we judge harshly
: czw lip 02, 2026 1:28 pm
Powinien poczuć się urażony tym oceniającym spojrzeniem, ale niestety racja była po stronie Logana, mimo to ostentacyjnie się pod nim wyprostował i zerknął na niego równie wymownie, jakby niemo odpowiadał "jeszcze byś się zdziwił". Obydwoje jednak nie traktowali tej potyczki poważnie. Laurent skrycie chciał zrozumieć, co jego ojciec widział w tym gburowatym facecie. Zapewne wszystkie te cechy, których brak wypominał mu podczas kłótni. Brak odpowiedzialność i powagi. Zamiłowanie do zabawy. Chodzenie z głową w chmurach. Nadmierne gadulstwo.
Tego ostatniego na pewno nie można było Loganowi zarzucić.
Laurent nie spodziewał się, że wizyta w Ashcroft Ranch okaże się tak trudna i bolesna. Nie mógł patrzeć na zdjęcie rodziców i nie pomyśleć o tym, jak niewiele czasu mieli razem.
…a teraz będzie miał okazję ponownie zjednoczyć się z ukochaną żoną.
Słowa księdza wróciły do niego wraz z dudniącym odgłosem sypiącej się na wieko trumny ziemi. Widok fotografii przelał czarę goryczy. Skoro ojciec zadał sobie cały ten trud, by ją wywołać i powiesić, to dlaczego nie zdobył się na odrobinę wysiłku i mu wtedy nie pogratulował? Zamiast tego rzucił coś w stylu: To co? Kończysz tę zabawę ze studiowaniem i wracasz do domu? Najwyższy czas, żeby dorosnąć i wziąć się za prawdziwą pracę. Z papierka nie wykarmisz rodziny.
Po tym, jak był jednym z trzech najlepszych prawników na swoim roku i miał za sobą całą masę nieprzespanych, spędzonych na nauce nocy.
Złość zalała go niespodziewanie, dlatego wyrzucił ją z siebie w niekontrolowany sposób, wyżywając się na stojącym w drzwiach Loganie. Boże, przecież normalnie się tak nie zachowywał.
Nawet tak nie myślał. Pożałował swoich słów dokładnie sekundę po tym, jak zdążył je wypowiedzieć, ale teraz było mu głupio się z nich wycofać, więc z zaciętą miną mierzył Logana wciąż wściekłym spojrzeniem, bo ten drażnił go swoim spokojem. Taki był DOJRZAŁY. Wpychał mu tę swoją dojrzałość do gardła aż Laurent się nią dławił. Nie drgnął, nawet gdy ten się do niego zbliżył. Gorycz podeszła mu do gardła, ale nie odezwał się nawet słowem, gdy ten wyszedł z biura.
Może to i dobrze, bo głos na pewno by mu się załamał, a przecież za fasadą wyniosłego dupka czuł się bezpiecznie.
Cieszył się, że Logan zostawił go samego, bo chwilę po tym, jak drzwi zamknęły się za mężczyzną, pod powiekami Laurenta wezbrały łzy. Nie pozwolił im jednak popłynąć. Przełknął tkwiącą w gardle gulę i wziął się do pracy. Wyjął z szafki dokumenty, które sprawiały wrażenie najnowszych, a następnie zaczął je skrupulatnie segregować. Nie przeszkadzała mu duchota i wysoka temperatura. Robił to w skupieniu i metodycznie, bo przecież przywykł do żmudnej pracy w bibliotece czy podczas przeglądania wielotomowych akt sprawy. Opracował system, według którego oddzielał faktury od umów, pracowników od kontrahentów zewnętrznych, przychody od wydatków. Układał idealnie równe stosy, co jednocześnie pomagało mu odzyskać kontrolę nad sobą. A wraz z tym, jak emocje opadały, coraz bardziej uświadamiał sobie, że zachował się jak skończony kretyn.
Mógł nie lubić Logana, ale to, co powiedział, było wredne i pozbawione sensu.
Wyjrzał za okno, zatrzymując spojrzenie na okrąglaku. Wbrew własnej woli zbliżył się do niego, opierając dłonie na parapecie. Wiatrak wciąż szumiał za jego plecami, a nieznośny skwar wlewał się do środka. Pot płynął mu po karku, a kurz lepił do skóry, przypominając, dlaczego nie lubił tu przyjeżdżać.
I jednocześnie dlaczego choć bardzo się starał, nie potrafił przestać kochać tego miejsca.
Zieleń rozciągała się aż po sam horyzont, stapiając z błękitnym niebem i kojąc duszę. Trudno było też pozostać obojętnym wobec młodego ogiera i jego trenera. Po prostu niełatwo oprzeć się naturalnemu, pierwotnemu piękno, bo ono nie było kwestią gustu. Nie było zresztą nic dziwnego w tym, że podglądał Logana, przecież musiał wiedzieć, jak ten spisuje się w pracy?
A spisywał się fenomenalnie, co Laurent przyznawał z niechęcią.
Logan okiełznał temperament młodego ogiera tym swoim irytujący spokojem i cierpliwością. Z tej odległości nie mógł zobaczyć wszystkiego, dlatego odszedł od okna z zamiarem kontynuowania pracy, ale nawet nie zasiadł z powrotem za biurkiem. Wyłączył wiatrak i zamknął okno, a następnie ruszył w kierunku okrąglaka. Dotarł do drewnianego płotu w momencie, gdy Callahan zgrabnie wspiął się na grzbiet konia. Oparł dłonie na górnej belce, wychylając się do przodu i przyglądając skupionemu na pracy mężczyźnie. Logan pozbył się z głosu tych surowych nut. Wypowiadał słowa miękko, kojąco.
Brzmiał przy tym dobrze.
Zbyt dobrze.
Zbyt dobrze też wyglądał.
Laurent nie mógł oderwać wzroku od tego imponującego pokazu siły charakteru zdolnego okiełznać potęgę natury bez użycia jakiejkolwiek formy przemocy. Zacisnął usta i bardzo starał się nie wyobrażać sobie, jak dobrze Logan mógł brzmieć w zupełnie innej sytuacji. To miejsce naprawdę budziło w nim żałosne i pierwotne instynkty. Facet na pewno nie był gejem. Nie miał co sobie robić nadziei. Poza tym znienawidzi go, po tym, jak dowie się, że zamierza sprzedać ranczo.
Więc Laurent chciał nieznosić go jako pierwszy. Prewencyjnie.
Ale nie do końca potrafił. Bardzo chciał, żeby Logan dał mu jakiś powód.
Gdy mężczyzna zbliżył się do niego na koniu, odruchowo się wyprostował.
Lubił konie. Bardzo.
Ale na przekór ojcu nigdy nie nauczył się na nich dobrze jeździć.
Wyciągnął powoli dłoń i dotknął miękkich chrap wierzchowca. Pogłaskał delikatną sierść na pysku, witając się z nim z czułą ostrożnością. Był piękny. Bez wątpienia sprawdzi się na zawodach, jeżeli zostanie dobrze wytrenowany.
— Przyszedłem cię przeprosić — stwierdził, zsuwając dłoń na szyję. Koń był przyjemnie ciepły po wysiłku, choć nadal wyczuwalnie podekscytowany. Laurent w końcu oderwał od niego wzrok i zadarł lekko głowę w górę, by móc spojrzeć na Logana. — Nie powinienem zwracać się do ciebie w ten sposób — dodał, cofając dłoń, a gdy Legacy zrobił kilka kroków w bok, Laurent wykorzystał dostępną przestrzeń i miękko odbił się od ziemi, by usiąść na górnej belce ogrodzenia. Spędzał tak godziny jako dzieciak, podglądając innych przy pracy. — To słabe, bo widzisz… użyłem wobec ciebie tych samych obelg, które sam słyszałem, jak pojechałem na studia. Ironia, prawda? — wzruszył lekko ramionami, a potem oparł dłonie po swoich bokach, spoglądając za horyzont.
Nie zorientował się, nawet kiedy zrobiło się tak późno, ale niebo nad ranczem wyglądało zjawiskowo, malując się w zdumiewających odcieniach różu i błękitu. Nie wiedział, czy widział kiedyś takie niebo nad Toronto.
— Z końmi jesteś bardziej gadatliwy niż z ludźmi, co? — rzucił, wracając do zaczepnego tonu i szczerze licząc na to, że Logan przyjmie jego przeprosiny i puści sytuację z biura w niepamięć.
Logan Callahan
Tego ostatniego na pewno nie można było Loganowi zarzucić.
Laurent nie spodziewał się, że wizyta w Ashcroft Ranch okaże się tak trudna i bolesna. Nie mógł patrzeć na zdjęcie rodziców i nie pomyśleć o tym, jak niewiele czasu mieli razem.
…a teraz będzie miał okazję ponownie zjednoczyć się z ukochaną żoną.
Słowa księdza wróciły do niego wraz z dudniącym odgłosem sypiącej się na wieko trumny ziemi. Widok fotografii przelał czarę goryczy. Skoro ojciec zadał sobie cały ten trud, by ją wywołać i powiesić, to dlaczego nie zdobył się na odrobinę wysiłku i mu wtedy nie pogratulował? Zamiast tego rzucił coś w stylu: To co? Kończysz tę zabawę ze studiowaniem i wracasz do domu? Najwyższy czas, żeby dorosnąć i wziąć się za prawdziwą pracę. Z papierka nie wykarmisz rodziny.
Po tym, jak był jednym z trzech najlepszych prawników na swoim roku i miał za sobą całą masę nieprzespanych, spędzonych na nauce nocy.
Złość zalała go niespodziewanie, dlatego wyrzucił ją z siebie w niekontrolowany sposób, wyżywając się na stojącym w drzwiach Loganie. Boże, przecież normalnie się tak nie zachowywał.
Nawet tak nie myślał. Pożałował swoich słów dokładnie sekundę po tym, jak zdążył je wypowiedzieć, ale teraz było mu głupio się z nich wycofać, więc z zaciętą miną mierzył Logana wciąż wściekłym spojrzeniem, bo ten drażnił go swoim spokojem. Taki był DOJRZAŁY. Wpychał mu tę swoją dojrzałość do gardła aż Laurent się nią dławił. Nie drgnął, nawet gdy ten się do niego zbliżył. Gorycz podeszła mu do gardła, ale nie odezwał się nawet słowem, gdy ten wyszedł z biura.
Może to i dobrze, bo głos na pewno by mu się załamał, a przecież za fasadą wyniosłego dupka czuł się bezpiecznie.
Cieszył się, że Logan zostawił go samego, bo chwilę po tym, jak drzwi zamknęły się za mężczyzną, pod powiekami Laurenta wezbrały łzy. Nie pozwolił im jednak popłynąć. Przełknął tkwiącą w gardle gulę i wziął się do pracy. Wyjął z szafki dokumenty, które sprawiały wrażenie najnowszych, a następnie zaczął je skrupulatnie segregować. Nie przeszkadzała mu duchota i wysoka temperatura. Robił to w skupieniu i metodycznie, bo przecież przywykł do żmudnej pracy w bibliotece czy podczas przeglądania wielotomowych akt sprawy. Opracował system, według którego oddzielał faktury od umów, pracowników od kontrahentów zewnętrznych, przychody od wydatków. Układał idealnie równe stosy, co jednocześnie pomagało mu odzyskać kontrolę nad sobą. A wraz z tym, jak emocje opadały, coraz bardziej uświadamiał sobie, że zachował się jak skończony kretyn.
Mógł nie lubić Logana, ale to, co powiedział, było wredne i pozbawione sensu.
Wyjrzał za okno, zatrzymując spojrzenie na okrąglaku. Wbrew własnej woli zbliżył się do niego, opierając dłonie na parapecie. Wiatrak wciąż szumiał za jego plecami, a nieznośny skwar wlewał się do środka. Pot płynął mu po karku, a kurz lepił do skóry, przypominając, dlaczego nie lubił tu przyjeżdżać.
I jednocześnie dlaczego choć bardzo się starał, nie potrafił przestać kochać tego miejsca.
Zieleń rozciągała się aż po sam horyzont, stapiając z błękitnym niebem i kojąc duszę. Trudno było też pozostać obojętnym wobec młodego ogiera i jego trenera. Po prostu niełatwo oprzeć się naturalnemu, pierwotnemu piękno, bo ono nie było kwestią gustu. Nie było zresztą nic dziwnego w tym, że podglądał Logana, przecież musiał wiedzieć, jak ten spisuje się w pracy?
A spisywał się fenomenalnie, co Laurent przyznawał z niechęcią.
Logan okiełznał temperament młodego ogiera tym swoim irytujący spokojem i cierpliwością. Z tej odległości nie mógł zobaczyć wszystkiego, dlatego odszedł od okna z zamiarem kontynuowania pracy, ale nawet nie zasiadł z powrotem za biurkiem. Wyłączył wiatrak i zamknął okno, a następnie ruszył w kierunku okrąglaka. Dotarł do drewnianego płotu w momencie, gdy Callahan zgrabnie wspiął się na grzbiet konia. Oparł dłonie na górnej belce, wychylając się do przodu i przyglądając skupionemu na pracy mężczyźnie. Logan pozbył się z głosu tych surowych nut. Wypowiadał słowa miękko, kojąco.
Brzmiał przy tym dobrze.
Zbyt dobrze.
Zbyt dobrze też wyglądał.
Laurent nie mógł oderwać wzroku od tego imponującego pokazu siły charakteru zdolnego okiełznać potęgę natury bez użycia jakiejkolwiek formy przemocy. Zacisnął usta i bardzo starał się nie wyobrażać sobie, jak dobrze Logan mógł brzmieć w zupełnie innej sytuacji. To miejsce naprawdę budziło w nim żałosne i pierwotne instynkty. Facet na pewno nie był gejem. Nie miał co sobie robić nadziei. Poza tym znienawidzi go, po tym, jak dowie się, że zamierza sprzedać ranczo.
Więc Laurent chciał nieznosić go jako pierwszy. Prewencyjnie.
Ale nie do końca potrafił. Bardzo chciał, żeby Logan dał mu jakiś powód.
Gdy mężczyzna zbliżył się do niego na koniu, odruchowo się wyprostował.
Lubił konie. Bardzo.
Ale na przekór ojcu nigdy nie nauczył się na nich dobrze jeździć.
Wyciągnął powoli dłoń i dotknął miękkich chrap wierzchowca. Pogłaskał delikatną sierść na pysku, witając się z nim z czułą ostrożnością. Był piękny. Bez wątpienia sprawdzi się na zawodach, jeżeli zostanie dobrze wytrenowany.
— Przyszedłem cię przeprosić — stwierdził, zsuwając dłoń na szyję. Koń był przyjemnie ciepły po wysiłku, choć nadal wyczuwalnie podekscytowany. Laurent w końcu oderwał od niego wzrok i zadarł lekko głowę w górę, by móc spojrzeć na Logana. — Nie powinienem zwracać się do ciebie w ten sposób — dodał, cofając dłoń, a gdy Legacy zrobił kilka kroków w bok, Laurent wykorzystał dostępną przestrzeń i miękko odbił się od ziemi, by usiąść na górnej belce ogrodzenia. Spędzał tak godziny jako dzieciak, podglądając innych przy pracy. — To słabe, bo widzisz… użyłem wobec ciebie tych samych obelg, które sam słyszałem, jak pojechałem na studia. Ironia, prawda? — wzruszył lekko ramionami, a potem oparł dłonie po swoich bokach, spoglądając za horyzont.
Nie zorientował się, nawet kiedy zrobiło się tak późno, ale niebo nad ranczem wyglądało zjawiskowo, malując się w zdumiewających odcieniach różu i błękitu. Nie wiedział, czy widział kiedyś takie niebo nad Toronto.
— Z końmi jesteś bardziej gadatliwy niż z ludźmi, co? — rzucił, wracając do zaczepnego tonu i szczerze licząc na to, że Logan przyjmie jego przeprosiny i puści sytuację z biura w niepamięć.
Logan Callahan