playing with fire
: pn sie 03, 2026 8:39 pm
You take my self, you take my self control.
You got me living only for the night.
No dobra, to raczej nie będzie odkrywcze, jeśli napiszę, że władza była uzależniająca. Albert doskonale wiedział, że nie powinien z niej korzystać, ale pokusa okazania dominacji była silniejsza - te całe podchody, dziecinna zabawa w złośliwości, rzucanie karami za byle głupstwo… Naprawdę nie chciał, żeby Rosenhell wzbudzała w nim aż tak skrajne emocje, w końcu była byłą jego najlepszego przyjaciela. Tego samego przyjaciela, który zginął z jej powodu. Tak, to był najważniejszy powód, żeby trzymać się od niej z daleka. Ba, on nie tylko powinien trzymać się od niej z daleka - powinien dopierdolić jej tak bardzo, żeby spakowała manatki i spierdalała z Kanady, ale… nie potrafił. Miękł za każdym razem, gdy patrzył w jej orzechowe oczy i z tego powodu najgorszą rzeczą, jaką mógł jej zrobić, było zlecenie jej mycia kibli, kurwa mać.
Jak już, to z Oakville, Hagrid. Wait, what? - Hagrid? Ile ty masz lat, Rosenhell, dziesięć? - prychnął, po czym przewrócił oczami. No, słowo daję, typiara nie wyszła z podstawówki. Jeszcze chwila i jebnie mu formułką w stylu "Zespół Ace musi zniknąć!". No a kiedy zaczęła rzucać groźbami o myciu zębów upierdoloną szczoteczką, spojrzał na nią z lekkim politowaniem. Jakoś nie potrafił sobie tego wyobrazić, musiała popracować nad ripostami. - Mhmm, tylko spróbuj - rzucił od niechcenia, bo za cholerę nie wierzył, że mogłoby jej się to udać. On mył zęby w domu, szczoteczką soniczną, gwoli ścisłości. Nie w pracy.
Ech. Ogólnie to starał się na nią nie patrzeć (bo nie), ale usłyszał jej westchnienie (bo było głośne). Ciekawe, o czym teraz myślała? Czy u niej w głowie kłębiły się te same zjebane myśli, co u niego? Czy ona też cierpiała katusze, chcąc go pocałować, podczas gdy resztki zdrowego rozsądku kazały im spierdalać od siebie jak najdalej? O ile w ogóle można było stwierdzić, że Thalia Rosenhell miała jakikolwiek rozsądek. Kurwa, wątpliwa sprawa.
Wiem, że o niczym innym nie marzysz. Tsa, w gównie byłaś, gówno widziałaś. Zaciągnął się blantem po raz ostatni. - Jak ty mnie dobrze znasz - odpyskował z przekąsem, zanim bezczelnie wyrwała mu jointa spomiędzy palców, zaciągnęła się i rzuciła niedopałek gdzieś obok. Nawet się tym nie przejął, wiecie? Kurde… Z każdym kolejnym oddechem w jego głowie zaczynał robić się przyjemny, rozluźniający luz. Jak zwykle po marihuanie. Wtedy każdy, nawet najbardziej poroniony pomysł wydawał się najlepszy na świecie. I ten dziwny układ, żeby udawać jej chłopaka przez miesiąc… to też nagle wydało mu się wręcz genialne. Jakby dzięki temu mógł zdobyć choćby namiastkę bliskości z tą jedzą, oficjalnie tłumacząc to udawaniem. Nie no, stary, o czym ty w ogóle myślałeś? Like, serio, wtf, jak to w ogóle brzmiało? Jednocześnie zrobiło mu się gorąco na samą myśl, co jeszcze mogliby udawać. Umm? Send help?
Gdy wypowiedziała kolejne słowa, zmarszczył brwi. Uważaj, Thallman, bo dla tej zołzy niedługo stracisz głowę. Nope. Nie. Nope, nope, nope. - Nie ma mowy - odpowiedział automatycznie, zanim w ogóle zdołał to jakkolwiek przetworzyć. Czekał przy tym z wyciągniętą przed siebie dłonią, żeby przypieczętować ich układ, a ta zołza… zamiast podać mu rękę… zacisnęła palce na jego przedramieniu, przyciągnęła go do siebie i pocałowała.
Najpierw… no, zamarł. Był w chuj zaskoczony, nie spodziewał się tego, ale gdy tylko poczuł, jak pogłębiła pocałunek, wsuwając język między jego wargi, zaprzestanie protestów przyszło mu z zadziwiającą łatwością i szybko dał się ponieść tym wszystkim czułościom. Czuł jej dłonie na swoim ciele - na klatce piersiowej, szyi… aż w końcu wplotła palce w jego włosy. Automatycznie objął ją w talii i przysunął ją odrobinę do siebie, aby pogłębić pocałunek.
Był, kurwa, rozdarty. Niewyobrażalnie rozdarty. Z jednej strony ten pocałunek smakował kurewsko dobrze, a z drugiej… przecież nie powinien mieć z nią nic wspólnego. Czy może właśnie dlatego tak mocno go to kręciło? Bo smakowała jak pieprzony zakazany owoc? Że mimo świadomości konsekwencji, robił to wszystko z pełną premedytacją? W tej sekundzie nie myślał ani o rodzeństwie, ani o Chrisie, ani o Cass. Myślał tylko o sobie i o Thalii, złączonych w pocałunku, na dachu, teraz. Tak w sumie to… nie wiedział już, gdzie kończyły się jego prawdziwe emocje, a gdzie zaczynało się odurzenie. Fuck.
Gdy w końcu się odsunęła, zamrugał kilkakrotnie oczami, jakby nie potrafił ogarnąć rzeczywistości i uwierzyć, że po tygodniach czystej złośliwości znowu doszło między nimi do czegoś takiego. Nie zapomnisz o tym jutro? - Zapomnę - odparł przekornie, odzyskując dawny rezon dosłownie na ułamek sekundy, bo zaraz dotknęła palcami jego warg. Zaraz, po co to robiła? A... ścierała swoją szminkę. Okej. Odchrząknął. Okej, okej. - A o czym? - dodał po chwili, przechylając głowę na bok ze złośliwym uśmiechem czającym się na ustach. Jasne, że się z nią droczył. To nie był jego pierwszy raz z ziołem i dobrze wiedział, że rano będzie wszystko pamiętał. Co najwyżej będzie tego srogo żałował, ale to co innego. No trudno. Na razie zerknął przelotnie na jej usta, które przed chwilą z czułością całował i przyszło mu do głowy, że chciałby zrobić to jeszcze raz.
A potem dziewczę zapragnęło zaktualizować swoją nazwę kontaktu. Wyciągnął telefon z kieszeni i wywrócił oczami. - To tylko na miesiąc, nie przyzwyczajaj się - burknął pod nosem, ale grzecznie wyszukał jej numer i sprawnie zmienił nazwę na girlfriend z dodanym na końcu serduszkiem. Nawet nie skomentował faktu, skąd wiedziała, jak miał ją zapisaną w swojej komórce - chyba jednak wolniej przetwarzał fakty po tej marihuanie. Pokazał jej ekran telefonu na dowód, że zmienił jej nazwę, po czym zerknął w jej oczy i znowu napotkał to maślane, denerwujące go spojrzenie… Fuck.
Zanim zdążył pomyśleć, znowu go pocałowała, a on znowu uległ bez walki. Jedyną ścierą na tym dachu był w tym momencie on sam.
Tym razem pocałunek był inny, żadne z nich się nie spieszyło. Wsunął palce w jej włosy i przyciągnął ją do siebie delikatnie - ich oddechy mieszały się niezdarnie w tym słodkim, miękkim pocałunku, podczas gdy on powoli zaczął rozpinać zamek jej bluzy, przesuwając palcami w dół… ale w połowie drogi zastygł.
Co ty, kurwa, wyprawiasz, Thallman?
Zupełnie jakby nagle odzyskał przytomność, bo… NIE. POWINNI. TEGO. ROBIĆ. Gwałtownie się od niej odsunął, przełknął z trudem ślinę i wyswobodził drżące palce z jej włosów. - Na osobności nie musimy się z tym afiszować, nie? - rzucił pod nosem, odrobinę nerwowo, ale miał nadzieję, że tego nie wyłapała. Zaraz wstał, żeby tylko uwolnić swoją przestrzeń osobistą od jej uroku, zaklęcia, klątwy czy innego diabelstwa rodem z piekieł. Jezu, ona naprawdę na niego działała, a jemu powoli kończyły się pomysły, jak mógłby się jej opierać. Cóż, prawda była brutalna - nie potrafił jej się oprzeć, gdy znajdowała się tak blisko niego, kusiła go dekoltem i pachniała tak obłędnie, że kręciło mu się w głowie.
Przeszedł parę kroków w stronę krawędzi dachu, wsunął dłonie do kieszeni spodni i odetchnął chłodnym powietrzem, powoli licząc w myślach do dziesięciu. Kurwa, gdyby nie zwiał na bezpieczną odległość, ten wieczór na bank skończyłby się szybkim seksem na dachu. A jakoś… nie chciał jej wykorzystywać. Nie chciał, żeby tylko kolejną zaliczoną przez niego dziewczyną.
WTF, Albert, co z tobą nie tak? THE HELL???
W tym samym momencie na jego twarz spadła pierwsza, chłodna kropla. Odwrócił się z powrotem do Thalii i naciągnął kaptur bluzy na głowę, bo właśnie się rozpadało. - Dobra, blant wypalony, spierdalamy? - rzucił, po czym nie czekając na jej odpowiedź, ruszył w stronę drzwi, jakby próbował uciec nie tylko przed deszczem, ale też przed nią, lol.
I przed samym sobą.
Before the morning comes, the story's told.
You take my self, you take my self control. Thalia
You got me living only for the night.
No dobra, to raczej nie będzie odkrywcze, jeśli napiszę, że władza była uzależniająca. Albert doskonale wiedział, że nie powinien z niej korzystać, ale pokusa okazania dominacji była silniejsza - te całe podchody, dziecinna zabawa w złośliwości, rzucanie karami za byle głupstwo… Naprawdę nie chciał, żeby Rosenhell wzbudzała w nim aż tak skrajne emocje, w końcu była byłą jego najlepszego przyjaciela. Tego samego przyjaciela, który zginął z jej powodu. Tak, to był najważniejszy powód, żeby trzymać się od niej z daleka. Ba, on nie tylko powinien trzymać się od niej z daleka - powinien dopierdolić jej tak bardzo, żeby spakowała manatki i spierdalała z Kanady, ale… nie potrafił. Miękł za każdym razem, gdy patrzył w jej orzechowe oczy i z tego powodu najgorszą rzeczą, jaką mógł jej zrobić, było zlecenie jej mycia kibli, kurwa mać.
Jak już, to z Oakville, Hagrid. Wait, what? - Hagrid? Ile ty masz lat, Rosenhell, dziesięć? - prychnął, po czym przewrócił oczami. No, słowo daję, typiara nie wyszła z podstawówki. Jeszcze chwila i jebnie mu formułką w stylu "Zespół Ace musi zniknąć!". No a kiedy zaczęła rzucać groźbami o myciu zębów upierdoloną szczoteczką, spojrzał na nią z lekkim politowaniem. Jakoś nie potrafił sobie tego wyobrazić, musiała popracować nad ripostami. - Mhmm, tylko spróbuj - rzucił od niechcenia, bo za cholerę nie wierzył, że mogłoby jej się to udać. On mył zęby w domu, szczoteczką soniczną, gwoli ścisłości. Nie w pracy.
Ech. Ogólnie to starał się na nią nie patrzeć (bo nie), ale usłyszał jej westchnienie (bo było głośne). Ciekawe, o czym teraz myślała? Czy u niej w głowie kłębiły się te same zjebane myśli, co u niego? Czy ona też cierpiała katusze, chcąc go pocałować, podczas gdy resztki zdrowego rozsądku kazały im spierdalać od siebie jak najdalej? O ile w ogóle można było stwierdzić, że Thalia Rosenhell miała jakikolwiek rozsądek. Kurwa, wątpliwa sprawa.
Wiem, że o niczym innym nie marzysz. Tsa, w gównie byłaś, gówno widziałaś. Zaciągnął się blantem po raz ostatni. - Jak ty mnie dobrze znasz - odpyskował z przekąsem, zanim bezczelnie wyrwała mu jointa spomiędzy palców, zaciągnęła się i rzuciła niedopałek gdzieś obok. Nawet się tym nie przejął, wiecie? Kurde… Z każdym kolejnym oddechem w jego głowie zaczynał robić się przyjemny, rozluźniający luz. Jak zwykle po marihuanie. Wtedy każdy, nawet najbardziej poroniony pomysł wydawał się najlepszy na świecie. I ten dziwny układ, żeby udawać jej chłopaka przez miesiąc… to też nagle wydało mu się wręcz genialne. Jakby dzięki temu mógł zdobyć choćby namiastkę bliskości z tą jedzą, oficjalnie tłumacząc to udawaniem. Nie no, stary, o czym ty w ogóle myślałeś? Like, serio, wtf, jak to w ogóle brzmiało? Jednocześnie zrobiło mu się gorąco na samą myśl, co jeszcze mogliby udawać. Umm? Send help?
Gdy wypowiedziała kolejne słowa, zmarszczył brwi. Uważaj, Thallman, bo dla tej zołzy niedługo stracisz głowę. Nope. Nie. Nope, nope, nope. - Nie ma mowy - odpowiedział automatycznie, zanim w ogóle zdołał to jakkolwiek przetworzyć. Czekał przy tym z wyciągniętą przed siebie dłonią, żeby przypieczętować ich układ, a ta zołza… zamiast podać mu rękę… zacisnęła palce na jego przedramieniu, przyciągnęła go do siebie i pocałowała.
Najpierw… no, zamarł. Był w chuj zaskoczony, nie spodziewał się tego, ale gdy tylko poczuł, jak pogłębiła pocałunek, wsuwając język między jego wargi, zaprzestanie protestów przyszło mu z zadziwiającą łatwością i szybko dał się ponieść tym wszystkim czułościom. Czuł jej dłonie na swoim ciele - na klatce piersiowej, szyi… aż w końcu wplotła palce w jego włosy. Automatycznie objął ją w talii i przysunął ją odrobinę do siebie, aby pogłębić pocałunek.
Był, kurwa, rozdarty. Niewyobrażalnie rozdarty. Z jednej strony ten pocałunek smakował kurewsko dobrze, a z drugiej… przecież nie powinien mieć z nią nic wspólnego. Czy może właśnie dlatego tak mocno go to kręciło? Bo smakowała jak pieprzony zakazany owoc? Że mimo świadomości konsekwencji, robił to wszystko z pełną premedytacją? W tej sekundzie nie myślał ani o rodzeństwie, ani o Chrisie, ani o Cass. Myślał tylko o sobie i o Thalii, złączonych w pocałunku, na dachu, teraz. Tak w sumie to… nie wiedział już, gdzie kończyły się jego prawdziwe emocje, a gdzie zaczynało się odurzenie. Fuck.
Gdy w końcu się odsunęła, zamrugał kilkakrotnie oczami, jakby nie potrafił ogarnąć rzeczywistości i uwierzyć, że po tygodniach czystej złośliwości znowu doszło między nimi do czegoś takiego. Nie zapomnisz o tym jutro? - Zapomnę - odparł przekornie, odzyskując dawny rezon dosłownie na ułamek sekundy, bo zaraz dotknęła palcami jego warg. Zaraz, po co to robiła? A... ścierała swoją szminkę. Okej. Odchrząknął. Okej, okej. - A o czym? - dodał po chwili, przechylając głowę na bok ze złośliwym uśmiechem czającym się na ustach. Jasne, że się z nią droczył. To nie był jego pierwszy raz z ziołem i dobrze wiedział, że rano będzie wszystko pamiętał. Co najwyżej będzie tego srogo żałował, ale to co innego. No trudno. Na razie zerknął przelotnie na jej usta, które przed chwilą z czułością całował i przyszło mu do głowy, że chciałby zrobić to jeszcze raz.
A potem dziewczę zapragnęło zaktualizować swoją nazwę kontaktu. Wyciągnął telefon z kieszeni i wywrócił oczami. - To tylko na miesiąc, nie przyzwyczajaj się - burknął pod nosem, ale grzecznie wyszukał jej numer i sprawnie zmienił nazwę na girlfriend z dodanym na końcu serduszkiem. Nawet nie skomentował faktu, skąd wiedziała, jak miał ją zapisaną w swojej komórce - chyba jednak wolniej przetwarzał fakty po tej marihuanie. Pokazał jej ekran telefonu na dowód, że zmienił jej nazwę, po czym zerknął w jej oczy i znowu napotkał to maślane, denerwujące go spojrzenie… Fuck.
Zanim zdążył pomyśleć, znowu go pocałowała, a on znowu uległ bez walki. Jedyną ścierą na tym dachu był w tym momencie on sam.
Tym razem pocałunek był inny, żadne z nich się nie spieszyło. Wsunął palce w jej włosy i przyciągnął ją do siebie delikatnie - ich oddechy mieszały się niezdarnie w tym słodkim, miękkim pocałunku, podczas gdy on powoli zaczął rozpinać zamek jej bluzy, przesuwając palcami w dół… ale w połowie drogi zastygł.
Co ty, kurwa, wyprawiasz, Thallman?
Zupełnie jakby nagle odzyskał przytomność, bo… NIE. POWINNI. TEGO. ROBIĆ. Gwałtownie się od niej odsunął, przełknął z trudem ślinę i wyswobodził drżące palce z jej włosów. - Na osobności nie musimy się z tym afiszować, nie? - rzucił pod nosem, odrobinę nerwowo, ale miał nadzieję, że tego nie wyłapała. Zaraz wstał, żeby tylko uwolnić swoją przestrzeń osobistą od jej uroku, zaklęcia, klątwy czy innego diabelstwa rodem z piekieł. Jezu, ona naprawdę na niego działała, a jemu powoli kończyły się pomysły, jak mógłby się jej opierać. Cóż, prawda była brutalna - nie potrafił jej się oprzeć, gdy znajdowała się tak blisko niego, kusiła go dekoltem i pachniała tak obłędnie, że kręciło mu się w głowie.
Przeszedł parę kroków w stronę krawędzi dachu, wsunął dłonie do kieszeni spodni i odetchnął chłodnym powietrzem, powoli licząc w myślach do dziesięciu. Kurwa, gdyby nie zwiał na bezpieczną odległość, ten wieczór na bank skończyłby się szybkim seksem na dachu. A jakoś… nie chciał jej wykorzystywać. Nie chciał, żeby tylko kolejną zaliczoną przez niego dziewczyną.
WTF, Albert, co z tobą nie tak? THE HELL???
W tym samym momencie na jego twarz spadła pierwsza, chłodna kropla. Odwrócił się z powrotem do Thalii i naciągnął kaptur bluzy na głowę, bo właśnie się rozpadało. - Dobra, blant wypalony, spierdalamy? - rzucił, po czym nie czekając na jej odpowiedź, ruszył w stronę drzwi, jakby próbował uciec nie tylko przed deszczem, ale też przed nią, lol.
I przed samym sobą.
Before the morning comes, the story's told.
You take my self, you take my self control. Thalia