie na kolejną słabość, jaką było uzależnienie od drugiej osoby. Musiała zaakceptować tę słabość, albo od niej uciec. To drugie nie było w jej stylu, nigdy nie uciekała.

fatal trouble
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
176 cm
młodszy inżynier oprogramowania AG
Awatar użytkownika
We can keep it simple, no need to overthink it
Just give me one night to show you I'm different
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

Jak lodowiska były pokryte lodem, tak praktycznie cała podłoga w kuchni Erica, była pokryta szkłem i barwną cieczą, a w dodatku, na obu powierzchniach można było wykonywać ślizgi, aczkolwiek ta u Stonesa była ciut bardziej niebezpieczna. Poza lodowiskiem, kuchnię Erica można było porównać do plaży - tylko z drobnymi różnicami, tzn. wodę zastąpił płynący w różne strony alkohol, a piasek zastępowało szkło. Piasek od nagrzania piekł stopy, gdy chodziło się po nim latem, natomiast szkło mogło sprawić znacznie większy problem. Owszem, także powodowało ból, bez większego trudu rozcinając skórę, ale oprócz tego zostawiało pamiątki w postaci ran, a nawet blizn. Szum fal zastąpił dźwięk tłuczonego szkła. Brakowało jedynie mew, które z charakterystycznym dla siebie wrzaskiem przyglądałyby się całemu zamieszaniu, jakby były jedynymi świadkami i jednocześnie najsurowszymi sędziami tego zajścia.
Przeraził się, gdy zobaczył, jak wyglądała jego kuchnia, lecz mimo wszystko wszedł do środka, a w nozdrzach natychmiast zagościła ciężka woń pomieszanych alkoholi. Panujący wokół bałagan wraz z porozrzucanymi i potłuczonymi butelkami był niepokojący, ale to wcale nie one wywołały w nim największy lęk. Znacznie bardziej przeraził go widok własnej dziewczyny. Patrzył na nią i miał wrażenie, że widzi kogoś innego. Sprawiała wrażenie nieobecnej, jakby znajdowała się w jakimś transie albo pod wpływem hipnozy. Jej oczy płonęły, przepełnione gniewem, żalem i wściekłością. Gdyby wzrok mógł zabijać, najprawdopodobniej leżałby już martwy pośród tych wszystkich odłamków, będąc dodatkiem, dekoracją całej tej szklanej mozaiki. Pierwszy raz widział Shereen w takim szale, tak bardzo wściekłą - przypominała mu dzikie zwierzę w postaci pumy, albo lwicy gotowej rzucić się na każdego, kto wykona o ten jeden krok za dużo i przekroczy JEJ terytorium. Oczywiście, Eric wiedział, że to było jego terytorium, bo znajdowali się w jego mieszkaniu, lecz odkąd był w związku z Shereen, niejednokrotnie podkreślał, że to, co należało do niego, należało także i do niej. Dzielił się z nią nie tylko sobą, ale także tym, co posiadał.
Co moje, to Twoje.


Patrzył na Sher z niedowierzaniem, że postanowiła podjąć TAK drastyczne kroki. Wolałby być inaczej obudzony. W nieco bardziej miły sposób. Szczególnie, że przed wybudzeniem smakował we śnie jej ust i był zły, że ktoś wtargnął niespodziewanie do jego pokoju… choć w rzeczywistości obudziło go zupełnie co innego, choć butelka się zgadzała.
Ten ton. Ten lodowaty i pełen gniewu ton, uderzył w niego jak zimny deszcz w lecie albo jakby właśnie ktoś wylał na niego kubeł pełen lodu. Ułożył usta w kreskę. Nie przerwał jej, gdy mówiła.
- Co?! Pierdolisz… znaczy… to nieprawda! - krzyknął, bo nie miał - jak to sama powiedziała - faktu iż się o niego martwiła gdzieś. Naprawdę nie miał… tylko niby jak mógł to udowodnić? Poza tym zaraz rzucił się w kierunku dziewczyny, by podjąć próbę odebrania ostatniej - chyba - butelki z jej rąk. Niezbyt mu to wyszło, ponieważ ta odwróciła się bokiem i przytuliła butelkę niczym drogocenny skarb. Mimo wszystko próbował ze wszystkich sił ją odebrać, dopóki nie usłyszał czegoś, co spowodowało, iż pomimo bycia bladym zbladł jeszcze bardziej. Bo Co? Co ona mi tu właśnie….
- Oliver? - wydusił z siebie, choć ciężko mu to przeszło przez gardło. Przełknął ślinę, a w tym samym momencie zalała go fala wspomnień, w której postać mężczyzny została dopasowana do postaci wspomnianego, byłego chłopaka Shereen - ta ostatecznie rzuciła butelką i szczerze? Był wręcz pewien, że rzuci tak, by odłamki trafiły w niego...
Nie był pewien, czy to nadmiar alkoholu postanowił wreszcie dać o sobie znać, czy może informacja, którą właśnie usłyszał, okazała się dla niego zbyt przytłaczająca. Niewykluczone też, że swoje zrobiła mieszanka unoszących się w powietrzu i wypełniających pomieszczenie trunków. Tak czy inaczej, żołądek gwałtownie zaprotestował, przez co Eric czym prędzej skierował się do łazienki. Ledwo zdążył opaść na kolana przed sedesem, gdy pozbył się zawartości żołądka, czując, jak świat nieprzyjemnie wiruje przed oczami. Jeszcze chwilę posiedział na zimnej podłodze, zastanawiając się, co powinien zrobić, bo sytuacja była wręcz…
B e z n a d z i e j n a.

Będąc synem swojego ojca, zaczęły go atakować wewnętrznie dwa wilki - jeden mówiący zostaw ją. Niech się wyżyje, a Ty w tym czasie wyjdź z domu. Świeże powietrze dobrze Ci zrobi. drugi natomiast krzyczał: ZOSTAŃ PRZY NIEJ! Nagle wstał i oparł się o umywalkę oraz spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Widział siebie po jednej stronie twarzy i swojego ojca jako drugą połowę twarzy. Miał ochotę krzyczeć i uderzyć pięścią, w lustro, lecz ostatecznie tylko nabrał zimnej wody w dłonie i zaczął przemywać twarz. Usta i jamę ustną także przemył. Nie wytarł twarzy. Spojrzał ponownie na swoje odbicie, a następnie wyszedł z łazienki. Spojrzał na drzwi wyjściowe…
ale ostatecznie nie poszedł w ich kierunku, ponieważ…
wrócił
do
kuchni.

Nie oczekiwał, że podczas jego wizyty w łazience, atmosfera nagle się ociepli.
Nie myślałeś o mnie te słowa rozbrzmiewały w jego głowie głośno i wyraźnie, lecz mimo to, przeszedł po podłodze, mając gdzieś, czy wszedł w jakiś odłamek, czy nie - pewnie tak, bo poczuł nieprzyjemne uczucie w stopie. Aktualnie jednak miał o wiele ważniejszą sprawę do załatwienia.
- To wcale nie tak! Myślałem o Tobie praktycznie bez przerwy, tylko… nawet nie wiem, kiedy urwał mi się film. Wiem, to chujowa wymówka, ale uwierz mi, że tak właśnie było, a poza tym, naprawdę nie chciałem Cię zranić. - doskonale wiedział, że zwalanie na alkohol było wręcz beznadziejne, ale mówił to, co chciał powiedzieć.
- Zjebałem... - i już otwierał usta, by powiedzieć coś jeszcze, lecz zauważył krew na nodze Sher.
- Krwawisz. - rzucił, jednocześnie idąc z powrotem do łazienki, aby wziąć plastry i wodę utlenioną. Powróciwszy, klęknął tak, by mieć przed oczami ranę. Obejrzał ją by mieć pewność, iż wewnątrz nie znajdowało się szkło, a następnie zmoczył wacik wodą utlenioną.
- Może trochę zapiec. - poinformował, nie podnosząc głowy, ponieważ kontynuował opatrywanie rany - jeżeli syknęła, dmuchnął kilka razy - które zakończył, kiedy nakleił uniwersalny plasterek. Podniósł się i spojrzał Shereen w oczy.
- Jeżeli chcesz mi jeszcze coś powiedzieć, to zrób to teraz. Chcesz we mnie czymś rzucić? Śmiało. Natomiast proszę Cię tylko o jedno… - wykonał krótką przerwę, by nabrać powietrza do płuc.
- Nie zostawiaj mnie. - dokończył po dłuższej chwili, nieprzerwywając kontaktu wzrokowego z Sher.

please don't leave me
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Smród alkoholu wypełniał ciężko przestrzeń. Unosił się ponad podłogą, oblepiając ściany i przeciskając się przez najmniejsze rysy. Wnikał w głąb farby, nasączał sobą podłogę. Wpadające przez szybę nieśmiałe promienie słońca, podświetlały rozbite na podłodze szkło. Kryształki połyskiwały w świetle, odbijając je. Połyskujące żałośnie kafelki przypominały pobojowisko, odchodząc od pierwotnego wyglądu. Kuchnia przypominała pole walki, a osobą odpowiedzialną za ten chaos, była sfrustrowana, ciemnowłosa kobieta. Rzadko wybuchała. Starała się kontrolować swoje emocje, ale w tamtym momencie nie potrafiła nad sobą zapanować. Ponaglona przez impuls, jakim była wściekłość zmieszana z paskudnym rozżaleniem, dopuściła się do zniszczenia cudzej własności — nawet nie cudzej, bo własnego chłopaka. Celem Shereen było pozbycie się butelek, bo w alkoholu dostrzegała największe zagrożenie. Gdyby nie on, Eric byłby trzeźwy i myślący. Nie wiedziała, jak dużo wypił w towarzystwie Dante, a ile sam, gdy już się pożegnali. Gdzieś między pierwszym, a kolejnym piwem, Eric został najwidoczniej sam. Gdyby Dante był w okolicy, nie doszłoby do sytuacji, w której Oliver przejąłby telefon Erica — to wydawało jej się logiczne.
Szczerze nienawidziła alkoholu. Lubiła wypić drinka albo dwa, lecz nigdy nie piła po to, by wyłączyć myślenie. Z reguły była najtrzeźwiejszą osobą w towarzystwie, bo znała umiar i rozumiała, że pewnych rzeczy warto było po prostu doświadczyć. Alkohol i narkotyki nie były dla ludzi o słabej psychice, a Eric najwidoczniej taką miał, skoro nie potrafił sobie odmówić. Wiedziała, że nie mogła go kontrolować. Stones był oddzielną jednostką, o własnych przekonaniach, zdaniu, odpowiedzialności i sumieniu. Naprawdę chciała zaufać mu na tyle, by nie obawiać się, że pewnego dnia nie wróci ze spotkania z przyjaciółmi — test zaufania oblał perfekcyjnie.


Tak. Była na niego wściekła.
Była tak wściekła, że rozbijanie tych butelek nie przynosiło jej ulgi.
Była tak wściekła, że chciała na niego nakrzyczeć.
Była tak wściekła, że wszystkie obelgi, którymi rzucała
uważała za cholerny komplement.

Pierdolisz… znaczy… to nieprawda! — a jednak ona uważała, że to była prawda, a on w tym momencie próbował ją okłamać. Gdyby o niej pomyślał, nie doprowadziłby się do takiego stanu. Odsunąłby od siebie chęć najebania się i pomyślałby inaczej. Zamiast wypije jeszcze pięć piw, okej, czuję, że mam już dość i powinienem przestać. Zachował się jak niedojrzałe dziecko, albo zbuntowany nastolatek, który uważał się za nieśmiertelnego. Zupełnie zignorował to, co do niego mówiła. Pozwolił odebrać sobie telefon i w dodatku później go wyłączył. Jak, do cholery, miała nie być wkurwiona?
— Jesteś lekkomyślnym palantem! Ile ty masz lat? Powinnam wynająć ci opiekunkę?! — krzyczała, dając upust frustracji. Nie była pewna, czy do niego docierało cokolwiek z tego, co mówiła, czy był tak skacowany, że nie potrafił zrozumieć tak prostych słów.
Rzucając epitetami, nie myślała o konsekwencjach swojego zachowania. Będąc w tym stanie, nie wzięła pod uwagę tego, że Eric — owszem — zachował się lekkomyślnie, lecz nie zasługiwał na te wszystkie słowa, którymi zdążyła określić go w myślach. Przymknęła rozchylone w pół słowie usta, gdy ciemnowłosy wypowiedział imię jej byłego. Bladość jego skóry kontrastująca z ciemnymi włosami, nagle stała się wyraźniejsza. Przestał wyglądać cholernie dobrze, zaczął raczej jak nieboszczyk. Winfield przez chwilę stała w milczeniu, patrząc na niego w sposób wyrażający ciekawość. Jej gniew rozsypał się w ułamku sekundy, rozbity prostym pytaniem. Znała go, ale w tej chwili patrzyła na niego jak na kogoś, kogo widziała pierwszy raz w życiu. Cała zaciętość zniknęła z jej rysów, wyparta przez szczere niezrozumienie. Odprowadziła go wzrokiem, gdy po odsunięciu się od niej, poszedł do łazienki. Złapała głęboki wdech, przegarniając bezradnie przyklejone do policzków pasma włosów. Odsunęła energicznym ruchem stojące przy stole krzesło i usiadła na nim, starając się wyrównać oddech. Opierając łokcie o blat, przymknęła oczy, odliczając w myślach do dziesięciu.

Uspokój się, Shereen. Dałaś popis. Przestań się wściekać i spróbuj z nim normalnie porozmawiać… Przecież wcześniej potrafiliście to robić.


Powtarzała do siebie, nie bardzo wiedząc, co zrobić ze swoimi dłońmi.
Splotła je ze sobą i przyłożyła do policzka, podpierając się o nie.

Potrafiliście… Bo słowa są lekkie, dopóki nie wypowiada się ich do kogoś, kogo kocha się bardziej, niż potrafi się to przyznać. Zapamiętaj, że miłość potrafi zamienić najłatwiejszą rozmowę w pole bitwy.


Intuicyjnie podniosła się z miejsca, gdy usłyszała kroki Erica, a w następnej chwili jego słowa i tłumaczenie. Nie zerwała się dramatycznie z miejsca, nie było w jej zachowaniu nawet pośpiechu. Zrobiła to w wyuczonym przez lata, chłodnym spokojem i wyrachowaniem. Wyprostowała wdzięcznie sylwetkę, odwracając się w stronę chłopaka, gotowa wysłuchać jego tłumaczenia bez zamiaru ponownego wybuchu. Przysiadła na brzegu stołu, patrząc na niego z dystansem godnym sędzi przesłuchującego oskarżonego na sali rozpraw. Miał swoje pięć minut. Pięć dla niego i kolejne pięć dla niej, by mogła przemyśleć jego słowa i wysnuć wnioski, czy dalsze wściekanie się miało jakikolwiek sens.
— Gdybyś o mnie pomyślał, byłbyś ostrożniejszy i wypiłbyś dużo mniej. Tymczasem ty zważyłeś się do takiego stopnia, że nawet nie wiesz... — przerwała, sięgając dłonią do palców prawej dłoni.
— Nie wiesz, ile wypiłeś — uniosła pierwszy palec. — Po drugie, nie wiesz, z kim byłeś w parku. Po trzecie, nie rozpoznałeś Olivera. Po czwarte pozwoliłeś mu zabrać swój telefon — opuściła dłoń, kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Nie dość, że wypisywał do mnie z twojego telefonu, to podejrzewam, że przejrzał większość naszych rozmów. Wyobraź sobie, że w tym momencie wie, że nieraz go obgadywaliśmy — złapała głębszy wdech, przerywając wypowiedź.
Przesunąwszy wzrok z twarzy Erica, zatrzymała je na pobliskim oknie. Zjebałem, było słowem, z którym nie mogła się nie zgodzić. Zjebał i obydwoje zdawali sobie sprawę z tego, jak bardzo. Nie chodziło o to, czy było jej smutno, ani o to, czy była zła. Poczuła się zraniona, lecz odsuwała na bok te uczucia, zachowując przestrzeń dla wiszącego w powietrzu kłopotu. Ciężar tegoż problemu, w porównaniu z tym, o czym właśnie rozmawiali, był dwa razy większy. Nie podniosła się z miejsca, gdy po zauważeniu rozcięcia, Eric wyszedł do łazienki. Odsunęła od siebie ten dyskomfort. W tym momencie przewalało się przez nią tyle negatywnych emocji i obaw, że to pieczenie było tak naprawdę niczym. Lekkim zadraśnięciem.

Przyjęła jego pomoc w ciszy; zaklęta niczym posąg. Zerknęła na czubek jego głowy, gdy klęknął obok i zajął się oczyszczaniem rany. Wpatrywała się w jego włosy, wciąż roztargane po raczej niespokojnym śnie i zrobiło jej się przykro. Przykro, bo miała przed sobą chłopaka, dzięki któremu czuła się naprawdę szczęśliwa. Wszystkie jej myśli krążyły wokół Erica. Wokół jego osobowości; ciepła, które roztaczał za każdym razem, gdy pojawiał się w pobliżu… Śmiechu, którego jej brakowało, gdy mieszkała poza granicami Toronto, dobroci, którą w sobie nosił, mimo tego, że wewnątrz był porysowany przez ojca, który zatapiał jego pewność siebie w swoich chorych ambicjach. Widziała przed sobą kogoś głęboko skrzywdzonego, dla kogo chciała być takim samym oparciem, jakim on był przez tyle lat dla niej. Uderzające było to, że gdyby stała mu się krzywda, jej świat nagle przestałby istnieć, bo Eric zawsze był jego częścią. I chciała, by został nią jak najdłużej.

Zaszlochała, przysłaniając twarz dłonią i przetarła łzy spływające po policzkach. Przestała nad sobą panować, pozwoliła temu smutkowi i rozczarowaniu po prostu spłynąć. Podbródek dziewczyny zadrżał, podobnie jak ramiona. Nie udawała już twardej, ani zawziętej. Po prostu nie chciała go stracić. Chciała dodać więcej do poprzednio wymienionych rzeczy, lecz w tym momencie przestało być to ważne. Nie obchodziło jej to, że Oliver prawdopodobnie przejrzał ich wszystkie zdjęcia, zatrzymując się na tych śmielszych. Starała się zignorować to, że po przeczytaniu ich pikantniejszych konwersacji, prawdopodobnie zaczął wpadać w obsesję, bo rozumiał, że przestała do niego należeć. To nie on się z nią spotykał. Nie on jej dotykał. W pewnym sensie stała się własnością Erica, o którego już wcześniej był zazdrosny.
— Nie zostawię cię... — mruknęła cicho w odpowiedzi, poruszając się nieco niepewnie i pociągnęła nosem.
Cisza, którą zainicjowała, stała się niezręczna; lecz w tej ciszy przesiąkniętej alkoholem, rozkwitała w niej świadomość, że zaczynała rozumieć różnicę między zakochaniem a miłością. Zakochanie przemijało. Miłość zostawała. Zwłaszcza wtedy, gdy wszystko zdawało się rozsypywać. Rozkwitała w ciemności, ciszy, muskana światłem księżyca lub słonecznych promieni… Bez świadków. A potem przychodziła chwila, w której jedno spojrzenie mówiło więcej niż tysiące słów.
— Nie chcę się już więcej zastanawiać, czy rano do mnie wrócisz… Nie chcę bać się telefonów ani ciszy. Chcę po prostu być przy tobie, bo cię kocham. Więc proszę… zanim zrobisz coś głupiego, pamiętaj, że nie jesteś już sam. A ja będę na ciebie czekać, bo nie wyobrażam sobie życia, w którym mogłoby cię zabraknąć. Zawsze byłeś częścią mojego świata, nie pozbierałabym się, gdyby coś ci się stało. — uczucia były bolesne, podobnie jak wypowiadane przez nią słowa.
Głos dziewczyny był cichy, ton miękki, przepełniony szczerością i skrywanym pod nią bólem, przesiąknięty łzami. Rzadko mówiła otwarcie o swoich uczuciach. Dotąd zrobiła to tylko raz. I długo żałowała tej szczerości. Teraz nie chciała żałować. Chciała natomiast, by Eric wiedział, że… Naprawdę go kochała, całą sobą. Wcześniej ani razu o tym nie wspomniała, choć on już raz to zrobił. Miała nadzieję, że jeśli Stones miał jakiekolwiek wątpliwości co do jej uczuć względem niego, to wykładając najsilniejsze karty, położyła im kres. Wychowywał się w przeświadczeniu o swojej beznadziejności, ale ona widziała w nim kogoś więcej; wartościową osobę, której przez całe życie wpajano, że jest do niczego. Nie mogła wymazać lat, podczas których wmawiano mu, że jest nic niewart. Mogła jednak być przy nim, dopóki sam nie zrozumie, że to nigdy nie była prawda, a jego ojciec się mylił.


We're tethered to the story we must tell
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
176 cm
młodszy inżynier oprogramowania AG
Awatar użytkownika
We can keep it simple, no need to overthink it
Just give me one night to show you I'm different
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

Eric nawet nie próbował zliczyć, ile butelek zostało rozbitych. Nie potrafił też oszacować, ile pieniędzy, które wydał na te piwa - z myślą o wieczorach, podczas których je wypije - dosłownie przepadło wraz z ich zawartością. Na samą myśl zrobiło mu się słabo. Ciężka woń rozlanego alkoholu mieszała się z zapachem szkła, przyprawiając go o mdłości. Potrzebował powietrza. Niemal odruchowo podszedł do okna, chwycił za klamkę i pociągnął ją do siebie. Gdy tylko uchylił okno, do środka wdarł się chłodny, rześki podmuch. Wypełnił nim płuca i na moment zamknął oczy, jakby liczył, że świeże powietrze choć odrobinę uporządkuje chaos panujący zarówno w mieszkaniu, jak i w jego głowie, lecz nic takiego nie nadchodziło. Nie nadjeżdżał ani żaden odkurzacz wciągający brudy poprzedniego wieczora, ani nikt nie przychodził z mopem. Gdy otworzył oczy, dostrzegł padający deszcz - jakby pogoda doskonale wiedziała, co działo się w domu Stonesa. Że dwie osoby walczyły z nawałnicą uczuć po tym, jak ktoś przesadził z alkoholem. I który teraz musiał stawić czoło konsekwencjom, bo faktycznie, mógł nie mieć AŻ tyle szczęścia i kto wie co by było, gdyby Sher nie wezwała policji.


- NIE potrzebuję ŻADNEJ opiekunki! To przecież byłby jakiś ABSURD. - popukał się w głowę oraz wyrzucił dłonie do góry,doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie musiał mówić, ile miał lat, bo obydwoje doskonale znali swoje daty urodzenia. Poza tym, nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak podczas wyjścia z kumplami ma go na oku jakaś pani, która reaguje na każde kupione piwo, każdą rozmowę z nieznajomymi. A po całym dniu, zdaje raport Shereen. Ale szczerze? Był gotów usłyszeć gorszą obelgę, a poza tym, po wypowiedzeniu tych słów zastanawiał się, czy nie byłoby lepiej, gdyby po prostu przemilczał słowa Sher.

Potem spędził trochę czasu sam na sam w łazience, próbując nie uderzyć pięścią w lustro. Nienawidził tych nagłych ataków i nadmiernych myśli, skoncentrowanych wokół tego, że mógłby stać się wersją swojego ojca. Ojca, który nigdy nie miał wystarczająco czasu, by wysłuchać, co jego dzieci chcą mu powiedzieć; ojca, który za priorytet stawiał sukces i bieg za pieniędzmi, zamiast dobro rodziny. Ojca, który w takij sytuacji, uznałby - najprawdopodobniej - że nie ma siły słuchać, więc lepiej po prostu wyjść.
Trzasnąć drzwiami i nie odwracać się za siebie, doskonale wiedząc, że przecież atmosfera prędzej czy później się uspokoi.

Eric doskonale pamiętał każde trzaśnięcie drzwiami i zastanawiał się, które będzie tym ostatnim i czy wróci - a jak do tej pory zawsze wracał. Mógłby być jedynie wdzięczny, że nie dochodziło między rodzicami do przemocy, bo wtedy… stanąłby w obronie mamy, choć pewnie wtedy także i jemu by się oberwało, bo wystarczyło, że próbował załagodzić spór, by przestali się kłócić, lecz wychodziło z marnym skutkiem, bo jedyne, co słyszał, to Nie wtrącaj się. albo Nie z Tobą aktualnie rozmawiam, Eric. Ciebie ta rozmowa nie dotyczy. kiedy on tylko chciał pomóc… działał automatycznie, zdając sobie sprawę, jakie mogą być tego konsekwencje.
Oblanie twarzy zimną wodą, było - uważał - dobrym pomysłem i najchętniej wszedłby pod prysznic, by całe ciało doznało tego, co twarz - nawet spojrzał w kierunku prysznica - lecz ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Jedyne, co zrobił, to nachylił całą głowę pod strumień zimnej wody lecącej z baterii umywalkowej. W głowie wciąż dudniło od alkoholu, myśli i wydarzeń z ostatnich godzin. Chłodna woda była jedynym, co w tamtej chwili wydawało się choć odrobinę przywracać go do rzeczywistości. Nie zważał na fakt, iż jego włosy były coraz bardziej mokre. Najważniejsze było uczucie przenikającego chłodu obejmującego jego głowę. Kiedy uznał, że wystarczy, zakręcił wodę, odgarnął z twarzy mokre włosy i przez chwilę wpatrywał się we własne odbicie w lustrze. Sięgnął po wiszący obok ręcznik, aby przejechać nim po głowie oraz wytrzeć twarz.

Po stoczonej batalii ze samym sobą, wrócił do Sher. Zdążył stanąć naprzeciwko niej, gdy nagle jakby zerwał się silniejszy wiatr. Eric nie czekając ani chwili dłużej, podszedł do otwartego okna, aby je zamknąć, jednocześnie wciąż przetwarzając wcześniejsze słowa swojej dziewczyny o tym, że był palantem i nie mając pojęcia, że prawdziwa bomba, dopiero miała zostać zrzucona… w sumie to nawet cztery bomby z czego jedna nazwana imieniem byłego chłopaka Shereen. Uważnie wysłuchał o swoich przekroczeniach tak, jak osoba stojąca przed wysokim sądem, słuchająca o postawionych zarzutach. Przypomniał mu się także brat, który informował, za co zostawał zakuty w kajdanki. Mimowolnie dotknął prawą ręką lewego nadgarstka, przypominając sobie zimno metalu.
Nie wiesz, ile wypiłeś - prawda. zgodził się w myślach.
Nie wiesz, z kim byłeś - nieprawda.
- Wiem, z kim byłem. Byłem z Dante. - wtrącił się, lecz dopiero trzeci punkt uderzył w niego chyba najbardziej. Trzeci oraz to, co powiedziała potem…
Nie rozpoznałem Olivera - prawda. nie pamiętał już, czy skojarzył mu sie w pierwszej chwili, czy faktycznie był tak nawalony, że większość twarzy była rozmazana.
- Nie pozwoliłem mu zabrać telefonu. Poszedłem na chwilę, nie sprawdzając, czy mam go przy sobie, bo byłem PRZEKONANY, że leży wewnątrz kieszeni. Jak wróciłem, zobaczyłem, że się myliłem. - wyjaśnił, choć czy był sens się tłumaczyć?
Zbladł gdy usłyszał, co gość wyprawiał. Musiał usiąść, nieważne gdzie - najbliżej siebie miał blat, więc to na nim usadowił swoje cztery litery. Nie mógł w to uwierzyć. To niemożliwe. nerwowo przejechał dłonią najpierw po twarzy, a potem po włosach. Był wściekły. Na siebie i na Olivera. Jakże ciężko było zaakceptować fakt, że gość, którego śledził, by mieć pewność, iż nie zbliża się do Sher, sam postanowił wyjść z ukrycia i stanąć twarzą w twarz z Ericiem. A ja go nie rozpoznałem… miał ochotę przywalić sobie samemu w policzek i nawet podnosił dłoń, lecz ostatecznie tylko walnął nią z całej siły o blat.
- Zabije go… - wyrwało mu się, podczas zaciskania pięści. Przecież gdyby sytuacja była odwrócona. Gdyby to Sher poszła pić z np. Audrey i ktoś wypisywałby do niego z jej numeru, zerwałby się w te pędy, by dać tej osobie nauczkę, że czyichś rzeczy NIE brało się bez pozwolenia.
Zabawne, że człowiek, który tyle wiedział o cyberbezpieczeństwie, często trzymający telefon blisko siebie (w kieszeni), zapomniał wykonać jedną BARDZO istotną rzecz.
Zablokować
jebany
telefon.

Przecież po parku o tamtej porze na pewno kręcili się różni ludzie, o różnych zamiarach, chęciach, pragnieniach…może i telefonów komórkowych nie kradło się już aż tak, jak kiedyś, ale złodzieje wciąż istnieli. Okej, Stones nie posiadał najnowszego iphone’a 17 Pro Max ani Samsunga S27 Ultra – jego telefon miał już ze trzy lata – ale na bank, gdyby ktoś się zainteresował, to Eric więcej już telefonu by NIE zobaczył. O tyle dobrze, że miał blokadę w postaci cyfr nałożoną na niektóre aplikacje, np. na galerię, dzięki czemu nikt nie mógł zobaczyć jej zawartości. Albo inaczej. Mogły ją zobaczyć osoby znające jego hasło do telefonu, a tychże osób było niewiele. I głównie były to najbliższe osoby. Jasne, mógłby odblokować galerię, aby była dostępna dla wszystkich, którzy trzymaliby w rękach należący do niego telefon, lecz istniał pewien szkopuł. Mianowicie, miał tam przeróżne zdjęcia - ważnych skryptów, Sher w bieliźnie (a nawet i bez) - które chciał zachować wyłącznie dla siebie (głównie Sher, bo skryptami się aż tak nie zachwycał; po prostu potrzebował ich do prywatnych celów). Dzięki tej blokadzie czuł się nieco spokojniejszy. Szczególnie że kiedyś doświadczył włamania, lecz nie do telefonu, tylko do serwisu umożliwiającego dodanie do biblioteki i pobranie gier. Jakże wielkie było jego zdziwienie połączone z irytacją, gdy wyskakiwał mu komunikat informujący o źle wpisywanym haśle. Koniec końów, skontaktował się ze wsparciem, wyjaśnił całą sytuację i odzyskał dostęp z powrotem do konta. Miał kilku dodatkowych “znajomych” ale poza tym, żadnych dodatkowych gier nie widział. Ciekawiło go, kto i dlaczego padło akurat na NIEGO. Tak czy inaczej, po tej właśnie sytuacji, wybrał cyberbezpieczeństwo jako specjalizację podczas studenckiej ery.
Gdyby któryś jego wykładowca był świadkiem sytuacji w parku, Eric z automatu by oblał zarówno zaliczenie, jak i przedmiot. Chociaż jakby nie patrzeć, test na bycie odpowiedzialnym chłopakiem Shereen aktualnie także oblał.

I nie miał zielonego pojęcia, jakie będą go czekały konsekwencje, doskonale jednak zdawał sobie sprawę, że albo relacja, którą budowali latami, rozpadnie się jak domek budowany z kart, na który ktoś dmuchnął, albo pokażą światu, że razem są w stanie pokonać każdą nieprawidłowość. Każdą przeszkodę. Każdego wroga, kryjącego się nie tylko w osobach, lecz także w rzeczach. Ich okręt albo będzie płynął dalej, albo zatopi się właśnie tego dnia jak Titanic. W którymś momencie - nie zarejestrował dokładnie, w którym - zsunął się z blatu.
Wdech Eric. Weź wdech. powtarzał sobie, cały czas przetwarzając usłyszaną informację i żałując, że nie sprał Olivera o wiele bardziej.

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wcale nie musiał opatrywać jej rany, tak samo, jak nie musiał wiązać jej butów, kiedy zauważył rozwiązaną sznurówkę, nie musiał nasuwać jej czapki na zatoki w zimę, aby uniknąć przeziębienia, ani nie musiał kupować większej ilości słodyczy niż te, o które został poproszony. Robił to wszystko wyłącznie z własnej, absolutnie NIE przymuszonej woli, ponieważ tymi czynnościami chciał jej pokazać, jak bardzo mu zależało.

Jak bardzo ją kochał.

Wiedział, że mogła go kopnąć. Mogła odsunąć nogę, lecz tym razem on i tak dokończyłby to, co zaczął, mimo iż było to jedynie naklejenie głupiego plasterka, by przykryć ranę.
Nie spodziewał się jednak tego, co nastąpiło potem.
Nie zostawię cie… przymknął oczy w oczekiwaniu, aż Sher wypowie to przeklęte ale, po którym nastąpi albo głośne trzasnięcie drzwiami albo rozmowa. Choć czuł, że ziemne chmury zbliżają się nad ich głowy, nie wiedział jednak, w jakim błędzie się znajdował, ponieważ choć zegar zaczął jakby głośniej tykać, wybijając sekundy, żadne ale nie nastąpiło. Zamiast tego usłyszał słowa, po których miał wrażenie, jakby rozpadł sie na miliony kawałków,a po chwili został poskładany na nowo.
Nigdy by nie przypuszczał, że usłyszy tak PIĘKNE wyznanie z ust Sher, które odbijało się wewnątrz jego głowy. Przetwarzał je i wiedział, że zapamięta do końca swoich dni. Spojrzał na nią czule, wykonał krok i pierwsze, co zrobił, to otarł spływające po jej policzkach łzy, samemu czując, że zaczyna mieć wilgotne oczy, które przetarł ramieniem. Następnie przytulił ją. Tak naprawdę mocno ją przytulił i zaczął głaskać po głowie.
Nagle odsunął się tak, żeby móc spojrzeć prosto w oczy Sher, choć jednocześnie nie przestał jej obejmować. Chciał być najbliżej, jak się tylko da. Choć teraz wiedział,
że mu nie ucieknie

- Ja też Cię kocham, Shereen. I… przepraszam.Naprawdę bardzo przepraszam. - tylko tyle, a może aż tyle dał radę z siebie wydostać. Doskonale wiedziała, za co przepraszał - za wszystko, co zrobił, a co doprowadziło ją do W Ś C I E K Ł O Ś C I.
Otarł kciukami spływające po jej policzkach łzy, a następnie oparł swoje czoło o jej. Czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Miał wrażenie, że nawet wygrana w loterii nie byłaby lepsza od tego, co przed chwilą usłyszał. Nic nie mogło równać się z tak pięknymi słowami, które zostały wyryte w jego sercu.
Nie uciekła. powiedział nagle do siebie w myślach, co także było dla niego OGROMNYM powodem do radości. Chcąc zatem pokazać, jak bardzo poruszyły go jej słowa i jak szczerze żałował tego, co się wydarzyło, złączył ich usta w innym niż dotychczas pocałunku. Był lżejszy, pozbawiony pośpiechu, za to pełen czułości, troski i wdzięczności. Włożył w niego wszystko, czego nie potrafił ubrać w słowa, łącznie z całym sobą.
In a world full of pain
She's my escape
Inside her eyes a masterpiece
In the pouring rain


us against the world
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Najmniejszym problemem Shereen były rozbite butelki. Troszczyła się o Erica, nie o zbędną rzecz materialną, którą w każdej chwili mogłaby mu odkupić. To tylko alkohol. Rozbijając butelki, nawet nie przyjęła do siebie myśli, że to, co dla niej było bezużyteczne, dla Erica mogło mieć większą wartość. Zachowanie Azjaty uderzyło w nią dwa razy mocniej niż odłamek szkła, który skaleczył jej skórę tuż pod kolanem. Piekło. Sącząca się z otwartej rany krew i piekące szczypanie nie miały nic wspólnego z bólem, który podczas chwil bliskości z ciemnowłosym nabierał zupełnie innego znaczenia.
Tamten wybierali świadomie. Ten odbierał jej poczucie bezpieczeństwa.

Chłodny wiatr, który wtargnął do wnętrza mieszkania, owiał przyjemnie policzki dziewczyny, ochładzając je w sposób, w jaki nie zrobiłaby tego zimna woda. Przymknęła oczy, pozwalając podmuchom powietrza na rozbijanie się o jej rozgrzaną złością skórę. Oddychała niespokojnie, próbując wyciszyć natłok rozbrzmiewających hałaśliwie emocji, których zaczynała mieć dość. Każda chwila stresu, strachu, odbierała jej życiodajny tlen. Lubiła mieć wszystko pod kontrolą. Jeśli coś umykało jej spomiędzy palców, odczuwała frustrację i ogromne rozczarowanie. Eric mógł przemilczeć jej słowa, tak byłoby prościej — ale wciąż musiała brać pod uwagę to, że jego n i e m o g ł a kontrolować. Tylko on miał wpływ na swoje zachowanie i słowa. Nie przepadała za buntem, niepotrzebnym stawianiem się i tłumaczeniem z tak lekkomyślnego zachowania. Upartość Erica bywała męcząca. Rzadko się kłócili, raczej współistnieli ze sobą w zgodzie, lecz nie mogli unikać wiecznie konfrontacji, ani różnicy zdań. Shereen miała swoje argumenty, Eric miał swoje. Nie zgadzała się z nimi, bo swoje uważała za te słuszne — jego natomiast za błędne. Mierzyła go tym chłodnym wzrokiem, starając się nie wtrącać, gdy podnosił na nią głos — do tego także miał prawo, zupełnie jak ona.
— Gdybyś nie potrzebował, to zacząłbyś myśleć, a ja nie musiałabym ci prawić kazań! — Fuknęła głośno, zaciskając mocno palce na blacie stołu. Ściągnęła również usta w wąską kreskę, butnie nachylając się w stronę Erica, jakby w ten sposób chciała mu okazać swoją siłę. Nie miałaby z nim szans w starciu fizycznym, lecz słownym — owszem. Mogła pozwolić sobie na upust frustracji poprzez słowa, których zazwyczaj nie używała w kierunku Erica. Miała do niego ten rodzaj szacunku, którym należało obdarzać partnera, ale nawet cierpliwość nie była w stanie zamaskować złości. Nie rozważała tego na poważnie. Nie chciała być jedną z tych pierdolniętych dziewczyn nadmiernie kontrolujących swojego chłopaka. Prędzej zeszłaby ze wstydu, niż postąpiła w ten sposób. Próbowała go nieco nastraszyć, zasugerować, że jeśli sam się nie ogarnie i nie zacznie myśleć bardziej racjonalnie, sama zainterweniuje. Po wyjściu do łazienki pozwolił jej chwilę odetchnąć. Potrzebowała tego, zdecydowanie.

Wiatr ponownie wdarł się do mieszkania – tym razem dużo silniejszy niż wcześniej. Eric podszedł do okna, zamykając je, a spojrzenie Shereen powędrowało za nim. Wzrok dziewczyny spoczął na jego plecach, punkcie między łopatkami, który tak cholernie lubiła. Wiatr przestał przedostawać się do wnętrza domu, a wraz z jego zniknięciem, w kuchni zrobiło się cieplej. Ulatniał się tylko zapach rozlanego alkoholu, który zanieczyszczał powietrze. Gdyby ktoś się mocniej zaciągnął, mogłoby mu się zakręcić w głowie. Winfield ten zapach zaczął powoli przeszkadzać. Robiło jej się od niego niedobrze. Przed wymienieniem wszystkich przewinień Erica, musiała przysłonić na chwilę usta dłonią. Próbowała odciąć się od tego zapachu, ale dopóki nie otworzą okna, bądź nie zaczną sprzątać, nie było takiej możliwości. Obserwując reakcję Erica, wymieniała na palcach jego przewinienia, nie spuszczając spojrzenia, z miękkich rys. Najbardziej uderzyło w nią to, że naraził jej ich prywatność. Nie chciała zawracać sobie głowy tym, ile zdążył przeczytać wiadomości, ani ile przesłanych sobie wzajemnie zdjęć udało się zobaczyć Oliverowi. Wstyd, który ją ogarnął, żył własnym życiem.
— A gdzie był Dante, jak zostawiłeś telefon? Dlaczego nie było go z tobą, co? — żądała w tym momencie odpowiedzi na to pytanie, i nie interesował ją żaden losowy argument. Była skłonna przyjąć tylko taki, który był sensowny. A nie sądziła, by w tym momencie Eric wymyślił coś przekonującego.

Obserwowała każdą zmianę w mimice i refleksję przemykające przez twarz Erica. Wypowiadając imię Olivera, trafiła w czuły punkt. Eric zaczął sobie uświadamiać, jak wielką popełnił głupotę, zostawiając telefon bez kontroli. Nie zareagowała, gdy uniósł dłoń; dostrzegała natomiast złość, która tliła się w ciemniejszych niż dotychczas oczach Erica. Irytacja przejawiała się u niego rzadko. Eric, którego znała, był wyrozumiały i cierpliwy. Wzdrygnęła się, gdy uderzył mocno dłonią w stół, rzucając, że zabije Olivera. Przemknęła wzrokiem po jego sylwetce, zapisując w pamięci ruch dłoni, gdy nerwowo przeczesywał włosy. Zdusiła w zarodku potrzebę dotknięcia go po tych miękkich, czarnych włosach w geście dodania mu otuchy. Zawinił. Musiał odpokutować. Podczas gdy on załamywał ręce nad sobą i swoim zachowaniem, ona powoli łamała się wewnętrznie.
— Źle mi z faktem, że mógł przejrzeć nasze wiadomości… I zdjęcia — wydusiła w końcu, czując uderzenie zawstydzenia na policzkach.
Zapewne nie tylko jej było z tym źle, lecz musiała się z nim tym podzielić, bo czuła się beznadziejnie. Jemu mogła powiedzieć o swoich zmartwieniach, był odpowiednią osobą do wysłuchania jej trosk, nawet jeśli przechodziło ciężko przez gardło i ograniczało jej możliwość mowy. Odnalezienie się w tej rzeczywistości przychodziło jej z niemałą trudnością. Lodówka wydawała typowe dla siebie dźwięki. Szum samochodów za oknem nie ustawał. Wszystko wydawało się takie samo, bo czas się nie zatrzymał — ale dla niej część świata właśnie runęła, a na miejscu tych ruin wyrosły wątpliwości i obawy. Była na siebie zirytowana, bo nie przypuszczała, że jej były chłopak wyjdzie z cienia, spotka się z Erikiem i zacznie do niej wypisywać. Pożałowała tych wszystkich niemoralnych wiadomości i śmiałych zdjęć. Dziwka, tak? Tak ją właśnie nazywał, gdy podejrzewał, że zdradza go z Erikiem.

Przerażało ją ta sytuacja i czuła się zagubiona. Do takiego stopnia, że zdążyła się rozpłakać, jak tylko wyznała Ericowi swoje uczucia. Uderzyły w nią jak fala rozbijająca się z premedytacją o wybrzeże. I nie tylko w nią. Przymknęła oczy, kiedy ciepłem dłoni starł z jej policzków wilgotne ślady łez. Otworzyła je dopiero wtedy, gdy dostrzegła, że przedramieniem ociera własne. Obecność Erica koiła ją w sposób, którego nie potrafiła ubrać w słowa. Znajomy zapach jego ubrań, ciepło bijące od ciała i delikatność, z jaką obejmował ją ramionami, odbudowywały w niej poczucie bezpieczeństwa. Przy nim łatwiej było oddychać. Łatwiej było uwierzyć, że najgorsze już minęło. Ufała mu bez reszty. Gdy objął ją mocniej, wtuliła się w jego klatkę piersiową, chowając twarz w materiale jego ubrań. Nie chciała się odsuwać. Chciała zapamiętać tę chwilę, jego bliskość i ciepło, żeby móc do nich wracać, kiedy znów dopadnie ją strach. Nie chciała, żeby odchodził. Chciała, żeby z nią został. Sama nie planowała ucieczki. Czuła się przy nim zbyt dobrze, żeby odejść tylko, dlatego że raz zawiódł jej zaufanie. Niechętnie pozwoliła mu się od siebie odsunąć. Przez chwilę trzymała niepewnie palce zaciśnięte na jego koszulce, jakby faktycznie bała się, że trzaśnie drzwiami i wyjdzie z własnego mieszkania. Nie zrobił tego. Spojrzał na nią z tym znajomym ciepłem w spojrzeniu i ją przeprosił.

Przeprosił ją w taki sposób, że serce Shereen na moment się zatrzymało.
Na kilku sekund dłużej, niż powinno normalnie.

Kochał ją. Drugi raz usłyszała od niego te słowa, ale dopiero tym razem dotarły do jej wnętrza, osiadając na je sercu niczym magiczny pyłek. Przez barierę smutku, przedostała się iskierka radości, rozświetlając część osobowości Shereen. Patrzyła na niego przez chwilę, jakby była zahipnotyzowana. Tylko Eric potrafił wywołać w niej tak przeciwstawne uczucia, że nie potrafiła się w nich odnaleźć. Wciąż płakała, mimo tego prześwitu radości, który przedarł się przez ciemne chmury. Miała świadomość tego, że płacz nie dodawał jej uroku, ani znanej Ericowi kokieterii. Makijaż zapewne rozmazała, bo nie pomyślała o nałożeniu wodoodpornego tuszu, ale jemu najwidoczniej to nie przeszkadzało. Tym razem nawet nie mogła zwrócić mu uwagi o słowne deklaracje. Wyznała swoje uczucia jako pierwsza, bo była ich pewna, a on odpowiedział na to wyznanie. Nie tylko słowami kocham cię i przepraszam. Odpowiedział przede wszystkim przepełnionym miłością i przeprosinami pocałunkiem. Jego słowa nie potrzebowały zapewnień. Przyjęła przeprosiny. Przyjęła uczucia, którymi pragnął się z nią podzielić.


Po burzy przychodziła cisza — ta krucha chwila, gdy wiatr milkł, deszcz przestawał przesłaniać świat, chmury rozstępowały się, odsłaniając promienie słońca, a wywabione ciepłem ptaki wracały do śpiewu. Żegnali tę uczuciową burzę, próbując na nowo odnaleźć się w cieple dnia. Shereen wciąż płakała. Słone łzy spływały po policzkach, zostawiając na nich wilgotne ślady, a palce zaciskały się na blacie, zakotwiczając ją w rzeczywistości. Rzeczywistość była gorzka. Pachniała alkoholem. Deszczem. Słowami, których nie dało się cofnąć. Wcześniej ramiona Winfield i przestrzeń między dwoma ciałami wypełniał wiatr. Teraz dzieliło ich zaledwie kilka nierównych oddechów i niemalże wyczuwalne napięcie, które pojawiło się wraz z dopuszczeniem do siebie rodzącego się w nich uczucia.

Słony pocałunek był podpisem na kartce, której treść znali tylko Eric i Shereen.

Delikatność, jaką w niego włożyli, różniła się od namiętnej żarliwości poprzednich pocałunków. Zabrakło w nim miejsca na przekomarzanki, prowokację i wulgarny flirt — podobnie jak w gestach Shereen zabrakło typowej śmiałości. Intensywne wplecenie palców między kosmyki włosów Erica i charakterystyczne szarpnięcia, ustąpiły miejsca delikatnemu dotykowi. Przygryzienie jego ust, zwykle kończące intensywny pocałunek i zwiastujące kolejny etap ich wspólnej gry, zastąpiła czułym muśnięciem dolnej wargi. W spojrzeniu, z reguły przepełnionym pożądaniem, gdy wpatrywała się intensywnie w ciemniejsze niż zwykle brązowe oczy, jakby próbowała zapamiętać rysy jego przystojnej twarzy i jasną cerę, obecnie brakowało tego ognia. Zamiast niego pojawiły się zmartwienie i troska o mężczyznę, którego chciała zatrzymać przy sobie jak najdłużej.
Odczuwała różnicę w sposobie, w jaki całował ją teraz Eric. W pocałunek, bliskość i wspólny oddech przelewał uczucia, których nie potrafił — albo nie chciał — nazwać. Shereen je chłonęła, zatapiając się w nich, przyjmując każdy przejaw troski i każdy wyraz miłości. Wsunęła się głębiej na blat, przyciągając Erica bliżej. Skoro był obok niej, żywy, choć może nieco niewyspany i obolały, cieszyła się, że miała go blisko siebie. Całego. Pragnęła nacieszyć się tym uczuciem, choć wiedziała, że nie zdoła nim zagłuszyć wszystkiego, co wydarzyło się w nocy.

Potrzebowała jedynie chwili ciszy po burzy.


Please, go down with me, my love.
Would it be the end of us if we lost our way?
Crush me in your arms.
Give me an even more beautiful kiss, my love.



Please, keep me by your side forever
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
176 cm
młodszy inżynier oprogramowania AG
Awatar użytkownika
We can keep it simple, no need to overthink it
Just give me one night to show you I'm different
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

Łatwo jest być ogrodnikiem, Ericu. Być dobrym ogrodnikiem to dopiero wyzwanie… posadzić kwiat może każdy, natomiast należy pamiętać o ważnych czynnościach, dzięki którym roślinka nie usychała.

Te słowa mamy Erica nagle zadźwięczały mu nagle w głowie, ppwodując powrót pamięcią do nastoletnich czasów, kiedy pomagał w ogrodzie i obrywał uschnięte kwiaty, a potem chodził z konewką, by każda roślinka została prawidłowo nawodniona.
I choć naprawdę nie chciał doprowadzić do uschnięcia Sher, tak poczuł, że…
Nie dotrzymał danej sobie obietnicy.
Że doprowadził ją do płaczu.
Że zamiast jeść w tamtej chwili razem śniadanie, rozmawiając o snach lub innych rzeczach, podnosili na siebie ton i patrzyli tak, jak wtedy, kiedy Eric naprawdę zdenerwował Shereen gdy byli młodsi.
Nie zapomniał tamtego wzroku i zestawiając je z tym, którym był obdarowany teraz, wiedział, że miał przejebane Zresztą inaczej nie tłukłaby butelek… proste, prawda? Gdyby wzrok mógł zabijać, to Stones już by leżał martwy, lub zamieniony w posąg lodowy.
A więc zostałem złym ogrodnikiem. stwierdził w myślach, przeczesując dłonią włosy i zastanawiając się, co będzie potem. Co przyniesie niepewna aktualnie przyszłość.
Bo przecież łatwo było popełnić błąd, który był niczym huragan lub tsunami niszczący relację, jeżeli nie zawalczyło się o nią w odpowiedni sposób.  Najgorsze, że ani huraganu ani tsunami nie dało się przewidzieć. Niebo nagle potrafiło się zrobić szare, a woda wezbrzeć. Stones słyszał o potężnym tsunami, jakie miało miejsce w Japonii w 2011 roku - miał wtedy 10 lat i w wiadomościach zarówno w radiu, jak i w telewizji, i praktycznie każdy o tym mówił. Doskonale pamiętał zbiórki dla potrzebujących oraz akcje na rzecz odbudowy domów. Wtedy Eric poczuł strach i obawę, że tak niebezpieczny żywioł dopadnie jego rodzinę w Korei lub tu, w Kanadzie. Nie chciał sobie wyobrażać, jak ogromna fala przykrywa dom w którym mieszkał, lecz koniec końców mu się to przyśniło. Śnił mu się dom w ruinach oraz brak odezwu mimo wołania członków rodziny.
Odpowiedziała mu…

cisza.


- A czy ktoś Ci każe je prawić?! - odpowiedział, kierowany gniewem. - W całym domu teraz wali mieszaniną piw… mam wrażenie, jakbym miał się zaraz udusić. - powiedział, przykładając sobie dłonie na szyi, by zwizualizować duszenie - ogólnie ten zapach ani trochę mu nie pomagał, szczególnie kiedy  poprzedniego dnia przesadził z trunkami i dlatego właśnie potrzebował odwiedzić toaletę. Dobrze, że zdążył dobiec, bo jakby jeszcze załatwił podłogę… to chyba zrobiłby fikołka albo położyłby się i czekał, aż to wszystko się uspokoi. Zamknąłby oczy i czekał. No ale koniec końców tylko kuchnia będzie do posprzątania i w sumie też trasa, którą przeszedł, bo zostawił po sobie ślady, dobrze widoczne pod światłem.

Czuł, że czeka go bardzo długi dzień. Jasne, zdarzało mu się sprzątać rozlany alkohol u siebie w mieszkaniu - i to nie raz - ale nigdy w takiej ilości. Nawet kiedy robił imprezę, nie był zmuszony do sprzątania tak rozlanego alkoholu.

Słysząc pytanie o to gdzie był Dante, gdy Eric zostawił telefon na ławce, Stones musiał naprawdę wytężyć pamięć niczym na jakimś mega ważnym sprawdzianie, od którego zależała jego choć może nawet i ich - Erica i Sher - przyszłość.
- On… czekał na mnie i stał bliżej rzeki. Dlatego nie zauważył, że zostawiłem telefon. - tak było, nie kłamał. Dante z nudów postanowił rozprostować kolana i popatrzeć na płynącą rzekę z piwkiem w ręku.

Wkurzył się. Naprawdę się wkurzył na Olivera i gdyby go teraz spotkał, nie zawahałby się użyć siły, absolutnie. Miałby gdzieś to, że jego knykcie pokryłyby się krwią, bo zwyczajnie uważał, że były chłopak Shereen zasłużył na porządne spranie.
Jemu także nie podobał się fakt naruszenia prywatności i to, że totalnie obcy typ, będący psycholem, przejrzał wiadomości, jakie między sobą wymienili, oraz zdjęcia… a zdjęcia wysyłali sobie naprawdę różne…

- Uwierz mi, że też nie jestem z tego zadowolony, aczkolwiek ciekaw jestem, do której wiadomości zdołał dotrzeć i ile zdjęć zobaczył…- wydawało mu się, że wcale go tak długo nie było, a poza tym możliwe, że Oliver zdołał  jedynie szybko przescrollować wiadomośc i zatrzymywał się na dłużej JEDYNIE na wyłapanych kluczowych dla niego słowach oraz tym, co go zainteresowało. Lub na kimś, kto go interesował. a Olivera mimo wszystko zapewne wciąż interesowała Shereen. Erica myślenie, że widział zdjęcia przeznaczone WYŁĄCZNIE dla niego, widział ktoś trzeci, powodowało, że miał ochotę nie tylko uderzać ręką o blat, ale także rzucić sobie butelką lub kopnąć krzesło - konkretniej jego nóżkę - stojące tuż obok stołu.
To były zdjęcia dla mnie. Zrobione z myślą o mnie… on już miał swoje pięć minut i nie potrafił ich wykorzystać. pomyślał Eric, przechadzając się z lewej do prawej jak ktoś, kto nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Jasne, nie wątpił, że Oliver też dostawał takie ładne zdjęcia, ale no…  Sher i Oliver to przeszłość. Podarta kartka. Wagon został odczepiony od lokomotywy, choć chyba jednak wciąż się jej trzymał, skoro nie potrafił odpuścić. W tamtej chwili także i oczy Erica zapłonęły czystym gniewem i wściekłością. Miał też ochotę krzyczeć ale ostatecznie wydobył z siebie jedynie:
- ARGH! - więc no, tak jakby krzyknął, wyrzucając ręce do góry, a potem spojrzał na Sher i automatycznie jakby… złagodniał. Jakby była latarnią morską, która pozwoliła mu przybić do brzegu, jakby była źródłem wody na pustyni, dającym ukojenie. Wziął głęboki wdech, a następnie wypuścił powietrze z ust. Powtórzył tę czynność trzy razy z przymkniętymi oczami, co pomogło mu zrzucić - a przynajmniej połowicznie - płaszcz gniewu.

Bo zrzucił go całkowicie, kiedy usłyszał słowa, których kompletnie nie przypuszczał, że usłyszy tego dnia. Dwa słowa, które spowodowały, że poczuł się najszczęśliwszym facetem na Ziemi. Nagle jakby wszystko dookoła nich zniknęło, a przed sobą Eric widział tylko swoje najprawdziwsze szczęście. Swoją radość. Swój kwiat. Nie obchodziły go przejeżdżające samochody, nie obchodziły go rozbite butelki i pokrywający praktycznie całą podłogę alkohol. Chciał, nie. Pragnął zatrzymać czas, choć wiedział, że to niemożliwe.
Nagle musnął lekko ustami czoło Sher, tuż przed tym jak rozpoczął przelewanie tego, co aktualnie czuł poprzez słodko-gorzki pocałunek. I nie przeszkadzały mu słone łzy Sher, pomieszane z jego - bo jednak nie dał rady być twardym. Nie zamierzał jej mówić aby przestała płakać. Mogła to robić. Mogła krzyczeć. Miała prawo do wyrażania emocji bo była człowiekiem. Była kimś, kogo naprawdę szczerze i bezgranicznie kochał. 


Po każdej burzy wschodziło słońce i po każdej nocy przychodził dzień. I chyba właśnie to nadchodziło, bo tłuczone szkło zostało zastąpione czułymi spojrzeniami wraz z gestami.

Eric nie protestował, kiedy Sher siedząc na blacie, pociągnęła go za sobą. Przytulał ją mocno ale nie za mocno, a nagle, położył głowę na jej ramieniu, jakby chciał się w nim schować przed wszystkimi i wszystkim. Ramiona Winifield stanowiły bezpieczne miejsce. Bezpieczną przystań.
Nie był do końca pewien, ile czasu stał w takiej pozycji, z dłońmi wokół talii Sher, bo nie sprawdzał godziny. Naprawdę nic go w tamtej chwili nie obchodziło poza tym, że miał przy sobie dziewczynę, która odwzajemniała jego uczucia, która nie zrobiła tego, co mogła zrobić…

Nie uciekła.

Stojąc tak opartym głową o ramię Sher z przymkniętymi oczami, wdychał zapach jej perfum, które dobrze znał. Które uważał za jedne z przyjemniejszych zapachów. Gdyby miał zasłonięte oczy i miał polegać wyłącznie na zmyśle węchu, bez problemu rozpoznałby swoją dziewczynę. A gdyby miał wątpliwość, dotknąłby jej dłoni lub brzucha. Po chwili zabrał dłoń z talii, by zacząć głaskać oraz lekko drapać dziewczynę po głowie. 

- Dziękuję Ci... - wyszeptał nagle do ucha dziewczyny. 
- za to, że jesteś. Że zostałaś. - dokończył, składając na jej uchu lekki pocałunek. Oczywiście ani razu nie próbował się odsunąć bez względu na to, czy Sher trzymała go za koszulkę czy nie. Chciał być blisko.
- Czuję się okradziony wiesz? - powiedział nagle, przenosząc głowę tak, by móc spojrzeć Shereen prosto w oczy.
- Okradziony z własnego serca. - odparł by wiadomo było o jaką lub kradzież czego mu chodziło. Chcąc podkreślić wartość swoich słów, wziął rękę Shereen, by następnie ulokować ją pod swoją koszulką i zacząć nią sunąć wyżej, aż dotarł do bijącego - dla niej - serca. Nagle też zdał sobie sprawę, że jeśli Sher dotknie jego nadgarstków... będzie musiał się tłumaczyć, a nie da rady zakryć tych śladów. Westchnął i postanowił - skoro i tak wyznawali sobie szczere uczucia - być po prostu fair. Wziął wdech, mając wrażenie jakby miał skakać na głęboką wodę, nie wiedząc gdzie znajduje się dno.
- Sher.... jest jeszcze coś co powinnaś wiedzieć. - zaczął niepewnie, unosząc prawy nadgarstek tak, by Sher go dobrze widziała - lewą dłoń, wciąż trzymal na dłoni Sher.
- Zamknięto mnie na kilka godzin w areszcie. Własny brat mnie zamknął ale to nieważne. Ważne teraz jest to, że jesteśmy razem. I mamy siebie nawzajem. - odparł, gładząc kciukiem policzek Sher I zastanawiając się, co zaraz nastąpi.

Oh, won't you stay with me?
'Cause you're all I need


you stole my heart
24 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
With or without you
I'm torn between a deeper desire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ciszą odpowiedziała również Shereen, jawnie niezadowolona z tonu, jakim posłużył się Eric. Krzyczeli na siebie, zamiast rozmawiać, ale byli tylko ludźmi. Emocje, które w nich uderzały, przypominały wzburzony, przepełniony złością ocean. Woda nagle ściemniała, zaczynała pluć pianą rozszarpywaną przez wiatr, jakby ocean zaczął tracić nad sobą panowanie. Emocje był piękne. Emocje były potrzebne. Emocje były przytłaczające i niebezpieczne, gdy się wzbierały. Shereen uwielbiała żywioły, podziwiała naturę za to, że je stworzyła, ale przerażały ją, gdy wymykały się spod kontroli. Gniew też ją przerażał. Złość, a właściwie wściekłość wywołana zachowaniem bliskiej osoby, była jej obca. Dotąd każda obawa o przyjaciół czy rodzinę rodziła przede wszystkim lęk – cichy, ściskający gardło i odbierający oddech. Ale myśl o Ericu i o tym, że mogło stać mu się coś złego, obudziła w niej coś, czego wcześniej nie znała. Nie był to sztorm rozbijający fale o skały. Był to prąd głębinowy. Niewidzialny, lodowaty, pozbawiony litości. Płynął tam, gdzie nie docierało już światło, pośród ciśnienia zdolnego zmiażdżyć wszystko, co odważyło się zanurkować zbyt głęboko. Ta sytuacja pomogła jej zrozumieć, że najgłębsza wściekłość nie rodziła się z nienawiści, lecz miłości. Świadomość, że ktoś, bez kogo świat wydawał się uboższy, mógł zostać jej odebrany, szczerze ją przerażała. Niepokoiło ją to, bo nigdy wcześniej jej uczucia nie były tak silne, jak te, którymi darzyła Erica.

Erica kochała mocniej niż Olivera.


Ludzie często popełniali błędy i Shereen była jedną z ostatnich osób, która chciała kogokolwiek z nich rozliczać. Ludzkim było się mylić. Miała szczerą nadzieję, że Eric więcej nie popełni aż tak dużego błędu, jakim była nieostrożność. Chciał tylko iść do parku, żeby wypić w towarzystwie przyjaciela kilka piw. Rozumiała tę potrzebę, sama chętnie spotykała się z koleżankami, ale z reguły robiła to w domowym zaciszu, lub w miejscach, w których zbierały się duże grupy ludzi. Była więc bezpieczna. Do domu sama nie wracała, bo dzwoniła do Erica, albo zamawiała taksówkę.
Słysząc słowa Erica, te o duszeniu się i smrodzie piwa, rozejrzała się po kuchni, szacując wartość strat. Nie tylko jemu przeszkadzał ten zapach. Towarzyszył im od początku tej burzliwej kłótni i nie chciał się ulotnić — nie miał gdzie. Opuściła spojrzenie, rozczarowana swoim zachowaniem i naturalnie zawstydzona faktem, że tak postąpiła. Nie chciała, żeby się na nią wściekał. Nie lubiła, gdy się na nią złościł. Zwłaszcza wtedy, gdy miał powód. Wojowniczy duch Shereen zaczynał ją opuszczać. Został złamany, a w jego miejsce pojawił się nowy; niepewny. Przerwała kontakt wzrokowy z Erikiem, przestała zerkać na niego z wściekłością.

Śmierdziało, tak okropnie śmierdziało...


Będzie musiała pomóc mu sprzątać. Narobiła bałaganu. Nigdy nie sprzątała butelek po imprezach, domyślała się, że było to czasochłonne, ale alkohol… Miał to do siebie, że jego unosił się w powietrzu dość długo i osiadał na rzeczach materialnych.
Dante postanowił rozprostować nogi. To było logiczne tłumaczenie, ale dlaczego nie zareagował? Może nie powinna drążyć tematu. Nie było jej tam, nie wiedziała, co się stało, dlatego liczyła na pomoc Erica — jednakże nie chciała wywierać na nim presji. Był wystarczająco zdenerwowany i zestresowany, podobnie jak ona.
Wolała nie wiedzieć ile przescrollował wiadomości ani ile zdjęć zobaczył.
Zainteresowanie byłą dziewczyną powinno zniknąć wraz z zakończeniem związku. Czuła się niepewnie ze świadomością, że mógł zobaczyć to, co było przeznaczone dla Erica. Przygryzła nerwowo wewnętrzną stronę policzka, czując jak płonie z zawstydzenia. Gdyby chciała podzielić się swoimi intymnymi zdjęciami ze światem, założyłaby konto na niebieskiej platformie. Nie robiła tego, bo chciała być oglądana tylko i wyłącznie przez jednego mężczyznę — i był nim Eric. Pokręciła szybko głową, zaprzeczając tym gestem jego słowom, jakby chciała przekazać mu bezsłownie, że nie chce tego słuchać. Z każdym wypowiedzianym przez niego słowem, odnosiła wrażenie, że zapada się w sobie coraz głębiej, jakby w tym momencie kontrolę nad jej zachowaniem, przejęło zawstydzenie. Eric był wściekły, bo Oliver miał swój czas z Shereen i nie wykorzystał go w odpowiedni sposób. Shereen była zła, bo chciała zakopać przeszłość i ruszyć do przodu, bez oglądania się z przerażeniem za siebie i sprawdzania, czy Oliver nie był przypadkiem świadkiem podejmowanych przez nią decyzji ani nie rzutował cieniem na jej przyszłości.
Kolejny wybuch złości Erica także przemilczała.
Widziała, że cała sytuacja mu ciążyła. Prawdopodobnie czuł się jak człowiek wrzucony do wody z zaszytymi w brzuchu kamieniami, których ciężar ściągał go na dno, uniemożliwiając wypłynięcie na powierzchnię. Tonęli wspólnie w tym oceanie niepewności i żalu. Musieli poradzić sobie z tym razem. Nawet jeśli wspólny szlak morski wiódł przez gorzko-słone pocałunki i gesty przepełnione goryczą przełamywaną przez uczucia. Nie musieli być twardzi. Nie w swoim towarzystwie. Shereen nie wymagała od Erica surowości, gdy wewnątrz drżał z emocji. Chciała, by się ich pozbył, oczyścił się z negatywnych uczuć. Obydwoje tego potrzebowali. Kochała wrażliwość Erica, rozczulał ją tym. Miała być jego ostoją, prywatną wyspą, przy której mógł zacumować, żeby złapać oddech i odpocząć. A najlepiej zostać przy niej na stałe.

Proszę, po prostu mnie nie puszczaj.

Proszę, po prostu mnie przytulaj.

Proszę, nie zostawiaj mnie, trzymaj mnie, żebym się nie rozpadła.

Jestem zmęczona trzymaniem się samej.


Czasem tak już było, że przytulanie się do odpowiedniej osoby wymazywało całą niechęć, żal i przytłaczający smutek. Obecność Erica działała na nią kojąco. Bliskość jego ciała, ciepło, oddech, który czuła wpierw na swoim czole, następnie na ustach i ostatecznie na ramieniu, gdy się w nią wtulał, a ona, układając dłonie na jego łopatkach, obejmowała go z siłą kogoś, kto nie chciał zostać opuszczony, sprawiały, że oddech stawał się łatwiejszy. Łzy odpuszczały, szlochanie ustępowało. Przechylając lekko głowę, oparła policzek o ciemne włosy Erica, przesuwając prawą dłonią wzwyż jego pleców, byle tylko sięgnąć do nich palcami i czule je przeczesać, jakby chciała zapamiętać ich miękkość i zapach. Słowa Erica uderzyły w nią z zaskakującą siłą. Szczerość, z jaką wyrażał swoje uczucia względem niej, była onieśmielająca. Tylko Eric potrafił wywołać w niej taki wachlarz emocji. Potrafił ją zawstydzić i sprawić, że cała jej śmiałość nagle niknęła za zasłoną jego ciepłych słów.

Za to, że jesteś. Że zostałaś.


Przymknęła oczy, czując lekki pocałunek na uchu. Kąciki jej ust drgnęły w delikatnym uśmiechu, gdy przetwarzała w myślach jego słowa. Jest tak blisko. Czuła jego oddech na szyi. Końce ciemnych włosów muskające jej policzki. Szept, który został z nią dłużej, niż powinien. Głos Erica był ciepły i spokojny. Nie podnosił go, nie musiał. Miał w sobie coś, co sprawiało, że słuchała go uważniej, niż kogokolwiek innego, jakby każde wypowiedziane przez niego słowo było przeznaczone wyłącznie dla niej. Otulał ją swoją miękkością i sprawiał, że mogłaby się w niego wsłuchiwać przez następne lata, a nigdy by jej się nie znudził. Jeszcze nigdy nie dziękował jej za obecność ani za to, że została. Dla niego mogła zostać, nawet jeśli świat zacząłby im się walić na głowy. Kiedy powiedział, że czuje się okradziony, uniosła na niego wzrok. W oczach Shereen nie było rozbawienia, ani zakłopotania. Była szczera czułość.
— To nie była kradzież. Oddałeś mi się, to była twoja decyzja — ubezwłasnowolnił i uczynił ją swoim katem. Ona zrobiła to samo. Pozwoliła, by druga osoba zawładnęła jej sercem i wypełniła myśli, odbierając jej beztroskę. Pozwoliła, by poprowadził jej dłoń pod materiał swojej koszulki. Pod opuszkami palców wyczuła ciepło jego skóry i miarowy rytm serca. Zatrzymała dłoń dokładnie tam, gdzie ją ułożył, jakby chciała upewnić się, że naprawdę bije. Dopiero pod palcami poczuła jego płytszy oddech i ledwo zauważalnie napinające się mięśnie. Zestresował się.
Wyłapała niepewność i obawę, które kryły się pod reakcjami jego ciała.
Zsunęła wzrok na nadgarstek, który powoli uniósł, sięgając do niego palcami. W lekko wyczuwalnym geście przemknęła opuszkami po odznaczającej się czerwieni, śladach po metalu, nierówności nieprzypominającej jego gładkiej skóry, którą znała. Wyznanie Erica wprawiło ją w dyskomfort. Złapała głębszy wdech, zastanawiając się, co powinna w tym momencie powiedzieć. Nie odczuwała złości. Sama zadzwoniła na policję, bo zaniepokoiły ją wiadomości Olivera. Zwilżyła lekko dolną wargę, bo miała wrażenie, że jej usta nagle stały się suchsze i zastanowiła się nad słowami, które chciała wypowiedzieć.
— Czyli jak zadzwoniłam na policję… Wysłali twojego brata na patrol. Ja chyba… Nie jestem zła o to, że cię zatrzymali. Gdyby nie reakcja policji, mógłbyś skończyć gorzej — miał otarcia na nadgarstkach i wydawało jej się, że niewielkie rozcięcie na wardze. Przysuwając się nieco, przyjrzała się uważnie jego twarzy, szukając dodatkowych śladów po bójce.

my obsession
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
25 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
176 cm
młodszy inżynier oprogramowania AG
Awatar użytkownika
We can keep it simple, no need to overthink it
Just give me one night to show you I'm different
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

Eric był świadkiem wielu kłótni w swoim życiu. Sam niejednokrotnie kłócił się ze znajomymi, bo tracił pod nogami grunt zwany cierpliwością, gdy na przykład jeden z nich ciągle odwoływał spotkania - ostatecznie ta relacja nie przetrwała - albo kiedy narzucano mu swoją rację, choć on miał odmienne zdanie i choć początkowo kulturalnie tłumaczył, że go nie zmieni, tak ciągłe naciski zaczynały go zwyczajnie irytować. Aczkolwiek czym innym była sprzeczka przyjaciół, a czym innym, kiedy dwójka o wiele bliższych sobie osób zaczynała podnosić ton. Złość połączona z gniewem tworzyła niebezpieczną mieszankę, która po wymieszaniu i wylaniu na kogoś mogła spowodować zarówno trwałe uszkodzenia.

Bo czasami słowa bolały bardziej niż czyny.


Siniaki schodziły, goiły się, natomiast słowa często zostawały, utykały i potrafiły wracać jak bumerang w najmniej spodziewanych momentach. Potrafiły doprowadzić do płaczu, furii, a nawet czegoś o wiele gorszego - mówiąc przykre rzeczy, komuś to jakby wbijało się ostry nóż, a rana po nim nie goiła się tak łatwo. Krew nie leciała na zewnątrz, tylko wchłaniała się wewnątrz, powodując niewyobrażalny ból. Eric tego doświadczał niejednokrotnie gdy ojciec gasił jego zapał chociażby do pływania albo dawał do zrozumienia, że NIC w życiu nie osiągnie, jeśli będzie tyle grał na komputerze, choć Eric wcale nie uważał aby spędzał AŻ tak dużo czasu. Z tego, co pamiętał, jego kumple potrafili grać o wiele więcej i nikt im uwagi nie zwracał. Pewnego dnia nastoletni Stones zastanawiał się, czy nie powinien zacząć stawiać kresek za każdym razem, kiedy słyszał: Za naukę byś się wziął. Jednego był pewien - gdyby wrzucał po jednym dolarze za każdy taki tekst, całkiem nieźle by się wzbogacił.
Stojąc naprzeciwko Shereen, Eric zaczął podnosić głos, bo miał wrażenie, że tylko tak zostanie usłyszany. Krzyczał z bezsilności i wściekłości. Jego wyraz twarzy wraz z zaciśniętymi pięściami podkreślały niezadowolenie, do którego miał prawo. Tak samo Shereen - ona także miała prawo być wściekła na Erica. Zdawał sobie z tego doskonale sprawę, lecz co innego go zaskoczyło…
Shereen nic nie odpowiedziała na jego krzyk. Tylko… obserwowała. Ta nastała cisza sprawiła, że sam Eric także nic nie powiedział, bo zwyczajnie nie wiedział, co powinien i czy w ogóle powinien cokolwiek powiedzieć. Co by tym osiągnął i co by pokazał, gdyby krzyczał dalej?


Czy krzyk nie był oznaką słabości?


W sumie poza duszeniem się miał ochotę powiedzieć, że puści pawia, ale biorąc pod uwagę fakt, iż ostatecznie i tak pobiegł do łazienki, by puścić pawia, to raczej było zwyczajnie zbędne. Dlatego nie było innego wyjścia, jak pootwierać okna - co też uczynił. W pewnym momencie poszedł do salonu i sypialni, by uchylić okna i porobić przeciąg, bo naprawdę ciężko się oddychało i myślało, wdychając unoszące się opary.
Ale musiał przyznać, że dzięki tej gęstej atmosferze, przestawał odczuwać skutki kaca - a może właśnie wyrzucenie z siebie też w jakiś sposób pomogło…
Nie wymagał od Sher, aby pomagała mu przy sprzątaniu. Owszem, zrobiła całkiem spory bałagan, ale po pierwsze, to było JEGO mieszkanie; po drugie, JEGO alkohol - bo kupił go za WŁASNE pieniądze. Poza tym wolał, aby mu nie pomagała, bo jeszcze by sobie zrobiła krzywdę przy zbieraniu szkła, a tego absolutnie nie chciał. Już wystarczyło, że posiadała ranę na nodze spowodowaną szkłem. Nie chciał, by także i dłonie miała poranione. Choć jakby nie patrzeć, w tamtej chwili obydwoje byli poranieni - ona przez jego zachowanie, a on przez jej, choć w tym starciu wygrywał ból odczuwany przez Sher, bo
Czymże był ból spowodowany myślą, że nie zobaczy się już więcej ukochanej osoby w porównaniu z bólem odczuwanym przez rozbicie paru…nastu butelek?
Czymże było porównanie czegoś materialnego z czymś materialnym?


Butelki odkupić było łatwo, natomiast odbudować mur zwany zaufaniem… to już była nieco bardziej skomplikowana i czasochłonna sztuka. Bo zaufanie było budowane latami i naprawdę wystarczyła jedna sytuacja, by je zszargać, zepsuć, zniszczyć.


W sumie, jakby nie patrzeć to był kolejny raz kiedy Sher dotrzymała słowa.
Kiedy posłuchała jego prośby.
Kiedy została.
Pierwszy raz był po ich stosunku odbytym na krześle gamingowym - prosił ją, by została, bo nie chciał obudzić się rano i zobaczyć puste łóżko. Taka ucieczka źle mu się kojarzyła z osobą, o której już, notabene, zdążył zapomnieć, ponieważ to Sher przyszła z przysłowiowymi walizkami i rozgościła się wewnątrz jego. Wypełniała go całego. Była zarówno w głowie, jak i w sercu Erica.
Drugi raz był teraz. Prosił bo bał się…
samotności

do której ponownie musiałby się przyzwyczajać. Ciszy, bo nikt nie witałby go pocałunkiem po wspólnie przespanej nocy ani nie życzyłby dobranoc, gdy kładł się spać.
Zostałby sam w dźwiękach samotności. Jasne, czasami miał ochotę zabrać wędki, pobyć sam, lecz odkąd był z Shereen, chciał z nią dzielić wykonywane czynności. Poza tym nie codziennie się widzieli, choć pisali ze sobą albo dzwonili, uruchamiając kamerki. Czas dla samego siebie był potrzebny, bo pozwalał usłyszeć, co tam w środku grało. Czy przygrywała dobra, spokojna muzyka, czy ciężka, przepełniona smutkiem lub gniewem.
Dostrzegł w oczach swojej dziewczyny czułość, która go rozczulała.
- Masz rację, ale zawsze mogłaś mnie odrzucić, prawda? - odpowiedział, obdarzając Sher równie czułym spojrzeniem, doskonale zdając sobie sprawę, że wystarczyło jedno nie a nie byliby tu, gdzie aktualnie się znajdowali. Nie byłoby Erica i Shereen; każde z nich kroczyłoby oddzielnie. Nie każda znajomość miała tyle szczęścia co oni. Ileż to Stones nasłuchał się od znajomych o nieodwzajemnionych uczuciach…Kąciki jego ust uniosły się, gdy nie napotkał z jej strony najmniejszego oporu. Gdy pozwoliła mu prowadzić swoją dłoń niczym pędzel po obrazie.
Zdawał sobie sprawę z ryzyka, że poczuje, jak nagle napina mięśnie w stresie.
Zastanawiał się, czy dobrze robi ale z drugiej strony, czy właśnie dzięki przyznaniu się, nie postawi pierwszej cegiełki przy odbudowywaniu zaufania?
Dotyk Sher na nadgarstkach, na których wciąż widniały ślady po wcześniejszym skuciu, przynosił niesamowitą ulgę, niczym aloes lub zimna woda w upalny dzień. Chciał, aby dotykała go jak najdłużej. Był gotów doświadczyć kolejnego wybuchu, lecz czas mijał, a nic takiego NIE następowało.
Spojrzał na Sher z niedowierzaniem, jednocześnie czując jakby właśnie pozbył się ciężkiego kamienia, przywiązanego do nogi.
- Gdyby nie policja… wszystko faktycznie mogłoby potoczyć się inaczej, dlatego powinnaś być z siebie dumna bo… po pierwsze, postąpiłaś słusznie. A po drugie… ochroniłaś mnie . - wyjaśnił, przykładając jedną dłoń do policzka dziewczyny, a drugą ulokował na jej plecach i ponownie złożył na jej ustach pocałunek, jakby także i nim chciał podziękować za…
uratowanie mu życia.
Czy kiedykolwiek zdołam jej się za to odwdzięczyć? Jak mógłbym jej to zrekompensować… te właśnie pytania zaczął sobie zadawać, nie wiedząc, czy cokolwiek, co mógłby zrobić, byłoby W Y S T A R C Z A J Ą C E. Uświadomił sobie, że była JEGO bohaterką. Poza rozcięciem na wardze miał też siny prawy policzek i niewielką ranę nad lewym łukiem brwiowym.
- Dziękuję Ci. Naprawdę, bardzo Ci dziękuję. - wyszeptał, przerywając na krótką chwilę pocałunek. Dziękował naprawdę szczerze i z całego serca, choć czy dziękowanie słowami należało uznać za wystarczające?
Wątpił.
So hold me when I'm here, right me when I'm wrong
Hold me when I'm scared and love me when I'm gone
Everything I am and everything in me
Wants to be the one you wanted me to be


you save my life
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”