ODPOWIEDZ
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Kilka lat wcześniej, na dalekim Bliskim Wschodzie


Wybuch.
Nagle kompletna cisza, która do tej pory dręczyła Hendersona, musiała ustąpić miejsca hukowi. Uderzył drastycznie w bębenki Jess’a – nie spodziewał się, że aż tak to odczuje mając na uszach teoretycznie odpowiednie słuchawki. Może i były dostosowane do wysokich decybeli jednak nie aż takich. Wątpił, że producent sprawdzał ich jakoś w tak zwanym punkcie zero. Henderson mógł teraz jednak recenzje na te okazje złożyć. Drażniący jego nozdrza pył był wszędzie. Gdziekolwiek nie obróciłby się, tam i on. Nie widział swoich współpracowników, celów, miejsca, którym był. Jesse nie widział nawet własnych dłoni, a po chwili wzrok już kompletnie go zawiódł. Zresztą, nie tylko wzrok. Zapanowała kompletna ciemność. I cisza.
Nagle, pośród tej ciemności zaczęło przebijać się białe światło. Zamiast krzyków rannych Jesse słyszał jedynie zwięźle i szybkie słowa. Wiedział, że były one po angielsku, jednak nie potrafił ich rozszyfrować. Prawda była taka, że nawet nie próbował, bo niedługą chwilę później ponownie jego świadomość gdzieś uciekła.
— Zmierz mu temperaturę. — Były to pierwsze słowa, jakie Jesse zrozumiał. Później usłyszał oddalający się stukot obcasów. Miał jeszcze zamknięte oczy, więc nie wiedział dokładnie, gdzie jest, jednak powoli zaczynał się domyślać. Charakterystyczne dźwięki znanych mu dobrze aparatur medycznych sugerowały mu, że był w ambulatorium. Podniósł lekko rękę – na tyle, na ile był w stanie przez podpięte do dłoni i przedramienia kabelki. Zdecydowanie był w szpitalu. W końcu odważył się otworzyć oczy. Nie była to najmądrzejsza decyzja, bo światło okazało się zbyt jasne na jego przyzwyczajone do ciemności oczy. Zmrużył lekko zmęczone ślepia.
Szpitalną biel biła go po oczach. Dawno w tym miejscu nie był, a już w szczególności w takiej sytuacji. Zazwyczaj to on odwiedzał pokiereszowanych przyjaciół albo zaglądał do swoich ulubionych medyków po leki na lepszy sen (a w sumie to jakikolwiek sen, bo w przypadku Hendersona można było już zdecydowanie mówić o insomnii). Osobiście, unikał szpitali na tyle, ile się dało. Tym razem jednak położyli go bez jego wiedzy. Nie sądził, że było to tak poważne i liczył, że wystarczy ładny uśmiech do Bonnie, aby przekonała przełożonego, by wypuścić Hendersona. Lepiej regenerować się będzie we własnym kontenerze.
Czy to aby na pewno wszystko konieczne? — zapytał, odwracając się w stronę, po której miał wrażenie, że ktoś się przed chwilą krzątał. Spodziewał się zastać Bonnie – ratowniczkę, która drugą zmianę właśnie spędzała na Bliskim Wschodzie. Była ona już w sędziwym wieku, jednak łatwo więc się na jej decyzje wpływało, szczególnie będąc w stopniu oficerskim. Nie, żeby Jesse często z tego korzystał. Jakoś jednak tabletki załatwiać sobie musiał.
Ku jego zaskoczeniu, zamiast znanej mu dobrze starszej kobiety, zobaczył zdecydowanie młodszą dziewczynę. Nie znał jej. Nawet nie kojarzył, a jako stały bywalec miał już ogólne rozeznanie w stacjonujących tu żołnierzach. — Wszystko ze mną w porządku. Tylko miejsce komuś zajmuję — mówił, chociaż prawda była zgoła inna. Nie odczuwał aż takiego bólu, a jedynie ogólne osłabienie z uwagi na środki, jakimi do tej pory go faszerowali, czego świadomy nie był. Podniósł się na łokciach, chcąc zwyczajnie usiać, jednak okazało się, że takie proste to jednak nie jest. Zdziwił się tym. — Pomożesz mi to pozdejmować? — zapytał, przyglądając się wszystkiemu, co miał do siebie przyczepione. — Bonnie by mnie puściła. Jak nie wierzysz, to jej zapytaj — dodał pewnie, aczkolwiek w głębi tak naprawdę pewny swoich słów nie był. — Nie mam teraz czasu się wylegiwać — mówił i mówił. Gdy brunetka stanęła nad nim sądził, że udało mu się ją przekonać. Nic bardziej mylnego.

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy informowała swoich bliskich i znajomych, że postanowiła wstąpić do kanadyjskiej armii i tam kontynuować swoją pielęgniarską karierę – w pierwszej chwili reagowali śmiechem, a później pukali się w czoło. Była przecież młodziutka, niedoświadczona a do tego no… miała ledwie metr siedemdziesiąt wzrostu, wagę piórkową i nigdy, absolutnie nigdy nie miała nic wspólnego z wojskiem. Jednocześnie tak bardzo potrzebowała uciec z Toronto i od własnej rodziny, zacząć życie na swój rachunek i się od nich odciąć, że wydawało jej się to doskonałym pomysłem. Zresztą Valentine jak sobie coś postanowiła to po prostu to zrobiła. Dlatego niedługo później, gdy już ukończyła wszystkie szkolenia i zdobyła swój stopień – na ochotnika zgłosiła się do uczestnictwa w misji zagranicznej. Oczywiście, że nie miała pojęcia z czym to się wiązało… pod tym względem była zielona, ale jednocześnie nie miała nic do stracenia.
Czy było intensywnie? Oczywiście. Czy było zupełnie inaczej niż sobie wyobrażała? Tak. Życie w bazie wyglądało zupełnie inaczej niż życie w Toronto. Życie na pustyni wyglądało zupełnie inaczej niż w Toronto. I cholera… jakkolwiek źle by to nie brzmiało i może naprawdę nie powinna tego mówić biorąc pod uwagę, że dookoła niej toczyła się wojna – to ona czuła się doskonale. Wreszcie czuła, że żyje. Głównie dlatego, że cały czas funkcjonowała na pełnych obrotach. W ostatnich dniach, gdy trafiły do nich ofiary poważnego wybuchu w mieście – szczególnie mocno! Zwłaszcza, że praca w szpitalach polowych na pustyni nie należała do najłatwiejszych.
- Śpiąca królewna do nas wróciła. – skomentowała zaskakująco pogodnie, gdy zauważyła ruch na jednym z łóżek, gdzie poszkodowany w wybuchu żołnierz próbował się wyplątać z całej aparatury, którą do niego podpięli. Odłożyła tacę ze sprzętem na najbliższy stolik i pokonała tych kilka kroków, żeby się nad nim pochylić. I uśmiechnąć. Widziała go pierwszy raz, on ją również… i z jakiegoś powodu wyjątkowo rozbawiło ją, że od razu chciał się wykpić znajomością z inną pielęgniarką – Masz pecha, żołnierzu. Po pierwsze nie jestem Bonnie, po drugie nie ma tu Bonnie, po trzecie wcale nie brakuje nam łóżek, żebyś miał się gdzieś spieszyć, a po czwarte… póki się z tego wszystkiego nie wyliżesz raczej nikomu się nie przydasz. – zadecydowała, zupełnie nie robiąc sobie nic z tego, że zarówno starszy wiekiem jak i stopniem mężczyzna mógłby próbować się tu dzisiaj rządzić. W szpitalu nie miał nad nią władzy. Nie mówiąc o tym, że no… - Amerykanin, prawda? – tego nie dało się ukryć, ten ich akcent. Przysunęła sobie szpitalny stołek bliżej jego łóżka i przy nim usiadła – Jak na moje będziesz żyć… – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu – Ale na boga przestań się tak szarpać. – to nie państwowy szpital, sprzęt był limitowany i nikt nie lubił wyrwanych portów i wkłuć albo pourywanych kabelków - Powiesz mi jak się czujesz? Ból? W skali od jeden do dziesięć zakładając, że dziesięć jest nie do wytrzymania? - zapytała, nie spuszczając z niego wzroku i starając się ocenić jego stan, wyczytać z niego trochę więcej niż chciałby jej powiedzieć.


Iris Valentine
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”