let yourself breathe
: czw sie 13, 2026 8:06 pm
Nie starał się jej zniechęcić; nie działał, by oswoić ją z myślą że mogła popełnić błąd. Nie mówił, że jest potworem, bo sam nie wiedział w jaki sposób wyjaśnić przed samym sobą tę wątpliwość wtopioną jak korzeń drzazgi tworzącej bolesne skaleczenie, które bezustannie dławiło się własnym, gęstym ładunkiem ropy. Mógł przypominać zwierzę, które dobrze wiedziało z jakiego powodu atakuje, początkowo zbyt drobne, o pięściach cienkich jak liście które zdążyły opaść i zwiędnąć zbyt raptownie, zbyt szybko, noszące we wnętrzu gardła śluz żalu do własnej matki że postanowiła w ogóle je urodzić. Pamiętał, w jaki sposób niektórzy zaczynali nazywać ich rodzinę, o ile mogli nazywać się rodziną, tylko dwoje, nikt więcej - i brało go obrzydzenie, gdy myślał o każdym słowie, którego brud odrywał się nieprzerwaną korozją z ich języków. Był zły i miał w sobie gniew, bo nie miał innego wyjścia, bo nie miał zamiaru dawać im przyzwolenia, aby go mogli miażdżyć, łamiąc mu każdą kość. Wszystko, co trzymał w sobie, za grubym murem tajemnic, za błoną zasłon milczenia, nie było jednak tematem ich rozmowy. Miał wrażenie, że musiała nieopatrznie zrozumieć jego słowa, przez co musiał powtarzać, że nie, nie robi z siebie demona, nie teraz, tutaj, nawet gdy nieświadomie dotknęła wrażliwego punktu na topografii jego duszy. Pokryty mdłym, zawieszonym na jego skórze zmęczeniem, nie miał zamiaru o tym dyskutować. Nie byli na tyle bliscy, aby zwiedzać muzea swoich lęków. Nie byli jeszcze; albo nie będą nigdy.
- Znowu mnie o to pytasz - zauważa więc nieco pobłażliwie. Widzi że dalej drąży i nie ma w planach udawać, że jest zupełnie inaczej, że pozostaje ślepy. Nić jego głosu pomimo tego jest miękka i nie wydaje się, by miał jej to całkowicie za złe. Szukała odpowiedzi więc miał zamiar ją w tym momencie ofiarować, oczywiście na miarę swoich możliwości. Liczył, że koniec końców zrozumie że wcale jej nie odrzuca. Nie mówi, że musi przestać, choć w ostatecznym rozrachunku jest jedynie świadomy, w jaki sposób prezentuje się większość jego znajomości. Nie, tak naprawdę on chce, żeby mogła się zbliżyć, żeby była w stosunku do niego bezpośrednia, bez rękawiczek nazw, bez doktorów, magistrów oraz innych tytułów noszonych przez nich na dyplomie, bez hierarchii, bez słów dawkowanych uważnie przy pacjentach, bez strachu że można zostać zbyt szybko i niepotrzebnie ocenionym. Chirurdzy nigdy nie byli akademicką elitą, dlatego, że bezpośredniość tworzyła niszę ich pracy, wszystkie supły narządów tworzące rozległą miękką galaktykę zamkniętą w worku otrzewnowym.
- Iris - zwrócił się do niej również po imieniu, zupełnie, jakby chciał zetknąć się teraz z każdą, kolejną głoską która tworzyła jego szkielet - mówiłem tylko, że możesz być ze mną szczera - sprostował. Nic więcej, Iris, nic więcej, co musisz szukać. Cieszyła go jej otwartość, też na kłopoty, o których mu powiedziała z łagodnym łukiem uśmiechu. Sam nie uśmiechał się, nie w tej chwili, gdy patrzył na jej twarz, czujny, szukając czegoś nowego w przebiegu ich rozmowy. Nie rozumiała jeszcze, co wkrótce zamierza zrobić. Nie rozumiała jak potrafił być straszny w swoich kolejnych słowach, zupełnie, jakby samym na wstępie chciał sprawdzić anatomię ich spotkania, testując jej wytrzymałość aż do granic.
- Dotknij mnie, a zobaczysz, czy rzeczywiście wydarzy się coś złego - dodał półszeptem, powoli, nie pozwalając jej jednoznacznie stwierdzić czy przyjacielsko żartuje, czy zaciska na jej zmysłach w tej chwili prowokację. Jak inaczej miałaby się przekonać? Słowa były słowami; nie miały żadnej wartości aby móc udowodnić czy jest się zupełnie nieszkodliwym. Co innego w tych wypadkach świadczyło o człowieku. Doświadczenie; doświadczenie go krok po kroku i szczegół po szczególe.
- Inaczej nie poznasz prawdy.
Iris Valentine
- Znowu mnie o to pytasz - zauważa więc nieco pobłażliwie. Widzi że dalej drąży i nie ma w planach udawać, że jest zupełnie inaczej, że pozostaje ślepy. Nić jego głosu pomimo tego jest miękka i nie wydaje się, by miał jej to całkowicie za złe. Szukała odpowiedzi więc miał zamiar ją w tym momencie ofiarować, oczywiście na miarę swoich możliwości. Liczył, że koniec końców zrozumie że wcale jej nie odrzuca. Nie mówi, że musi przestać, choć w ostatecznym rozrachunku jest jedynie świadomy, w jaki sposób prezentuje się większość jego znajomości. Nie, tak naprawdę on chce, żeby mogła się zbliżyć, żeby była w stosunku do niego bezpośrednia, bez rękawiczek nazw, bez doktorów, magistrów oraz innych tytułów noszonych przez nich na dyplomie, bez hierarchii, bez słów dawkowanych uważnie przy pacjentach, bez strachu że można zostać zbyt szybko i niepotrzebnie ocenionym. Chirurdzy nigdy nie byli akademicką elitą, dlatego, że bezpośredniość tworzyła niszę ich pracy, wszystkie supły narządów tworzące rozległą miękką galaktykę zamkniętą w worku otrzewnowym.
- Iris - zwrócił się do niej również po imieniu, zupełnie, jakby chciał zetknąć się teraz z każdą, kolejną głoską która tworzyła jego szkielet - mówiłem tylko, że możesz być ze mną szczera - sprostował. Nic więcej, Iris, nic więcej, co musisz szukać. Cieszyła go jej otwartość, też na kłopoty, o których mu powiedziała z łagodnym łukiem uśmiechu. Sam nie uśmiechał się, nie w tej chwili, gdy patrzył na jej twarz, czujny, szukając czegoś nowego w przebiegu ich rozmowy. Nie rozumiała jeszcze, co wkrótce zamierza zrobić. Nie rozumiała jak potrafił być straszny w swoich kolejnych słowach, zupełnie, jakby samym na wstępie chciał sprawdzić anatomię ich spotkania, testując jej wytrzymałość aż do granic.
- Dotknij mnie, a zobaczysz, czy rzeczywiście wydarzy się coś złego - dodał półszeptem, powoli, nie pozwalając jej jednoznacznie stwierdzić czy przyjacielsko żartuje, czy zaciska na jej zmysłach w tej chwili prowokację. Jak inaczej miałaby się przekonać? Słowa były słowami; nie miały żadnej wartości aby móc udowodnić czy jest się zupełnie nieszkodliwym. Co innego w tych wypadkach świadczyło o człowieku. Doświadczenie; doświadczenie go krok po kroku i szczegół po szczególe.
- Inaczej nie poznasz prawdy.
Iris Valentine