Strona 2 z 2

Old us, new beginning

: pn lip 20, 2026 11:27 pm
autor: Adeline Covington
Adeline nigdy nie lubiła polegać na kimś i czekać, aż ktoś rozwiąże za nią jej problemy. Zdecydowanie wolała sama sprostać wyzwaniom, choć nie zawsze było to łatwe. Wiedziała, że Sullivan miał dużo na głowie i nie chciała go obciążać bardziej. Ich związek nie opierał się na tym, żeby wiecznie ułatwiał jej życie. Najważniejsze, czego potrzebowała od niego to wsparcia, wysłuchania jej i poprawienia jej humoru. A to zdecydowanie potrafił robić. Możliwe, że to właśnie w dużej części było powodem ich sukcesu. Tak wyglądało partnerstwo. Przynajmniej do czasu, zanim na ich idealnym związku pojawiły się rysy.
Wiedziała, że nie powinna drążyć tematu tego kompletu. Ani czegokolwiek mu insynuować. Zdawała sobie sprawę, jak okrutna była, tak sobie z nim igrając. Wystarczyło jedno spojrzenie w jego stronę, żeby dostrzec te wszystkie szczegóły, które zdradzały jego myśli. Ten specyficzny wyraz twarzy i delikatnie zaciskające się ręce na kierownicy utwierdzały ją w przekonaniu, że wszystko, co mówiła, działało na jego wyobraźnię. Ale nie tylko jego. Utrudniała to im obojgu.
Kochanie. Jedno czułe słowo, w połączeniu z jawnym flirtem i na twarzy Ade zawitał rozbawiony uśmiech, któremu towarzyszyło pełne przekonanie o racji mężczyzny. Znowu. Mur, który wydzieliła między nimi, kruszył się w posadach. Tak, jak blondyn robił to kilka lat temu, z tym, że teraz miał nieco ułatwione zadanie. Tym razem wiedziała, co za tym wszystkim stało. I czego mogła się po nim spodziewać.
Po usadowieniu się na kocu, wzięła od niego lampkę szampana i uniosła ją w toaście.
Coś w tym rodzaju — posłała mu enigmatyczny uśmiech, po czym upiła łyk. Nie potrafiła nazwać tego, co było między nimi. Stare przyzwyczajenia, nowy początek czegoś starego. Początek? Czy powrót do wspomnień i pragnień, które były częścią jej dawnego życia?
Nie zdążyła zastanowić się nad tym dłużej, bo wszelkie wątpliwości rozwiało jego pytanie. Przygryzła wargę w chwilowym zamyśleniu i odwróciła wzrok na fale. Co powinna mu powiedzieć? Od czego zacząć? Sądząc po tym, jak zachował się na wspomnienie o dodatkowych przejażdżkach, powinna być ostrożniejsza. Mimo, że nie miał wtedy na nią żadnego wpływu, widziała, że go to zabolało. Nie zamierzała więc psuć nastroju tej randki niepotrzebnymi uwagami.
Po wypadku na kilka miesięcy przeniosłam się do Ottawy do mamy. Musiałam odpocząć od wszystkiego — wszystkich, poprawiła w myślach — nabrać dystansu i sił. A potem wróciłam z jeszcze większym zapałem do Ironcrest. Ktoś wciąż musi udowadniać ojcu, że się do tej pracy nadaje — wyznała lekkim tonem, nie potrafiąc jednak ukryć cichego westchnienia na koniec, i sięgnęła po krakersa. Sullivan doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jej tata nigdy nie doceniał jej dostatecznie, żeby zobaczyć ją jako własną następczynię. I blondyn musiał wiedzieć, jak ją to bolało, a mimo to wciąż walczyła z tą niesprawiedliwością i robiła wszystko, by zostać dostrzeżoną. Nie miała pojęcia, czemu Thomas wciąż był zaślepiony Ree, który olewał tę rolę, jak tylko mógł. — Ree też wyjechał niedługo potem. Za karierą w mediach. A teraz wrócił ze swojej wielkiej wyprawy po całym świecie. I choć przez cały ten czas nie odezwał się do mnie słowem, pierwsze, co zrobił po przyjeździe, to wpakował mi się do mieszkania, jakby był u siebie — ściągnęła nieznacznie brwi, wciąż nie do końca rozumiejąc tę ich zawiłą relację, po czym pokręciła głową z rozbawieniem, gryząc krakersa.
Czasem zazdrościła Sully’emu relacji ze swoim bratem - prostej, pozbawionej napięcia i chowanych uraz, pełnej braterskiej miłości i lojalności, którą może nie widać było w słowach, ale na pewno w czynach. Nigdy nie miała wątpliwości, że Hartleyowie skoczą za sobą w ogień. Co do siebie i Ree nie potrafiła tak prosto tego określić. Nic dziwnego, że to Ethana traktowała jak swojego prawdziwego brata. To jemu, jako jednemu z nielicznych, powierzyła swój największy sekret.
Dostałam awans. Od niedawna pełnoprawnie zarządzam projektami i rozkazuję innym pod sobą, co mają robić — kącik jej ust powędrował ku górze w triumfalnym, a nawet nieco zuchwałym geście, a w jej oczach zaigrały niebezpieczne iskierki, kiedy sięgała po oliwkę, by po chwili zniknęła w jej ustach. Niewłaściwy dobór słów? Nie w jej przypadku. Znów należało podkreślić, że lubiła się rządzić. I zapewne Sullivan nie raz już przekonał się o tym na własnej skórze.
A jak Twoja rodzina zareagowała na Twój powrót? — zapytała zaciekawiona, zręcznie zmieniając temat, by nie pozwolić mu zbyt długo skupiać się myślami na jej słabości do kontroli. Właściwie naprawdę ją ciekawiło, jak wyglądała chwila, w której do domu Hartleyów zapukał syn marnotrawny.

Sullivan Hartley

Old us, new beginning

: wt lip 21, 2026 4:36 pm
autor: Sullivan Hartley
Ciężko było mu jednoznacznie powiedzieć czy tym razem będzie mu łatwiej, czy trudniej zdobyć jej serce. Wspólna przeszłość była niestety bronią obusieczną. Z jednej strony potrafiła mu sprzyjać, tak jak w tym momencie. Jedno słowo połączone z jego uśmiechem kruszyło powoli wzniesione przez nią mury. Wspomnienia tego, jak było kiedyś, jak się do niej zwracał działały na jego korzyść. Z drugiej jednak strony mieli jeszcze wiele wspomnień, które po prostu nie zostały przepracowane. Jego domniemana zdrada, która nawet jeśli nie była prawdziwa, pozostawiła po sobie pewne emocje. Jego odejście, kiedy najbardziej go potrzebowała. Niektórzy mówią, że raz straconego zaufania nie da się odzyskać. Tego właśnie się obawiał. Nie ważne jak dobrze nie zachowa się na ich randkach, gdzieś z tyłu głowy zawsze będzie wiedzieć, że kiedyś też było dobrze. Przez lata, a mimo to odszedł. To jest niestety bariera, z którą on w żaden sposób nie może jej pomóc walczyć. Sama będzie musiała jakoś przezwyciężyć te myśli. Bądź nie... Tego właśnie się obawiał.
Zrobił sobie tę śniadaniową kanapkę, wyłożył się wygodniej na kocu na boku podpierając się łokciem i po prostu słuchał jej odpowiedzi od czasu do czasu potakując. Z szacunku do niej nie próbował się dowiedzieć wszystkiego, co robiła gdy go nie było. Chciał dać jej tę przestrzeń by sama mogła mu o tym powiedzieć. Grzebanie w jej życiu wydawało mu się przekroczeniem pewnej granicy. Nie była tylko przypadkową dziewczyną. Była dziewczyną, którą kochał, która zasługiwała na swoją prywatność. Z resztą o niektórych rzeczach pewnie wolałby się nie dowiedzieć. Niektóre nadal go bolały nawet jeśli starał się je jakoś przetrawić i potrafił sobie racjonalnie wytłumaczyć.
- Więc nadal nie widzi ile wnosisz do firmy. - westchnął cicho znad swojego posiłku z pewnym rozczarowaniem kręcąc głową.
Wiedział, że nie powinien był oferować jej w tym swojej pomocy. Rozmawiali już o tym za dużo razy podczas trwania swojej relacji. Oferował, że porozmawia z jej ojcem. Niestety słuchał jego rad częściej niż swojej córki. Był dość mało postępowy. Nie miała tego samego szczęścia do rodzinnych biznesów, co on. Jej ojciec cały czas wierzył, że firmę powinien przejąć mężczyzna. Syn, który niekoniecznie się do tego nadawał. Nigdy nie pozwoliła mu szepnąć nawet słowa, chciała do tego dojść sama. W końcu przemówić mu do rozsądku. Szanował i rozumiał to, dlatego mógł teraz tylko ją wysłuchać, jak przez ostatnie lata.
- Przyszły prezes Ironcrest śpiący na kanapie. - przewrócił bardzo wymownie oczami sięgając po swoją lampkę szampana, ten z rana smakował jakoś lepiej.
Nigdy nie ukrywał się z tym w żaden sposób, że nie przepadał jakoś szczególnie za jej bratem. To nie tak, że jawnie go nie lubił, po prostu ta cała faworyzacja ze strony jej ojca, kiedy ona pracowała tak ciężko by zostać zauważoną... Działała mu na nerwy. Ade miała być jego żoną. Zawsze stawał po jej stronie murem. Miał się żenić z nią, a nie z jej rodziną i to zawsze powtarzał. Była jego priorytetem. Sully miał wysokie wymagania względem siebie oraz innych osób. Jedynymi wyjątkami była Ade oraz jego brat. Dla nich zawsze miał pewne ustępstwa.
- O, gratuluję. Jakoś nie widziałem żeby jakiś biedak przynosił Ci rano kawę albo podwoził do pracy. - uśmiechnął się do niej zaczepnie znad swojej lampki nieco wyolbrzymiając jej zapędy tyranki.
- Cóż... Ethan nie miał łatwo. - zachichotał sam do siebie z tymi niebezpiecznymi, złośliwymi iskierkami w oczach - Zakradłem się do niego do mieszkania. Tak, mam nowe umiejętności. Potrafię zwinąć komuś klucze, potrafię też forsować zamki i jestem dość dobry w byciu niezauważonym dla odmiany. - wzruszył ramionami puszczając jej oczko - Wykręciłem mu żart sytuacyjny. Zachowywałem się jak duch. Wiesz, napisy w zaparowanym lustrze. Pozwoliłem mu się kilka razy zobaczyć w jakimś odbiciu. A później jak na horrorach, kiedy odwrócił wzrok od lustra, a później do niego wrócił stałem za jego plecami. Powinienem był to nagrać. Nie wiedziałem, że facet może wydawać tak wysokie dźwięki. - parsknął sięgając sobie po truskawkę i potrzebując chwili żeby przestać się śmiać.
- A rodzice, to wiesz. Klasycznie. Mama zasłabła, ojciec chciał dzwonić na policję, że to jakiś szarlatan. U nich całkiem klasycznie. - uśmiechnął się do niej jakby powrót do żywych był tak pospolity jak chociażby w przypadku pewnego syna stolarza z bliskiego wschodu, którego wyznaje pół świata.

Adeline Covington

Old us, new beginning

: śr lip 22, 2026 1:32 pm
autor: Adeline Covington
To, że dzielili wspólne wspomnienia, nie oznaczało, że droga do jej serca była prosta. Raczej utorowana, ale nie pozbawiona zakrętów czy przeszkód. Adeline przez lata nauczyła się pod pozorem otwartości, szczerości i humoru ukrywać swoje prawdziwe emocje. Spychała wszystkie swoje utrapienia w kąt, skupiając się na tu i teraz. Nie pozwalała się złamać pod wpływem własnych słabości, a już na pewno nie przy innych. Sullivan był jej bezpieczną przystanią, bo na przestrzeni lat zdążył zbudować sobie jej zaufanie, więc przy nim potrafiła zwierzyć się z tego, co ją bolało w związku z tatą czy przyrodnim bratem.
Niestety, nieprzyjemne wydarzenia sprzed dwóch lat nadszarpnęły ten poziom bezpieczeństwa, do którego teraz oboje próbowali ponownie dotrzeć. Uśmiechała się więc, żartowała, podejmowała grę słów i szczerze rozmawiała na pewne tematy, ale to wciąż było częścią pozorów. W rzeczywistości nadal skrzętnie ukrywała swoje pragnienia i utrzymywała emocjonalny dystans. Serce pamiętało wszystkie szczęśliwe chwile u jego boku i chciało móc pozwolić sobie na więcej, ale powstrzymywał ją rozsądek, który stał się względem mężczyzny ostrożniejszy.
Pewne rzeczy nie ulegają zmianie — przytaknęła, mimowolnie się krzywiąc. — Ostatnio nawet zaczęłam się zastanawiać, czy nie poszerzyć swojego portfolio fotograficznego — przyznała spokojnie, upijając kolejny łyk szampana.
Może praca w nieruchomościach nie zaspokajała jej pasji w pełni, ale odnajdywała się zarówno w marketingu, jak i zarządzaniu. Tu również przejawiała swoje ciągoty do posiadania sprawczości. Może nie do końca potrafiła zapanować nad swoim życiem osobistym, ale to zawodowe było jak najbardziej stabilne, bo nawet, jeśli nie przejmie firmy po śmierci ojca, to zawsze będzie miała w niej miejsce w gałęzi marketingu. Z drugiej strony zawsze pasjonowała ją fotografia, którą po wypadku porzuciła całkiem w otchłań umysłu. Traktowała to jako zapasową furtkę, ale do tej pory nie brała jej pod uwagę na poważnie. Przez ten czas nie zaglądała do swojej teczki, bo wiedziała, że znajdował się tam jej ukochany i wspomnienia, które do niedawna jeszcze przyprawiały ją o ból. Ale teraz… wszystko było możliwe.
W zasadzie to zajął moje łóżko. Przekupił mnie gotowaniem — zmarszczyła uroczo nos, przyznając się na głos do swojej największej słabości. Ree łatwo ją podszedł. W końcu żyła po to, żeby jeść, a nie na odwrót. Sully też o tym wiedział, skoro przygotował dla niej tyle pyszności, po które co chwila sięgała.
Relacja Ade i Ree była specyficzna. Przyrodni brat nigdy nie potrafił ustępować jej w kwestii firmy mimo, że wcale nie wyglądało na to, żeby w ogóle interesował się jej przejęciem. Całe wspólnie spędzone dzieciństwo kłócili się i robili sobie wzajemnie pod górkę, ale kiedy było trzeba, potrafili zakopać topór wojenny i wesprzeć się na tyle, na ile pozwalała im duma. Dlatego rudowłosej zależało na tym, żeby obaj ważni w jej życiu mężczyźni również się ze sobą dogadywali. Nawet, kiedy głównie Sully’emu narzekała na swojego brata i widziała, że blondyn bez względu na wszystko zawsze stał za nią murem. Była mu wdzięczna za tę postawę.
Bo go ubiegłeś — rzuciła w odpowiedzi, poszerzając kąciki ust w łobuzerskim uśmiechu, ewidentnie sobie żartując. Chwilę później to ona słuchała z zainteresowaniem opowieści o spotkaniu z Ethanem, a na jej twarzy malowało się coraz większe zaskoczenie wymieszane z rozbawieniem.
Sully, jesteś okropny — skarciła go w udawanym oburzeniu, ściągając przy tym brwi. Nie trwało to jednak długo, bo zaraz parsknęła śmiechem, biorąc do ust truskawkę. — Boże, współczuję mu. Na jego miejscu umarłabym ze strachu — pokręciła głową. Nie lubiła horrorów, a jeśli została już zmuszona do ich oglądania to zawsze wtulała się w poduszkę albo swojego towarzysza. — Nie bałeś się, że w akcie samoobrony zaatakuje Cię czymś w zamian? — zapytała z rozbawieniem. Jej doświadczenie czerpała głównie z filmów, w których nawet patelnia mogła być narzędziem zbrodni. Z tym, że Ethanowi wystarczyły pięści.
Nie dziwię im się. Im też pokazałeś dowody na powrót do żywych, żeby Ci uwierzyli, czy tylko mnie musiałeś do siebie tak przekonać? — Uniosła wyżej brew w znaczącym geście. Tamtego wieczoru postarał się. Na szczęście nie wywinął jej żadnego numeru, po którym musiałaby wylądować u psychiatry na prochach. Wziął to sobie na poważnie. Czy to świadczyło o tym, że naprawdę miał względem niej poważne plany?
Powiedz mi, co takiego po Twoim powrocie się zmieniło, czego się nie spodziewałeś? Jest coś, za czym tęskniłeś jeszcze? Oprócz tego, co oczywiste — uśmiechnęła się do niego kącikiem ust. Czyli za rodziną i nią, bo to już zdążył podkreślić wcześniej. Pytała o szerszą perspektywę, bo podczas jego nieobecności życie w Toronto płynęło dalej, poza tym według jego opowiadań przez ostatni rok jego własne wyglądało zupełnie inaczej, niż do czego był przyzwyczajony.

Sullivan Hartley

Old us, new beginning

: śr lip 22, 2026 9:52 pm
autor: Sullivan Hartley
- Na pewno nie zaszkodzi jeśli poszerzysz trochę swoje horyzonty. - przytaknął na jej rozważania.
Pamiętał, że lubiła fotografię. Na większość z ich randek zabierała swój aparat, a jeśli takowego nie miała próbowała uchwycić wiele chwil na swoim bądź jego telefonie. Czasami na wakacjach to było jak chodzenie z google maps. Musiał ją wręcz odrywać od aparatu albo ekranu swojego telefonu żeby dała radę doświadczyć miejsca, a nie tylko je sfotografować. Lubił tę kreatywną część jej osobowości. Trochę zasmucił go fakt, że nie rozwinęła się w tym obszarze przez ostatnie dwa lata. To była jedna z tych rzeczy, które dawały jej szczęście. Wiedząc, że pewnie świadomie się od tego odcięła tylko dawało mu lepszy obraz tego jak ciężko musiało jej być gdy zniknął z jej życia.
- Dlaczego mnie to nie dziwi... - przewrócił wymownie oczami i rzeczywiście niekoniecznie było mu z tego powodu do śmiechu.
Nie lubił kiedy tak prosto ustępowała swojemu bratu, który w jego oczach potrafił sobie o niej przypomnieć tylko, kiedy czegoś potrzebował. Co w sumie właśnie ponownie potwierdziła. Zdawał sobie sprawę, że sam też nie jest idealny. Z Ethanem niekoniecznie jest surowy. Nawet kiedy spieprzył sprawę ze swoim nowym biznesem próbował mu pomóc, kiedy ten go nie słuchał. Mógł odpuścić i dać mu to wszystko spieprzyć, ale niestety był tym starszym bratem. Tym, któremu wpojono, że rodziną trzeba się zajmować. U nich sytuacja była odwrotna. To on był starszym bratem, powinien zajmować się swoją siostrą zamiast być tym, którym wiecznie trzeba się opiekować. Ethan był, jak był, ale Sully wiedział, że może na niego liczyć w każdej sytuacji. Gdyby o to poprosił pewnie rzuciłby wszystko w swoim życiu i przyjechał mu pomóc nie zadając żadnych pytań. Czy Ade mogła powiedzieć to samo o swoim bracie? Nie wydawało mu się. Nauczył się już dawno temu nie komentować zbyt mocno ich relacji. Po prostu wysłuchał, czasami dorzucił kąśliwi komentarz, ale nie zamierzał pozwolić by zrobiły się z tego jakieś kłótnie. Zwłaszcza na ich drugiej pierwszej randce.
- To było ryzyko, które byłem w stanie przyjąć dla tak praktycznego żartu. - wyszczerzył się do niej beztrosko bo znała jego relację z bratem i to jak kochał tego typu praktyczne żarty dla których był w stanie poświęcić wiele czasu i pieniędzy, czasami nawet zdrowia - Nie mogłem odpuścić takiej okazji. Miałem nadzieję, że się posika ze strachu. - nie mógł powstrzymać uśmiechu, a nawet śmiechu na samą myśl o tym jak mógł go urządzić.
- Nie, im wystarczyło, że mnie zobaczyli i dotknęli. Nie każdy potrzebuje dokumentów notarialnych. - spojrzał na nią znacząco z nieco złośliwym uśmiechem znad swojej lampki dopijając powoli swojego szampana.
- Hmm... Dobre pytanie. - zamyślił się na chwilę spoglądając na taflę jeziora i sięgając po kilka oliwek oraz krakersa w kawiorem - Moje życie wyglądało skrajnie inaczej. Przyzwyczaiłem się do pewnego poziomu, więc wracając do mojej dawnej codzienności... Jest na pewno wiele komfortowych rzeczy, o których nie wiedziałem, że tęsknię, raczej... Nie tyle, że tęskniłem, ale. - westchnął cicho kręcąc głową i za chwilę lekko się śmiejąc - Ciężko to wytłumaczyć. Niekoniecznie tęskniłem za szampanem, kawiorem i dobrej jakości ciuchami, ale po powrocie smakują nieco lepiej niż pamiętałem. - uśmiechnął się do niej przepraszająco nie potrafiąc tego lepiej wytłumaczyć.
- A jeśli chodzi o to za czym tęskniłem... To moje priorytety znacznie się zmieniły. Praca jest teraz dodatkiem, a nie sposobem na życie. Teraz jeszcze bardziej liczy się dla mnie rodzina oraz Ty. - spojrzał jej w oczy z ciepłym uśmiechem - Teraz życie wydaje mi się nieco prostsze. Mam trochę mniej zmartwień. - wyjaśnił wracając na chwilę wzrokiem do plaży i bezkresu wody.
- Takiej odpowiedzi się spodziewałaś? - spojrzał na nią kątem oka rozkładając się nieco wygodniej na kocu patrząc na nią z dołu.

Adeline Covington

Old us, new beginning

: czw lip 23, 2026 2:07 pm
autor: Adeline Covington
Pokiwała głową, bezgłośnie się z nim zgadzając. Swego czasu nie rozstawała się ze swoim aparatem, albo korzystała z telefonu, żeby uchwycić ulotne chwile, niezwykłą architekturę czy tworząc spontaniczne portrety. W tej kwestii była zapaleńcem. Z wakacji zawsze miała milion zdjęć, z których ciężko było jej się zdecydować, które powinna wywołać. Natomiast zdjęcia, które zrobiła Sully’emu, przechowywała w pudle wspomnień.
Właściwie tak zajęłam się pracą w firmie ojca, że dawno nigdzie nie wyjeżdżałam na wakacje — ściągnęła brwi, właśnie sobie to uświadamiając. Inaczej brakowałoby jej kontynuowania swojej pasji. Poza tym, długi pobyt w Ottawie dostarczył jej wystarczająco dużo czasu wolnego, po którym musiała wziąć się do roboty i przestać myśleć o wszystkich swoich zmartwieniach. Praca była dla niej lekiem na całe zło.
Przecież wiesz, że nigdy nie potrafię odmówić dobrego jedzenia. Inaczej nie zdecydowałabym się na wyjście z Tobą do Gio Rana’s. I nie przygotowałbyś dla mnie pikniku — zauważyła z nieco zaczepnym uśmiechem. Nie bez powodu wspomniała miejsce ich pierwszej randki. Przejeżdżali obok niej dzisiaj. Blondyn wiedział też, że nie przeszłaby obojętnie obok pyszności, które spakował na plażę. Wszystko miało jakiś cel. Tylko nie była pewna co do powodów kryjących się za wyborem plaży na ich drugą pierwszą randkę.
Intencjonalnie przekierowała też ich rozmowę na lżejszy temat. Wiedziała, że wspomnienie Reece’a wywoływało w Hartleyu pewną niechęć, więc roztrząsanie powodów, dlaczego ostatecznie uległa bratu, nie miało najmniejszego sensu. Jedzenie było tylko dobrą wymówką na to, co faktycznie stało za tak szybkim wybaczeniem Murrayowi. Tak naprawdę Ade po wszystkim, co przeżyła, panicznie obawiała się… znikania. Odsuwania się od niej wszystkich ważnych jej osób. Większość z nich jednak prędzej czy później wracała tak, jak w końcu zrobił to Ree. Tylko jednego powrotu zupełnie się nie spodziewała.
Hej, ja wierzę w to, co widzę — przyznała lekkim tonem, wzruszając przy tym bezradnie ramionami. — A Ty miałeś mi znacznie więcej do udowodnienia, niż swoje zmartwychwstanie — wskazała na niego palcem, mrużąc przy tym łobuzersko oczy. Dla kogoś, kto nie był wtajemniczony w sprawę, ważne było odpowiednie wyjaśnienie wszystkich faktów. Gdyby Sully nie był tego świadomy, nie pojawiłby się w jej drzwiach z teczką dokumentów.
Po postawieniu mu pytania, które zdecydowanie nie należało do łatwych, bo wymagało głębszego zastanowienia, słuchała go z uwagą, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Domyślała się, że jego życie przez ostatni rok różniło się od tego, do czego był przyzwyczajony. Szczerze mówiąc, nawet nie wyobrażała sobie, przez jakie trudności przechodził i współczuła mu tego, jak bardzo musiał poświęcić się dla rodziny, żeby osiągnąć swój cel i zapewnić jej bezpieczeństwo. Zarówno Hartleyom, jak i jej samej, choć ona wydawała się już dawno temu wychodzić poza celownik.
Podobno zaczyna się doceniać to, co się miało dopiero, kiedy się to straci — przytaknęła w zamyśleniu i z nieznacznym uśmiechem, starając się ukryć melancholię w głosie. Nie chciała zabrzmieć nostalgicznie, ale było to silniejsze od niej, kiedy myślała o tym wszystkim, o czym mówił — o rzeczach, które nabierały innego smaku, gdy po czasie tęsknoty się do nich wracało. Przez myśl przebiegło jej pytanie, czy to dotyczyło również jej, ale chyba znała na to odpowiedź.
Nie musiała mówić o tym na głos, bo jego następne słowa tylko to potwierdziły. Gdy usłyszała o zmianie jego priorytetów, otwarcie wliczając w nie także ją, kącik jej ust nieznacznie drgnął ku górze, a po jej sercu mimowolnie rozlało się ciepło. Szczerość w tonie jego głosu skłaniała ją do uwierzenia w jego czyste intencje. Pokręciła głową na jego pytanie i opadła na plecy na kocu.
Zastanawiało mnie, czy po powrocie zajrzałeś do jakichś konkretnych miejsc, żeby sprawdzić, czy na przykład nadal istnieją. Czy w George Restaurant nadal podają Twojego ulubionego steka. Albo czy ta kawa na rogu King i York Street wciąż jest tak samo dobra — wyznała swobodnie, wspominając o pierwszych miejscach, które jej się z nim kojarzyły, po czym odwróciła głowę w jego stronę, żeby móc na niego spojrzeć. Mimo upływu czasu nie dało się wymazać z pamięci przyzwyczajeń i upodobań swojej drugiej połówki.


Sullivan Hartley

Old us, new beginning

: sob lip 25, 2026 8:41 pm
autor: Sullivan Hartley
- W takim razie może powinniśmy to zmienić? - uśmiechnął się do niej zaczepnie próbując wybadać jej reakcję.
Czy będzie chętna na wzięcie z nim urlopu? Mały wyjazd w Kanadzie, a może poza nią? Ich podróże zawsze były przyjemne, nawet jeśli zawsze coś szło nie tak. Nie nazwałby tego fatum, ponieważ to tylko urozmaicało każdy wyjazd. Takie po prostu mieli szczęście. Może się trochę zagalopowywał, ale też wprost nie proponował jej jeszcze wyjazdu. Jej reakcja powie mu, czy w ogóle wzięłaby to pod uwagę. Dla niego tak naprawdę nie było lepszego momentu żeby znów wyjechać. Nie zdążył jeszcze porządnie wrócić do pracy. Nie musiałby się też użerać z prasą. Tym razem mógłby rzeczywiście skorzystać z wyjazdu zamiast próbować rozpracować szajkę przestępczą. Z nią na pewno by się dobrze bawił.
- I po tych wszystkich latach mówisz mi, że poleciałaś na jedzenie, a nie na mój uśmiech? - zaśmiał się nieco rozczarowany kręcąc głową - Trochę zabolało, ale doceniam szczerość. - spojrzał na nią z rozbawionymi iskierkami w oczach.
Nie miał jej tego za złe. Doskonale znał jej podejście do jedzenia. Wolał wierzyć w to, że chodziło jednak o jego charyzmę oraz wygląd, ale cóż... Ważne, że udało mu się zabrać ją na tę pierwszą randkę, która zapoczątkowała kilka naprawdę przyjemnych lat. Nie ważne już co dokładnie sprawiło, że zdecydowała się z nim wyjść. Ważne, że to zrobiła. Skutecznie też odciągnęła jego myśli od tego, że w jej życiu ponownie pojawił się jej brat. Czego oczywiście nie pochwalał, lecz nie zamierzał mówić tego na głos. Znała jego zdanie, a on nie zamierzał psuć ich kolejnej pierwszej randki. Mieli o wiele ciekawsze tematy do rozmów.
- Wiesz, niektórzy by pomyśleli, że zmartwychwstanie już jest całkiem dobrym trikiem. Ostatnia osoba, która podobno to zrobiła zaskarbiła sobie kilka miliardów wyznawców. Tak tylko mówię. - wzruszył ramionami uśmiechając się do niej w ten swój rozbrajający sposób.
Oczywiście, że miał o wiele więcej do udowodnienia. Nie rozstali się w najlepszym stylu jeszcze przed tym jak ktoś targnął się na jego życie. Nie mógł od niej oczekiwać, że powita go z otwartymi ramionami, wycałuje i stwierdzi, że powinni zacząć resztę swojego życia. Miała prawo do pewnych wątpliwości. Mógł wrócić w każdym momencie, lecz czekał prawie rok i w sumie zrobił to przez przypadek. Niemniej udało mu się wyłożyć jej wszystkie fakty i zaskarbić sobie tyle zaufania by poszła z nim na randkę. Tylko tego potrzebował. Drugiej szansy.
- Hmm... Po powrocie pierwszym miejscem, które odwiedziłem były wszystkie miejsca, w których wiedziałem, że mogę spotkać Ciebie. - uśmiechnął się do niej puszczając jej oczko i odwracając głowę w jej stronę - Jasne, musiałem odwiedzić kilka sklepów żeby kupić nowe ubrania, załatwić nowe mieszkanie. Szczerze dla mnie zmieniło się wiele, lecz dla tego miasta... Wydaje mi się, że czas stanął w miejscu. A nie, przepraszam. - przypomniał sobie o jednej rzeczy, która rzeczywiście się zmieniła - Ta cukiernia, z której zawsze kupowałem Ci torty... Niestety ją zamknęli. Więc będziesz musiała się zadowolić dzisiaj moją próbą przypomnienia sobie jak się robi eklerki. - przewrócił oczami cicho wzdychając.
Ponieważ wielu rzeczy był pewien w swoim życiu. Swego czasu nawet tego pieczenia, szło mu całkiem nieźle. Może nie był po żadnych szkołach, ale potrafił zrobić kilka słodkich rzeczy. Czasami nawet chleb. Jednak nie miał możliwości by praktykować tej umiejętności w ostatnim roku. W ostatnich dniach podjął kilka prób, ale nie ze wszystkich był zadowolony. Tym bardziej, że wiedział jakim foodie jest Ade.
- Zapomniałem już jak przyjemnie jest po prostu wyłożyć się na plaży. - spojrzał w górę na chmurę, która akurat na chwilę przesłaniała im słońce.
Z Tobą. - pozostało nieme, lecz było wyczuwalne w jego głosie. Zwłaszcza gdy jego dłoń odnalazła jej. Nie było w tym żadnego przypadku. Zacisnął swoje palce na jej muskając wierzch jej dłoni swoim kciukiem.

Adeline Covington

Old us, new beginning

: wt lip 28, 2026 1:59 pm
autor: Adeline Covington
Na jego pytanie obdarzyła go badawczym spojrzeniem, nie potrafiąc ukryć tego błysku w oku na jego zaczepny uśmiech. Może powinniśmy, w liczbie mnogiej, w zasadzie nie brzmiało jak nic konkretnego, ale też nie było tak zupełnie niczym.
Już chcesz uciec? Dopiero wróciłeś. Mam się narazić Twojej mamie? — odparła w zamian w rozbawieniu, po czym złapała kolejną przekąskę. Wizja wyjazdu sama w sobie była ekscytująca, a jeśli miałaby to zrobić z Sullivanem to… wyglądało to jak kolejny krok. Sam na sam, z dala od bliskich i wszystkiego, co znane. Zdani wyłącznie na swoje towarzystwo, bez możliwości ucieczki.
Stąd to skrzętne wyminięcie tematu. Swoją drogą, Ade do tej pory bardzo dobrze dogadywała się ze swoją teściową, jednak nie była pewna, czy po tym wszystkim pani Hartley zdążyła się już wystarczająco nacieszyć swoim ukochanym synem. Na jej miejscu rudowłosa nie wypuściłaby go z rąk.
Raczej to była transakcja wiązana. Bez Twojego uśmiechu nie byłoby jedzenia — uznała, wzruszając przy tym zawadiacko ramionami, bo przecież doskonale ją znał i wiedział, co na nią działało. — Ale liczy się całokształt. Nawet najlepszy posiłek nie smakuje tak dobrze, jeśli nie jest konsumowany w odpowiednim towarzystwie — kąciki jej ust uniosły się figlarnie ku górze.
Tak naprawdę w tamtym wypadku jedzenie było tylko dobrym pretekstem, żeby dać się wyciągnąć na tę randkę. Sullivan wystarczająco długo zabiegał o jej uwagę, nie dając za wygraną mimo zbywania go, aż nawet jej koleżanki zaczęły namawiać ją do tego, żeby zgodziła się z nim wyjść. Adeline już wtedy czuła, że jeśli to zrobi, przepadnie całkowicie. Za tymi ogromnymi pokładami pewności siebie, zawadiackim uśmiechem i konsekwentnym działaniem, z każdą chwilą w jego towarzystwie odkrywając coraz więcej cech, które przekonały ją do niego. Już wtedy wiedziała, że po tej pierwszej randce już nic nie będzie takie samo.
Na jego uwagę o zmartwychwstaniu i ten iście rozbrajający uśmiech zaśmiała się szczerze.
Czyżbyś aspirował do stworzenia swojej własnej grupy wyznawców? — zapytała żartobliwie, unosząc przy tym brew. Po chwili jednak pomyślała o jego wyznawcach, czyli stadzie medialnych sępów, które przesunęły nazwisko Sullivana na pierwsze strony gazet. — Jak się teraz czujesz z byciem na świeczniku? — spojrzała na niego łagodnym wzrokiem, w którym czaiła się troska.
Myśląc o tym, że jego powrót wzbudził tak ogromną sensację w mediach, nie tylko lokalnych, ale i ze względu na okoliczności, również krajowych, nieco martwiło ją, jak radził sobie z tym nagłym szumem wokół niego. W ciągu ostatniego roku, żyjąc w miarę normalnym życiem, mógł się od tego odzwyczaić, poza tym sama Ade zdawała sobie sprawę, jak męczący ludzie potrafili być, gdy im na czymś zależało. Sully był silny i nazbyt często stwarzał pozory radzenia sobie ze wszystkim, ale… to często właśnie były tylko pozory.
Ale nie liczyłeś na to, że staniesz się moim superbohaterem — zauważyła z rozbawieniem, przekrzywiając głowę na bok. Innymi słowy — szukał jej. Tyle potrzebowała wiedzieć. A to, że ściągnął ją na chodnik przed pędzącym autem, było czystym przypadkiem. Aczkolwiek nie zajęła tym swoich myśli na długo, bo niespodziewanie odnotowała jeszcze jedną rzecz. — Zrobiłeś dla mnie eklerki? — zapytała wyraźnie zaskoczona i przejęta. Mimowolnie ten gest poruszył w niej po raz kolejny czułe struny. — W takim razie koniecznie muszę dziś ocenić Twój obecny poziom wypieków — dodała z postanowieniem w głosie, naprawdę biorąc sobie do serca to zadanie. W międzyczasie jej umysł mimowolnie zalały momenty, w których razem spędzali czas w kuchni. I ile razy byli cali w mące. Uśmiechnęła się do siebie, przymykając na chwilę oczy.
Na jego słowa nie sposób było się nie zgodzić. Chwila wytchnienia była nie tylko przyjemna, ale i niewiarygodnie potrzebna przez wzgląd na to, co ostatnio w ich życiach się działo. Jednocześnie to, co nie zostało wypowiedziane na głos, zawisło w powietrzu między nimi, czego dopełnieniem było odnalezienie ich rąk. Nie spodziewała się w tym momencie tego gestu ze strony Sully’ego, ale ciepło jego dłoni i delikatne muskanie kciukiem jej skóry wydało jej się takie… kojące. Na chwilę naprawdę zapomniała o wszystkim, co do tej pory mąciło jej umysł, pozwalając po prostu trwać chwili. Nagle przyszło jej coś do głowy.
A może być jeszcze przyjemniej — zaczęła, przekręcając się na bok i jednocześnie zmniejszając między nimi dystans. Spojrzała na niego swoimi niebieskimi tęczówkami, w których pojawił się błysk, a przy tym nadal trzymała jego dłoń. Znajdował się tak niebezpiecznie blisko, że obudziła się w niej przemożna ochota, by sięgnąć wolną dłonią jego policzek i pogładzić jego zarost. I przekonać się, czy jego usta wciąż smakowały tak samo dobrze. Przełknęła ślinę — kiedy słońce nie będzie tak przeszkadzało w podziwianiu nieba — zamiast tego, co miała w myślach, zwinnym ruchem sięgnęła po okulary przeciwsłoneczne i zsunęła je z nosa mężczyzny, żeby z przebiegłym uśmieszkiem zaraz wsunąć je na własny, po czym zadowolona, jakby nigdy nic, położyła się z powrotem na plecach. I tylko jej szalone bicie serca zdradzało, jak niewiele jej wystarczyło, by zapomnieć o własnym rozsądku i pozwolić sobie na tęsknotę za nim, która uderzyła w nią bardziej, niż potrafiła to przed sobą przyznać.

Sullivan Hartley

Old us, new beginning

: ndz sie 02, 2026 11:50 pm
autor: Sullivan Hartley
- Narazić? Ade... Gdybyś pojechała ze mną na wakacje ostatnim co zrobiłabyś mojej mamie to się naraziła. - spojrzał na nią wymownie bo oboje wiedzieli, że jego szanowna rodzicielka byłaby wniebowzięta biorąc to za sygnał do tego, że jego życie wraca na właściwe tory.
Pojawiają się w nim odpowiedni ludzie. Ci, którzy zawsze mieli na niego dobry wpływ. Bo Clem taka była. Balansowała jego arogancję oraz poczucie wyższości. Sprowadzała go na ziemię w dobrym tych słów znaczeniu. Potrzebował jej w swoim życiu. Była yin dla jego yang. Razem to po prostu działało. Pokazywała mu inne perspektywy, na które on nie wpadał. Darzyła ludzi empatią tam, gdzie jemu tego brakowało. Nie tylko chciał, a wręcz potrzebował jej w swoim życiu. Dlatego tak mocno chciał zawalczył o to, co kiedyś mieli. O swoją narzeczoną. Bo może nie nosiła już tego pierścionka, ale wierzył w to, że uczucia pozostały. Wierzył, że mogą wrócić do tego, co mieli wcześniej. By życie ich obojga znów było kompletne.
- Ehe... Powiedź to opakowaniu Hagen-Dazsów, kiedy znajdziesz sobie kolejny serial, który ma przynajmniej 3 sezony i po dwanaście odcinków na sezon. - spojrzał na nią wymownie z rozbawionym uśmiechem.
Oboje wiedzieli, że nie warto wchodzić pomiędzy nią, lody oraz wieczorny maraton. Wtedy nie pomagał żaden uśmiech. Żadne paradowanie przy niej bez koszulki. Jedyne, co mogło zaciągnąć ją wtedy do łóżka to właśnie coś, co ceniła jeszcze bardziej niż dobre lody. Chociażby worek klementynek w sezonie. Dobrze, że przy odpowiednim nakładzie finansowym oraz znajomościach ten sezon mógł trwać cały rok.
- Moja arogancja ma czasami swoje granice. Długo nad tym pracowaliśmy. Dlatego wystarczy mi teraz jedna kapłanka. - puścił jej oczko z tym swoim zawadiackim uśmiechem nie odrywając od niej swojego całkowicie bezwstydnego wzroku.
- Niekomfortowo. - podsumował to jednym słowem kręcąc powoli głową - Nigdy nie przepadałem specjalnie za rozgłosem w mediach. Nie przeszkadzał mi, lecz nie było to coś, do czego dążyłem. Kto miał znać moje imię, znał je. - spojrzał przez chwilę zamyślony na pobliski klif - Teraz zdążyłem się już od tego odzwyczaić. Spędziłem ostatni rok starając się być niewidzialnym, więc teraz szczerze czuję się jak ta mrówka pod szkłem powiększającym w pełnym słońcu. - wzruszył ramionami, bo co więcej mógł jej powiedzieć?
Może po części też dlatego wybrał akurat taką formę ich pierwszej randki. Mógł to zrobić zupełnie podświadomie. Nie chciał by ktokolwiek mógł im przeszkodzić w rozmowie, spędzeniu tego czasu. Już zwłaszcza nie jacyś reporterzy, którzy zaczną robić im fotki i zadawać masę niepotrzebnych pytań. Zarówno jej, jak i jemu samemu. Na razie udało mu się ją nieco od tego całego szumu uchronić stwarzając pozory jakoby ze sobą nawet nie rozmawiali, ale nie wiedział jak długo będzie to trwać. Stąd chciał w pełni wykorzystać ten czas, który mieli dla siebie.
- Na pewno będziesz miała okazję. Są na samym dnie tego koszyka razem z wkładami chłodzącymi. Możesz po nie sięgnąć w dowolnym momencie. Kiedy stwierdzisz, że potrzebujesz czegoś na osłodę. Ale nie ręczę, że smak będzie taki sam jak zawsze! Wyszedłem z wprawy. - przyznał wyraźnie niechętnie.
Przyglądał się jej gdy przekręciła się w jego stronę. Nadal trzymał jej dłoń w swojej. Zapatrzył się w jej tęczówki. Choć nie mogła tego widzieć zsunął swój wzrok na jej usta, których chciał posmakować już od pierwszego razu, gdy zobaczył ją po roku rozłąki. Chyba nawet wstrzymał na chwilę oddech mając nadzieję, że sama przełamie kolejną barierę pozwalając im pójść o krok dalej. Gdy tak się nie stało spojrzał na nią nie tyle rozczarowany, co... nienasycony? Przez chwilę po prostu jej się przyglądał tuż po tym jak położyła się z powrotem obok niego.
Po chwili po prostu podniósł się na łokciu, nachylił nad nią z zawadiackim uśmiechem, zawinął kosmyk jej rudych włosów za ucho i... po prostu ją pocałował. Podobnie jak na ich pierwszej randce. Nie było w tym niczego nieśmiałego. Był pewny siebie. Sięgnął po to, na co miał ochotę. Przelał w ten pocałunek zaledwie część swojej tęsknoty. Resztę wypełnił innym uczuciem. Pasją. Nie pozwolił też by ich usta były złączone zbyt długo. Powinna sama poczuć pewien niedosyt. Trwało to pewnie kilkanaście sekund lecz w końcu odsunął swoje usta od jej.
- Masz rację, może być jeszcze przyjemniej. - wymruczał w jej usta muskając je jeszcze swoim zarostem zanim znów wyłożył się na kocu zamykając oczy i szeroko uśmiechając się najwyraźniej zadowolony z siebie.

Adeline Covington