ODPOWIEDZ
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W świecie, w którym Lazare dorastał, i z błękitnookiego chłopca o dużym potencjale i jeszcze większej potrzebie bezwarunkowej miłości zmieniał się stopniowo w wyrachowanego, ale niepozbawionego uroku osobistego, młodego mężczyznę, plotki były najsilniejszą walutą - i to taką, której źródło nigdy nie wysychało. Pieniądze były ważne, jasne, ale równie istotne - a czasem nawet i cenniejsze - bywały informacje, kontakty, znajomości i pogłoski. To właśnie je przecież, skuteczniej niż monety i banknoty, dawało się wykorzystać na najróżniejsze sposoby. Czasem po to, żeby utorować sobie drogę na sam szczyt. Innym razem - żeby z tego szczytu kogoś zepchnąć (jednym, zgrabnie ujawnionym skandalem).
Lazare niemal od zawsze miał dostęp do obydwu tych cennych zasobów. Nie brakowało mu wszak ani pieniędzy, ani ogłady w towarzystwie, w której najważniejsze nowiny wymieniało się szeptem. Przez całe lata życia nie musiał zastanawiać się nad cenami, zamawiając zawsze po prostu to, na co miał ochotę (chyba, że nie pozwalała mu akurat jakaś drakońska, przedolimpijska dieta), zostawiając napiwki większe od przeciętnej dniówki i podpisując kolejne rachunki z tą samą obojętnością, z jaką inni podpisywali kartki świąteczne dla tych najdalszych kuzynów. Wszak kiedy świat uważa Cię za mistrza olimpijskiego, doklejając Twoją twarz do licznych kampanii reklamowych i nazwisko do ekskluzywnych produktów rozchodzących się jak świeże bułeczki, pieniądze stają się czymś kompletnie abstrakcyjnym. Zawsze obecnym, nigdy niewyczerpanym. Jak powietrze. I o dziwo dopiero kiedy zaczęło ich ubywać, zrozumiał, że powietrze także może się kiedyś skończyć.

Nie, nie oznaczało to jeszcze kompletnej katastrofy. Lazare nadal nosił świetnie skrojone marynarki. Nadal pachniał perfumami kosztującymi więcej niż miesięczny czynsz dwóch trzecich miasta. Nadal potrafił wejść do eleganckiego lokalu z tą samą wyniosłą manierą, która w mig przekonywała ludzi, że wszystko w jego życiu wciąż znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. Problem leżał jedynie w tym, że im dłużej trwał ten spektakl, tym bardziej blondyn miał wrażenie, że gra już wyłącznie dla pustej widowni.
I tu właśnie pojawiał się ten drugi zasób, ten który nie miał fizycznej formy, a jednak potrafił rozpoczynać i kończyć kariery, burzyć przyjaźnie, łamać serca, ale także z dzieciaków bez dobrze brzmiącego nazwiska w jeden sezon zrobić czasem milionerów. Kontakty. Układy. Pogłoski. Ostatnia deska ratunku, dla tych, którzy albo nigdy niczego nie mieli, albo wszystko już stracili. I dla takich jak on: samotnych, zranionych, i przepełnionych gniewem, którego mimo wielu prób jakoś nie da się na nikim niczym wyładować.
Na tym etapie sam już nie pamiętał, dlaczego parę dni wcześniej Alfie Bloom w ogóle przyszedł mu do głowy, pojawiając się jak cień albo zjawa - chwilę wcześniej wcale go nie było, a moment później nagle wypełniał swoją postacią całą jaźń łyżwiarza. Odnalezienie go wcale nie było trudne - nie nawet przez profil na Instagramie, który Lazare starał się ignorować, jakby wodzenie wzrokiem za smukłą sylwetką młodego modela było największą możliwą ujmą na jego honorze - a za sprawą znajomych, którym wystarczało szepnąć na ucho jakieś pojedyncze, sugestywne pytanie.
Pół godziny później Moreau już wiedział, gdzie w ostatnich miesiącach Bloom zagląda regularnie.
Nigdy nie podali sobie ręki. Nigdy nie wymienili się nazwiskami. Jeśli w ogóle, Lazare pamiętał, że zamienili ze sobą parę przypadkowych sentencji, kiedyś, kiedyś, za mgłą alkoholowego upojenia. Alfie był jedną z tych przystojnych, ale w gruncie rzeczy mdławych twarzy przewijających się przez bankiety, premiery i wydarzenia, na które zapraszano Lazare dopóki nie zasabotował całej swojej kariery; jedną z tych zbyt smukłych, zbyt zadbanych sylwetek, uwieszonych na ramieniu starszych, zamożniejszych mężczyzn na którymś z kolei afterparty. Jednym z tych pięknych chłopców, którzy szczęścia i uporu mieli e w i d e n t n i e więcej, niż talentu.
Gdyby Lazare chciał być z samym sobą szczery, musiałby przyznać, że w zasadzie wcale aż tak bardzo się od siebie nawzajem nie różnili (jeden sprzedawał swoje zdjęcia; drugi sprzedawał swoją krew, pot i łzy; obydwaj sprzedawali własne ciała sponsorom). Ale dzisiaj nie miał ochoty na szczerość. Miał ochotę wyłącznie na seks i tę ciszę, która ogarniała go wyłącznie wówczas, gdy wyładował na kimś złość, z jaką sam nie potrafił sobie poradzić.

Kiedy wszedł do środka, lokal tonął już w miękkim, niskim świetle lamp zawieszonych nad barem. W powietrzu, zapach drogich kosmetyków mieszał się z wonią alkoholu i potu ludzi, którzy nigdy tak naprawdę nie musieli parać się prawdziwą pracą. W morzu drogich materiałów i perfekcyjnie ułożonych włosów, w teorii niełatwo powinno było znaleźć kolejnego z rzędu, atrakcyjnego młodzieńca, a jednak Lazare odnalazł go niemal od razu. Siedzącego przy jednym ze stolików w nieco odleglejszym kącie, w objęciach welurowej kanapy, i w - przypadkowym? - towarzystwie sporo starszego mężczyzny, który mógł być, przynajmniej w teorii, jego ojcem, albo kochankiem, albo kimś kompletnie obcym. Swoboda, z jaką Bloom poruszał się sięgając po kieliszek, wydawała się Lazare niemal prowokacyjna. I wkurwiająca, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego.


Może dlatego, że od miesięcy nie pamiętał już, kiedy ostatni raz sam uśmiechał się równie lekko.

Nie zastanawiał się długo. Nie był nawet pewien, czy wypił tego wieczoru wystarczająco dużo, żeby móc zwalić własną bezczelność na alkohol, czy po prostu naprawdę było mu już absolutnie wszystko jedno. Przeciął tłum jak strzała prąca w stronę tarczy, jak piorun w locie do drzewa, które zaraz rozpłata na dwie żałosne połowy, podchodząc bez uśmiechu, bez kurtuazji i bez powitania. Nie przedstawił się bo nie musiał?. Nie zapytał, czy przeszkadza.
Z kieszeni doskonale skrojonych spodni, wyciągnął po prostu wąski, skórzany portfel; cień jego zwyczajowej, dawnej ostentacji błysnął na moment w ruchu jego dłoni, choć sam portfel nie był już tak ciężki, jak bywał co wieczór raptem kilka lat wcześniej.
Zastygł nad Alfiem i tym drugim mężczyzną, kompletnie ignorując jego pytające spojrzenie. Wzrok skoncentrował wyłącznie na blondynie. Bez uśmiechu, ale i bez jakiejkolwiek dwuznaczności, która pozostawiłaby jakąś przestrzeń na domysły, albo na romantyzm.
- Jesteś dzisiaj wolny? - Zapytał po prostu. Jakby wypowiadał najbardziej oczywistą propozycję świata. I jakby naprawdę wierzył, że nie da mu się teraz odmówić.

Alfie Bloom
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Czasem zastanawiał się, czego chciał od życia.
   Niewiele osób o tym wiedziało, bo skutecznie kreował swoją Internetową osobowość, ale wychował się w domu dziecka. Wszystko co pamięta ze swojego dzieciństwa, to twarze innych dzieci i nastolatków, którzy mieszkali w tym samym przybytku, co on. Dzieci tak samo pokrzywdzone, wybrakowane, niechciane lub odrzucone. Trafił tam w wieku czterech lat. Nigdy nie dowiedział się, co było powodem tego, że został oddany, chociaż zawsze chciał wierzyć, że jego biologiczni rodzice po prostu nie byli gotowi na posiadanie dziecka. Innego wyjaśnienia jego psychika pewnie nie chciałaby przyjąć. Oczywiście pojawiały się chwilę, w których myślał, że cztery lata to wyjątkowo długi czas na to, by stwierdzić, czy chce się mieć dziecko, czy nie. Gdzieś tam jednak, głęboko z tyłu jego głowy świtała mu myśl, że był trudnym dzieckiem.
   W domu dziecka był rozrabiaką. Dobrze, że jesteś ładnym dzieckiem powtarzały mu opiekunki, jeśli coś przeskrobał. No i nie myliły się, bo nie brakowało mu uroku. Jego kręcone włosy, niebieskie oczy i pulchna buźka sprawiały, że bez względu na to, co akurat robił, ciężko było się nad nim nie rozczulać. A pozwalał sobie na dużo. Lubił testować granice. Określał się nawet mianem odkrywcy-podróżnika, jednak nie odkrywał nieznanych i dzikich lądów, lecz coś bardziej prymitywnego i znacznie bardziej niebezpiecznego – ludzką cierpliwość. Być może właśnie dlatego tak trudno było mu znaleźć rodzinę, która rzeczywiście odważyłaby się go adoptować.
   Chętni się pojawiali, bo niewielu mogło oprzeć się jego dużym, niebieskim oczom i szerokiemu i niezwykle szczeremu uśmiechowi. Ludzie jednak pojawiali się i znikali. A on dorastał, tracąc swój dziecięcy urok, nabywając jednak tego niebezpiecznego, młodzieńczego wdzięku, od którego również ciężko było się uwolnić. Nauczył się wtedy najważniejszej lekcji w swoim życiu – sztuki adaptacji. Poznawał kolejne rodziny i uczył się dopasowywać do nich niczym woda wypełniająca naczynie. Jego zabiegi się opłaciły i dostał swoją rodzinę.
   Whallbergowie okazali się wspaniałymi i wyrozumiałymi ludźmi. Szybko owinął ich sobie wokół palca, tak samo, jak oni jego. Ich wspólne życie okazało się przyjemną symbiozą, bo obie strony tej relacji potrzebowały się nawzajem. Whallbergowie długo starali się o dziecko, więc gdy Alfie pojawił się w ich życiu pozwalali mu na wiele… a on brał to wszystko garściami.
   Bo właśnie taki był. Jeśli już pojawiała się jakaś okazja do tego, by zmienić w swoim życiu cokolwiek, wyszarpać do siebie coś więcej, to nie chciał przepuścić jej koło nosa.
   Chciał od życia wszystkiego.
   Wiódł przyjemne życie i nie chciał niczego zmieniać. Nie było idealnie, ale do ideału nie brakowało daleko. Nigdy nie miał po drodze z nauką, więc szybko pojął, że jego wygląd był tym, na czym powinien się skupiać. I to nie tak, że był głupi. Po prostu nie lubił tracić czasu na naukę. Było to ryzyko, którego się podjął i które się opłaciło. Rozumiał, że mógł to wszystko stracić, więc ponownie wyszarpywał, to co inni mu rzucali. Nigdy o nic nie prosił. Wystarczyło tylko, że odpowiednio zarzucał sidła na osoby, które nie mogły się im oprzeć.
   Podobnie było dzisiejszego dnia, gdy wszedł do klubu. Od razu znalazł mężczyznę, z którym się tutaj umówił. Było to jeszcze niezobowiązujące spotkanie. Czysto towarzyskie, jak on to określił. Bar pachniał drogim alkoholem i cygarami, których nie wolno było tu palić, ale nikt nie śmiał tego zabronić nikomu, więc odpowiednia klientela nie kryła się ze swoimi upodobaniami. Był to ten rodzaj baru, w którym bogaci i wpływowi zachowywali się jak zwierzęta, by pozwolić klasie średniej zaznać odrobiny luksusu, na jaki nigdy nie będzie jej stać. Dostał swojego drinka – aperol spritz, najzwyklejszy, najbardziej rozwodniony, jednak w jego dłoniach wyglądał jak coś, co pije każda osoba, która liczy się w tym miejscu. Nawet jeśli pasował tu najmniej, to nie można było odmówić mu tego, że zachowuje się, jakby miejsce to należało do niego. Bo taki już był – czuł się pewnie tam, gdzie się znajdował i gdzie ktoś mu nie powiedział, że powinien skończyć swój teatrzyk.
   Uśmiechał się z nudnych żartów swojego towarzysza. Słuchał typowych historii, które mu opowiadał, jakby opisywał właśnie fabułę najwspanialszego filmu akcji. Było przyjemnie, spokojnie i prowadziło do czegoś, co Alfiemu w tym momencie odpowiadało.
   Wystarczyła tylko chwila, by wszystko się posypało.
   Nie zarejestrował pojawienia się mężczyzny przy ich stoliku. W końcu kręciło się tutaj wiele osób. Dopiero jego słowa sprawiły, że zwrócił na niego uwagę. Spojrzał na niego, następnie na wyraźnie zdziwionego towarzysza. Nie przestał się uśmiechać, chociaż cała ta sytuacja mu nie pasowała. W sumie to wszystko wydawało się, jak scena z filmu, tak nierealna, że nawet nie przejął się tym, że rozgrywa się na żywo. Zapadła jednak cisza – ta z rodzaju niekomfortowych i cała trójka oczekiwała na to, żeby ktoś się odezwał.
   – A kim ty w ogóle jesteś? – zapytał mężczyznę, który się koło nich pojawił. Początkowo bowiem nie był w stanie dostrzec wyraźnie szczegółów jego sylwetki i twarzy – twarzy, którą jak się okazało doskonale znał, jednak nie pod postacią, pod którą się prezentowała w tej chwili. Skrzywił się. Lazare był mężczyzną, który gdzieś przemykał w polu jego widzenia, nigdy jednak nie na tyle, by naleźć się w jego centrum. Nie znał go w ogóle. Nie mieli nawet okazji do tego, by porozmawiać dłużej niż wymiana kilku grzecznych zdań.
   – Jak widać, jestem zajęty – odpowiedział na jego pytanie.

lazare moreau
ODPOWIEDZ

Wróć do „Miller Tavern”