Strona 2 z 2

like nothing matters

: czw paź 15, 2026 8:58 pm
autor: lazare moreau
W tych (rzadkich) chwilach, kiedy Lazare udawało się na moment wyłączyć emocje, włączyć zdolność logicznego myślenia, i wziąć mentalny krok w tył na wystarczającą odległość, by choć przez moment rejestrować odrobinę więcej, niż wyłącznie czubek własnego nosa, blondyn naprawdę zdawał sobie sprawę, że ludziom zdarzały się większe tragedie niż rozpad kariery. Tak, pokpił sprawę, przecenił własny spryt i ostatecznie pozwolił, by zgubiły go jego własna pycha i narcyzm, odbierając mu to, na co pracował przecież przez całe życie, i to z niemałym wysiłkiem, a jednak nadal był zdrowy, względnie młody, i wciąż jeszcze nie stracił pełnego dostępu do swoich topniejących oszczędności i tantiem. Nie wspominając już o tym, że - rodząc się w kraju nieobjętym wojną, i w zamożnym domu, a w dodatku jako biały mężczyzna - i tak w życiowej ruletce trafił tak dobrze, że lepiej już prawie się nie dało. Takie momenty przejrzenia na oczy, i chwiejnej, chwilowej pokory zdarzały mu się wyjątkowo rzadko, przemijając wraz z przypływem kolejnej fali rozpaczy.
Myśl, że jego - teatralne, dramatyczne, piękne w taki sposób, w jaki piękne są zdjęcia katastrof lotniczych - cierpienie ostatecznie wzbudziło w Alfiem jakiś przypływ współczucia (oby tylko nie pożałowania, bo tego Lazare nie znosił, a choć na skali empatii te dwa stany znajdowały się względnie blisko, były jednak od siebie diametralnie różne), chyba w jakimś sensie połechtałoby ego Moreau. Przynajmniej był w tym swoim rozżaleniu na tyle autentyczny, że nawet osoba pozornie tak wyrachowana jak Bloom, i chełpiąca się faktem, że do większości relacji w swoim życiu potrafi podchodzić w sposób czysto pragmatyczny i dobrze wykalkulowany, nie potrafiła przejść obok niego z kompletną obojętnością.


Albo może tylko się w ten sposób pocieszał, i następnego dnia wreszcie dotrze do niego, że chłopak zwyczajnie się nim zabawił, tak, jak sam Lazare w przeszłości potrafił czasem bawić się osobami, które uważał za słabsze, za żałośniejsze od siebie?
- Nie usłyszałem od ciebie jeszcze wystarczająco, żeby móc potwierdzić albo zaprzeczyć - Przyznał, być może z cieniem sugestii, że chętnie się przekona, czy Alfie miał rację, czy tylko się przechwalał. Nie zaskoczyłoby to, że chłopak, który w tak młodym wieku musiał poradzić sobie w tak wielkim mieście, za główne narzędzie pracy mając własne ciało i urok osobisty, do perfekcji musiał mieć opanowaną sztukę konwersacji. Dawania słuchaczom dokładnie tego, co chcieli lub potrzebowali usłyszeć danej nocy, niezależnie od tego, czy miał mówić przy tym prawdę, czy łgać niby z nut.
Mniej lub bardziej świadomie, Lazare musiał w gruncie rzeczy zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo się odsłania. Jak bardzo jest teraz bezbronny. Jak otwarcie, jak chętnie oddaje młodszemu mężczyźnie nie tylko kontrolę nad sytuacją, ale i nad samym sobą. Gdyby chciał, Alfie faktycznie mógł go teraz skrzywdzić albo upokorzyć, i kto wie, może jakąś częścią siebie - tą, która nadal pragnęła kary za własne przewinienia - Moreau nawet tego pragnął? Jeśli okazałoby się, że kierowała nim jakaś doza masochizmu, nie byłby to przecież pierwszy raz.
A jednak Alfie sprawiał wrażenie, jakby nie zamierzał przyjąć tego metaforycznego, przekazywanego mu przez Lazare sztyletu tylko po to, by go nim następnie dźgnąć. Jeśli już, zdawał się wytrącać go łyżwiarzowi z dłoni, by Moreau przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy - jak dziecko, które przypadkiem dopadło niebezpiecznego przedmiotu, i teraz stanowi zagrożenie tak dla otoczenia, jak i dla samego siebie.
O dziwo, wraz z tym spostrzeżeniem, Lazare dopadła jeszcze inna, prosta, ale dotkliwa myśl. Chciał zwyczajnie, żeby ktoś zabrał go do domu. Uwolnił spod ostrzału zbyt głośnej muzyki i zbyt jaskrawych świateł, które następnego dnia miały odezwać się w jego skroniach pulsowaniem nieznośnej migreny.
Nie mógł powiedzieć, że spodziewał się kolejnego gestu chłopaka - tej niemal opiekuńczej stanowczości, z jaką Bloom pokierował jego ruchami aż znaleźli się we wnykach ciasnego uścisku - ale być może przeczuwał go w kościach. Być może modlił się o niego w głębi duszy, tak cicho, że jego umysł nie mógł podsłyszeć tej modlitwy. Nie stawiał oporu. Mało tego, poddał się bez walki, odkrywając przy tym, że jego sylwetka zaskakująco dobrze pasuje do konturów tej Alfie'go.
- Daj mi się stąd zabrać - Wymamrotał po jakimś czasie, nie będąc pewnym, czy upłynęły sekundy, czy lata. - Daj mi zamówić nam taksówkę, i zabrać nas do... - Domu. - Do mnie.

Alfie Bloom

/zt x 2