Nie chciało mu się zadzwonić, bo i tak wydostawał się z pracy drogą prowadzącą przez oddział ratunkowy. Przystanął przy stanowiskach, gdzie miejsce zdążyły zagrzać już nowe (wypoczęte?) osoby. Odczekał, aż znajdą chwilę, podnosząc na niego wzrok - stał w ten sposób, opierając się nonszalancko o powierzchnię blatu.
- ...z cztery jednostki mu zapotrzebujcie - przekazał, na początku wskazując którego pacjenta rzeczywiście miał na myśli - i może już jechać do nas - szef doskonale wiedział i szef na niego oczekiwał wyznaczając odpowiednie osoby do zabiegu. Trochę żałował, że nie był w stanie go wykonać, zupełnie jakby było mu mało... Niektórzy śmiali się że próbował zawsze brać na siebie zbyt wiele, a on zastanawiał się, co tak naprawdę w tych chwilach nim kierowało - dlatego, że nie było to na pewno współczucie ani świadomość misji (jakiej misji, do cholery?).
- A ja w zamian za to - dodał później - oznajmiam, że w y p i e r d a l a m - wzruszył ramionami, podnosząc się i przechodząc nieopodal lady. Nie martwił się, czy ktokolwiek z pacjentów zdołał usłyszeć jego słowa - w takich chwilach mówił szybciej niż myślał, wyłącznie ciesząc się faktem ze mógł zwyczajnie odpocząć od obowiązków. Miał już całkiem wychodzić, ale jego spojrzenie zatrzasnęło się na postaci jednej z pielęgniarek - wiedział że tak jak on podobnie skończyła pracę.
- Jeszcze tu jesteś? - pytanie w jego ustach ulotniło się z tonem nagłego i niewątpliwie rozbawionego oskarżenia. Sam nie był lepszy, tkwiąc tutaj więcej niż było mu wyznaczone, co sprawiło, że z twarzy noszących na powierzchni wspomnienia ostatniego dyżuru - zostało ich tylko dwoje.
Iris Valentine