you taste like heaven
put your spell on me
No irytował ją.
Czym zasłużyła sobie na to, że z setek tysięcy mężczyzn w tym zasranym Toronto musiał momentalnie spodobać jej się akurat jej odwieczny wróg? Ktoś, komu życzyła jak najgorzej. Pieprzony Mufasa myślał, że jak rzuci jej jakimś rozkazem, to ona będzie robiła wszystko, bo co? Bo był jej przełożonym w pewnym sensie?! No dobra, musiała robić to, co jej kazał, ale nie zmieniało to faktu, że za cholerę jej się to nie podobało. Thalia nie brała rozkazów. Tym bardziej nie od dupka, który myślał, że jak ma edgy przezwisko, ACE, eye roll, ładną buźkę i jakąś tam atrakcyjną aurę wokół siebie, to będzie mógł machnąć paluszkiem, a ona padnie przed nim na kolana i zacznie kłaniać się jak przed jakimś, kurwa, bożkiem.
No wypraszam sobie.
To nie było żadne El Dorado...
Eh.
No i sam fakt, że wysyłał jej swoje zdjęcia, selfiaki albo pisał do niej randomowo, bo chyba mu się kurna nudziło, a potem, kiedy odpisała coś nie tak, rzucał jej karami jak ten pieprzony celnik w shawshank redemption. Jeszcze tylko elektrycznego krzesła brakowało w tym całym salonie gier, w którym pracowali.
Wkurzał ją. Niesamowicie.
Zmarszczyła nos ze złością, gdy z niej zakpił.
- jak już, to z Oakville, Hagrid - prychnęła. No co? Nie jej wina, że za każdym razem, gdy na niego patrzyła, do głowy przychodziły jej jakieś włochate postacie z popkultury. Welp.
- I dare you. Spróbuj zlecić mi coś takiego, a upewnię się, że umyjesz sobie nią zęby - rzuciła zdenerwowana. Przewróciła oczami, wzdychając głęboko, po czym zamknęła oczy, żeby się uspokoić. Co za tupet. Człowiek się starał, pracował ciężko i serio nie chciał zajść mu za skórę, a ten i tak się przypierdalał. O gówno. Niech się udławi tym chrupkiem, dziad jeden. Otworzyła oczy chwilę później, gdy zobaczyła chrupka tuż przed sobą. No nie ogarniała go. Najpierw rzucał jej jakimś chamskim tekstem, a potem karmił chrupkami? Położyła dłoń na jego nadgarstku, żeby przypadkiem nie zrobił z niej frajerki, po czym przysunęła jego rękę do swojej buzi tak, że zębami chwyciła sam koniuszek chrupka i wsunęła go sobie do ust. Dopiero wtedy puściła jego nadgarstek i chrupnęła pod nosem, wciąż wybitnie niezadowolona. No musiała się odegrać. Dlatego chwilę później wypuściła dym z blunta prosto w jego wkurzająco atrakcyjną buźkę.
you keep me restless
won't stop begging for you
No i ten, powiedziała mu coś, po czym oczywiście wiedziała, że zaraz będzie wyglądał jak duch. Jakby całe życie mignęło mu przed oczami. Jakby planował swój pogrzeb już tu i teraz. I nie, nie było to
jestem w ciąży. Tylko pytanie, czy będzie jej chłopakiem. Nie znała tutaj zbyt wielu osób. Archiego nie mogła zapytać, bo był zbyt head over heels za Abby. Dean? Dean pewnie śliniłby się na widok kogokolwiek na tamtym weselu, a poza tym zbyt wiele osób znało kod do jego bokserek. Albert? Był popularny wśród kobiet, zdawała sobie z tego sprawę i prawdopodobnie stałaby się łatwym targetem jakiejś niekontrolowanej zazdrości z ich strony, ale… wydawało jej się, że byłby najlepszą osobą do tej całej szarady. Przewróciła tylko oczami, przyglądając mu się uważnie.
Jezu.
No dobra, wiedziała, że oboje nienawidzili się do szpiku kości. Do takiego stopnia, że pewnie nieraz fantazjowali o swoich śmierciach nawzajem. Jakieś 99 dumbest ways to die czy coś w ten deseń. Ale to, jak zareagował? Wygięła twarz w niesmaku, bo like, wtf? Czy była aż tak okropna?
Jesteś pojebana, Rosenhell. Wzięła głęboki wdech i tylko wzruszyła ramionami. -
Powiedz mi coś, czego nie wiem - prychnęła, słuchając tego irytującego chrupania. No kurna, Alvin and the chipmunks po prostu. Ale kiedy odsunął się od niej tak, jakby miała jakiegoś syfa, naprawdę zaczęła się denerwować. Próbowała mu wytłumaczyć, po co jej to wszystko, a ten bladł coraz bardziej. Nie no. Great fucking work, Thalia. Niech sobie tam jęczy i krzęczy, ale wiedziała, że przekona go argumentem, że odejdzie. I ten błysk w jego oczach tylko utwierdził ją w przekonaniu, że wcale się nie myliła. Chciała zaciągnąć się znowu, ale nagle zrobił się rozmowny i wyrwał jej jointa, na co tylko uśmiechnęła się pod nosem.
- Tak jest. Będziesz mógł powiedzieć mi swoje trzy życzenia, a jak je wykonam, to zniknę. Możesz to uznać za swój wczesny prezent gwiazdkowy. Wiem, że o niczym innym nie marzysz - dodała. No bo taka była prawda, nie?
Boże, czemu on był taki dramatyczny?
Zerknęła na jego dłoń i uśmiechnęła się cwaniacko, zaciągając się jeszcze ten ostatni raz bluntem. Wypuściła dym powoli ku górze.
- Uważaj, Thallman, bo dla tej zołzy niedługo stracisz głowę - rzuciła pewnie siebie. Pstryknęła wypalonego blunta gdzieś na bok, po czym podniosła się i wysunęła dłoń, jakby zamierzała przypieczętować ich zakład. Tyle że zamiast chwycić jego rękę, zacisnęła palce na jego przedramieniu i gwałtownie przyciągnęła go do siebie. Nie była w przedszkolu, żeby zgadzać się na słowny kontrakt w taki sposób. Wolała zrobić to pocałunkiem. Choć ją brzydził, dobra? To było bardziej dla zasady. Żeby się przyzwyczaił, że przez następne trzydzieści dni należał tylko do niej, a ona do niego.
I just feel like lustin' and touchin',
I'll give you all if it's nothin'
Złączyła ich usta w pocałunku, nie czekając ani chwili dłużej. Od razu go pogłębiła, wsuwając język między jego wargi i oplatając nim jego w początkowo niezdarnym tańcu, by chwilę później wyrównać tempo. Wyprostowała się delikatnie, przesuwając dłoń z jego przedramienia na klatkę piersiową, potem na szyję, aż w końcu wplotła palce w jego włosy. Wydawała z siebie ciche pomruki, bo tak cholernie podobało jej się to, jak zajebiście smakował. Pocałunek miał smak tequili, zioła i kompletnego wariactwa. Z jej strony. Z ich strony. Spodziewała się, że się nie zgodzi. Że ją wyśmieje, zwyzywa, powie jej, że postradała rozum
(co swoją drogą się stalo no, ale nie zrobił ostatniego) i odejdzie. Zamiast tego przystał na jej propozycję. Co prawda pod wpływem środków odurzających, ale chyba będzie o tym pamiętał następnego dnia, co nie? Zmarszczyła brwi przez moment, odsuwając się od niego i przerywając pocałunek.
- Nie zapomnisz o tym jutro? - zapytała, patrząc mu prosto w oczy. Przysunęła dłoń do jego ust, ścierając kciukiem z nich swoją czerwoną szminkę, która teraz zdobiła jego wargi.
- A tak poza tym, skoro od teraz jestem twoją dziewczyną, to zmień mnie w kontaktach, do cholery - prychnęła, posyłając mu groźne spojrzenie.
- Kto normalny uwierzy nam, że jesteśmy parą, skoro jestem u ciebie zapisana jako bad bitch, hm? - Uniosła brew. No kurde, pytała go w czysto logistyczny sposób. Poza tym raz zdarzyło jej się zerknąć w jego telefon, kiedy nie odczytał od niej wiadomości i sama domyśliła się, że ta ściera to była ona.
Pathetic.
Wiedziała, że sama będzie musiała zmienić też jego, ale to z czasem. Nie wiedział przecież, jak miała go zapisanego, co nie? No ale anyways, nie odsuwała się od niego. Wpatrywała się w jego oczy, myśląc, że gdyby nie był przyjacielem Christophera, może faktycznie mogłaby porwać się emocjom. Dać się ponieść i pozwolić sobie na coś poważniejszego w jego kierunku. Ale to był Albert Pierdolony Thallman. Piesek. Prawa ręka Chrisa. Co tamten powiedział, ten zaszczekał, aportował i zrobił cokolwiek, czego od niego oczekiwano. Już mieliśmy to oklepane, ale dla przypomnienia… nienawidziła go. Tylko skoro tak bardzo go nienawidziła, to czemu jej ciało tak lgnęło do niego, a usta znowu, zupełnie bezwiednie, zbliżały się do jego ust, łącząc się z nimi w kolejnym pocałunku? Tym razem czulszym..
you get me high,
high
my pretend boyfriend?