Logan mówił mało, w zamian słów używając wszelkiej maści pomruków i chrząknięć. Ludzie na ranczu zdążyli przywyknąć do jego lakoniczności i potrafili czytać z nich jak z indiańskiego dymu - nie tylko kontekst, ale i aurę przekazu. Na podziękowania odpowiedział więc pomrukiem z głębi szerokiej piersi, mającym znaczyć "nie ma za co", ale dla Laurenta, który nie znał go w ogóle, równie dobrze mogło to brzmieć jak oznaka zniecierpliwienia.
Albo zdegustowania brakiem odpowiedniego ubioru do okoliczności.
Kapelusz pasował Laurentowi jak każdemu facetowi. Zaraz dodał mu charakteru. Logan uśmiechnąłby się na ten widok, gdyby nie to, że był na niego zły. I wcale nie chciał się do niego uśmiechać. Dał mu go, bo tak należało i tyle w temacie. To wcale nie przez to, że rozmyślając o starym Ashcroft'cie, który nigdy nie miał okazji dotrzeć do własnego syna, ogarnęło go nagle dziwne poczucie odpowiedzialności.
Przecież nie mógł pozwolić żeby jego dzieciakowi stało się coś złego.
Słysząc kolejną zaczepkę, spojrzał na niego tak wymownie, że Laurent bez problemu zrozumiał przekaz - domyśl się - mówiły jego oczy i wciąż lekko uniesione kąciki ust. Gdy natomiast padła sugestia krzywych nosów, powieki Logana opadły trochę niżej, a uśmiech nabrał kpiącego wyrazu. Tym razem to on ostentacyjnie obciął go wzrokiem, nie pozostawiając żadnego pola do domysłów, co sądzi o nim jako sparingpartnerze. Na koniec tych oględzin mlasnął jak znużony wilczur i powrócił spojrzeniem do drogi.
Śmiałe słowa jak na chłopaka, który ostatni raz bił się mając pewnie naście lat. Poza tym, Logan wcale nie był taki bitny, ani kiedyś ani teraz. Nie lubił przemocy, brzydził się nią ze względu na ojca, który pięściami nie tylko rozwiązywał spory, ale egzekwował też posłuszeństwo i szacunek. A on nigdy nie chciał być taki jak on. Tylko ludzie słabi charakterem uciekali się do łamania nosów. Tak więc nie sądził, by w ich przypadku krzywiły się jakieś nosy.
Gdy dotarli do biura, Logan zatrzymał się w progu, opierając bark o futrynę. Uznał, że dopóki dzieciak nie powie jasno czego potrzebuje, nie będzie wchodził mu w drogę. Obserwował go więc krzątającego się po zagraconej przestrzeni, wyraźnie niewiedzącego co robić i jak się w niej odnaleźć. Logan nie zamierzał mu pomagać, dostrzegł jednak ukradkową próbę odwrócenia ulubionego zdjęcia Luke'a, który mówił zawsze, że chociaż wygląda na nim jak głąb, to Sophia wyszła na nim jak anioł. Logana ciekawiło czy Laurent zrobił to z niechęci do ojca, czy może jednak widok uśmiechniętych, a teraz już martwych rodziców, poruszył jego niefrasobliwe serce?
Czekał w milczeniu, nie kryjąc się wcale ze swoją obserwacją, dlatego gdy adwokacik odwrócił się nagle i trzasnął metalowymi drzwiczkami aż się zatrzęsły, napotkał jego spojrzenie.
Nagły wybuch wywołał tylko lekkie uniesienie ciemnych brwi.
Wspaniale.
Nie dość, że dzieciak jest przewrotny i pedalski, to do tego chwiejny jak trawa na wietrze.
Logan ciężko wypuścił z płuc powietrze, a potem odbił się od futryny i wyminął go. Włączył wiatrak, wypełniając ciche pomieszczenie szumem wiatru i furkotem tasiemek.
Nie miał pojęcia co znaczyło oskarżenie, że prowadzenie dokumentacji jest dla niego niemęskie albo zbyt czyste. Podejrzewał jednak, że ma to coś wspólnego z tą całą modą na metroseksualność i że się w nią nie wpasowywał wykonując pracę, którą wykonywał i zachowując się po prostu jak facet, ale mógł tylko zgadywać.
-
Poniżej mojej godności jest wysłuchiwanie podobnych obelg - odparł zupełnie spokojnie, odwracając się do niego i jednym, gładkim gestem zdjął mu z głowy kapelusz. Nasadził go na swoją i spojrzał mu prosto w twarz.
-
Jak naprawdę będziesz potrzebował pomocy, a nie worka treningowego, to jestem w stajni.
Zostawił go z tymi słowami i własnymi myślami w zagraconym biurze pełnym pamiątek po Luke'u.
Idąc do stajni oddychał głęboko, próbując pozbyć się chwilowego napięcia. Konie wyczuwały wzburzenie więc nici z porządnego treningu jeśli będzie spięty.
Cholerny elegancik z przerostem ego.
Logan wiedział, że tak będzie, że ten sympatyczny, przekorny uśmiech to tylko maska. A jednak przez moment zdawało mu się, że może się mylił.
Co za głupota.
Zatrzymał się przy ogrodzeniu okrąglaka i przez chwilę tylko obserwował jak Legacy krążył po piasku z wysoko uniesioną głową. Sprężysty, pełen energii, z uszami obracającymi się nerwowo na każdy dźwięk. Białą sierść znaczyły siwe centki zbierając się w grupy, tworząc miękkie przejścia, jakby ktoś obsypał go popiołem. Był piękny, młody, silny i świadomy własnych możliwości. Narwany, ale tylko dlatego, że nie zaufał jeszcze człowiekowi.
-
Dobra, młody. Trochę sobie porozmawiamy, hm?
Nie spieszył się. Wiedział, że pośpiech był najprostszą drogą do utraty zaufania młodego konia, a tego nie dało się łatwo odzyskać. Stanął pewnie pośrodku okrąglaka, lonżę trzymając luźno, niemal niedbale, choć każdy ruch dłoni był przemyślany.
Legacy ruszył energicznym kłusem. Mięśnie pod lśniącą sierścią pracowały sprężyście, ogon unosił się wysoko, a łeb co chwilę podrywał się ku górze. Ogier parskał, rzucał spojrzenia poza ogrodzenie i nasłuchiwał każdego odgłosu dobiegającego z rancza. W jego ruchach było więcej młodzieńczej ekscytacji niż buntu, był nadmiar siły, ciekawość świata i świadomość własnej sprawności. Całe to piękno gotowe żeby je ujarzmić.
Logan nie próbował tej energii tłumić. Pozwalał mu biec, wyszaleć się, pokazać wszystko, co chciał pokazać, utrzymując jedynie równy rytm i odpowiednią odległość. Od czasu do czasu cichym cmoknięciem zachęcał do żywszego tempa, by po chwili spokojnym głosem prosić o przejście do kłusa, następnie do stępa. Każda zmiana następowała płynnie, bez szarpania lonży. Kiedy Legacy odpowiadał właściwie, naprężenie natychmiast znikało.
Po kilku okrążeniach Logan zmienił kierunek. Młody ogier zawahał się, próbując przez moment przeforsować własny pomysł, lecz stanowczy gest i subtelne napięcie lonży wystarczyły, by ustąpił. Nie chodziło o to żeby go nagiąć, ale zmusić do uważności. O nauczenie go, że warto słuchać człowieka, bo jego wskazówki są konsekwentne i przewidywalne.
Kolejne przejścia następowały jedno po drugim - stęp, kłus, zatrzymanie, znów kłus. Z początku Legacy reagował z opóźnieniem, wyrywając się do przodu albo usztywniając szyję, lecz z każdą minutą jego ruch stawał się bardziej miękki. Oddech wyrównał się, uszy coraz częściej obracały się w stronę Logana, a napięty grzbiet powoli zaczął się rozluźniać.
Pierwsze emocje opadały jak kurz wzbijany kopytami. Chaotyczna energia ustępowała miejsca skupieniu. Zamiast ścigać własne impulsy, Legacy zaczął szukać wskazówek człowieka stojącego w środku okręgu. Logan dostrzegał to w drobnych sygnałach: krótszym spojrzeniu, miększej szyi, rytmie kopyt, który przestał przypominać nerwowy taniec, a zaczął świadczyć o gotowości do współpracy.
Dopiero wtedy skinął z zadowoleniem głową. Nie próbował wygrać z temperamentem młodego ogiera, sprawił za to, że zaczął z nim współpracować.
Dopiero wtedy podszedł z siodłem.
Koń drgnął, napinając mięśnie pod błyszczącą sierścią, ale Logan nie zareagował gwałtownie. Jedną dłonią uspokajająco przesunął po jego szyi, drugą poprawił popręg i sprawdził ogłowie. Każdy ruch wykonywał spokojnie, jak człowiek, który robił to tysiące razy.
Pierwsze dosiadanie było próbą charakteru, nie siły.
Płynnie wsunął stopę w strzemię i lekko wskoczył na siodło. Legacy natychmiast usztywnił grzbiet i zatańczył niepewnie. Logan nie ściskał go nogami ani nie ciągnął za wodze. Siedział głęboko, rozluźniony, pozwalając koniowi oswoić się z dodatkowym ciężarem.
Dopiero po chwili delikatnie poruszył biodrami. Koń ruszył posłusznie. Stęp przeszedł w spokojny kłus. Legacy próbował przyspieszyć, kilka razy szarpnął głową i napiął szyję, testując granice. Logan odpowiadał subtelnie - dosiadem, łydką, krótką półparadą. Każda poprawna reakcja na jego gesty spotykała się z natychmiastowym rozluźnieniem kontaktu i cichym, czułym:
-
Tak, właśnie tak. Dobry chłopiec.
Gdy młody ogier spróbował wyrzucić zad i podskoczyć, Logan usiadł jeszcze głębiej, zachowując idealny balans. Nie karał go i nie walczył z nim, a kilka chwil później Legacy parskał już głośno, rozciągając szyję i rytmicznie stawiał kolejne kroki. Napięcie ustępowało miejsca zrozumieniu.
Pod koniec treningu koń poruszał się miękko, z uszami skierowanymi do tyłu, nasłuchując wskazówek jeźdźca.
Logan poklepał go po szyi, dumny, jak zawsze gdy przekuwał ognisty temperament konia we współpracę.
-
Jestem z ciebie cholernie dumny, młody. Będzie z ciebie kawał sportowca, co?
Ogier parsknął cicho, jakby w odpowiedzi, a Logan uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że przed nimi jeszcze wiele miesięcy pracy, ale najtrudniejszy krok właśnie wykonali.
Był tak skupiony, że nawet nie zwrócił uwagi, że ktoś mu się przygląda. Bardzo konkretny ktoś. Ciekawe jak długo tu był. Na pewno nie długo, skoro zauważył go dopiero teraz.
Cmoknął i lekkim stępem podjechał do ogrodzenia. Legacy zatańczył, trochę niepewny w obcym towarzystwie, ale Logan znów pogłaskał go uspokajająco po szyi.
-
Spokojnie, dobry chłopiec - zamruczał, a potem zwrócił się do Laurenta, patrząc na niego z grzbietu konia bez większych emocji. -
Co tam? Ochłonąłeś trochę? Czy przyszedłeś znów mnie obrażać?
Niebo nad ranczem powoli malowało się różem i czerwienią zachodu, zwiastując zbliżający się wieczór.
Laurent Ashcroft