Ławka rezerwowych też pełni ważną funkcję
: czw lip 16, 2026 9:59 am
Większość rzeczy w domu Robbiego była stale w tym samym miejscu. Postawiona przez architekta, kupiona razem z domem i zostawiona w tym miejscu, bo po prostu z nich nie korzystał. Nawet gosposia, która zajmowała się porządkami, odstawiała rzeczy dokładnie w to samo miejsce, myśląc, że pan domu jest obsesyjnym pedantem, który lubi mieć wszystko na swoim miejscu. Tak naprawdę Robbie żył w klubie i poza nim, wracając do domu na noce. Czasem zdarzało mu się coś ugotować, posiedzieć na tarasie przy ogniu albo popracować w biurze. I tylko tam widać było pamiątki. Podpisane koszulki lub czapki, oprawiony dyplom ukończenia studiów. Kilka zdjęć z czasów, kiedy grał... I ta sama piłka, która wtedy strzaskała mu obojczyk, stojąca w mikrogablocie na regale za biurkiem.
Nie przerwał jedzenia, mimo że w powietrzu zawisły jej słowa i napięcie, na które on sam nie czuł się gotowy. Spojrzał na nią kątem oka i posłał jej uspokajający, ciepły uśmiech. Przecież nie zrobiła wtedy nic złego.
- Bardzo mi wtedy pomogłaś... Bo rzeczywiście nie mogłem dostać się do lekarza. Właściwie to do obu. - odpowiedział po chwili walki z ciężarem. - Biorę Vicodin od bardzo dawna... Pomagał poradzić sobie z bólem.
Dobry początek. Przecież to nie jest tak, że sobie z tym nie radzisz. Ta rozmowa jest najlepszym przykładem na to, że radzisz sobie znakomicie.
Jego myśli uciekły do tych dwóch przypadkowych spotkań z pewną namolną pielęgniarką, na wspomnienie której na jego ustach pojawił się półuśmiech. Nie znała go, a jednak dojrzała w nim ten fragment, który był poraniony.
- Ale z czasem zacząłem go brać, żeby w ogóle do bólu nie dopuścić... - słowa spowodowały, że ramię momentalnie odezwało się rozżarzoną lancą do pieczenia szaszłyków nad ogniem i węglem.
Poruszył ramieniem, napinając mięśnie, by te na moment zaatakowały go innym bólem. Takim, który za chwilę minie, ale rozproszy go od tego, którego nie chciał.
vera callahan
Nie przerwał jedzenia, mimo że w powietrzu zawisły jej słowa i napięcie, na które on sam nie czuł się gotowy. Spojrzał na nią kątem oka i posłał jej uspokajający, ciepły uśmiech. Przecież nie zrobiła wtedy nic złego.
- Bardzo mi wtedy pomogłaś... Bo rzeczywiście nie mogłem dostać się do lekarza. Właściwie to do obu. - odpowiedział po chwili walki z ciężarem. - Biorę Vicodin od bardzo dawna... Pomagał poradzić sobie z bólem.
Dobry początek. Przecież to nie jest tak, że sobie z tym nie radzisz. Ta rozmowa jest najlepszym przykładem na to, że radzisz sobie znakomicie.
Jego myśli uciekły do tych dwóch przypadkowych spotkań z pewną namolną pielęgniarką, na wspomnienie której na jego ustach pojawił się półuśmiech. Nie znała go, a jednak dojrzała w nim ten fragment, który był poraniony.
- Ale z czasem zacząłem go brać, żeby w ogóle do bólu nie dopuścić... - słowa spowodowały, że ramię momentalnie odezwało się rozżarzoną lancą do pieczenia szaszłyków nad ogniem i węglem.
Poruszył ramieniem, napinając mięśnie, by te na moment zaatakowały go innym bólem. Takim, który za chwilę minie, ale rozproszy go od tego, którego nie chciał.
vera callahan