Czy coś. Tak to szło. Może inaczej.
Stanley Dawson nigdy nie był dobry w przemowy, bycie empatycznym, wrażliwym, delikatnym, kochanym i wszystko, czego się oczekuje od świadków na ceremonii ślubu. Nie nadawał się. Dużo lepiej, gdyby Matthew wybrał na świadka dobrego kolegę z pracy, sąsiada, a nawet tego podstarzałego pana z ławki, który był po dwóch browarach i zalotnie puszczał oczka do przechodniów. Był całkiem sympatyczny, wyglądał na człowieka wykształconego, zwyczajnie w życiu mu nie wyszło i trochę średnio pachniał; generalnie nic, czego nie naprawiłoby paręset dolarów, ot co. Charakteru, życiowego podejścia i niewyparzonego języka prezesa naprawić nie mogło już nic; słowem wstępu. Skąd więc ten podły wybór?
Pomijając całą historię znajomości i przyjaźni — od gówniarzy, przez studia, po lata dorosłe i pierwsze wspólne wędkowanie — Stanley zwyczajnie… lepiej, aby stał z boku, cicho, tylko się uśmiechał i kiwał głową. Pan Młody, tymczasem, łączył z nim ogromne nadzieje, licząc na to, że świetnie sobie poradzi z poinformowaniem gości, kiedy mają rzucać kwiatki, kiedy się uśmiechać, kiedy się nie uśmiechać, kiedy milczeć i jaka piosenka powinna lecieć przy wychodzeniu z kościoła. To był ogromny kawał roboty jak dla kogoś, kto czasu na zapoznanie się z podobnym planem, potrzebował znacznie więcej, niż kilka godzin. Od ranka do przedpołudnia. W tym wszystkim — Matthew ewidentnie zapomniał, że Dawson także musiał mieć jakiś c z a s na przygotowanie się, upewnienie się, że prezent jest odpowiedni i na pewno niczego nie zapomniał, a także papierosa na odwagę, że kolejny dzień i wieczór, będzie musiał być duszą towarzystwa. Zwyczajowo mu to nie przeszkadzało, znający go ludzie określali go albo jako bardzo rozmownego, albo jako wycofanego i sztywnego, więc prawdopodobieństwo sukcesu wynosiło zawsze pięćdziesiąt procent.
Albo się uda, albo się nie uda.
I tym razem, gdy Stanley podjeżdżał swoim czarnym kabrioletem pod kościół — dach opuszczony, wiatr we włosach, okulary przeciwsłoneczne na nosie, z głośników bardzo głośne, jak na kościelne standardy, techno — wszyscy powinni byli pomyśleć, że się nie uda. Dawson miał jednak misję i z zapartym tchem wysiadał z fury, gotów ją wykonać, choćby nie wiem co, albowiem ceremonia zaślubin Matthewa i Joanne miała wyjść idealnie, łącznie z zagraną z głośników melodią z Parku Jurajskiego. Takie życzenie. Żadne tam, religijne, przyśpiewki. Nie i koniec. Stanley wchodził więc do kościoła krokiem dziarskim; nie skłonił się przy wejściu, ani przed ołtarzem. Nie uczynił znaku krzyża na swoim czole, ni klatce piersiowej, wodą święconą. Szukał pewnym i zdecydowanym spojrzeniem wzniesienia, na którym miałby znajdować się organista, szykujący się do ślubu, jeszcze nieświadomy, że tego dnia miał oddać fartucha i nie przytulić pewnej sumki za przygrywanie do składania przysięgi.
Guzik granatowej marynarki, idealnie skrojonej, był nadal pięknie zapięty, gdy wspiął się po schodach na podest. Jego mina nie mówiła niemal nic, gdy zachodził od tyłu drobnej postury muzyka, spodziewając się batalii i sprzeciwu, choć być może brał to wszystko zbyt poważnie. I wtedy także, gdy zatrzymał się w odpowiedniej odległości, nieznacznie odchrząknął, byleby zwrócić na siebie uwagę… całkiem młodego, jak na ten zawód, mężczyzny. — Dzień dobry — bo choć wolałby powiedzieć cześć, tak z ich dwojga to on wkraczał w wiek bycia starszym panem. W każdym razie, nie szczęść boże.
Przynajmniej nadal morda przystojna i ciało wyrzeźbione, kusząco opięte piekielnie drogim garniturem.
I ta zabójcza woń intensywnych perfum. Nie Dior Sauvage, bo j e s z c z e się szanował.
Harry Dillion