Strona 2 z 2

security, please, the annoying prosecutor has arrived

: pn lip 20, 2026 9:55 pm
autor: Hazel Brooks
— Nie, tylko ty jesteś taki wrażliwy na krytykę i opinię innych — parsknęła. Caleb działał na nią niesamowicie irytująco, a mimo to nie mogła odjąć mu urody — może właśnie to drażniło ją jeszcze bardziej? W innym świecie mogłaby chcieć, aby ich relacja wyglądała inaczej, a tutaj po prostu nie była w stanie zapomnieć, że pod pięknymi, niebieskimi oczami i szelmowskim uśmiechem, kryła się zajadła żmija. Sama Brooks nie skakała z kwiatka na kwiatek, miała zbyt małe zaufanie do ludzi, aby z łatwością nawiązywać bliższe relacje, bo niestety, ale to wymagało u niej czasu; kilku spotkań, paru rozmów i poczucia, że mogła naprawdę komuś zaufać. Nie lubiła się przejeżdżać na swojej intuicji, a jednak mimo wszystko była osobą dość… ufną. Może tu był właśnie problem?

Uniosła lekko brwi, będąc gotowa dalej dyskutować. Buzia jej się nie zamykała i tak jak z każdym innym potrafiłaby dojść do kompromisu, tutaj po prostu nie umiała. Musiała mieć swoje słowo na to jego, aby nie upaść w tej wymianie zgryźliwości i uszczypliwości. A teraz usłyszała, dobra, nie komentuj i to zakleiło jej usta. Fairchild nie chciał kontynuować tej kłótni? Spojrzała na niego zdziwiona, bo nie było to do niego podobne, więc ograniczyła się do parsknięcia pod nosem i wywróceniem oczami.

Nie lubiła wspomnień o przeszłości. Nie lubiła nawiązań do szkoły, bo większość jej spędziła wychowując się w domu dziecka, a późniejsze czasy licealne miała dość wyboiste — z otoczką zranienia i poczuciem, że nie należy jej się nic dobrego, skoro wtedy jej nowa rodzina nawet nie potrafiła spojrzeć wobec niej przychylniej. — Oszczędź sobie komentarze na temat tego, jaka twoim zdaniem byłam — odpowiedziała chłodno. Sama nie miała raczej dobrych myśli i dobrych skojarzeń, jeśli chodziło o jego osobę. Może i w jego oczach ona chciała być najlepsza, ale w jej oczach on chciał być najfajniejszy. Laluś, co popisywał się, byle zaimponować kolegom i żeby zyskać aprobatę innych. Cała jego postawa i sposób, w jaki się zachowywał, wręcz krzyczało przez niego. Jednak Hazel nie miała siły wdawać się w tę dyskusję. Nie miała ochoty po raz kolejny wspominać o nim, żeby jeszcze przypadkowo podnieść mu samoocenę. — Dziękuję, będę sobie tak żyć. Tylko szkoda, że wpierdalasz się do mojego świata — mruknęła. Nie było tutaj dla niego miejsca; dla osoby, która tak strasznie ją irytowała i która co krok dawała jej nieznośny pstryczek w nos oraz odbierała pewność siebie. Takie osoby wyklucza się z życia. Zrywa się z nimi znajomość, a potem na ulicy udaje się, że się nie znacie. Jednak ta cholerna praca nie pozwalała jej zapomnieć o nim, bo co nie mogła odrzucić jego spraw tylko i wyłącznie dlatego, że prywatnie po prostu go nie lubiła. — Mam nadzieję, że przynajmniej się przyłożysz i sam ją narysujesz — wymamrotała, odwracając od niego spojrzenie.

Zagryzła policzek od środka, żeby nie parsknąć śmiechem na jego komentarz i późniejsze przekleństwo, gdy rzeczywiście go zabolało. Nie uwierzyłaby, gdyby nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia — to nie była pierwsza lepsza rana, przez którą mógłby zacisnąć zęby i udawać obojętnego. Nie ma pięciu lat, ale wiek nie gra roli jeśli chodzi o ból. — Może i lepiej, że tak wyszło? Może dzięki temu sprawa skończy się lepiej? — zapytała. Przecież chciał, żeby ją zamknęli. Chciał, żeby poniosła konsekwencje swoich czynów, a teraz… teraz była okazja, aby dokończyć to, co miało skończyć się prawdopodobnie inaczej, ale nie mogło przez te brakujące badania. — Czyli zabawa rusza od nowa — westchnęła, słysząc to znowu. — To musi być męczące — przyznała. Nie mogłaby ciągle siedzieć w jednej rzeczy, dłubać i szukać czegoś, aby wreszcie zakończyć tę sprawę na swoją korzyść. Chwilę milczała, bo gdy z jego rany przestała się sączyć krew, opatrzyła mu to odpowiednio, aby zakryć mu ją i zabezpieczyć. Wkurzył ją wcześniej, ale nie potrafiła być obojętna na krzywdę lub zostawić go krwawiącego na środku korytarza. Co by zrobił? Pojechałby na oddział ratunkowy, brudząc po drodze wszystko? — Proszę — odpowiedziała i zaraz spojrzała na swoją dłoń, lekko kręcąc nadgarstkiem. Skrzywiła się nieznacznie, ale wzruszyła ramionami. — Źle upadłam i trochę boli, ale zawinę sobie ją i posmaruję maścią — rzuciła, jakby to nie było nic znaczącego. W teorii nie była tego pewna, ale podejrzewała, że po prostu sobie ją obiła. — Przepraszam, że przeze mnie dostałeś. Trzeba było się nie ruszać eh — westchnęła cicho, ściągając rękawiczki i wyrzucając je do kosza, żeby zaraz znaleźć maść i zacząć smarować sobie nadgarstek. Była przekonana, że nie pogorszyła sytuacji, ale też na pewno jej nie polepszyła. Może przynajmniej oni nie byliby poszkodowani, gdyby nie zaczęła gadać? Nie chciała przyznawać się na głos do swoich myśli, więc nie patrząc na niego, skupiła się na opatrywaniu swojej zranionej części ciała.

babyboy

security, please, the annoying prosecutor has arrived

: śr lip 22, 2026 8:00 pm
autor: Caleb Fairchild
— No widzisz. Wrażliwy i empatyczny chłopak jestem. Takich to tylko, kurwa, ze świecą szukać — rzucił kpiąco, znowu mierząc ją podburzonym spojrzeniem. Boże, jak ona to robiła? Wystarczyło zaledwie parę słów, krótka rozmowa, by skutecznie podnieść mu ciśnienie. Żaden klient nie doprowadzał go do szału tak skutecznie jak ona; Hazel był więc cholernie wyjątkowa. Zachowywała się, jakby znała go na wylot. Jakby wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabolało najdotkliwiej. Caleb w całej swojej karierze nigdy nie miał tak trudnego współpracownika jak ona. Czy problemem były różne poglądy i różne stanowiska? A może po prostu ich temperamenty, które nie potrafiły ze sobą normalnie współgrać? Ilekroć Fairchild pojawiał się na komisariacie, czuł się, jakby przechodził przez jakiś test wytrzymałości. I niemal za każdym razem polegał, dając się ponieść nerwom i emocjom. Profesjonalny prokurator, ta? Nie, jeśli w grę wchodziła Brooks.

Caleb miał dość tej dyskusji. Nie lubił przegrywać, ale jeszcze bardziej nienawidził marnować czasu na rozmowy, które do niczego nie doprowadzą. Hazel była upartym i dobrym przeciwnikiem, ale Fair po prostu zmęczył się tą całą przepychanką; ich rozmowa przypominała odbijanie piłeczki. Nie miał już dziewięciu lat, żeby mieć to ostatnie słowo; chociaż kurewsko by tego chciał. Jak nie w ten sposób, to w inny skutecznie utrze jej nosa. Cholera, gdy tylko dostrzegł jak wywraca oczami, krew go niemal zalała. No co za nieznośna kobieta.

Chłód w jej głosie sprowokował go do pytań, które powstrzymał jedynie siłą woli. Jej reakcja dała mu do myślenia; czyżby przeszłość była dla niej drażliwym tematem? Zmierzył ją uważnym spojrzeniem, zanim uśmiechnął się kpiąco. Może była brzydkim kaczątkiem w liceum? Albo kujonem w za dużych okularach i przeszła wielką metamorfozę? Och, Fairchild kiedyś zdecydowanie poruszy ten temat. Może niekoniecznie na komisariacie, gdzie każdy mógł pojawić się według własnego widzimisię. Cóż, wyrobić sobie o kimś obcym opinię było łatwo; szczególnie, jeśli kogoś widywało się rzadko i raczej na szybko. Budowali swoje zdanie na tych nielicznych spotkaniach w pracy, często podszytych nerwową atmosferą lub nawałem roboty. Nic więc dziwnego, że spoglądali w swoją stronę aż do tego stopnia krytycznie.
— Chciałbym mieć jakiś wybór. Możesz się wyprowadzić, ułatwisz nam obojgu pracę i życie — stwierdził. I jak na przekór swoim złośliwym słowom, parsknął na wspomnienie o ręcznie narysowanej laurce. Nie wiedzieć czemu, ta myśl tak bardzo go rozbawiła.

No, zabolało. Nie było co kłamać, bo nawet nie potrafił zdusić swojego syknięcia. Niepotrzebnie starał się zgrywać twardziela, jeśli sytuacja ewidentnie tego nie wymagała. Poza tym był ranny i wcale nie było mu do śmiechu, szczególnie w chwili, gdy adrenalina zaczęła opadać, a on zaczynał wszystko dotkliwiej odczuwać. Och, od początku wiedział, że ta kobieta to psychopatka; żałował, że od razu nie mógł jej zamknąć. Słysząc pytanie Brooks, Caleb mruknął w namyśle; to zabawne, że Hazel próbowała wyciągnąć coś pozytywnego z tego napadu.
— Mam wrażenie, że to przez naszą kłótnię. Los zesłał nam tę wariatkę, żebyśmy przestali się tak bardzo żreć — parsknął pod nosem. Może to druga szansa, żeby tym razem popracować nad tym nieco lepiej i dokładniej? — Jest męczące, bo możesz czasem siedzieć całymi dniami nad jednym szczegółem, a i tak dla sądu nie będzie to wystarczający dowód na czyjąś winę. Prawo chroni przestępców — stwierdził, unosząc kąciki ust w krzywym i niezadowolonym uśmiechu. Ich rozmowa miała teraz zupełnie inny wydźwięk niż paręnaście minut temu. Szkoda tylko, że musiało dojść do takiej sytuacji, żeby porozmawiali ze sobą bez niepotrzebnych nikomu nerwów. — Dzięki — wymruczał niechętnie, gdy skończyła go opatrywać.

Caleb przez chwilę po prostu przyglądał się, jak młodsza dziewczyna obraca swoim nadgarstkiem. Czuł się odrobinę winny, że przez niego ucierpiała, mimo że zrobił to w dobrej wierze. Fairchild parsknął pod nosem, wzruszając przy tym ramieniem. — Zrobiłem to, co uważałem. Nie ma czego roztrząsać — stwierdził, podnosząc się z miejsca, by złapać ją za zdrowe przedramię i pociągnąć w stronę wyjścia; na początku z sali, a potem z komisariatu. — Pojedziemy do szpitala — postanowił, nie pozwalając jej na odmowę. Skoro już oboje doprowadzili do momentu, w którym ucierpieli, to mogli na krótką chwilę wywiesić białą flagę i zawrzeć pokój. Poza tym był jej to winien; no poniekąd. — Wsiadaj. Bez ręki będziesz jeszcze mniej przydatna niż teraz — mruknął, puszczając ją, ale tylko po to, by otworzyć jej drzwi do swojego pojazdu.

Hazel

security, please, the annoying prosecutor has arrived

: pt lip 24, 2026 11:36 pm
autor: Hazel Brooks
Wywróciła oczami na jego kpiący ton, nie komentując tego, że mógłby oszczędzić sobie sarkazmu. Jeśli kiedykolwiek sądziła, że była zbyt uszczypliwa, to była w ogromnym błędzie. Znajomość z Calebem odkopała w niej jakieś zmarnowane pokłady złośliwości, a każdy kolejny dzień uczył jej nowym umiejętności w używaniu tej okropnej cechy. Miała jednak wrażenie, że u niej to wszystko było formą obrony, a nie tak swobodnego dawania pstryczków, jak to robił Fairchild. Ta różnica, ale zarazem podobieństwo w ich temperamentach sprawiała, że mieli siebie najzwyczajniej w świecie dosyć — a jednocześnie gdyby nagle go zabrakło, to czułaby się dziwnie i nieswojo.

Nie chciała dać po sobie poznać, że w jakiś sposób zabolały ją jego słowa; że jej przeszłość skrywała sekrety i miała dość nieprzyjemne historie z czasów swojej młodości. Dosłownie mogłaby to chyba powiedzieć każdemu, tylko nie jemu — nie człowiekowi, który jej słabość wykorzystałby jeszcze w najgorszy możliwy sposób, a potwierdzały to tylko jego myśli, które w większości kręciły się wokół kujonowatego wyglądu, a nie głębszych problemów, które mogły ją spotkać. — Gdyby wyprowadzka była taka łatwa… — westchnęła; bo zabranie swojego niewielkiego dobytku może nie było kłopotem, ale po co miała sobie trudzić życie zmianą otoczenia? Dodatkowo Toronto miało w sobie jedną najważniejszą rzecz — jej zaginionego brata, którego przecież miała odnaleźć i miała nadzieję, że stanie się to prędzej niż później. — Poza tym, zawsze jest jakiś wybór. I zgadzanie się na jego brak, również jest jakimś wyborem — rzuciła, patrząc na niego uważnie. Czemu nie miał wyboru? Co pod tym się kryło? Przez chwilę przeszło jej przez myśl, czy pod tą skorupą aroganckiego dupka kryło się jakieś skrzywdzone dziecko.

Nie była optymistką, ale w tej całej patowej sytuacji dobrze było dostrzec jakiś pozytyw — ogólnie praca na policji czy po prostu w organach, które zajmowały się sprawiedliwością, była trochę przygnębiająca. Nikt nie przychodził tutaj bądź do sądu, bo stało się coś dobrego. Wszyscy zgłaszali jakieś przykrości, które spotkały ich na życiowej drodze, więc poszukiwanie małych plusów sytuacyjnych mogło być sposobem, aby do reszty nie oszaleć.
— Mówisz? — mruknęła, jeszcze wtedy skupiając się na jego ranie. Może mogłaby przyznać mu rację; może w jakiś pokrętny sposób los próbował pokazać im, że to nie oni zawinili w tej sprawie? — Cóż, może tym razem nikt nie zgubi fiolek z materiałem dowodowym i uda nam się zakopać ten topór wojenny — stwierdziła z rozbawieniem, zerkając na niego. — Zawsze to niewinnych spotyka największa krzywda. Chociaż szczerze nie zdziwiłabym się, gdyby ta kobieta była też niewinna, a po prostu jej mąż zabił się, bo nie był w stanie wytrzymać z taką wariatką — parsknęła. Nie mogła mieć równo pod sufitem. Nawet jeśli była na jakiś psychotropach bądź po alkoholu, to nikt o zdrowych zmysłach nie przyszedłby na komisariat grozić innym ludziom nożem. Kiwnęła krótko głową na jego podziękowania; to było niespotykane, ale wstrzymała się od zgryźliwego komentarza. Przecież póki co, było całkiem miło.

Najważniejsze było to, że nie miał do niej pretensji o to, że być może postąpiła lekko myślnie. Nie musiała się z nim wykłócać o to, że w tamtym momencie nie było dobrego rozwiązania, skoro mediator nie był prawdopodobnie obecny na komendzie. Zdziwiło ją to, jak nagle chwycił ją za przedramię, ciągnąc za sobą i jednocześnie przyciągając spojrzenie kilku gapiów. W końcu wiedzą ogólną było to, że raczej nie pałali do siebie sympatią. — Co ty robisz? — zapytała, kiedy przechodzili przez drzwi komisariatu, ale nie miała siły, żeby się z nim przepychać i wyrywać. Zaraz odpowiedział jej, gdzie będą jechać, na co uniosła brwi w zdziwieniu. — Do szpitala? Chyba uderzyłeś się gdzieś po drodze w tę łepetynę. To nie jest nic takiego, co by wymagało pojechania do szpitala — rzuciła, choć w zasadzie nie wiedziała do końca, co było w jej nadgarstek. Póki co bolał przy większym ruchu i z pewnością będzie mieć problem z pracą. — Chyba że to ty potrzebujesz wsparcia psychicznego. Mogę ewentualnie zgodzić się trzymać cię za rękę, jeśli okaże się, że trzeba jednak zszywać twoją ranę — dodała zaraz z sarkazmem, w tym momencie traktując to jako swoją obronę przed tym, że chciał ją siłą (!!!) zaciągnąć do lekarza. Stała przy otwartych drzwiach, wpatrując się w niego z zawziętą miną i chciała sprzeczać się z nim dalej — zaprzeczyć, odgryźć się, ale miał cholera rację. I to nie w tym, że dotąd była bezużyteczna, bardziej w fakcie, że bez sprawnych obydwóch dłoni będzie mieć problem wykonywać swój zawód. Nie da rady trzymać fiolki w jednej ręce, a pipety w zębach. — Nie wiem, czy powinieneś kierować w tym stanie, mimo wszystko jazdą obciążasz rękę — wymamrotała, powątpiewając czy i on był w pełni sił, żeby nie zabić ich po drodze; chociaż czy jej produkowanie się miało jakikolwiek sens? W końcu i tak zrobi tak, jak będzie chciał.

Caleb

security, please, the annoying prosecutor has arrived

: sob sie 01, 2026 8:12 pm
autor: Caleb Fairchild
Elena zawsze chętnie komentowała zachowanie swojego starszego brata i była jedyną osobą, na którą Caleb nie wściekał się z tego powodu. Gdyby żyła i mogła przyglądać się tej dyskusji, najpewniej zaśmiałaby się z kpiną, dochodząc do wniosku, że Fairchild zachowywał się jak nastolatek, który próbuje dopiec dziewczynie, która mu się podobała. Cóż, poniekąd miałaby w tym wiele racji, ale była to myśl tak głęboko zakorzeniona w jego umyśle, że nawet nie zdawał sobie z tego teraz sprawy. A skoro jego młodsza siostra nie żyła i nie mogła ustawić go do pionu, to prokurator dalej stawał się tym nieznośnym typem człowieka, który nie daje nikomu spokoju, jeśli jest w złym nastroju. Ach, całe jego życie przypominało pieprzone domino.

Na ten moment, Caleb kompletnie nie interesował się jej życiem prywatnym. Nie zastanawiało go to, czy jego spekulacje były trafne czy też nie. Mówił to, co miało zaboleć; chciał trafić, by uszkodzić jej dumę. Hazel była jednak całkiem twardym zawodnikiem, czego początkowo kompletnie się nie spodziewał. — Mogę zafundować ci bilet w jedną stronę. Nie ma najmniejszego problemu — parsknął. Wszystko, byle stracić ją z oczu. To zabawne, jak bardzo chciał jej się teraz pozbyć. Nie sądził, że już niedługo, na wyjeździe integracyjnym, spojrzy na nią z nieco innej perspektywy. Może warto podziękować tej wariatce, która wtargnęła na komisariat? To przez nią Caleb nieco odpuścił te swoje ataki i zaczął spoglądać na Brooks jak na… normalnego człowieka, a nie popychadło, na którym mógł się wyżywać za jakąś przegraną sprawę. Cuda się zdarzają; prawie jak na Boże Narodzenie.

Fairchild zaśmiał się pod nosem na jej teorię, bo w obecnej sytuacji, wydawała mu się całkiem możliwa. Na krótką chwilę zamilkł, obserwując jak dziewczyna go opatruje; i dopiero po chwili, uniósł spojrzenie na jej delikatną twarz. — Może minęłaś się z powołaniem i powinnaś zostać psychologiem? Albo detektywem? — zażartował, patrząc na jej dzisiejsze decyzje. Na początku chciała bawić się w mediatora, a potem szukała możliwości, wyjaśniających zachowanie kobiety. Prokurator miał nieodparte wrażenie, że atmosfera w pomieszczeniu, znacznie różniła się od tej, towarzyszącej im paręnaście minut temu. Kurwa, może znowu przesadził i dał się ponieść emocjom? Może naprawdę nie potrafił przegrywać jak ostatni kretyn?

— Odwdzięczam się, żeby później nie mieć u ciebie długu za tą wspaniałomyślną pomoc — rzucił kąśliwie, ciągnąc ją do swojego samochodu. Byli rozsądnymi ludźmi, prawda? A mądrzy ludzie wiedzieli, że po takich akcjach, powinni zadbać o swoje zdrowie. — Ile ty masz lat, Brooks? Weź się w garść — westchnął na wspomnienie o tym, że to nie było coś, z czym powinna jechać do szpitala. Już widział, jak wytyka mu to przy pierwszej lepszej okazji, gdy znowu zaczną się kłócić. Widząc jednak, że finalnie uległa, Caleb kiwnął głową w stronę miejsca pasażera. — Nie ma nawet kurwa opcji, że pozwolę prowadzić ci mój samochód, więc właź. Poradziłbym sobie nawet bez ręki — stwierdził. Ostatecznie przekonał ją, że da radę i udali się w stronę szpitala, żeby zadbać o profesjonalną pomoc.

koniec


Hazel