27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powrót do rzeczywistości po wieczorze pełnym wrażeń w pierwszych dniach wydawał się Adeline nad wyraz trudny. Jakkolwiek miała nadzieję na zajęcie się pracą i tym samym odsunięcie wspomnień mężczyzny na dalszy plan, tak jej myśli nadal wracały do Sully’ego w najmniej odpowiednich momentach. Podczas parzenia kawy, w przerwie między spotkaniami czy w drodze powrotnej do domu w jej głowie pojawiały się fragmenty rozmowy i słowa, które niemal wyryły się w jej pamięci — wróciłem po Ciebie. Łapała się na tym, że jej umysł przywoływał obrazy, przy których zatrzymywała się dłużej — jego ciepłe spojrzenie, zawadiacki uśmiech i… pocałunek w policzek. Ten ostatni był dla niej zaskoczeniem, ale nie uciekła przed nim. Co więcej, westchnęła niepostrzeżenie, gdy finalnie się od niej odsunął. Sama nie wiedziała, czy był to tylko wpływ burzy emocjonalnej, którą spowodowała obecność Hartleya, czy naprawdę za nim tęskniła.
Rozgłos medialny nie pozwolił jej o nim zapomnieć. Widziała go w lokalnych wiadomościach, a jego zdjęcia wyskakiwały na ekranie jej telefonu, zachęcając czytelnika do przeczytania artykułów na temat jego niespodziewanego powrotu. Dzięki temu wiedziała, jak brzmiała oficjalna wersja wydarzeń, która znacznie pomijała szczegóły, które wyjawił jej Sully.
Kwestią czasu było zaproszenie do gabinetu jej ojca i pytanie, czy widziała ten news. Badał jej reakcję. Był wprost wniebowzięty, kiedy jego córeczka zaczęła spotykać się z Sullivanem. Czasem miała wrażenie, że według niego było to jej najlepszym osiągnięciem w życiu. Długo nie potrafił też zrozumieć powodów, dla których rozstali się tak nagle. Dziewczyna wszystkim wokół wmówiła, że ich drogi po prostu się rozeszły, nie zagłębiając się w szczegóły. Przyznanie się do tego, że ją zdradził, bolało zbyt bardzo, żeby robiła z siebie jeszcze większą ofiarę. Wystarczyło, że uległa wypadkowi, po którym przez kilka miesięcy dochodziła do pełni zdrowia fizycznego. To psychiczne jeszcze długo szwankowało. Dlatego na pytanie ojca pokręciła głową, przyznając, że też temu nie dowierzała.
Teoretycznie nie kłamała. Do teczki zajrzała dopiero po kilku dniach. Na spokojnie, starała się ułożyć w głowie to wszystko, o czym dwa lata temu Sullivan nie pisnął jej nawet słowem. Musiała zrozumieć sytuację, w jaką się wplątał. I zrozumieć jego. Czemu zachowywał się tak, a nie inaczej.
Wszystko powoli zaczynało układać się w jej głowie. Musiała tylko oddzielić prawdę, którą znała, od oficjalnych wyjaśnień i nie powiedzieć komuś czegoś, co mogłoby źle wpłynąć na Hartleyów. Dlatego musiała pilnować się przed Reece’em, który również niespodziewanie wrócił w ostatnich dniach i postanowił skorzystać z jej kanapy na czas remontu swojego mieszkania.
Czas. Czas odgrywał w tym wszystkim kluczową rolę. To o niego Ade poprosiła Sully’ego, kiedy wyznał jej, że chciał ją z powrotem w swoim życiu. To dzięki niemu miała szansę oswoić się zarówno z historią, w jaką blondyn ją wtajemniczył, jak i powodami, dla których zjawił się w jej drzwiach. A ona dała mu zielone światło, wskazując, by jego słowa zaczęły pokrywać się z czynami.
Nie spodziewała się go przed jej kamienicą tego poranka. Wystarczyło, że przeszła przez bramę, a jej wzrok momentalnie odnalazł żółty odcień blachy auta zaparkowanego naprzeciwko wejścia. Na chwilę przystanęła w bezruchu, wsłuchując się w dudnienie własnego serca. To auto rozpoznałaby wszędzie. I nie myliła się, kiedy zobaczyła, jak wychodzi jej naprzeciw nie kto inny, jak…
Sully — mruknęła zaskoczona. Jego imię wypowiedziane na głos nieco ją otrzeźwiło, dlatego niepewnie podeszła do niego. — Cześć. Widzę, że udało Ci się odzyskać swoją własność — zagadnęła, spojrzeniem wskazując na zaparkowany przy chodniku pojazd. W jednej chwili przypomniał jej podróże, jakie wspólnie nim odbyli. I inne przejażdżki. Miała do niego jakiś przedziwny sentyment. Gdy tylko o tym pomyślała, wróciła wzrokiem do mężczyzny. — Co tu robisz o tak wczesnej porze? — zapytała zaraz, by wrócić myślami na bardziej bezpieczne tory. Zdecydowanie była to zbyt wczesna pora, jak na takie wizyty. Zwłaszcza, że właśnie wybierała się do pracy.

Sullivan Hartley
38 y/o
For good luck!
187 cm
Detektyw bez licencji Toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

outfit

Ostatnie tygodnie zdecydowanie nie były dla niego łatwe. Człowiek mógłby pomyśleć, że powrót do żywych to całkiem szczęśliwa okazja. Zupełnie jak na tych wszystkich filmach. Wszyscy płaczą, radują się, niedowierzają. Można powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie. Nic jednak bardziej mylnego. Jedynymi osobami, które powitały go z otwartymi rękoma rzeczywiście była jego rodzina. Rodzice oraz brat. Może też dwoje jego bliższych znajomych. Jednak ta osoba, na której najbardziej mu zależało... W sumie i tak poszło lepiej niż to sobie wyobrażał. Chciał się łudzić, że wrócą do tego jak było kiedyś, lecz był zbyt dużym realistą by sobie na to pozwolić. Chciał by ich życie wróciło na właściwe tory. Chciał mieć ją w swoim życiu, jednak pewnych murów nie dało się tak łatwo zburzyć. Nie mógł tego forsować. Poprosiła go o czas, więc dał jej czas.
Właściwie wyświadczyła mu tym pewną przysługę. Powrót do żywych wiązał się przede wszystkim z masą papierologii. Rząd powinien się cieszyć, że odzyskał swojego podatnika. W dodatku takiego, którego wpływu do budżetu czasami rzeczywiście mogły robić różnicę. Cieszył się, jak najbardziej, aczkolwiek dopytywał się również gdzie są w takim razie wszystkie świstki z deklaracjami podatkowymi za lata, w których udawał zmarłego. Musiał się też nieźle tłumaczyć przed wymiarem sprawiedliwości bo sfingowanie własnej śmierci, nawet jeśli się w tym nie uczestniczyło? Kolejny biurokracyjny problem. Tych było coraz więcej. Piętrzyły się i piętrzyły. Powrót do pracy, kolejne wdrożenie w obowiązki. To wszystko zabierało mu cholernie dużo czasu. Czasu, którego nie mógłby jej w takim wypadku poświęcić, a na który zasługiwała.
W żadnym momencie nie uzgodnili ile dokładnie czasu miał jej dać. Dał jej przestrzeń. Nie dzwonił, chociaż kilka razy brał telefon do ręki. Miał też cichą nadzieję, że sama zadzwoni. Może rzeczywiście zatęskni za nim na tyle by sama coś do niego napisać. Nic takiego się nie wydarzyło. Mogła go po prostu testować. To czy za słowami rzeczywiście pójdą czyny. Jeśli tak było miał zamiar to zdać. Pokazać jej, że mu zależy.
Dlatego dzisiaj miał dla niej niespodziankę. Cały dzień był już z góry zaplanowany. Nie zamierzał się z niczym wygadać. Kiedyś lubiła jego niespodzianki. Miał nadzieję, że to akurat się w niej nie zmieniło. Czekał na nią od samego rana. Zeszło się już przynajmniej pół godziny bo nie wiedział o której wychodziła do pracy. Nie był aż takim stalkerem. Wyglądał już trochę lepiej niż ostatnim razem. Był u barbera, kupił nowe ciuchy. Na jej widok po prostu dość szeroko, ale również nieco przebiegle się uśmiechnął.
- To? - nie musiał spoglądać za siebie by wiedzieć o czym mówiła - Każdy rycerz musi mieć swojego wiernego rumaka. - uśmiechnął się do niej wesoło, a nawet trochę dumnie.
Jego żółte ferrari 488 Spider towarzyszyło mu już od dobrych kilku lat. Za kilka lat będzie właściwie klasykiem. Uwielbiał ten wóz. Ciężko sobie na niego zapracował i uwielbiał w nim każdą przejażdżkę. Dziękował mamie, że nie pozwoliła go sprzedać po jego śmierci. Miało być pamiątką. Musiał doprowadzić je z powrotem do stanu używalności, co też zajęło kilka dni, ale dzisiaj byli już gotowi na kolejną przejażdżkę. Ten samochód nigdy go nie zawiódł i wiązał się z naprawdę wieloma miłymi wspomnieniami. Dla nich obojga.
- Porywam księżniczkę. - wyszczerzył się do niej zawadiacko - Pokonałem już smoka - czytaj załatwiłem wszystko z Twoim szefem. Okazuje się, że nadal potrafię być bardzo przekonujący, kiedy tego potrzebuję. - poruszył wymownie brwiami odpychając się od samochodu i otwierając dla niej drzwi - Zapraszam Cię na randkę. - wyciągnął jednocześnie ogromny bukiet jej ulubionych kwiatów z tylnego siedzenia, a z wolnej dłoni rozsypał jeszcze trochę płatków tych samych kwiatów na chodnik prowadzący do samochodu.
Czy mogła odmówić takiemu romantykowi?

Adeline Covington
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Adeline potrzebowała czasu, by uporać się ze wszystkimi emocjami, jakie wywołał powrót Sullivana, ale przy tym zdawała sobie również sprawę z tego, że on też musiał poukładać sobie własne sprawy, zanim wróci na dobre. Do niej. W końcu była pierwszą osobą, której postanowił się ujawnić. Czekało na niego jeszcze więcej podobnych spotkań, choć pewnie już mniej trudnych, skupionych na niewiarygodnej uldze i szczęściu z powodu tak niespodziewanego obrotu spraw. A później wybuchło całe to zamieszanie spowodowane jego powrotem. Oboje musieli zmierzyć się ze skutkami jego zmartwychwstania.
Myślała o tym, czy się do niego odezwać. Jedna, z pozoru niewinna wiadomość powiedziałaby więcej, niż chciała to przyznać. Nie mogła okazać po sobie słabości, a nawet zwyczajny odruch w postaci smsa mógłby zostać odebrany jako akt desperacji, bo w jednej chwili zdradziłby, że o nim myślała. Ostatecznie więc postanowiła, by wszystko potoczyło się naturalnym torem. Rzuciła mu wyzwanie, a więc to wciąż był jego ruch. Musiała przekonać się, ile jego własne słowa dla niego znaczyły.
Widok blondyna przed budynkiem zaskoczył ją. Co prawda, przeczuwała, że ponowne spotkanie z nim będzie kwestią czasu, ale nie spodziewała się go tak rano. W takich okolicznościach. I wyglądającego tak dobrze. Wystarczyło kilka drobnych zabiegów i nagle zmęczenie upływem czasu i cień jego dotychczasowego życia umknęły gdzieś w dal, a jego prezencja nabrała świeżości. Przez te dwa lata i ogrom doświadczeń rysy jego twarzy stały się nieco dojrzalsze, ale gdy spojrzał na nią z tym swoim błyskiem w oczach, rozszerzając usta w przebiegłym uśmiechu, zaczął znów przypominać jej Sully’ego, w którym się zakochała.
Który wiernie na Ciebie czekał — przyznała, jeszcze raz ukradkiem spoglądając na auto w pewnym zamyśleniu. — Jakby dokładnie wiedział, że wrócisz. Lepiej przyznaj, że po prostu go we wszystko wtajemniczyłeś. — Kącik jej ust uniósł się do góry w geście rozbawienia, kiedy spojrzała na Hartleya, wypinającego dumnie swoją pierś. Drobny żart z sytuacji, która jeszcze do niedawna powodowała w niej kompletny mętlik w głowie, był dobrym znakiem. Nawet, jeśli jeszcze nie przetrawiła wszystkiego, wolała przekuć to w śmiech, niż nadal roztrząsać. A przynajmniej to, co zostało powiedziane już na głos.
Na jego wyznanie uniosła wysoko brwi. Porwanie? Smok? Randka? Przez chwilę patrzyła na niego kompletnie wmurowana, czując narastające bicie jej serca i obserwując jego następne ruchy - otwarcie drzwi, bukiet tulipanów i ścieżka z ich płatków. Co jak co, ale już nie raz przekonała się, jak bardzo Sully potrafił być romantyczny i przekonujący. A teraz miał ku temu jeszcze większe ambicje, bo Ade stanowiła dla niego wyzwanie. Walczył o nią. Lepiej późno, niż wcale, prawda?
Rozmawiałeś z moim ojcem? — zapytała ostrożnie, próbując odzyskać rezon. Już na ten moment wiedziała, że Thomas Covington nie da jej spokoju. — Jego nie musisz przekonywać. Kupiłeś go już dawno temu i nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie Cię przebić — westchnęła z nieznacznym rozbawieniem. Sully był idealnym zięciem, więc Covington nie miał żadnych powodów, żeby się na niego złościć. Może, gdyby choć raz Ade była z tatą zupełnie szczera…
Podeszła do blondyna i odebrała bukiet kwiatów, nie potrafiąc powstrzymać się przed delikatnym zanurzeniem w nich nosa, a jej twarz rozjaśnił błogi uśmiech. Pamiętał, że uwielbiała tulipany. Gdy po chwili podniosła na niego niebieskie spojrzenie, w jej tęczówkach pojawiło się coś nieco cieplejszego. — Dziękuję — powiedziała cicho, bo będąc tak blisko, mimo odgłosów ulicy, wiedziała, że ją usłyszy. Zatrzymała na nim wzrok trochę dłużej, niż powinna, walcząc z jedynym właściwym odruchem, który chciała w tym momencie wykonać. Jakby jej ciało naturalnie lgnęło do niego tak, jak kiedyś i pamiętało, co robić. Zamiast odrobinę wspiąć się na palce, by złączyć ich usta w pocałunku w podziękowaniu za gest, finalnie odchrząknęła i na chwilę odwróciła wzrok gdzieś w bok. — Gdzie jedziemy? Powinnam się przebrać? — zapytała, odgarniając rudy kosmyk włosów z twarzy i starając się przywrócić naturalny ton. Powiedziała pierwsze, co przyszło jej do głowy, byle odwrócić swoją uwagę od niepokornych myśli. Skoro nie miała powodów, by odmówić Hartleyowi randki, nie była pewna, czy jej office’owy, letni look wpisuje się w jego plany.

Sullivan Hartley
38 y/o
For good luck!
187 cm
Detektyw bez licencji Toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeśli miał się jej zaprezentować, musiał to zrobić w swoim najlepszym wydaniu. Podobno dobre pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Wtedy mu się to udało. Dzisiaj po prostu fundował jej powtórkę z rozrywki. Cała ta niespodzianka miała być pewną podróżą w przeszłość z elementami tego, jak może potoczyć się ich przyszłość, aczkolwiek nie zamierzał jej teraz zdradzać wszystkich szczegółów. Niespodzianka miała pozostać niespodzianką do samego końca. Wizyta u barbera była po prostu kolejnym krokiem do odzyskania swojego dawnego życia, chociaż ślady tego, co przeżył nadal pozostawały w teraźniejszości. Nosił się już nieco inaczej niż kiedyś. Jego zmarszczki nieznacznie się pogłębiły. Zarost zostawił nieco dłuższy niż pamiętała, podobnie jak włosy. To nadal był on, po prostu w nieco innym wydaniu. Wydaniu, które będzie musiała raz jeszcze polubić, dlatego się tak postarał. Zwykłe, ludzkie komforty były mu już nieco obce, ale szybko można się było do nich na nowo przyzwyczaić. Podobnie jak do wypranych, dobrze skrojonych ubrań, w których na razie nadal czuł się nieco nieswojo, ale dawał sobie jeszcze trochę czasu na aklimatyzację w nowej rzeczywistości.
Jej komentarz wywołał w nim pewne niechciane emocje. Cisnęło mu się na usta, że jego rumak rzeczywiście był wierny i czekał, ale szybko zdusił w sobie te negatywne emocje. Wiedział, że nie mógł jej winić za to co robiła kiedy nie było go w jej życiu. Nie miała pojęcia o tym, że żyje. Próbowała po prostu żyć dalej. Logika mówiła jedno. Rozumiał. Częściowo powiedziałby nawet, że to sobie przetrawił, lecz emocje... Cóż, wizja tego, co mogła robić z innymi mężczyznami nadal bolała i pewnie będzie boleć jeszcze przez długi czas. Zamiast tego skupił się na tu i teraz. Tym delikatnym uśmiechu, gdy go ujrzała, który należał tylko do niego. Musiał znajdować te małe momenty, które w końcu przezwyciężą te negatywne wizje.
- Rumak poczekał tylko dlatego, że moja mama jest wyjątkowo sentymentalna i nie pozwoliła sprzedać ulubionego samochodu swojego zmarłego syneczka. - przewrócił wymownie oczami ponieważ doskonale znała jego rodzicielkę i jej podejście do takich tematów.
Niemniej ten sentymentalizm uratował jedną z tych rzeczy, które naprawdę sprawiały mu w życiu radość, więc całkiem wylewnie podziękował za to swojej mamie. To była jedna z tych przyjemnych niespodzianek, które czekały na niego po powrocie do żywych. Pozwolił sobie nawet spojrzeć na chwilę przez ramię z sentymentalną nutą.
- Ze skromności pewnie powinienem teraz udać, że wcale nie jestem taki świetny, ale skromność nigdy nie była jedną z moich cnót. - uśmiechnął się do niej całkiem bezwstydnie, może nawet dumnie - Więc powiedźmy po prostu, że wysoko ustawiłem poprzeczkę, a pomimo tego, że jestem w tym wszystkim trochę zardzewiały udało mi się chociaż dosięgnąć na powrót tej poprzeczki. - puścił jej oczko z tym swoim zawadiackim uśmiechem.
Rzeczywiście układanie się z jej ojcem nie było dla niego nigdy większym problemem. Niedoszły teść dość szybko go polubił. Ade dawała Sully'emu bardzo mocną motywację do tego by się o to postarał. Z resztą jego praca również pokazała mu, że lepiej się z ludźmi ułożyć niż robić sobie z nich wrogów. Właściwie od początku planował, że jej ojciec stanie się również jego rodziną, a jak wszyscy zdążyli się już przekonać, Hartleyowie bardzo cenili sobie rodzinę.
Właśnie o taki uśmiech mu chodziło. To chciał zobaczyć odkąd wrócił do miasta. Jej uśmiech i mieć świadomość tego, że to on na to zapracował. Przez moment złapał z nią kontakt wzrokowy. Poczuł subtelny zapach jej perfum. Chyba oboje spojrzeli sobie na usta. Ich ciała doskonale wiedziały czego chciały. Pewnych emocji, uczuć nie dało się zapomnieć. Nawet przyzwyczajeń. Chciał ją pocałować. Przytulić. Powstrzymał się. Musiał. Miał jej pokazać, że walczy, więc walczył. Nie tylko o jej względy, ale również z samym sobą, kiedy była taka potrzeba.
- Tego Ci nie powiem. Porywam Cię na randkę. - pokręcił głową uśmiechając się do niej i zapraszając do auta na miejsce jego passanger princess - Wglądasz świetnie. Podobasz mi się. Nie musisz niczego zmieniać. - zamknął za nią drzwi i obszedł samochód by zająć miejsce kierowcy.
- Gotowa na przygodę? - wyszczerzył się do niej zakładając okulary przeciwsłoneczne, odpalając samochód i puszczając ich uliczkami Toronto w stronę wyjazdu z miasta.

Adeline Covington
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej niefortunny dobór słów był niestety również bardzo trafny, choć tym razem nie zamierzała świadomie zranić nimi mężczyzny. Właściwie dopiero słysząc je na głos, zrozumiała, jaki miały wydźwięk - rumak zdawał się jako jedyny czekać na niego, reszta ruszyła na przód. Adeline również musiała żyć i chciała zaznać trochę ulotnego szczęścia w zastępstwie za to, co wydawało się jej już dawno zamknięte. Skoro Sullivan tak łatwo ją sobie odpuścił, podczas gdy ona dochodziła do siebie po wypadku, nie zamierzała patrzeć w tył. Te kilka miesięcy rehabilitacji, podczas których skrywała jeszcze cień nadziei, były wystarczającym czasem oczekiwania na to, żeby coś między nimi uległo zmianie. Żadne z nich nie wykonało ruchu, więc w końcu przestała czekać. Obrócenie w żart własnych słów było więc najlepszym wyjściem z sytuacji. Aczkolwiek sądząc po nieznacznym skrzywieniu na twarzy Sullivana mogła przypuszczać, że nie do końca jej się to udało.
Masz szczęście. Moja mama już dawno przerobiła mój stary pokój w Ottawie na swoją pracownię. A ja jeszcze żyję — zauważyła z pewnym przekąsem i zmarszczyła nos, co zawsze dodawało jej uroku.
Jej matka zawsze bujała w obłokach i nie była zbyt sentymentalna. Wolała żyć chwilą. Pewnie dlatego co jakiś czas zmieniała sobie mężczyzn, nierzadko twierdząc przy tym, że tym razem to jest coś poważnego. Ade nigdy nie chciała stać się taka, jak ona, dlatego w kwestii związków zawsze trzymała się swoich zasad. Do tej pory tylko Sullivan był w stanie zapewnić jej stabilizację i spokój, której oczekiwała u partnera, przez co tak długo gościł w jej sercu. I to tak głęboko, że jego mama miała stać się jej teściową.
W odpowiedzi na jego nieskromną uwagę parsknęła w rozbawieniu. Jego pewność siebie zawsze zwracała uwagę. I była lepem na płeć piękną. Zbyt często była tego świadkiem nawet, gdy stała obok niego. Z resztą, jej również to imponowało. — Zobaczymy więc, jak pójdzie Ci z kolejnym Covingtonem. — Uniosła wyżej brew w wymownym geście, a jej oczy na moment rozbłysły. Z nią będzie trochę trudniej, niż z jej tatą. — Uprzedzam, że poprzednik zakończył swoją przygodę na pierścionku zaręczynowym. Od tamtej pory odrobinę podwyższyłam standardy — dodała, w przelocie uśmiechając się do niego nieco łobuzersko. Bez wątpienia miała na myśli jego. Sully dotarł wysoko, ale czy potrafił znowu wspiąć się na szczyt? O tym mieli się niedługo przekonać. Na razie szło mu całkiem przyzwoicie.
Powinniśmy ustalić, że nie masz przede mną już żadnych tajemnic — ściągnęła brwi w udawanym niezadowoleniu, ale wystarczyło, że obdarzyła go spojrzeniem, kiedy podał jej dłoń, a po jej proteście nie pozostał ślad. Tak naprawdę lubiła takie niespodzianki, choć nigdy nie potrafiła cierpliwie na nie czekać. Kiedyś znała parę sposobów na to, by chociaż spróbować wyciągnąć od niego te informacje. Najbardziej niewinnym było pytanie o ubiór. Inne były w tym momencie zupełnie niestosowne. — Jestem pewna, że w czymkolwiek bym była, powiedziałbyś to samo — mruknęła niepocieszona z cieniem rozbawienia w głosie.
Wygodnie usiadła na miejscu, a przez kilka sekund, czekając na Sully’ego, rozejrzała się pobieżnie po wnętrzu. Zapach auta przypominał jej szczęśliwe czasy, pozbawione zmartwień. Kiedy nie liczyło się nic oprócz mężczyzny, który zajął fotel obok. Jego perfumy niemal natychmiast wzniosły się w powietrze, stając się uzupełnieniem jej wrażenia.
W drogę — uśmiechnęła się delikatnie w odpowiedzi, po czym rozsiadła się bardziej w siedzeniu w poczuciu, że to miejsce zawsze należało do niej.
Rozkoszowała się jazdą, wsłuchując się w pomruki silnika i obserwując zmieniające się otoczenie. Jedyne, czego jej brakowało podczas drogi to ciepła dłoni Sully’ego na jej udzie. Ta myśl przypłynęła do niej tak nieoczekiwanie, że zerknęła na miejsce, na którym mężczyzna trzymał swoją rękę - niebezpiecznie blisko jej nogi, dosłownie na wyciągnięcie palców. Przewróciła oczami, powracając do krajobrazów za oknem. Nie była łatwa. Miała zasady. Musiał pokazać, na co go stać. Powtarzała sobie te zdania jak mantrę.
Gdy w pewnym momencie z głośników rozbrzmiała się jakaś smętna piosenka, instynktownie wyciągnęła rękę i zmieniła stację, dopiero po chwili orientując się, jak łatwo jej to przyszło. — Chyba mogę? — spojrzała na niego nieco zadziornie. Była niemal pewna odpowiedzi twierdzącej, czego nie ukrywała. To było już wpisane w jej rolę jako pasażerki. Cholera, lubiła się rządzić. Gdy czegoś bardzo chciała, również nie bała się po to sięgać.


Sullivan Hartley
38 y/o
For good luck!
187 cm
Detektyw bez licencji Toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doskonale znał swoją przyszłą teściową i tak, musiał stwierdzić, że pod pewnymi względami rzeczywiście były z córką podobne. Bardziej niż przyznałby to pewnie przed samą zainteresowaną bo nie był szaleńcem by wchodzić między córkę i matkę. To ten typ relacji, w którą nie powinien ingerować nawet bóg wszechmogący. Mógł się jedynie uśmiechnąć rozbawiony na jej komentarz bo tak, miał szczęście do swojej rodzicielki i jej sentymentów. Pewnie nawet gdyby sprawy potoczyły się inaczej odnalazłby swojego wiernego rumaka i sprowadził go z powrotem do domu. On najwyraźniej wziął po swojej mamie więcej niż przypuszczał. Wracając do żywych próbował odzyskać wiele rzeczy ze swojego dawnego życia. Swoje Ferrari, swoją pozycję w firmie, ale przede wszystkim również narzeczoną, która jeszcze przed zniknięciem już tą narzeczoną nie była. Niektórzy powiedzieliby, że jest cholernie sentymentalny.
- Słusznie, powinnaś, powinnaś mieć wysokie standardy. - przytaknął jej z całkowicie poważną miną - Niemniej jestem jedynym facetem, który gdy mówi, że rzuci Ci świat do stóp... Rzeczywiście to zrobi. - powiedział to tym swoim głębokim, niskim głosem patrząc jej prosto w oczy z absolutnym przekonaniem w swoich słowach.
Ta pewność siebie nie brała się znikąd. Doskonale znał swoją wartość. Wiedział również do czego był zdolny. Jeśli wcześniej był pewny siebie to po przeżyciu zamachu na swoje życie, rozpracowaniu szajki przestępczej i ukrywaniu się przez prawie rok? Teraz już nic nie mogło mu stanąć na przeszkodzie. Nic prócz pewnego rudzielca, z którym nie mógł być niczego pewien. Jego magicznym zaklęciem zawsze było to, że jeśli nie bierzesz porażki pod uwagę, nie można przegrać.
- Niespodzianki nigdy się w to nie wliczały. - puścił jej oczko z zawadiackim uśmiechem uznając, że dawne zasady nadal obowiązują. Nie widział dlaczego miałoby być inaczej.
- Tu się z Tobą nie zgodzę. W tych sprawach nigdy Cię nie okłamywałem. W wielu rzeczach wyglądasz dobrze, ale pomarańczowy..? Totalnie nie jest twoim kolorem. - pokręcił jedynie głową lekko się rząchając na takie szufladkowanie, nawet kiedy zaczynali się spotykać nie krępował się powiedzieć kiedy w czymś podobała mu się bardziej, a kiedy mniej albo bardziej pokazać.
Wsiadając do samochodu i mknąć ulicami Toronto ze swoją księżniczką na siedzeniu pasażera było bardzo przyjemnym, nostalgicznym uczuciem. To auto, jej obecność, subtelny zapach jej perfum, który od czasu do czasu dobiegał do jego nosa. Przez chwilę było po prostu jak dawniej. W czasach, gdy wszystko było prostsze. Złapał się nawet na tym, że jego dłoń wręcz automatycznie zaczęła wędrować na jej udo. Tam, gdzie zawsze na takich przejażdżkach było jej miejsce. Cóż tam i w kilku innych miejscach. W porę się jednak zatrzymał. Zaledwie centymetry od materiału jej spodni. Nie chciał wywierać na niej żadnej presji. Potrafił być cierpliwy. Jeszcze.
- Oh nie wiem Ade... Nie za szybko? Jak tak dalej pójdzie do końca randki będę wybierać Ci nowy strój. - uśmiechnął się do niej zadziornie opuszczając nieco swoje okulary by spojrzeć w jej tęczówki po czym cicho się zaśmiał oczywiście pozwalając jej rządzić się radiem. To zawsze była jej rola.
Tymczasem wyjechali już poza granice Toronto. Specjalnie wybrał taką drogę by przewieźć ją w okolicach, gdzie poszli na pierwszą randkę. Tam, gdzie pierwszy raz się całowali. Chciał żeby próbowała zgadnąć. Wiedział, że próbuje to zrobić. Więc trochę się z nią bawił. W końcu zajechali na miejsce, którego nie powinna znać. Zaparkowali nad klifem, przy schodach prowadzących na plażę. Tak wycyrklował czas, że plażę mieli właściwie całą dla siebie. Kto normalny miał czas na takie fanaberie w środku tygodnia. Wysiadł by otworzyć dla niej drzwi.
- Jesteśmy na miejscu. - uśmiechnął się do niej enigmatycznie odchodząc dwa kroki do tyłu i wyciągając do niej dłoń by pomóc jej wysiąść.

Adeline Covington
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę spoglądała na niego odważnie z uniesioną wysoko brodą, jakby drobiazgowo analizowała jego słowa. Były obietnicą, w którą chyba coraz bardziej chciała wierzyć. Niższy tembr głosu, błysk w oczach i pewność siebie tylko ją w tym przekonaniu utwierdzały.
I tym razem się nie wycofa? — zapytała, przyjmując również niższy ton i rozchylając lekko wargi. Już wiele jej obiecywał, ale gdy przyszedł trudniejszy czas, uniósł się honorem. Sądziła, że nie podda się bez walki, ale myliła się. I choć teraz z każdą chwilą kusił ją coraz bardziej, by zapomniała o tamtej sprawie, tak nie potrafiła wyprzeć jej z głowy. Musiała się upewnić, że danie mu szansy było słusznym wyborem.
Powinny zacząć. Co, jeśli mnie porwiesz, zamkniesz w jakiejś jaskini i już nie oddasz? — Uniosła wyżej brew, by po chwili jej twarz rozjaśnił przelotny, nieco zadziorny uśmiech. Takie słowne zaczepki były czymś, przed czym ciężko było jej się powstrzymać, jeśli miała ku temu okazję. Z drugiej strony pod osłoną lekkiego tonu trochę sprawdzała jego reakcję. Skoro jawnie mówił, że ją porwie, jaka była szansa na jej bezpieczeństwo? Kiedyś jej to zapewniał, w jego towarzystwie mogła czuć się w pełni swobodnie i wydawało jej się, że nigdy nic tego nie zmieni. Ufała mu i oddała całą siebie. Za drugim razem musiała być ostrożniejsza. I nie ulegać tak łatwo jego zawadiackim uśmiechom.
Wzmianka o kolorze pomarańczowym sprawiła, że na kilka sekund wydęła dolną wargę. Pamiętała, jak czasem urządzała dla niego pokazy mody w sklepie czy w domu. Wtedy nie podważała, czy jego opinie były szczere, choć nigdy nie usłyszała od niego złego słowa na swój temat. Jeśli już, raczej były to zręczne wybiegi.
Interesujące. A zawsze wydawało mi się, że w pomarańczowym więziennym uniformie byłoby mi do twarzy — przyznała z rozbawieniem. Niedawno zbyt często śmiała się z tego, że pasowała do niej więzienna odzież. Biorąc pod uwagę to, jak często ostatnio świadomie lub mniej pakowała się w kłopoty, bez wątpienia można było ją uznać za złoczyńcę. — Poza tym to nie jest tak, że ładnemu we wszystkim ładnie? — zapytała poważnie, z wyraźną zaczepką w głosie. Rzuciła mu uważne spojrzenie, będąc niezmiernie ciekawą jego odpowiedzi. Było to przecież bardzo podchwytliwe pytanie, więc czy Sullivan z tego wybrnie?
O ile obecność blondyna i powrót do wspomnień przywoływały w niej skrywane pod skórą pragnienia, które zdawały się być wpisane w jej DNA, tak wiedziała, że wszystko musiało mieć swój czas. Była niczym jelonek — wyglądający z zaciekawieniem zza drzewa, ale jeden niewłaściwy ruch, a w jednej chwili uciekłaby w popłochu w las. Cierpliwość była jedną z najważniejszych rzeczy, jakie w tym momencie poddawane były próbie.
Jego następna przekorna odpowiedź wywołała w niej parsknięcie śmiechem.
Czyżbyś zamierzał przebranżowić się na mojego osobistego stylistę? Potrafię sama się ubrać, rozebrać, czy kupić ubrania — wyliczyła z wolna, akcentując każde słowo, z całą swoją śmiałością posyłając mu odrobinę dłuższe spojrzenie, po czym pokręciła w rozbawieniu głową i przeniosła swoją uwagę na radio, by wybrać odpowiednią stację. Bardzo dobrze znała swoją wartość oraz atuty, które skrywała pod warstwą ubrań. Jeszcze bardziej świadoma była tego, że on też dobrze zdążył je poznać.
W chwili, gdy minęli restaurację, do której poszli po raz pierwszy, a później przejechali wzdłuż parku, do którego udali się wtedy na spacer, zrozumiała, że ich trasa nie była bez znaczenia. Jednak za nic nie potrafiła odkryć, dokąd zmierzali. I nadal nie miała pojęcia, co planował Sullivan, gdy zatrzymali się nad klifem. Stąd jednak widok był nieziemski, co zdradził wstrzymany przez nią na moment oddech. Powędrowała wzrokiem za mężczyzną, aż otworzył jej drzwi.
Dziękuję — powiedziała, uśmiechając się delikatnie do niego na kolejny szarmancki gest i podając mu dłoń, by finalnie znaleźć się na zewnątrz. Puściła go zaraz potem, by podejść odrobinę bliżej krawędzi i poczuć we włosach przyjemny, letni wiatr i ożywczą bryzę. Gdyby nie to, że nie umiała pływać, pewnie częściej spędzałaby czas nad Ontario.
Chyba jaskiń tu nie ma — zażartowała, w końcu się do niego odwracając. Zastanawiało ją, czemu wybrał akurat to miejsce.

Sullivan Hartley
38 y/o
For good luck!
187 cm
Detektyw bez licencji Toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Nie, rycerze się nie wycofują. - pokręcił jedynie głową patrząc na nią z absolutnym przekonaniem co do swoich słów.
Mogli sobie teraz żartować. Mogli z siebie żartować, ale on już wiedział jaka jest wartość ludzkiego życia. Jaka jest dokładnie wartość ich wspólnego życia i nie zamierzał tego zaprzepaścić. Dostał drugą szansę od losu. Te nie zdarzają się zbyt często, a jedną rzeczą którą zawsze potrafił robić było uczenie się na własnych błędach oraz dostrzeżenie okazji, kiedy takowa się napatoczyła. A to, że dawała mu drugą szansę na zawojowanie swojego serca? To właśnie była wyjątkowa okazja, której nie zamierzał zaprzepaścić.
Na jej domysły tylko enigmatycznie się do niej uśmiechnął. Nie zamierzał niczego po sobie zdradzać. Uważał, że był całkiem kreatywny jeśli chodziło o niespodzianki. Nie zdarzało się zbyt często by któryś z jego pomysłów po prostu nie wypalił, więc i tym razem zamierzał być całkiem pewny siebie. A to, że mógł ją po prostu gdzieś wywieźć? Całkiem możliwe. Poniekąd miała w tym trochę racji, ale przecież nie mogła tego wiedzieć. Pod żadnym pozorem. A to, że jej nie odda? W tym miała całkowitą rację. Nie zamierzał jej już nigdy nikomu oddawać. Może to trochę posesywne, lecz zamierzał mieć ją tylko dla siebie. Po tym wszystkim, co przeszli, oboje na to zasługiwali.
- Tu mnie masz. - przyznał bez bicia przytakując lekko z uznaniem bo bardzo umiejętnie odbiła piłeczkę, a to zawsze doceniał - Masz rację, ładnie Ci było w tym pomarańczowym komplecie, który założyłaś dla mnie na drugą rocznicę. - spojrzał na nią porozumiewawczo z tym niepowtarzalnym, pożądliwym błyskiem w oku.
Nie wiedział skąd przyszło jej do głowy cokolwiek o pomarańczowych, więziennych wdziankach. Może powinien był zapytać czy jest coś, o czym powinien wiedzieć, ale może niekoniecznie na ich pierwszej randce po powrocie do żywych. Niemniej ich wspólne wspomnienia, które już mieli znacznie ułatwiały tę całą zabawę. Bo tamten pomarańczowy, koronkowy komplet pamiętał doskonale i ona pewnie też.
- Ach... Ale czy te wszystkie aktywności nie są o wiele przyjemniejsze, kiedy robimy je razem? - posłał jej ten szeroki, zawadiacki uśmiech patrząc na nią zza swoich przyciemnionych okularów.
Ciężko było go przegadać. To jedna z tych cech, których niektórzy nienawidzili, lecz ona musiała lubić. Inaczej za długo by z nim nie wytrzymała.
Spojrzał na nią na tle jeziora oraz okolicznego, niskiego klifu. Myślał o tym momencie jeszcze zanim wszystko obróciło się przeciwko nim. Nie wiedziała jaka historia stała za tym miejscem, lecz do końca tej randki wszystkiego się dowie. To oczywiście nie była jedyna atrakcja dzisiejszego poranka. Ferrari może nie mogło pomieścić zbyt wiele, ale bagażnik oraz tylne siedzenie było wystarczające by zmieścić koc oraz kosz z kilkoma przekąskami, który właśnie trzymał w rękach.
- Nie, z tego, co wiem nie ma tu żadnych jaskiń. - pokręcił jedynie głową z rozbawionym uśmiechem - Chodź, szkoda tracić tej przyjemnej pogody, którą zamówiłem. - puścił jej oczko przechodząc obok niej i puszczając się schodami w dół.
Gdy znaleźli się na plaży uderzyła ich przyjemna, nieco chłodniejsza bryza. Byli tu właściwie sami. Mało kto mógł sobie pozwolić na takie spędzanie czasu w środku tygodnia. Rozłożył dla nich koc, odłożył koszyk i zaczął rozkładać kilka rzeczy, które dla nich przygotował. Dobrej jakości, plastikowe lampki do szampana. Kawałki ananasa, arbuza, truskawki i oczywiście klementynki, których nie mogło zabraknąć. Do tego jakaś włoskie pieczywo, trochę wędlin oraz sera. Nie zabrakło też krakersów oraz kawioru. Czy można było lepiej zacząć dzień?
- Co myślisz? - spojrzał na nią całkiem z siebie dumny opierając dłonie na biodrach i lekko unosząc klatkę piersiową jak to miał w zwyczaju.

Adeline Covington
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kącik jej ust powędrował ku górze jako znak satysfakcji z odpowiedzi pomieszanej z niewielkim rozbawieniem. Kiwnęła nieznacznie głową, finalnie bez słowa zgadzając się z twierdzeniem i pozostawiając ten temat.
Rycerz. Sullivan zawsze był jej rycerzem. Miał maniery, które okazywał w zależności od wymaganej sytuacji, ponadto odznaczał się ogromną lojalnością i wiernością. Dlatego wtedy tak bardzo zabolało, gdy ten obraz został zepsuty obciążającymi go dowodami oraz nagłym zniknięciem z jej życia. Teraz już znała powody, przez które się rozstali. I chciała wierzyć w jego czyste intencje.
W ciągu tych kilku lat ich związku zdołała poznać praktycznie każdą stronę mężczyzny. Jej żart o porwaniu i nie oddaniu miał w sobie odrobinę prawdy i zdawała sobie z tego sprawę. Skoro walczył o nią tak, jak za czasów ich początków, gdy po raz pierwszy próbował zdobyć jej serce, wyglądało na to, że nie tylko nie zamierzał się poddać, ale i rzeczywiście pragnął odzyskać to, co należało do niego. A on przez długi czas uważał ją za jego. Tym samym Ade też wtedy czuła całą sobą, że do niego przynależała. Teraz tylko nie była do końca pewna, czy nadal tego chciała.
Ale nie na tyle ładnie, żeby nie chcieć się go ze mnie pozbyć — przygryzła wargę, próbując bezskutecznie powstrzymać wstępujący na jej twarz figlarny uśmiech na wspomnienia, które nasunął jej Sully. Przez niego mimowolnie zaczynała błądzić myślami w mało bezpieczne rejony. Bo oczywiście, że pamiętała tamten komplet. Tak, jak wiele rzeczy, które robili razem, łącznie z zakupami i wizytami w przymierzalni. Wspólna przeszłość zdecydowanie grała na jego korzyść.
Pomoc drugiej osoby robi znaczącą różnicę — potwierdziła w końcu, odwzajemniając zawadiackie spojrzenie. Czy właśnie świadomie połechtała jego ego, przyznając mu rację? Być może. Nie dość, że niemal zawsze na wszystko miał odpowiedź, to lubił mieć rację. Czasem celowo sprzeczała się z nim, próbując wytrącić go z równowagi, ale Sully był wyjątkowo cierpliwym, panującym nad swoimi emocjami mężczyzną. Między innymi dlatego się w nim zakochała.
Hmmm, nawet niebo Ci sprzyja. Je też czarujesz? — zapytała filuternie, sięgając dłonią barierki, by podążyć schodami za mężczyzną. W duchu dziękowała sobie za to, że na dziś nie założyła szpilek.
Spokój i cisza na plaży, szum wody i wiatru, przedziwnie ją koiły. Acz nie potrafiła stwierdzić, czy częściowo nie było to spowodowane również obecnością Sully’ego, która z każdą chwilą wydawała jej się być coraz bardziej naturalna. Momentami zaczynała zapominać o przerwie, która wykradła im dwa lata z życia. Jakby przez cały ten czas nic między nimi się nie zmieniło.
Gdy blondyn przygotowywał piknik, rudowłosa podziwiała okolicę, rozglądając się dookoła z wrodzoną ciekawością. Chłonęła chłodną bryzę i promienie słońca, padające na jej twarz, zwyczajnie ciesząc się chwilą. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio w środku tygodnia, w chwili, gdy wszyscy zajęci byli pracą, robiła coś podobnego. Dopiero, gdy przez szum fal przedarł się męski głos, odwróciła się w tamtą stronę, spoglądając najpierw na efekty jego pracy, a następnie jego dumną postawę.
Jest cudownie. Spisałeś się — uśmiechnęła się promiennie, podchodząc do niego i kładąc mu dłoń na ramieniu w akcie docenienia. Dopiero czując jego mięśnie skryte pod materiałem koszuli oraz łapiąc jego uważne spojrzenie, zrozumiała, że przełamała fizyczną barierę między nimi, po raz pierwszy samej nawiązując kontakt. Oderwała od niego dłoń, którą zawinęła kosmyk rudych włosów za ucho, żeby ukryć chwilowe zakłopotanie własnym zachowaniem.
Lepiej chodźmy, bo samo się nie zje — zażartowała, spoglądając na przygotowany piknik, który był teraz idealnym pretekstem, by odwrócić swoją uwagę od tego niespodziewanego dla niej zajścia. Niby prostego gestu, który znaczył więcej, niż potrafiła to przed sobą przyznać.

Sullivan Hartley
38 y/o
For good luck!
187 cm
Detektyw bez licencji Toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Musiała mu przyznać, że dość zgrabnie wymanewrował się z tej wpadki z pomarańczowym kolorem. Sully zawsze miał to do siebie, że cholernie ciężko było go przegadać. Znajdował wyjście z każdej sytuacji. Dlatego był tak ceniony w swojej pracy. Dlatego i ona swego czasu się w nim zakochała. Oferował dość dużą stabilizację. Nie chodziło jedynie o tę finansową, chociaż tej też nie można było pominąć. Z nim po prostu życie wydawało się łatwiejsze. Sully to załatwi. To zdanie padało wielokrotnie z ust naprawdę wielu osób w jego życiu. Był tego świadom. Było to pewne brzemię, które nosił po dziś dzień. To samo, które sprawiło, że zamiast rozpocząć nowe życie gdzieś w tropikalnych krajach wrócił do swojego. Tego trudniejszego, o wiele bardziej zagmatwanego. Nie potrafił tak po prostu porzucić wszystkiego czego znał oraz wszystkich ludzi, którzy na nim polegali.
Wliczając w to oczywiście Adeline. Bo kiedyś rzeczywiście mogła na nim polegać. Nawet jeśli w jednym z najważniejszych momentów zawiódł, wrócił po to by pokazać jej, że to jeszcze nie koniec ich historii, że potrafi się uczyć na własnych błędach. Potrafi zawalczyć, tak jak robił to przez te wszystkie lata ich związku. Wrócił by znów posiąść to, co należało do niego.
Dobrze, że miał na nosie w tym momencie okulary przeciwsłoneczne. Nie mogła zobaczyć jak jego wzrok nabrał nieco bardziej drapieżnego wyrazu gdy wspomniała o tym co finalnie stało się z tamtym kompletem. Nie mógł za to ukryć lekkiego dołeczka w swoim uśmiechu oraz kilku małych zmarszczek, które pojawiały się tam za każdym razem kiedy zaczynał mieć na nią ochotę. Pewnych reakcji organizmu nie dało się oszukać, a on nawet niespecjalnie próbował je powstrzymać.
Tym razem wiedział, kiedy powinien się jednak zamknąć. Pozwalał by historia oraz wspomnienia działały na jego korzyść, mówiły same za siebie. Zawsze był dość spokojnym i wywarzonym facetem, ale brał również pod uwagę fakt, że od dwóch lat nie uprawiał seksu, a osoba, z którą chciał się kochać był właściwie na wyciągnięcie ręki. Co czyniło wszystko o tyle trudniejszym. Nie chciał wszystkiego spieprzyć swoimi pragnieniami, lecz gdy posyłała mu ten figlarny uśmiech mógł stracić nad sobą kontrolę, a przecież obiecał, że będą robić to małymi krokami.
- Ją po prostu zamówiłem. - puścił jej oczko z tym swoim rozbierającym rozbrajającym uśmiechem numer trzy - Kochanie, czaruję tylko Ciebie i sama wiesz, że nawet nie zacząłem. - odwrócił się do niej na chwilę na schodach by uraczyć ją szarmanckim uśmiechem zanim przyszło im przejść na plażę.
To nie był przypadkowy dobór słów. Kruszył swoją kopię o jej wzniesione mury jeden komplement, jedno wspomnienie na raz. Może i był teraz w roli rycerza, co nie znaczyło, że zamierzał grać czysto. Sully należał do bardzo honorowych osób, ale lubił też wygrywać. Nie spaliłby każdego mostu by osiągnąć korzyści materialne, ale kiedy przychodziło o walkę o swoją ukochaną nie zamierzał mieć większych skrupułów. Wszystko trzeba było robić po prostu z odpowiednim smakiem.
Zauważył to, że sama zmniejszyła dzielący ich dystans. Najwyraźniej jego starania działały. Wolałby by zrobiła to w mniej koleżeński sposób, lecz należał do tych cierpliwych. Wiedział, że nie od razu Rzym zbudowano. Na niektóre rzeczy trzeba po prostu poczekać. Zwłaszcza na te, które warto. Dlatego nie robił z tego czegoś większego niż było. Właściwie nic nie powiedział zapraszając ją po prostu by usiadła na kocu. Otworzył szampana, rozlał go do obu lampek jedną podając od razu jej.
- Za nowe starego początki? - uśmiechnął się do niej oferując pierwszy toast unosząc swoją lampkę nieco wyżej.
- Wiesz już co działo się u mnie. Może powiesz mi co nie co o tym co działo się u Ciebie w ostatnich latach? - zapytał naturalnie sięgając po ciabatą by zrobić sobie kanapkę, lecz co jakiś czas unosił na nią wzrok nie chcąc stracić nawet momentu z ich kolejnej pierwszej randki.

Adeline Covington
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”