desperate times call for desperate measures
: śr sie 12, 2026 5:06 pm
Ręce jej drżały.
Ona cała drżała.
Szurała nogami o kamienną kostkę brukowa, przesuwając się niechętnie przed siebie. Nawet podnoszenie butów wyżej niż na milimetr na tamtą chwilę zdawało się być zbyt dużym obciążeniem dla ciała. I to wcale nie chodziło o blizny, jakie zostały jej z wizyty, a to wszystko co do nich doprowadziło.
Wiedziała, że pójście na spotkanie z psychopatą, obsesyjnie w niej zapatrzonym, nie mogło przynieść nic dobrego, ale nie spodziewała się, że mogło być aż tak źle. Chociaż dowiedziała się dużo, wiedziała kto przychodził od Daltona i czego chciała ta kobieta, nawet jeśli nie podał jej jej prawdziwego imienia, tak to jak w tym samym czasie odblokował wspomnienia t a m t e j nocy, kompletnie ją podłamało. Pamiętała dokładnie jak bezbronna była, jak nie potrafiła się ruszyć. Jak jego dotyk palił i gryzł skórę, jak chciała krzyczeć, a nawet tego nie potrafiła.
I dzisiaj Dalton zrobił to samo.
Przez kilka sekund, kiedy trzymał ją w ramionach, kiedy rzucił się na nią, wbijając długie palce w jej skórę, Pilar nie była w stanie nic zrobić. Zupełnie jakby związał ją niewidzialnym sznurem nie do ruszenia. A przecież umiała się bić. Przecież była w tym nienaganna. To czemu tu nie potrafiła się ruszyć?Idiotka. Słaba idiotka. To wszystko twoja wina. Serce zabiło jej mocniej na te wszystkie myśli, a kroki mimowolnie przyspieszyły.
Potrzebowała pojechać do domu.
Umyć się.
Zmyć z siebie jego pierdolony dotyk, jego zapach, smak o b r z y d l i w y c h ust, które na kilka sekund złączyly się z tymi jej. Czuła się brudna. Naznaczona przez niego. Czuła się źle jak już naprawdę dawno się nie czuła. Docisnęła palce do rany, z której zaczęła sączyć się krew, a oczy zapiekły przybliżając ją do kompletnego załamania nerwowego. Może musiała się wypłakać? Wyrzucić to z siebie, powoli tem wylecieć i będzie okej? I może nawet by to zrobiła, gdyby nagle na swojej tego nie zobaczyła jego.
Ciemne oczy wbite były w nią z gniewem. Nie. Z f u r i ą. Była na nią wkurwiony. Wiedziała to. Widziała. Kurwa, ona też by na niego była. Zatłukłaby go, tak jak chciała go zatłuc wtedy w lesie, kiedy dowiedziała się, co zrobił. Wzięła głębszy oddech, próbując ignorować walące w piersi serce. Znowu wciągając to wszystko do środka. Znowu udając, że jest dużą dziewczynką.
Dopiero kiedy szarpnął ją za nadgarstek zupełnie niespodziewanie i przyciągnął do siebie, pytając co to jest, ona mimowolnie mu odskoczyła. Jakby palił ją jego dotyk.
— Zostaw — spojrzała na niego jakoś wciąż nieobecnie, beznamiętnie, bez kurwa ani jednej emocji, chociaż w oczach na pewno kryło się przerażenie. Przecież to był Madox. Co ty robisz idiotko?. Przysunęła się z powrotem, wciskając krwawiącą dłoń do kieszeni kurtki. — To nic. To przez przypadek — wyjaśniła pod nosem i już chciała iść dalej, ale wtedy on wyrwał się w stronę wejścia. Gotowy zapierdolić Daltona. Wiedział, że to on. Oczywiście, że kurwa wiedział.
Złapała go w ostatniej chwili. Szarpnęła mocno na swoje nieszczęście tą poranioną dłonią, bo ją miała silniejszą. Niewielka plama została na materiale jego kurtki. Spróbowała ją wytrzeć, ale rozmazała wszystko jeszcze bardziej.
— Trzeba to będzie zaprać — o czym ona w ogóle pierdoliła? O kurtce? Oczywiście, ze o kurtce, chociaż najchętniej zaprałaby w pierwszej kolejności to jego spojrzenie, które w nią wbijał, podczas gdy ona nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. Widziała przelotnie ten zawód. To jak bardzo mu podpadła. Ona też by tak na niego patrzyła w lesie, gdyby Sombra nie był ranny. A może nawet i jeszcze gorzej.
Potrzebujesz jechać do szpitala?
— Nie — mruknęła krótko, sięgając do kieszeni, żeby wyciągnąć z niej kluczyki. — Nic mi nie jest — tak bardzo chciała w to wierzyć. Żeby wszystko było okej. Dużo, naprawdę dużo by oddała, żeby przenieśli się te kilka dni wstecz do słonecznego Rio. Rio w którym wszystko było proste. W którym liczyli się tylko oni, gdzie nie było tych wszystkich problemów. Gdzie nie było jebanego Daltona, który znowu namieszał jej w głowie i tego nieznośnego uczucia paniki, które się w niej zbierało.
— Pogadamy w domu — rzuciła tylko i wyminęła go, kierując się do Jaguara. — Pojadę za tobą — on był wściekły, ona jak widać nieskora do rozmowy… może ta krótka przejażdżka do mieszkania serio zrobiłaby im dobrze. Może zdążyliby ochłonąć. Problem w tym, że kiedy tylko Pilar wsiadła za kółko, kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi… nawet nie umiała trafić kluczykiem do stacyjki. Ręce się jej trzęsły. Ciepło rozpalało jej klatkę piersiową.
— Kurwa — rzuciła pod nosem i przyjebała dłonią w kierownice, co on doskonale mógł widzieć w tylnym lusterku, jeśli na nią patrzył ze swojego BMW. A potem mógł widzieć jak finalnie wysiada i kieruje się w jego stronę. Załadowała się na miejsce pasażera, zapinając pas i dosłownie nie mówiąc nic więcej.
No estoy bien.
Ona cała drżała.
Szurała nogami o kamienną kostkę brukowa, przesuwając się niechętnie przed siebie. Nawet podnoszenie butów wyżej niż na milimetr na tamtą chwilę zdawało się być zbyt dużym obciążeniem dla ciała. I to wcale nie chodziło o blizny, jakie zostały jej z wizyty, a to wszystko co do nich doprowadziło.
Wiedziała, że pójście na spotkanie z psychopatą, obsesyjnie w niej zapatrzonym, nie mogło przynieść nic dobrego, ale nie spodziewała się, że mogło być aż tak źle. Chociaż dowiedziała się dużo, wiedziała kto przychodził od Daltona i czego chciała ta kobieta, nawet jeśli nie podał jej jej prawdziwego imienia, tak to jak w tym samym czasie odblokował wspomnienia t a m t e j nocy, kompletnie ją podłamało. Pamiętała dokładnie jak bezbronna była, jak nie potrafiła się ruszyć. Jak jego dotyk palił i gryzł skórę, jak chciała krzyczeć, a nawet tego nie potrafiła.
I dzisiaj Dalton zrobił to samo.
Przez kilka sekund, kiedy trzymał ją w ramionach, kiedy rzucił się na nią, wbijając długie palce w jej skórę, Pilar nie była w stanie nic zrobić. Zupełnie jakby związał ją niewidzialnym sznurem nie do ruszenia. A przecież umiała się bić. Przecież była w tym nienaganna. To czemu tu nie potrafiła się ruszyć?
Potrzebowała pojechać do domu.
Umyć się.
Zmyć z siebie jego pierdolony dotyk, jego zapach, smak o b r z y d l i w y c h ust, które na kilka sekund złączyly się z tymi jej. Czuła się brudna. Naznaczona przez niego. Czuła się źle jak już naprawdę dawno się nie czuła. Docisnęła palce do rany, z której zaczęła sączyć się krew, a oczy zapiekły przybliżając ją do kompletnego załamania nerwowego. Może musiała się wypłakać? Wyrzucić to z siebie, powoli tem wylecieć i będzie okej? I może nawet by to zrobiła, gdyby nagle na swojej tego nie zobaczyła jego.
Ciemne oczy wbite były w nią z gniewem. Nie. Z f u r i ą. Była na nią wkurwiony. Wiedziała to. Widziała. Kurwa, ona też by na niego była. Zatłukłaby go, tak jak chciała go zatłuc wtedy w lesie, kiedy dowiedziała się, co zrobił. Wzięła głębszy oddech, próbując ignorować walące w piersi serce. Znowu wciągając to wszystko do środka. Znowu udając, że jest dużą dziewczynką.
Dopiero kiedy szarpnął ją za nadgarstek zupełnie niespodziewanie i przyciągnął do siebie, pytając co to jest, ona mimowolnie mu odskoczyła. Jakby palił ją jego dotyk.
— Zostaw — spojrzała na niego jakoś wciąż nieobecnie, beznamiętnie, bez kurwa ani jednej emocji, chociaż w oczach na pewno kryło się przerażenie. Przecież to był Madox. Co ty robisz idiotko?. Przysunęła się z powrotem, wciskając krwawiącą dłoń do kieszeni kurtki. — To nic. To przez przypadek — wyjaśniła pod nosem i już chciała iść dalej, ale wtedy on wyrwał się w stronę wejścia. Gotowy zapierdolić Daltona. Wiedział, że to on. Oczywiście, że kurwa wiedział.
Złapała go w ostatniej chwili. Szarpnęła mocno na swoje nieszczęście tą poranioną dłonią, bo ją miała silniejszą. Niewielka plama została na materiale jego kurtki. Spróbowała ją wytrzeć, ale rozmazała wszystko jeszcze bardziej.
— Trzeba to będzie zaprać — o czym ona w ogóle pierdoliła? O kurtce? Oczywiście, ze o kurtce, chociaż najchętniej zaprałaby w pierwszej kolejności to jego spojrzenie, które w nią wbijał, podczas gdy ona nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. Widziała przelotnie ten zawód. To jak bardzo mu podpadła. Ona też by tak na niego patrzyła w lesie, gdyby Sombra nie był ranny. A może nawet i jeszcze gorzej.
Potrzebujesz jechać do szpitala?
— Nie — mruknęła krótko, sięgając do kieszeni, żeby wyciągnąć z niej kluczyki. — Nic mi nie jest — tak bardzo chciała w to wierzyć. Żeby wszystko było okej. Dużo, naprawdę dużo by oddała, żeby przenieśli się te kilka dni wstecz do słonecznego Rio. Rio w którym wszystko było proste. W którym liczyli się tylko oni, gdzie nie było tych wszystkich problemów. Gdzie nie było jebanego Daltona, który znowu namieszał jej w głowie i tego nieznośnego uczucia paniki, które się w niej zbierało.
— Pogadamy w domu — rzuciła tylko i wyminęła go, kierując się do Jaguara. — Pojadę za tobą — on był wściekły, ona jak widać nieskora do rozmowy… może ta krótka przejażdżka do mieszkania serio zrobiłaby im dobrze. Może zdążyliby ochłonąć. Problem w tym, że kiedy tylko Pilar wsiadła za kółko, kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi… nawet nie umiała trafić kluczykiem do stacyjki. Ręce się jej trzęsły. Ciepło rozpalało jej klatkę piersiową.
— Kurwa — rzuciła pod nosem i przyjebała dłonią w kierownice, co on doskonale mógł widzieć w tylnym lusterku, jeśli na nią patrzył ze swojego BMW. A potem mógł widzieć jak finalnie wysiada i kieruje się w jego stronę. Załadowała się na miejsce pasażera, zapinając pas i dosłownie nie mówiąc nic więcej.
No estoy bien.