ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

001.
Wiedziała, że będzie z tego problem.

Dwa dni temu nastąpił przełom, kiedy najbardziej upierdliwy prokurator w całym Toronto, Caleb Fairchild, po raz pierwszy się uśmiechnął. No dobra, może uśmiech to za dużo powiedziane, ale nie dało się zignorować tego lekkiego uniesienia kącika ust, kiedy doręczony opis toksykologiczny kończył swój wywód zdaniem prawdopodobne zatrucie. Wiedziała, że sprawa ciągnęła się już jakiś czas, a mężczyzna próbował wrzucić za kratki żonę otrutej ofiary i to badanie dało naprawdę duże światło na sprawę, ale wczorajsze nieporozumienie nie było jej winą, a jedynie niekompetencją młodego policjanta, który nie dość, że nie dał jej wszystkich próbek, to zagubione fiolki były źle przechowywane, najprawdopodobniej w rozgrzanym bagażniku, więc nie była w stanie nic z tym zrobić. Nie mogła wydać takiej opinii, skoro nie zinterpretowała częściowo materiału i nie miała już ku temu okazji, bo teraz ciało zmarłego zaczęło usuwać z siebie toksyny. Dlatego wczoraj, do późnego wieczora, opisywała na nowo materiał z wyjaśnieniem sytuacji, wywód kończąc słowami nie można potwierdzić zatrucia. Wysłała meilem do wszystkich ważnych osób i wyszła z pracy, żeby nie patrzeć, jak świat płonie.

Dopiero na następny dzień weszła do prawdziwego piekła. Jeszcze musiała jechać do cholernego sądu, żeby potwierdzić swoje badania i tak bardzo nie chciała konfrontacji z Fairchildem. Nie dlatego, że się go obawiała — nic z tych rzeczy. Ale najzwyczajniej w świecie chciała sobie oszczędzić dyskusji z nim. Czuła jego palący wzrok, gdy obrona zadawała jej pytania, a ona odpowiadała.

Czy może pani wykluczyć, że zmarły sam zażył lek? Nie.

Czy może pani stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że doszło do otrucia?

Nie.

Opcja była jedna; po zakończonej rozprawie szybko ewakuowała się z sądu, zanim zdążył ją dorwać i pojechała z powrotem na komisariat z nadzieją, że nie będzie chciało mu się fatygować i jechać do niej, aby zjebać ją od góry do dołu. Zajęła się swoją pracą, odciągając swoje myśli od tej sprawy i rozmyślania, czy mogła zrobić coś inaczej, ale postąpiła książkowo. Tak, jak powinna, żeby samej nie ponieść konsekwencji za zatajenie wyników lub rozmijanie się z prawdą. Wierzyła nauce, a nie faworyzowaniu prokuratorów, którzy mogliby z dumą chwalić się, że udało im się wygrać ciężką sprawę. Uzupełniała brakujące dokumentacje, aby zmienić tor swoich myśli i nieco uspokoić swoje myśli, kiedy wybiła godzina zero i odwiedził ją final boss dzisiejszego dnia. — Nie mam ochoty z tobą dyskutować — odpowiedziała na wstępie, nawet nie przenosząc na niego spojrzenia, a jedynie dalej klikając na komputerze. Może… sobie pójdzie?

upierdliwiec
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Caleb miał pewien problem.

To znaczy, gdyby przyjrzeć się jego codzienności, można by dojść do paru prostych wniosków i wyciągnąć więcej tych problemów, niż tylko ten jeden. Brak kontroli nad alkoholem i imprezowaniem, bo nawet jeśli nie robił nic nierozważnego czy skrajnie głupiego, to nie potrafił tego ograniczyć. Brak rozgraniczenia między pracoholizmem, a nadrabianiem zaległości. Niewyleczona trauma po stracie siostry, przez co wiele decyzji, które dotychczas podejmował, były właśnie ze względu na nią. No i do tego dochodził ten brak umiejętności przegrywania. Caleb nie potrafił pogodzić się z porażką. Nie, jeśli szło mu tak cholernie dobrze, a wykres jego spraw, szedł tylko w górę, świadcząc o tym jak doświadczonym i dobrym był już prokuratorem.

Wiadomo, nie był cudotwórcą. Nie mógł czytać ludziom w myślach, nie mógł realnie wpłynąć na ich decyzje, mimo że wielokrotnie próbował wszystkimi manipulować na swoją korzyść. Fairchild tak czy siak był cholernie zawzięty; siedział nad rozprawami przez kilkanaście godzin, badając dowody, odwiedzając miejsce zbrodni, rozmawiając z ofiarami i konsultując się z profesjonalistami w różnych dziedzinach. Nie lekceważył swojej roboty. Robił każdą, pojedynczą, nawet najmniejszą rzecz na sto lub nawet dwieście procent. Nie mógł sobie nic zarzucić. A to, że obwiniał wszystkich innych wokoło to już inna sprawa. Ktoś musiał ponieść za to odpowiedzialność.

Po wielu rozmowach z przełożonymi, Caleb czując narastającą frustrację, udał się na pobliski komisariat. To oczywiste, że wcale nie chciał z nią rozmawiać. Cholera, wolałby pójść do domu i odpocząć, ale nie zdołałby zasnąć, gdyby nie przedyskutował tej porażki z główną zamieszaną. Prokurator przywitał się ze znajomymi policjantami na wejściu, od razu kierując się w dobrze mu znaną stronę. Jego relacja z Hazel nie należała do najlepszych i najłatwiejszych, co mogłoby wydawać się dość zaskakujące, bo Caleb trzymał się z kobietami… cóż, blisko. Brooks była ładna i niewątpliwie inteligentna, ale miała tak paskudny charakter, że Fairchild czasami nie mógł jej słuchać. Gdyby mniej się odzywała, może podobałaby mu się nawet bardziej, ale nadal twierdziła, że ma swoje do powiedzenia. Najgorzej.

— Uwierz mi, Brooks. Mam tysiąc lepszych rzeczy do roboty, niż rozmowa z tobą — rzucił nerwowo, bo zdążyła go zdenerwować od samego wyjścia. A to robiło wrażenie, bo Caleb potrafił trzymać emocje na wodzy. Mężczyzna odsunął krzesło naprzeciw dziewczyny, po czym usiadł, wpatrując się w jej twarz w pełnym milczeniu i powadze. — Nie masz mi nic do powiedzenia? — zapytał, z wolna denerwując się, że nie zwraca na niego uwagi. Być może dlatego pochylił się nad biurkiem, odłączając kabel od monitora. — Kultura osobista ciebie nie dotyczy, księżniczko? — rzucił, opadając z powrotem na fotel. — Przez ciebie pieprzona morderczyni chodzi sobie wolno po Toronto. Doskonale wiedziałaś, że wszystkie dowody na nią wskazują. Nie mogłaś po prostu odpuścić? — mruknął, nie odrywając od niej rozzłoszczonego spojrzenia. — Czy to jakiś cholerny sojusz niepoczytalnych kobiet? Wyglądasz, jakbyś mogła do czegoś takiego należeć — parsknął, odchylając się lekko na krześle. Boże, jakże on nienawidził przegrywać, szczególnie jeśli miał już przestępcę w garści. Gdyby tylko Hazel siedziała cicho, przymrużając oko na tą małą odchyłę…

orzeszek
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie miała sobie nic do zarzucenia. Była profesjonalistką, dbała o swoją pracę oraz przede wszystkim, wiedziała co robiła. Jasno stosowała się do wytycznych, do obowiązujących zasad i to nie znaczyło, że była służbistką — po prostu nie chciało jej się bawić z ewentualnymi konsekwencjami, gdyby ktokolwiek dowiedział się, że coś zataiła lub maczała palce w poprawności wyników. W końcu mogłaby przymknąć oko, zignorować fakt, że nie wszystkie materiały dowodowe zostały przekazane, ale potem musiałaby się tłumaczyć, ryzykując swoją karierą i nieskalaną reputacją, która musiała pozostać dobra, aby inni chcieli z nią współpracować. I z jakiegoś powodu, Fairchild nadal również tutaj przyłaził. Może to kwestia sumienności, zaangażowania… a może tego, że nie miał wyboru. Chociaż z pewnością miał jakiś parobków, którzy trudne sprawy mogliby załatwiać za niego. Przyjść do niej to przegadać, sporządzić mu raport i wyjaśnić sytuację. Zamiast tego, nadal musiała oglądać jego twarz i wiedziała, że była to z pewnością kwestia tej maniakalnej kontroli, która była dziedziczna wśród prokuratorów. No cóż poradzić, z pewnością nikt inny nie zwyzywa jej tak, jak on sam, prawda?

— A jednak przyłazisz tutaj i trujesz mi tyłek — stwierdziła z cichym westchnieniem. Miał tysiąc lepszych spraw, a i tak znalazł chwilę, aby przyjść i jej ponarzekać na to, jaka to nie była. Nie miała ochoty na niego spoglądać. Na twarz mężczyzny, który był tak przystojny, a jednocześnie tak upierdliwy i nieznośny. Wiedziała, że w świecie musiał być zachowany balans, ale dlaczego tacy byli zazwyczaj największymi dupkami? Jakby wszechświat uparcie przypominał, że nie można mieć wszystkiego. — A co mam ci powiedzieć? — odbiła pytanie swoim pytaniem. — Wszystko co chciałam przekazać to napisałam w protokole i wysłałam wczoraj na twoją skrzynkę. Podejrzewam, że potrafisz czytać, Fairchild — rzuciła, przebiegając wzrokiem po literkach wiadomości, którą pisała, aż ekran nie zrobił się czarny. Oczywiście, że od razu na niego spojrzała; spod byka, z pełnym oburzeniem i wielką pogardą. — Odpuścić? Czyli namawiasz mnie do kłamstwa przed sądem? — Uniosła lekko brew, zaplatając dłonie w koszyczek i opierając na nich swój podbródek. — Wiedziałabym, gdybym dostała wszystkie probówki do badań. Idź się pluć do komendanta, jeśli ci coś nie pasuje, ja wykonałam swoją pracę jak należy — dodała zaraz, samej opadając na oparcie swojego fotela. Zmierzyła go uważnym spojrzeniem. Denerwował ją całą swoją sylwetką — tym, jak beztrosko rozwalił się na krześle, tym że rządził się, odpinając cholerny kabel od jej monitora i samym faktem, że miał czelność przychodzić do niej i narzekać na to, że nie postanowiła oszukiwać. Z jakiej racji? — Skoro uważasz, że mogłabym należeć do takiego sojuszu, to nie boisz się tu przychodzić? W końcu jestem niepoczytalna. Uważaj, gdzie zostawiasz kawę — zażartowała. Hazel była cięta w gadce, ale jeśli chodziło o czyny to psychika nie pozwoliłaby jej kogoś skrzywdzić. Sama zbytnio została skrzywdzona przez los, aby przenosić ból na innych. Nie zmienia to jednak faktu, że z racji swojego zawodu, miała ogromną wiedzę o różnych składnikach, czynnikach i innych tym podobnych. Gdyby chciała komuś zrobić krzywdę po cichu… cóż, prawdopodobnie zrobiłaby to ze sto procentową pewnością powodzenia.

manipulator
29 y/o
For good luck!
182 cm
prokurator w Superior Court of Justice
Awatar użytkownika
Everyone's a star
Baby, it's a dream
Show me who you are
Take me in your arms
You're something supеrior
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Nie potrafię tego zrozumieć, Hazel — rzucił, patrząc na nią z kpiną. — Też pracuję według kodeksu. Też złożyłem przysięgę. Ale za sztywnymi zasadami i obawą przed tłumaczeniem się przełożonym, stoi coś więcej niż tylko dobrze wykonana robota stwierdził. Mężczyzna był uczulony na punkcie sprawiedliwości, którą tak mocno krytykował od najmłodszych lat. Fairchild wielokrotnie powtarzał, że kanadyjskie organy państwowe zawodzą. Regulaminy chroniły przestępców, a prokuratorzy i policja, nie dawali z siebie tyle, ile powinni. W końcu niezależnie od wyniku swoich postępowań czy badań i tak otrzymają sowitą zapłatę; nie musieli niczym się przejmować. Cal był jednak człowiekiem, który wybrał ścieżkę prawa, nie ze względu na chęć zdobycia popularności lub grubej kasy, bo przecież i tak wywodził się z bogatej rodziny i miał ogromny majątek. Zrobił to ze względu na swoją zmarłą siostrę; i może zachowywał się egoistycznie. Może rzeczywiście nie potrafił oddzielić życia prywatnego od zawodowego, ale przynajmniej starał się dbać o swoich klientów lub o ich dobre imię, nawet po śmierci. — Ten mężczyzna nie żyje. Umarł i nikt go za to nie pomści. A osoba, która osobiście go zatruła, będzie żyć pełnią życia za jego pieniądze. To jest ta cała sprawiedliwość? — zapytał ironicznie, wciąż wbijając w nią nieco zmęczone spojrzenie.

— Uważasz więc, że lepsze od naciągnięcia prawdy jest udawanie, że nic się nie wydarzyło? Dlaczego nie poprosiłaś o więcej czasu? O kolejną próbkę? Dlaczego nie przymknęłaś oka na te wyniki, wiedząc, że sprawca jest winny — rzucił, stukając palcami w podłokietnik. — Miałaś wgląd we wszystkie dowody i każdy możliwy aspekt tej sprawy. Nie potrafię zrozumieć, jak bardzo musisz być zapatrzona w swoją pracę, żeby w żadnym stopniu nie wesprzeć ofiary. To dlatego, że i tak jest już martwy? Nie ma o co walczyć? — zapytał szeptem, nachylając się nieznacznie w jej stronę. Podświadomie wiedział, że cała ta rozmowa i tak już niczego nie zmieni, ale Caleb nie był człowiekiem, który zacisnąłby nerwowo zęby i uznałby to za zakończoną sprawę.

— Pierdolę ten twój żałosny protokół, Brooks — zaśmiał się, w końcu odrywając od niej spojrzenie, by utkwić je w suficie, jakby to właśnie tam mógł odnaleźć odpowiedzi na swoje niekończące się pytania. Tak. Uważał, że jej praca była beznadziejna i że nie podchodziła do tego na poważnie. Tak. W jego oczach była cholerną służbistką, którą nie obchodził los innych osób. Tak. Z tego też powodu zamierzał dalej zatruwać jej życie.— Och, zamierzam. Nie musisz się o to martwić — rzucił; komendant był kolejną osobą w kolejce do zjebania. — Widzę, że policja nadal zawodzi. Nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata — dodał, uśmiechając się przy tym krzywo. Był pierwszy do krytykowania wszystkich wokoło.

Słysząc jej słowa, prokurator zaśmiał się pod nosem; Hazel była ostatnią osobą, której mógłby się obawiać. Nie tylko ze względu na jej wątpliwą figurę, ale zwyczajnie nie uważał jej za godną siebie przeciwniczkę. Jasne, w niektórych kwestiach miała większą od niego wiedzę, ale wciąż Caleb miał całkiem sporą przewagę i doświadczenie. — Groźby są karalne — odparł obojętnie. — I nie boję się kobiety, której ego jest większe od jej… — westchnął, odchylając się nieznacznie na krześle. — Nieważne. — Uśmiechnął się głupio. Mógł się z nią kłócić godzinami, ale nie na komendzie, gdzie pierwsza lepsza osoba, mogłaby go podłożyć przełożonym.

służbistka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”