life, uh, finds a way
: śr sie 05, 2026 6:37 pm
O Stanleyu można było powiedzieć doprawdy wiele — negatywnych rzeczy r ó w n i e ż, bo facet nie miał żadnego filtra, nie lubił przyznawać się do błędu, nie potrafił przegrywać, śmiał się podczas kłótni i mdlał, jak ktoś krwawił — ale nie był kłamcą. Od swoich nieudanych randek z pięknymi kobietami, które zwyczajowo kończyły się prędzej czy później krzykiem i obelgami, zdarzało mu się słyszeć, że straszny z niego palant, ale przynajmniej szczery. To już plus, prawda? Niebywale, między innymi z tego też powodu, miał tak duży problem ze znalezieniem sobie kogoś na stałe. Cóż, przynajmniej nadal mógł uczestniczyć w ślubach swoich przyjaciół i choć nie był z tego powodu szalenie szczęśliwy, tak przynajmniej powoli unikał wizji brania udziału w weselu samemu. Nie, żeby nie odnalazł się w towarzystwie — zwyczajowo był jego d u s z ą — no ale fajnie było iść z kimś.
A jeśli to był organista, to tylko lepiej, bo więcej anegdotek.
— Zbawienie i przekleństwo w jednym, co? — rzucił, zerkając przelotnie na Harry’ego w lustrze. Pewnie bywały obrazy, które warto było zapamiętać — jak mięśnie Stana, duh — ale też te, dla których człowiek najchętniej wydłubałby sobie oczy. Dawson nie miał takich zdolności. On raczej… miał tę niebywałą umiejętność słyszenia, ale nie słuchania i patrzenia, ale nie widzenia zawsze, gdy tylko miał na to ochotę. Najczęściej w pracy, albo gdy ktoś, kogo nie lubił, bądź mu się nie podobał, usilnie próbował zwrócić jego uwagę.
Facet był nagle głuchy i ślepy.
Dość szybko skończył poprawiać wygląd włosów, twarzy i ubrania, a wtedy wyciągnął telefon z kieszeni, aby włączyć tego cholernego Bluetootha i znaleźć te kościelne głośniki. Pewnie miały nazwę ChwalmyPana 3000 albo coś takiego, więc szukanie odpowiedniej pary nie było trudne i lata moment po kościele rozniósł się automatyczny dźwięk powiadomienia connected.
Dawson się wzdrygnął i szybko przyciszył dźwięk w telefonie.
— No, to działają na pewno… — skrzywił się, otwierając drzwi od łazienki i uniósł brew. — Udawać? Nikogo. Bądź sobą. Możesz powiedzieć, że się przyjaźnimy, albo prawdę, że zaprosiłem cię właśnie teraz — wzruszył ramionami. Dawsonowi było to niezwykle o b o j ę t n e. Był gotów się dopasować kosztem tego, że znajomi będą mu to wypominać do końca życia; chodziło przecież o dobrą zabawę. Wyciągnął ramię, oferując je Dillionowi. — Zapraszam, moja paro, musimy włączyć ten Park Jurajski, a potem płakać na zawołanie — uśmiechnął się błyskotliwie, ciągnąc Harry’ego wgłąb kościoła.
Organista podjął właśnie albo najlepszą, albo najgorszą decyzję w swoim życiu.
Już w szczególności, gdy Stanley włączył piosenkę sekundę za szybko, przez co goście w kościele rozejrzeli się zaskoczeni, a on przeklął pod nosem i zaraz uśmiechnął się przepraszająco.
— Wielkie mi rzeczy, próba generalna — szepnął do Harry’ego, napinając ramię, za które młodzieniec go trzyma i wychylił się z ławki, aby spojrzeć na drzwi. — Młodzi zawsze się tak spóźniają? Pewnie się sporo ślubów naoglądałeś? — kontynuował szeptem, najwyraźniej jawnie się s t r e s u j ą c i próbując to zamaskować.
Miał przecież ważne zadanie.
Harry Dillion
A jeśli to był organista, to tylko lepiej, bo więcej anegdotek.
— Zbawienie i przekleństwo w jednym, co? — rzucił, zerkając przelotnie na Harry’ego w lustrze. Pewnie bywały obrazy, które warto było zapamiętać — jak mięśnie Stana, duh — ale też te, dla których człowiek najchętniej wydłubałby sobie oczy. Dawson nie miał takich zdolności. On raczej… miał tę niebywałą umiejętność słyszenia, ale nie słuchania i patrzenia, ale nie widzenia zawsze, gdy tylko miał na to ochotę. Najczęściej w pracy, albo gdy ktoś, kogo nie lubił, bądź mu się nie podobał, usilnie próbował zwrócić jego uwagę.
Facet był nagle głuchy i ślepy.
Dość szybko skończył poprawiać wygląd włosów, twarzy i ubrania, a wtedy wyciągnął telefon z kieszeni, aby włączyć tego cholernego Bluetootha i znaleźć te kościelne głośniki. Pewnie miały nazwę ChwalmyPana 3000 albo coś takiego, więc szukanie odpowiedniej pary nie było trudne i lata moment po kościele rozniósł się automatyczny dźwięk powiadomienia connected.
Dawson się wzdrygnął i szybko przyciszył dźwięk w telefonie.
— No, to działają na pewno… — skrzywił się, otwierając drzwi od łazienki i uniósł brew. — Udawać? Nikogo. Bądź sobą. Możesz powiedzieć, że się przyjaźnimy, albo prawdę, że zaprosiłem cię właśnie teraz — wzruszył ramionami. Dawsonowi było to niezwykle o b o j ę t n e. Był gotów się dopasować kosztem tego, że znajomi będą mu to wypominać do końca życia; chodziło przecież o dobrą zabawę. Wyciągnął ramię, oferując je Dillionowi. — Zapraszam, moja paro, musimy włączyć ten Park Jurajski, a potem płakać na zawołanie — uśmiechnął się błyskotliwie, ciągnąc Harry’ego wgłąb kościoła.
Organista podjął właśnie albo najlepszą, albo najgorszą decyzję w swoim życiu.
Już w szczególności, gdy Stanley włączył piosenkę sekundę za szybko, przez co goście w kościele rozejrzeli się zaskoczeni, a on przeklął pod nosem i zaraz uśmiechnął się przepraszająco.
— Wielkie mi rzeczy, próba generalna — szepnął do Harry’ego, napinając ramię, za które młodzieniec go trzyma i wychylił się z ławki, aby spojrzeć na drzwi. — Młodzi zawsze się tak spóźniają? Pewnie się sporo ślubów naoglądałeś? — kontynuował szeptem, najwyraźniej jawnie się s t r e s u j ą c i próbując to zamaskować.
Miał przecież ważne zadanie.
Harry Dillion