Strona 2 z 2

But right here, right now, you are on my mind

: pt sie 14, 2026 10:14 pm
autor: Jesse Henderson
Ale w moim przypadku to jest na plus — zauważył. — To jest jak z winem, takim długo dojrzewającym – im starsze, tym lepsze — powiedział, prawie że dumnie ze swojego spostrzeżenia. Oczywiście wszystko było w konwencie żartu. Henderson zdawał sobie sprawę, że najlepsze lata miał już za sobą – zarówno na życie rodzinne jak i towarzyskie. Miał wrażenie, że w tym wszystkim był bardzo opóźniony właśnie przez wojsko, któremu nie dość, że on całe życie poświęcił, to w dodatku jego rodzina również. O ile on i Sage robili to dobrowolnie, bo w końcu sami taki układ przed laty ustalili, o tyle młody niekoniecznie miał cokolwiek do powiedzenia. Brzmiało to Hendersonowie od zawsze planowali mieć większą rodzinę – Jesse nie wyobrażał sobie inaczej, samemu będąc wychowanym w niemalże wzorowej amerykańskiej rodzinie. Czegoś takiego chciał dla samego siebie. Nie przewidział jednak, że czasy zmienia się aż tak, że na misję wyleci do tak niebezpiecznego miejsca, do którego nie będzie mógł zabrać żony, ani tego, że po prostu po tylu latach znudzi jej się ten związek na odległość. Nie przewidział też, że na misji zakocha się po uszy w ratownicze medycznej, co tym bardziej zniechęci go do powrotu do domu, ale to już chyba był bardziej rezultat wszystkiego co wcześniej.
Ale wiesz, chyba wolę twoją trzydziestoletnią wersję — przyznał po chwili. Teraz byli starsi, mądrzejsi, a przynajmniej w teorii. Nie działali pochopnie i znienacka (nie licząc pierwszego spotkania oczywiście). Nie było między nimi już niedopowiedzeń i niepewności, które w trakcie misji napędzały kwitnący romans. Znaczy, były, jednak Jesse starał się to ignorować i nie zwracać na to uwagi, chcąc po prostu mieć Iris w swoim życiu, nawet jeżeli tylko w formie przyjaciółki albo chociaż dawnej znajomej. Nie było to proste, myśleć w ten sposób o osobie, z którą spędziło się niejedną noc pod wspólnym kocem oglądając spadające gwiazdy (które czasami okazywały się rakietami). Henderson wolał jednak to niż ponownie ją stracić. Kondycję serca miał dobrą według niedawnych badań, ale tego mogłoby tym razem nie znieść.
Zmuszać go nie będę — stwierdził spokojnie. Jego ojciec też nie zmuszał, a mimo to za jego sprawą w wojsku wylądował. — Chyba taki problem w wojskowych rodzinach — dodał zaraz od razu. — Każdy następny chce coś poprzedniemu udowodnić i tak się to kreci. — Problemów w takich rodzinach było sporo. Więcej niż można było się spodziewać, a teoretycznie powinno być kompletnie inaczej. — Ktoś w końcu w nieswoich konfliktach walczyć musi — rzucił jeszcze krótko. — Tak najwyraźniej musiało być. Może byłbym gównianym młodym ojcem i tylko bym dzieciakowi życie zniszczył. Kto wie? — dodał. Czasem zastanawiał się nad tym, co by było gdyby, ale wówczas przypominał sobie, że wszystko było po coś. I skoro życie zagwarantowało mu ojcostwo w takim wieku, to znaczy, że wcześniej było to po prostu niewskazane.
Skinął głową, słysząc jej słowa. Dobrze mu życzyła, aczkolwiek im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej miał wrażenie, że może jednak do tego typowego rodzinnego życia się nie nadawał. Za dużo czasu spędził za granicami, z dala od “normalności”. Ludziom, którzy tego nie zaznali ciężko jest zrozumieć podejście żołnierzy, szczególnie tych wracających z tak długich i dalekich misji. — A ty? — zapytał, jednak po chwili rozwinął, uznając, że pytanie to było zbyt ogólne. — Nie myślałaś o rodzinie? Czy nie kręci cię to za bardzo? — dopytał. Nie miał na myśli dzieci i całego tego instynktu macierzyńskiego czy cokolwiek innego tam było, ale tak ogólnie. — Wiesz, obiadki dla męża, sąsiedzkie spotkania, świąteczne życzenia obiadki — rzucał to, co akurat mu przyszło do głowy, bo to jemu kojarzyło się z rodzinnym życiem. Tak to wyglądało u jego matki. Nie narzekała na to nigdy, ale na przestrzeni lat Jesse zdążył zrozumieć, że była ona jakimś ewenementem. — Myślisz, że po tych latach jesteśmy w ogóle w stanie naprawdę w takie rodziny się bawić?

Iris Valentine