Strona 2 z 2

life, uh, finds a way

: śr sie 05, 2026 6:37 pm
autor: stanley dawson
O Stanleyu można było powiedzieć doprawdy wiele — negatywnych rzeczy r ó w n i e ż, bo facet nie miał żadnego filtra, nie lubił przyznawać się do błędu, nie potrafił przegrywać, śmiał się podczas kłótni i mdlał, jak ktoś krwawił — ale nie był kłamcą. Od swoich nieudanych randek z pięknymi kobietami, które zwyczajowo kończyły się prędzej czy później krzykiem i obelgami, zdarzało mu się słyszeć, że straszny z niego palant, ale przynajmniej szczery. To już plus, prawda? Niebywale, między innymi z tego też powodu, miał tak duży problem ze znalezieniem sobie kogoś na stałe. Cóż, przynajmniej nadal mógł uczestniczyć w ślubach swoich przyjaciół i choć nie był z tego powodu szalenie szczęśliwy, tak przynajmniej powoli unikał wizji brania udziału w weselu samemu. Nie, żeby nie odnalazł się w towarzystwie — zwyczajowo był jego d u s z ą — no ale fajnie było iść z kimś.
A jeśli to był organista, to tylko lepiej, bo więcej anegdotek.
Zbawienie i przekleństwo w jednym, co? — rzucił, zerkając przelotnie na Harry’ego w lustrze. Pewnie bywały obrazy, które warto było zapamiętać — jak mięśnie Stana, duh — ale też te, dla których człowiek najchętniej wydłubałby sobie oczy. Dawson nie miał takich zdolności. On raczej… miał tę niebywałą umiejętność słyszenia, ale nie słuchania i patrzenia, ale nie widzenia zawsze, gdy tylko miał na to ochotę. Najczęściej w pracy, albo gdy ktoś, kogo nie lubił, bądź mu się nie podobał, usilnie próbował zwrócić jego uwagę.
Facet był nagle głuchy i ślepy.
Dość szybko skończył poprawiać wygląd włosów, twarzy i ubrania, a wtedy wyciągnął telefon z kieszeni, aby włączyć tego cholernego Bluetootha i znaleźć te kościelne głośniki. Pewnie miały nazwę ChwalmyPana 3000 albo coś takiego, więc szukanie odpowiedniej pary nie było trudne i lata moment po kościele rozniósł się automatyczny dźwięk powiadomienia connected.
Dawson się wzdrygnął i szybko przyciszył dźwięk w telefonie.
No, to działają na pewno… — skrzywił się, otwierając drzwi od łazienki i uniósł brew. — Udawać? Nikogo. Bądź sobą. Możesz powiedzieć, że się przyjaźnimy, albo prawdę, że zaprosiłem cię właśnie teraz — wzruszył ramionami. Dawsonowi było to niezwykle o b o j ę t n e. Był gotów się dopasować kosztem tego, że znajomi będą mu to wypominać do końca życia; chodziło przecież o dobrą zabawę. Wyciągnął ramię, oferując je Dillionowi. — Zapraszam, moja paro, musimy włączyć ten Park Jurajski, a potem płakać na zawołanie — uśmiechnął się błyskotliwie, ciągnąc Harry’ego wgłąb kościoła.
Organista podjął właśnie albo najlepszą, albo najgorszą decyzję w swoim życiu.
Już w szczególności, gdy Stanley włączył piosenkę sekundę za szybko, przez co goście w kościele rozejrzeli się zaskoczeni, a on przeklął pod nosem i zaraz uśmiechnął się przepraszająco.
Wielkie mi rzeczy, próba generalna — szepnął do Harry’ego, napinając ramię, za które młodzieniec go trzyma i wychylił się z ławki, aby spojrzeć na drzwi. — Młodzi zawsze się tak spóźniają? Pewnie się sporo ślubów naoglądałeś? — kontynuował szeptem, najwyraźniej jawnie się s t r e s u j ą c i próbując to zamaskować.
Miał przecież ważne zadanie.

Harry Dillion

life, uh, finds a way

: czw sie 06, 2026 5:50 pm
autor: Harry Dillion
   Prychnął lekko, przecierając swój rękaw z kurzu. Na szczęście namoczony nieco papier okazał się całkiem skutecznym środkiem piorącym. Zabrudzenie zniknęło pewnie szybciej, niż miało okazję się pojawić. Na szczęście nie musiał się przebierać, jednak póki co ciągle myślał, że będzie musiał po prostu wrócić do swojego pokoju. Wizja ta chociaż początkowo mu nie pasowała, to szybko okazało się, że w sumie nie było to takie znowu tragiczne rozwiązanie.
   – Nawet nie zdajesz sobie sprawy – odpowiedział, wyrzucając mokry papier do kosza, który stał za nimi. Spojrzał jeszcze do lustra. Scena, która właśnie się między nimi rozgrywała, była niezwykle śmieszna i nierealna. Trochę go to bawiło, jednak rozmowa o jego fotograficznej pamięci go przybiła. Tak, mógł nie poruszać tego tematu, bo gdyby nie on, to pewnie niczego nie musiałby wyjaśniać i niczego przypominać. Jednak to właśnie z tego powodu się tu znalazł – że zapamiętał i później opisał wszystko z dokładnymi szczegółami. – Najgorsze jest to, że te nieprzyjemne rzeczy dużo trudniej zepchnąć gdzieś głębiej – przyznał. Na szczęście samo jego życie, zanim został zmuszony się tutaj pojawić, było bardzo przyjemne. Nie miał powodów do narzekania, dlatego właśnie tak bardzo bolało go, gdy musiał to wszystko zostawić za sobą i zmusić się do udawania, że zapomniał. Wiedział, że będzie mu trudno. Zmiana miejsca zamieszkania, zmiana swojej historii i osobowości nie była trudna. Jak się okazało, fotograficzna pamięć ponownie okazała się przydatna, a on nie był wcale takim złym aktorem. Z resztą nie było mu trudno udawać wikarego, bo nawet gdy pojawiały się osoby, które miały co do niego jakieś wątpliwości, to rzucał cytatami z Biblii, które udało mu się zapamiętać i to zmuszało niedowiarków do myślenia, że po prostu jest jeszcze niedoświadczony. Bo jaki normalny człowiek, uczy się na pamięć Pisma Świętego?
   – Nie chcę robić problemów – powiedział. Doceniał jednak, że mężczyzna nie miał żadnych wymagań, chociaż wyglądał na takiego, który miałby ich mnóstwo. Już po samym zachowaniu mężczyzny, Harry mógł określić, jakim jest człowiekiem. Był to ten narcystyczny ale nieszkodliwy w swoim ego typ, z którym liczyli się te osoby, które musiały podczas gdy pozostali niewiele sobie z tego robili. Nie miał zamiaru ukrywać, że propozycja mu się nie spodobała.
   – Okej, akurat tak się składa, że jestem świetnym partnerem – wspomniał jeszcze, gdy już wyszli z niewielkiej łazienki i ogarnęli głośniki. Udało im się wyrobić na czas, bo gdy w kościele rozbrzmiały pierwsze dźwięki ścieżki dźwiękowej do Parku Jurajskiego, goście zaczęli powoli wchodzić do środka. Wziął go za ramię, które było zbyt dobrze zbite, by jego własne ciało nie napięło się. Usiedli w ławce. Obserwował, jak goście w dobrze skrojonych garniturach i zmyślnych sukienkach zajmowali swoje pozycje.
   – Najpierw wchodzi pan młody, później pani młoda… chyba wiedzą, jak mają wejść? – zapytał. Z resztą ludzie bogaci mieli zatrudnionych nie tylko organizatorów ale też choreografów i scenarzystów. – A nie chcieli, żebyś stał obok? – zapytał go jeszcze o to.

stanley dawson

life, uh, finds a way

: sob sie 08, 2026 4:08 pm
autor: stanley dawson
Mimo, że Stanley na pierwszy rzut oka mógł się wydawać trochę g ł u p i i zadufany w sobie, tak w tym wszystkim pozostawał całkiem ogarniętym i bystrym facetem. Własnie dlatego szybko dostrzegł, że ta wzmianka o pamięci musiała znaczyć trochę więcej dla Harry’ego, któremu nieco zrzedła mina. No, za długo takiej pewnie miał nie będzie przy osobistości, jaką był Dawson, niemniej posłał mu całkiem wyrozumiały uśmiech i postanowił nie zagłębiać się jakoś szczególnie w ten wątek. Poza tym — co takiego mógłby powiedzieć? On miał pamięć wybiórczą i choć jego mózg pamiętał te mniej przyjemne momenty w życiu, a niektóre przykre słowa głęboko zapisały się na jego duszy, tak w zasadzie… nigdy się nad tym też szczególnie nie zastanawiał. Nie wiedział, czy było coś, co mógłby określić mianem nie chcę tego pamiętać. Cóż, w wielu sprawach był człowiekiem uprzywilejowanym.
No co ty? Skarbie, przecież to ja cię zaprosiłem. Nie wymyślaj. Nie będzie żadnych problemów — machnął ręką, próbując sprowadzić Dilliona na ziemię. Przecież wiedział, że młody był organistą, zaprosił go pod wpływem chwili i całkiem zabawnej sceny, więc nie zamierzał mieć co do niego żadnych wymagań, oprócz dobrej zabawy. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby zachowywać się ordynarnie i na przykład popsuć jego znajomym ślub, więc Stanley nie obawiał się niczego. Nawet Boga, co często okazywało się jednak, cóż… niekoniecznie dobrą cechą charakteru.
To doskonale. I nie podeptaj mnie, jak będziemy tańczyć — polecił jeszcze, dochodząc do wniosku, że to akurat było c a ł k i e m ważne. Dawson był doprawdy niezłym tancerzem i lubił się ruszać, a wesele było świetną okazją do wytańczenia się za cały ostatni miesiąc. Głupio by było, gdyby ani razu ze swoją parą nie zatańczył, no nie? Toteż wolał, aby Harry był na to przygotowany. Zdawało się, że mógłby już odetchnąć z ulgą, kiedy muzyka rozbrzmiała w idealnym momencie, a lada moment miała wejść para młoda i zmrużył oczy.
Coś mu nie pasowało. Coś…
Kurwa, no tak — syknął cicho i pospiesznie wstał, p r z y p o m i n a j ą c sobie, że miejsce świadka było przy parze młodej, a nie w ławce. Ta jedna z koleżanek Joanne nie bez powodu tam stała, a miejsce po drugiej stronie ołtarza było puste. Przejęty muzyką Stanley o tym zapomniał. — Nie ucieknij mi — polecił, zanim z przepraszającym uśmiechem stanął przed specjalnie przygotowanym dla niego krzesłem. Upewnił się, że ma w marynarce obrączki i zdążył zaledwie kilka sekund przed oficjalnym wejściem Pana Młodego.
Ceremonia była wzruszająca, przeciągnięta i zdecydowanie zbyt odświętna. Sporo gości uroniło łzy, Stanley na szczęście w dobrym momencie wyciągnął pierścionki i je im dał, podpisał co miał podpisać, wyraził zgodę na zamążpójście Joanne (ugryzł się w język, aby nie rzucić żadnym ż a r t e m) i cała ta farsa w kościele się zakończyła. Parze Młodej rzucono kwiatki pod kościołem, wszyscy goście złożyli życzenia (Stanley zaciągnął Harry’ego ze sobą, ignorując pytające spojrzenia małżeństwa i życzył im dużo seksu i miłości), aż finalnie Dawson nie zaprosił młodzieńca do swojego sportowego auta, poprawiając na nosie czarne okulary.
Dillion miał więc w pakiecie z weselem niezapomnianą przejażdżkę szybką, drogą furą, w akompaniamencie rytmicznych old dad rock piosenek, stukania palcami w ich rytm po j e g o kolanie, aż pod salę bankietową, gdzie miała być ta fajniejsza część imprezy.

Harry Dillion

tbc <3