And I'd give up forever to touch you
: śr lip 15, 2026 9:59 pm
Niektórzy traktowali sen jak ucieczkę – zasypiali, zapominając o problemach życia codzienności lub innych, cięższych rzeczach, które za dnia po prostu ich męczyły. Jesse cholernie zazdrościł takim osobom. Gdyby jeszcze można było powiedzieć, że Henderson miewał problemy ze snem – on je miał cały czas. Insomnia stała się jego nieodłączną częścią i nawet nie wiedział, kiedy dokładnie. Można było podejrzewać, że wynikało to z wydarzeń, w których brał udział tutaj na miejscu. Widząc tyle krwi, ran i śmierci nie można byłoby się dziwić. Problem polegał na tym, że Jesse mierzył się z tym zdecydowanie wcześniej. Pomagał sobie lekami, odkąd pamiętał. W ojczyźnie nie była to wielka filozofia – wchodził do sklepu, kupował tabletki, wychodził. Na bazie miał z tym większe problemy z uwagi na to, że pielęgniarki każda wydaną dawkę leku musiały spisywać, a gdy nazwisko Hendersona zaczęło przy konkretnym specyfiku pojawiać się coraz częściej, po prostu były zmuszone zacząć mu odmawiać. Bonnie od czasu do czasu ulegała jego urokom osobistym, jednak nie na tyle, aby przesypiać spokojnie więcej niż jedną noc w tygodniu. — Zostań — powiedział, chociaż powinien poprosić. Bonnie by od niego takich słów nie usłyszała. Szczególnie, że miał do wyboru towarzystwo albo leki. Słysząc decyzję Jesse’a pewnie pomyślałaby, że ma gorączkę.
Dziewczyna uległa jego propozycji o faktycznie podzieliła się z nim swoją historią i przede wszystkim tym, dlaczego się tutaj znalazła. Mało jest przypadków, że ktoś od najmłodszych lat chce wskoczyć w mundur i ryzykować swoim życiem w imię czegoś, czego większość nawet nie rozumie. Znaczy Jesse był tak przypadkiem, ale – jak zaznaczono – marginalnym. Na co dzień o takich mrzonkach dzieci się nie słyszało, a już przede wszystkim pośród dziewcząt. Henderson był pełen podziwu dla każdej kobiety w kamaszach. Fakt, też musiał do tego dorosnąć, bo jako dzieciak – mając za jedyny wzór swojego ojca – uważał, że wojska nadaje się jedynie ktoś z prawdziwymi jajami. Po tym czasie wie, że nie jest to warunek konieczny. — Większość ucieka po prostu do innego stanu — stwierdził, skupiając swoje spojrzenie na niej. Wpatrzona była w jego opatrunki, chcąc chyba u ująć kontaktu wzrokowego w trakcie poruszania takich tematów. Nie dziwił jej się. Nie było to proste, a już w szczególności, gdy dzieliło się takimi historiami z mężczyzną, którego poznało się tylko dlatego, że zapomniał odejść na bezpieczną odległość od ładunku. — Z doświadczenia jednak wiem, że nieważne jak daleko się ucieknie – problemy magicznie nie znikają, gdy się ich nie widzi — powiedział zgodnie z prawdą. — Kiedyś będzie trzeba tam wrócić — dodał. — Ale spokojnie, ja tak moralizuję, ale wcale lepszy nie jestem. — Powody mieli różne, aczkolwiek parę wspólnych punktów dało się znaleźć. Problematyczne relacje z ojcami na coś się jednak czasem przydawały – łatwiej im było znaleźć wspólny język dzięki temu.
Nie myślał, że będzie poruszać ten temat. Skoro jednak Iris tak się przed nim otwierała, to czemu on nie miał zrobić tego samego? Dziewczyna sprawiała, że chciało mu się po prostu z nią rozmawiać – temat nie grał żadnej roli. — Ja w Stanach poza wymagającym ojcem zostawiłem też żonę i dziecko — zaczął. W końcu odnaleźli się spojrzeniem. Dziwnie czuł się, patrząc wprost w te jej czekoladowe oczy. — A kiedyś – jak już mi się ten gorący piasek znudzi - wracać będę już tylko do wymagającego ojca. — Rozwód nie był sfinalizowany, ba! Był to dopiero jego początek. Małżonka dopiero co poinformowała go o złożonych papierach. Sytuacja ta przerażała go bardziej niż niejedna misja. Nie dlatego, że tak mocno ją kochał i nie chciał, aby go zostawiała. To była dla niego po prostu zbyt nowa sytuacja – nigdy wcześniej w takiej nie był i nie spodziewał się, że w ogóle się w niej znajdzie. — I nie, nie zdradzałem jej na wyjeździe — zaznaczył od razu. Wiedział, jak to mogło wyglądać z boku, szczególnie, że większość jego kolegów niejeden rozwód miał już za sobą i to właśnie z tego powodu. Jesse tego nie rozumiał i nie potrafił też tego w żaden sposób usprawiedliwić. — Ani nigdzie indziej — wolał dodać.
— Mój ojciec? Dumny? — To nawet nie pasowało w jednym zdaniu. — Jakbym osobiście zakończył tutejszy konflikt to i tak nie byłby ze mnie dumny — powiedział pewnie, a lekkie rozbawienie można było wyczuć w jego głosie. Zaśmiałby się nawet, ale czuł, że wówczas gojące się rany na brzuchu przypomniałyby o sobie. Iris mogła myśleć, że przesadzał, ale gdyby poznała starego Hendersona to prędko by zrozumiała, co miał na myśli i że jego słowa są w stu procentach prawdziwe. — Uwierz mi, to jest ten typ człowieka, który wszystko robi lepiej od ciebie — dodał, przechylając głowę na bok. — Ale jestem pewny, że tak dobrze by o mnie nie zadbał tak jak ty teraz — powiedział prędko.
— Wiesz co, Iris — zaczął w pewnym momencie. — Warto było dać się tak poharatać, żeby teraz móc z kimś tak pogadać.
Iris Valentine
Dziewczyna uległa jego propozycji o faktycznie podzieliła się z nim swoją historią i przede wszystkim tym, dlaczego się tutaj znalazła. Mało jest przypadków, że ktoś od najmłodszych lat chce wskoczyć w mundur i ryzykować swoim życiem w imię czegoś, czego większość nawet nie rozumie. Znaczy Jesse był tak przypadkiem, ale – jak zaznaczono – marginalnym. Na co dzień o takich mrzonkach dzieci się nie słyszało, a już przede wszystkim pośród dziewcząt. Henderson był pełen podziwu dla każdej kobiety w kamaszach. Fakt, też musiał do tego dorosnąć, bo jako dzieciak – mając za jedyny wzór swojego ojca – uważał, że wojska nadaje się jedynie ktoś z prawdziwymi jajami. Po tym czasie wie, że nie jest to warunek konieczny. — Większość ucieka po prostu do innego stanu — stwierdził, skupiając swoje spojrzenie na niej. Wpatrzona była w jego opatrunki, chcąc chyba u ująć kontaktu wzrokowego w trakcie poruszania takich tematów. Nie dziwił jej się. Nie było to proste, a już w szczególności, gdy dzieliło się takimi historiami z mężczyzną, którego poznało się tylko dlatego, że zapomniał odejść na bezpieczną odległość od ładunku. — Z doświadczenia jednak wiem, że nieważne jak daleko się ucieknie – problemy magicznie nie znikają, gdy się ich nie widzi — powiedział zgodnie z prawdą. — Kiedyś będzie trzeba tam wrócić — dodał. — Ale spokojnie, ja tak moralizuję, ale wcale lepszy nie jestem. — Powody mieli różne, aczkolwiek parę wspólnych punktów dało się znaleźć. Problematyczne relacje z ojcami na coś się jednak czasem przydawały – łatwiej im było znaleźć wspólny język dzięki temu.
Nie myślał, że będzie poruszać ten temat. Skoro jednak Iris tak się przed nim otwierała, to czemu on nie miał zrobić tego samego? Dziewczyna sprawiała, że chciało mu się po prostu z nią rozmawiać – temat nie grał żadnej roli. — Ja w Stanach poza wymagającym ojcem zostawiłem też żonę i dziecko — zaczął. W końcu odnaleźli się spojrzeniem. Dziwnie czuł się, patrząc wprost w te jej czekoladowe oczy. — A kiedyś – jak już mi się ten gorący piasek znudzi - wracać będę już tylko do wymagającego ojca. — Rozwód nie był sfinalizowany, ba! Był to dopiero jego początek. Małżonka dopiero co poinformowała go o złożonych papierach. Sytuacja ta przerażała go bardziej niż niejedna misja. Nie dlatego, że tak mocno ją kochał i nie chciał, aby go zostawiała. To była dla niego po prostu zbyt nowa sytuacja – nigdy wcześniej w takiej nie był i nie spodziewał się, że w ogóle się w niej znajdzie. — I nie, nie zdradzałem jej na wyjeździe — zaznaczył od razu. Wiedział, jak to mogło wyglądać z boku, szczególnie, że większość jego kolegów niejeden rozwód miał już za sobą i to właśnie z tego powodu. Jesse tego nie rozumiał i nie potrafił też tego w żaden sposób usprawiedliwić. — Ani nigdzie indziej — wolał dodać.
— Mój ojciec? Dumny? — To nawet nie pasowało w jednym zdaniu. — Jakbym osobiście zakończył tutejszy konflikt to i tak nie byłby ze mnie dumny — powiedział pewnie, a lekkie rozbawienie można było wyczuć w jego głosie. Zaśmiałby się nawet, ale czuł, że wówczas gojące się rany na brzuchu przypomniałyby o sobie. Iris mogła myśleć, że przesadzał, ale gdyby poznała starego Hendersona to prędko by zrozumiała, co miał na myśli i że jego słowa są w stu procentach prawdziwe. — Uwierz mi, to jest ten typ człowieka, który wszystko robi lepiej od ciebie — dodał, przechylając głowę na bok. — Ale jestem pewny, że tak dobrze by o mnie nie zadbał tak jak ty teraz — powiedział prędko.
— Wiesz co, Iris — zaczął w pewnym momencie. — Warto było dać się tak poharatać, żeby teraz móc z kimś tak pogadać.
Iris Valentine