ODPOWIEDZ
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Dni w Toronto były okropnie nudne i monotonne. Henderson wstawał każdego ranka o tej samej godzinie – punkt szósta. I nawet budzik nie był mu do tego potrzebny. Ktoś powiedziałby, że wcześnie, biorąc pod uwagę, że na służbie musiał być dopiero na godzinę dziesiątą. Możliwe, jednak Jesse nie potrafił inaczej. On sam powiedziałby nawet, że trochę się rozleniwił. Przed powrotem do rodziny, na nogach był już kwadrans po piątej i rozpoczynał swój trening – szybkie pięć kilometrów na rozgrzewkę, a później siłownia. Po porządnym zmęczeniu organizmu, mógł iść się ogarnąć i dopiero po gorącym prysznicu rozpoczynał na dobre dzień.
Teraz wyglądało to z lekka inaczej. Wstawał, później sprawdzał czy syn jeszcze spał. Jeżeli ten mały szatan otworzył już oczy, to na barki Hendersona spadało jego ogarnięcie. Na szczęście, dzieciak bardziej od najnowszych odcinków Psiego Patrolu uwielbiał spać, więc zazwyczaj Jesse miał jeszcze chwile dla siebie. Kawa. Szybka przebieżka, o ile oczywiście noga na to pozwoliła – jak nie, to chociaż spacer w szybszym tempie. Śniadanie i druga kawa. Potem ogarnięcie młodego do przedszkola, a następnie siebie. Wycieczka najpierw do przedszkola, później do jednostki. Po służbie znowu do przedszkola, do domu na obiad. Chwila z dzieckiem, by później udać się na rehabilitację. I tak dzień w dzień. Czasami jeszcze wciskał gdzieś terapię, o ile czuł się na siłach. Nie męczyła go rutyna. Męczyła go ta rutyna. Nic jednak nie mówił, nie skarżył się, akceptując poniekąd takie życie, a raczej fakt, że sam do tego doprowadził. Gdyby był mniej brawurowy, może nie doszłoby do wypadku, przez którego wynik musieli go ściągnąć i przez który dalej był w małżeństwie. Gdyby nie próbował ratować związku i nie zdecydował się na dziecko, teraz nic by go z Sage nie trzymało. Gdyby bardziej się starał, może Iris nie zostawiłaby go wtedy z dnia na dzień bez słowa i uwzględniła go w swoich planach – może teraz byłoby między nimi coś więcej niż zwykłe „koleżeńskie” relacje.
Widywali się co jakiś czas w szpitalu, gdzie Jesse odbywał rehabilitację. Czasem zagadał Henderson, czasami przyjemność ta przypadała dziewczynie – i rozmawiali tak, jakby znali się jedynie z widzenia. O pogodzie, o szpitalu, o głupich dojazdach czy kanadyjskich zwyczajach, do których żołnierz jeszcze nie zdążył się przyzwyczaić. Dla Jesse’a było to nietypowe, czasami może mniej komfortowe, jednak powoli oswajał się z myślą, że to, co między nimi było już dawno się skończyło i tak poprawnie powinny ich stosunki wyglądać, jeżeli jakiekolwiek chciał z nią mieć. A chciał i nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo. Zauważył, że pewne obiekcje jednak, co do tego ma w momentach, w których ukradkiem widywał ją w towarzystwie jednego, cały czas tego samego faceta. Nie chciał nazywać tego zazdrością, jednak coś na to podobieństwo budziło się w nim widząc jak sobie z nim żartuje, śmieje się czy po prostu rozmawia – tak jak niegdyś z nim. Próbował te uczucia ignorować, chociaż łatwo nie było i miał nadzieję, że nie było tego po nim aż tak widać. Nie miał w końcu podświadomie, aby jakieś wyrzuty jej z tego powodu robić, a że jemu głowa i serce plątały takie figle już nie powinno być problemem Iris.
W dni, w które miał terapię, na rehabilitację umawiał się na późniejszą godzinę, żeby na spokojnie dostrzec z punktu A do punktu B, co w godzinach szczytu takie łatwe nie było czasami. Szczególnie, gdy pogoda nie dopisywała – wówczas ludzie zapominali jak się jeździ, co widać było na drogach tego dnia. Spoźnił się chwilę do rehabilitanta, jednak na nic to nie wpłynęło, gdyż od rana było lekkie przesunięcie. Odbębnił swoje, wykonując polecenia i słuchając zaleceń, które miały przywrócić go do pełnej sprawności. Na razie nie wiedział, czy faktycznie jest poprawa czy sam ja sobie wmawia, ale fakt był taki, że odrobinę mniej bolała go noga po bieganiu, czasami nawet wcale. Podziękował uprzejmie lekarzowi po ponad godzinie ćwiczeń i ruszył w stronę parkingu, by wrócić do domu. Było ciemno, deszczowo i ogólnie nieprzyjemnie. Po prostu idealny dzień do spędzenia w domu.
Wyszedł z budynku szpitala i już miał ruszać w kierunku parkingu, kiedy to dostrzegł na przystanku Iris. Skupiona była na tabeli odjazdów, z której ewidentnie próbowała coś wyczytać. I Jesse powinien ten fakt kompletnie zignorować, uznać, że jej nie widział i wrócić do domu. Do żony i syna.
Wrócił więc do auta, usiadł za kierownicą i odpalił. Wyjechał z parkingu, jednak zamiast skręcić w swoją ulicę, podjechał pod przystanek, zatrzymując się tuż z lekka przemoczonej pielęgniarce. Otworzył okno i wychylił się lekko, aby go dostrzegła. — Wsiadaj — rzucił. Widząc jej zawahanie, dodał jeszcze: Zanim ten autobus przyjedzie to zdążysz tu cała przemoknąć. — Może i było lato, jednak deszcz i rwący wiatr przypominały raczej jesienne klimaty. — Jak się rozchorujesz to ciężko ci będzie pomagać innym.

Iris Valentine
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
wyobraź sobie tutaj szum fal
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Coraz bardziej przyzwyczajała się do myśli, że Jesse Henderson, którego miała nigdy więcej nie spotkać – nie dosyć, że mieszkał w Toronto to jeszcze pojawiał się na rehabilitacji w szpitalu, w którym pracowała. Wpadali na siebie, oczywiście… mniej lub bardziej przypadkowo. Czasami on ją odwiedzał na izbie przyjęć, czasami ona czekała na niego pod gabinetem na oddziale rehabilitacyjnym. Czasami po prostu spotykali się gdzieś w biegu na korytarzu. Przyzwyczajała się do tej myśli, ale ciągle nie potrafiła powiedzieć jak się z nią tak naprawdę czuła. Po powrocie do Kanady mocno to wszystko odchorowała… leżąc w szpitalu miała mnóstwo czasu na przemyślenie swojego zachowania i ich relacji, ale wtedy próbowała to racjonalizować, że dobrze zrobiła. Postąpiła słusznie. A teraz im częściej na niego wpadała tym bardziej docierało do niej, że nie… wcale nie. Poddała się. Tylko mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy miała myśl, której uparcie się trzymała – nie była rozbijaczką rodzin.
To nie był szczególnie udany dzień. Zaczął się ciężko i wszystko wskazywało na to, że kończyć miał się jeszcze gorzej. Gdy przez wyjściem ze szpitala zdała sobie sprawę, że czeka ją bliskie spotkanie ze ścianą deszczu… tylko przeklęła pod nosem. Że też akurat dzisiaj! Westchnęła i podbiegła na przystanek, żeby zorientować się, czy to w ogóle jest opcja, żeby wrócić do domu. Po nie oszukujmy się – Iris Valentine już bardzo dawno nie jeździła autobusami i to nie było jej naturalne środowisko.
Więc, gdy na przystanku zatrzymało się auto, a po chwili zobaczyła twarz Hendersona – rozpromieniła się. Naprawdę ucieszyła się, że go widziała i czy to było w tym momencie trochę interesowne? Zapewnie! Zawahała się tylko przez ułamek sekundy, ale to nie dlatego, że nie chciała… a może bardziej, że nie wypadało? To będzie pierwszy raz, gdy tak naprawdę będą sam na sam i to na tak małej przestrzeni. Ale pieprzyć to. Szarpnęła za klamkę po stronie pasażera i po chwili zapadła się w wygodny fotel i doceniając, że nie pada jej już na głowę i może zdjąć kaptur bluzy.
- Powiedziałabym, że choroba mi nie grozi, że mam fantastyczną odporność, ale oboje dobrze wiemy, że to nie prawda. – był tego świadkiem, gdy łapała infekcje znacznie częściej niż powinna i chociaż był to objaw, który po prostu uparcie ignorowała – to mogła to teraz zrzucić na kiepską odporność. To powinno mu wystarczyć – Trzeba mieć pecha, żeby odstawić auto do naprawy akurat w taką pogodę… na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że jak je tam odwiozłam przed zmianą to była bardzo ładna pogoda! – i skąd miała wiedzieć, że wieczorem pogoda tak brzydko sobie z niej zakpi – Mieszkam na East End, Greektown. Wiesz, gdzie to? Będzie ci w ogóle po drodze? Nie chciałabym robić kłopotu… bo jeśli się spieszysz to naprawdę mogę poczekać. Albo jednak zamówić ubera. – spojrzała na niego uważnie, starając się wypisać jak najwięcej z wyrazu jego twarzy. Nie chciała psuć mu planów na wieczór – tym bardziej, że w taką pogodę ruch na drodze był jeszcze większy i przebić się przez miasto wcale nie będzie tak łatwo – Byłeś na rehabilitacji? – a gdzie indziej? Na boga, Valentine… co innego miałby robić pod szpitalem? Czekać na ciebie? Głupie pytania chyba jednak były jej specjalnością.



Jesse Henderson
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”