Strona 2 z 2

desperate times call for desperate measures

: śr sie 12, 2026 5:06 pm
autor: Pilar Noriega
Ręce jej drżały.
Ona cała drżała.
Szurała nogami o kamienną kostkę brukowa, przesuwając się niechętnie przed siebie. Nawet podnoszenie butów wyżej niż na milimetr na tamtą chwilę zdawało się być zbyt dużym obciążeniem dla ciała. I to wcale nie chodziło o blizny, jakie zostały jej z wizyty, a to wszystko co do nich doprowadziło.
Wiedziała, że pójście na spotkanie z psychopatą, obsesyjnie w niej zapatrzonym, nie mogło przynieść nic dobrego, ale nie spodziewała się, że mogło być aż tak źle. Chociaż dowiedziała się dużo, wiedziała kto przychodził od Daltona i czego chciała ta kobieta, nawet jeśli nie podał jej jej prawdziwego imienia, tak to jak w tym samym czasie odblokował wspomnienia t a m t e j nocy, kompletnie ją podłamało. Pamiętała dokładnie jak bezbronna była, jak nie potrafiła się ruszyć. Jak jego dotyk palił i gryzł skórę, jak chciała krzyczeć, a nawet tego nie potrafiła.
I dzisiaj Dalton zrobił to samo.
Przez kilka sekund, kiedy trzymał ją w ramionach, kiedy rzucił się na nią, wbijając długie palce w jej skórę, Pilar nie była w stanie nic zrobić. Zupełnie jakby związał ją niewidzialnym sznurem nie do ruszenia. A przecież umiała się bić. Przecież była w tym nienaganna. To czemu tu nie potrafiła się ruszyć? Idiotka. Słaba idiotka. To wszystko twoja wina. Serce zabiło jej mocniej na te wszystkie myśli, a kroki mimowolnie przyspieszyły.
Potrzebowała pojechać do domu.
Umyć się.
Zmyć z siebie jego pierdolony dotyk, jego zapach, smak o b r z y d l i w y c h ust, które na kilka sekund złączyly się z tymi jej. Czuła się brudna. Naznaczona przez niego. Czuła się źle jak już naprawdę dawno się nie czuła. Docisnęła palce do rany, z której zaczęła sączyć się krew, a oczy zapiekły przybliżając ją do kompletnego załamania nerwowego. Może musiała się wypłakać? Wyrzucić to z siebie, powoli tem wylecieć i będzie okej? I może nawet by to zrobiła, gdyby nagle na swojej tego nie zobaczyła jego.
Ciemne oczy wbite były w nią z gniewem. Nie. Z f u r i ą. Była na nią wkurwiony. Wiedziała to. Widziała. Kurwa, ona też by na niego była. Zatłukłaby go, tak jak chciała go zatłuc wtedy w lesie, kiedy dowiedziała się, co zrobił. Wzięła głębszy oddech, próbując ignorować walące w piersi serce. Znowu wciągając to wszystko do środka. Znowu udając, że jest dużą dziewczynką.
Dopiero kiedy szarpnął ją za nadgarstek zupełnie niespodziewanie i przyciągnął do siebie, pytając co to jest, ona mimowolnie mu odskoczyła. Jakby palił ją jego dotyk.
Zostaw — spojrzała na niego jakoś wciąż nieobecnie, beznamiętnie, bez kurwa ani jednej emocji, chociaż w oczach na pewno kryło się przerażenie. Przecież to był Madox. Co ty robisz idiotko?. Przysunęła się z powrotem, wciskając krwawiącą dłoń do kieszeni kurtki. — To nic. To przez przypadek — wyjaśniła pod nosem i już chciała iść dalej, ale wtedy on wyrwał się w stronę wejścia. Gotowy zapierdolić Daltona. Wiedział, że to on. Oczywiście, że kurwa wiedział.
Złapała go w ostatniej chwili. Szarpnęła mocno na swoje nieszczęście tą poranioną dłonią, bo ją miała silniejszą. Niewielka plama została na materiale jego kurtki. Spróbowała ją wytrzeć, ale rozmazała wszystko jeszcze bardziej.
Trzeba to będzie zaprać — o czym ona w ogóle pierdoliła? O kurtce? Oczywiście, ze o kurtce, chociaż najchętniej zaprałaby w pierwszej kolejności to jego spojrzenie, które w nią wbijał, podczas gdy ona nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. Widziała przelotnie ten zawód. To jak bardzo mu podpadła. Ona też by tak na niego patrzyła w lesie, gdyby Sombra nie był ranny. A może nawet i jeszcze gorzej.
Potrzebujesz jechać do szpitala?
Nie — mruknęła krótko, sięgając do kieszeni, żeby wyciągnąć z niej kluczyki. — Nic mi nie jest — tak bardzo chciała w to wierzyć. Żeby wszystko było okej. Dużo, naprawdę dużo by oddała, żeby przenieśli się te kilka dni wstecz do słonecznego Rio. Rio w którym wszystko było proste. W którym liczyli się tylko oni, gdzie nie było tych wszystkich problemów. Gdzie nie było jebanego Daltona, który znowu namieszał jej w głowie i tego nieznośnego uczucia paniki, które się w niej zbierało.
Pogadamy w domu — rzuciła tylko i wyminęła go, kierując się do Jaguara. — Pojadę za tobą — on był wściekły, ona jak widać nieskora do rozmowy… może ta krótka przejażdżka do mieszkania serio zrobiłaby im dobrze. Może zdążyliby ochłonąć. Problem w tym, że kiedy tylko Pilar wsiadła za kółko, kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi… nawet nie umiała trafić kluczykiem do stacyjki. Ręce się jej trzęsły. Ciepło rozpalało jej klatkę piersiową.
Kurwa — rzuciła pod nosem i przyjebała dłonią w kierownice, co on doskonale mógł widzieć w tylnym lusterku, jeśli na nią patrzył ze swojego BMW. A potem mógł widzieć jak finalnie wysiada i kieruje się w jego stronę. Załadowała się na miejsce pasażera, zapinając pas i dosłownie nie mówiąc nic więcej.

No estoy bien.

desperate times call for desperate measures

: śr sie 12, 2026 6:09 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Zostaw.
Zawahał się, bo przecież widział po niej, że coś jest nie tak. Przecież obiecywał jej tyle razy, że nigdy jej nie zostawi, a jednak... puścił jej dłoń.
- Przez przypadek? - prychnął i zamierzył się do wejścia, bo doskonale wiedział, że to Dalton. Już dawno powinien go załatwić, a on mu darował życie. Ale tym razem...
Nie zdążył jednak się ruszyć, bo szarpnęła go za kurtkę pozostawiając na materiale krwistą plamę. A kiedy powiedziała to trzeba to będzie zaprać, uniósł jedną brew.
- Jebać to - teraz to on się od niej odsunął. Gdzieś miał kurtkę i gdzieś miał...
Nie no kurwa, jej wcale nie miał gdzieś. Był zły, wkurwiony. Ale jego ciemne oczy bez przerwy, usilnie wpatrywały się w te jej, które go unikały.
- Co ty zrobiłaś? Co on zrobił? Jak kurwa w ogóle... - nawijał i rzeczywiście w pierwszej chwili żądał jakiś wyjaśnień, potrzebował ich, ale widział ten jej nieobecny wzrok, dlatego zapytał, czy potrzebowała szpitala.
Spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Pilar... - zaczął nawet, ale kiedy zawiesiła na palcu kluczyki, to tylko zacisnął dłoń w pięść. Bo może ona teraz była... Sam nie wiedział jaka. Zimna? Spokojna? Nieobecna?
To jego nosiło.
Ze złości, z bezsilności. Z tej niewiedzy, co tam się wydarzyło, no bo kurwa coś musiało, skoro wychodziła z wizyty w więzieniu ranna. Znowu spojrzał się w kierunku wejścia, może mógłby się tam czegoś dowiedzieć.
- W domu? Pojebało cię Pilar? - sięgnął do niej, ale już go minęła. Nabrał ciężko w płuca powietrze - za mną? - spiął się, ale nie miał zamiaru się z nią tutaj dochodzić i szarpać. Wypuścił powietrze nosem, odprowadzając ją do samochodu spojrzeniem. Pojebie go przecież.
Nie zamierzał jechać do mieszkania... Nie no musiał jechać do mieszkania, żeby ją tam odstawić, żeby wyjaśniła mu to wszystko. Jeszcze przechodząc koło swojej beemki kopnął w oponę. Niby wsiadł do samochodu, niby zaczął szarpać się z pasem, ale obserwował ją we wstecznym lusterku, a kiedy uderzyła w kierownicę, to już zamierzył się, żeby do niej wysiąść, ale ona zrobiła to pierwsza. Śledził ją spojrzeniem po lusterkach, jak podchodzi do jego beemki, ale kiedy wsiadła na siedzenie pasażera, to nawet się do niej nie odwrócił. Odpalił silnik i wyjechał z parkingu.
Nie odzywał się, walczył w sobie z tak skrajnymi emocjami, był zły, ale też martwił się o nią. Chciał na nią nawrzeszczeć i chciał ją dotknąć, dodać jej otuchy. Zacisnął palce na kierownicy tak mocno, że pobielały mu knykcie.
- Powiesz mi co się stało? - zapytał w końcu, kiedy przeciął jedno ze skrzyżowań na czerwonym. Powinien skręcić w prawo i byłaby to ostatnia prosta do ich mieszkania, a on odbił w zupełnie drugą stronę. Dużo słów cisnęło mu się na usta, chciał jej zapytać dlaczego to zrobiła, co jej strzeliło do głowy. Dlaczego kurwa znowu go okłamała. I jak mogła to zrobić, kiedy sama wyrzucała mu, że powinien z nią być szczery.
On z nią był. Za każdym jebanym razem był, a to, że o niektórych rzeczach jej nie mówił. To przecież nie tak, że ją okłamywał. A ona... patrzyła mu rano w oczy i słowem nie odezwała się co planuje, a pewnie już doskonale wiedziała. A w kieszeni kurtki miał kolejny dowód na to, że go okłamywała. Jebane wiadomości od Galena Wyatta o tym, że gdyby nie oddał jej kluczyków, to teraz byłaby jego. Może lepiej jakby była?
Mieli by sobie piękne, bezproblemowe życie. A to ich to wieczne kłopoty. Jak nie Luna, to Dalton, wszyscy dookoła się na nich uwzięli. Madox nawet nie czuł tego, jak jego noga opadła ciężej na pedał gazu, a beemka wypadła na autostradę. Bez celu, przed siebie.
Czekał na jakieś wyjaśnienia i znowu zamierzył się, żeby do niej sięgnąć, jego dłoń zawisła nad jej kolanem i opadła na skrzynię biegów, z której przecież nie korzystał w automacie, ale i tak ułożył na gałce wytatuowane palce, a potem przełączył na tryb sportowy, żeby jeszcze trochę rozkręcić auto. Dużo siedziało w nim różnych emocji, zwłaszcza tych negatywnych, jak złość, strach, bezsilność, ale też kurwa troska. Bo mogła odjebać najgorsze gówno na świecie, a on przecież... i tak ją kochał.
Szkoda tylko, że dzisiaj znowu przyszedł dzień, kiedy to w to, co ona do niego czuła, zaczynał wątpić. Zbierało się to w nim od wczoraj, kiedy wytknęła mu paranoję po tym wszystkim co jej powiedział. Do pieca dołożyła jej wycieczka do więzienia, i jeszcze jej telefon. A teraz to jak nawet nie potrafiła na niego spojrzeć. Jakby kurwa jej coś zrobił.
Był winny. Wciągnął ją w to wszystko...
Zahamował gwałtownie gdzieś w pierwszym lepszym zjeździe z autostrady, w ciemnej drodze chuj wie gdzie. Szarpnęło nimi, a pasy wbiły się w obojczyki i brzuchy.
- Zamierzasz ze mną porozmawiać? - bo od wczoraj znowu szło im to mocno chujowo. Najpierw on sobie poszedł, przy śniadaniu ona nie odezwała się do niego ani jednym słowem. A teraz... Teraz znowu to pierdolone milczenie.
Nienawidził go.
Cisza nigdy nie zwiastowała niczego dobrego.

¿Planeas hablar conmigo?

desperate times call for desperate measures

: śr sie 12, 2026 7:05 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa, przemoc
Miał rację — pojebało ją.
Pojebało ją, kiedy myślała, że jest w stanie załatwić to wszystko sama. Że to wszystko z Daltonem, to co czuła, to jak nie radziła sobie z emocjami i narastającymi atakami paniki miała już za sobą. Chciała mieć. Myślała, że miała. A jednak dzisiejszy dzień uświadomił ją, że wcale. Że za grosz tego w sobie nie przepracowała. Że jej największym mankamentem i czymś czego nie potrafiła przeboleć było bycie bezsilną. Bezbronną. Ta pierdolona niemoc, że kiedy najbardziej tego powitrzebowałsa, nie umiała się ruszyć.
Nigdy wcześniej tak nie miała.
Nigdy niczego się nie bała.
A teraz? Teraz jedyne co siedziało w jej głowie, to desperacka potrzeba zagwarantowania mu bezpieczeństwa. Ta pierodlona chęć dowiedzenia się, kto chciał do skrzywdzić, co to była za kobieta i odjebanie jej pieprzone łba. Bała się o niego. Bała się, że to co stało się w lesie się powtórzy, a on już nie będzie mieć psa, który go uratuje. Jej też mogło nie być obok. A co gdyby była, ale znowu nie będzie umiała się ruszyć?
Kurwa.
Wysiadła z auta i przeszła do czarnego BMW. Szarpnęła za pas i chociaż zawsze wychodziło jej to nienagannie, teraz pas faktycznie się zaciął. Spróbowała jeszcze raz — znowu nic. Nie doszedł nawet do połowy. Wzięła głęboki wdech, zatrzymała się na moment i przymknęła oczy, a potem po-wo-li przeciągnęła pas i w końcu umieściła go w klipsie.
Nie chciała z nim rozmawiać. Nie wiedziała od czego zacząć. Nie wiedziała, jak miała z nim rozmawiać. Nie potrafiła przyznać się przed nim, że była słaba. Przecież byłby nią jeszcze bardziej zawiedziony. Zawsze mówił jej, że zakochał się w niej, bo była nieustraszona, bo niczego się nie bała… gdzie była ta Pilar? Bo ta na siedzeniu naprawdę zaczynała w siebie wątpić. A do tego jeszcze to gryzące uczucie na skórze i ustach po dotyku Daltona…
Powiesz mi, co się stało?
Po co? — rzuciła aż za bardzo spokojnie, chociaż w środku wszystko w niej wrzało. — Żebyś zaczął się na mnie wydzierać? — wiedziała przecież, że był zły. Emocje kipiały z niego na wszystkie strony, ręka nerwów chodziła mu po kierownicy i nawet sposób, w jaki naciskał pedał gazu kompletnie różnił się od tego, jak jeździł zazwyczaj.
Oboje lubili szybką jazdę, ale zawsze podchodzili do niej stopniowo, żeby nie zajechać auta. On kompletnie teraz o to nie dbał. Wyjechał na autostradę, sunął pomiędzy autami, niektóre nawet na niego trąbiły. Zapierdalał jak pirat drogowy i brakowało w tym wszystkim jedynie policji jako jebanej wisienki na torcie. I może by na nią trafili, gdyby on nagle nie skręcił gwałtownie w poboczny zjazd i nie zatrzymał się z piskiem opon na jakimś kompletnym zadupiu. Pilar momentalnie poczuła jak pas wbija się jej w żebra i obojczyk. Aż syknęła z bólu, bo kawałek nawet drasnął jej ranę na szyi.
Serce biło jej jak szalone. Wiedziała, że będzie musiała z nim w końcu porozmawiać, ale miała w sobie jakaś taką blokadę. Jakby czuła, że z chwilą, w której zacznie mówić, kompletnie się rozklei. Rozsypie na milion jebanych kawałków i nawet on nie będzie w stanie jej pozbierać.
Jedź na sale — wyrzuciła w końcu z siebie w odpowiedzi na jego pytanie. Nawet na niego nie spojrzała. Patrzyła pusto przed siebie, znowu zaciskając paznokcie tym razem na bandażu, który nasiąkał coraz bardziej świeżą krwią. Dopiero po chwili odwróciła głowę, zaglądając mu w oczy. W te kurwa przepiękne, czekoladowe oczy, które kochała jak nic innego na świecie. — Powiem ci wszystko, obiecuje — wtrąciła. — Ale błagam jedź na sale, bo jak zaraz w coś nie przypierdole… — zacisnęła mocniej palce, finalnie uderzając głową o zagłówek. — Proszę — dodała już ciszej. Błagalnie prawie.
Musiał ją zrozumieć. Tez się bił. Wiedział jak uwalniające było móc przyjebać w worek albo kogoś, wyładować emocje, puścić ten cały gniew, który siedział w środku. A on… tak, ruszył w końcu. Skierował się w stronę salki, którą często wynajmowali, w której już nie raz ćwiczyli i się lali.
Pilar milczała całą drogę. Czuła jedynie jak niszczą ją od środka te wszystkie emocje, te uczucia mieszające się ze sobą i chociaż nawet na niego nie patrzyła, widziała przed oczami jego pełne zawodu spojrzenie. Ono było chyba jeszcze gorsze niż to, co zrobił jej Dalton, a już na pewno bolało bardziej.
Gdy tylko zaparkował auto, ona wypadła jako pierwsza. Nawet raz się na niego nie odwróciła. Przeszła prosto do recepcji i wpisała się na listę, przypisując pierwszą, lepszą salę z workiem treningowym. W środku nawet nie zdjęła butów czy kurtki. Po prostu ruszyła przed siebie w pierwszej chwili po prostu kopnęła z całej siły w drewnianą skrzynie. Mocno. Tak że prawie pękła u nasady. Wplątała palce we włosy i zrobiła jedno kółko dookoła. Kątem oka widziała, że na nią patrzył, ale nawet bez tego czuła na sobie jego spojrzenie. Nim jednak się odezwała, wzięła zamach i zdrową ręką przywaliła w cięzki worek. Ten zaś zachwiał się prawie do samej ściany.
Poszłam tam… — zaczęła w końcu, łapiąc większy oddech. — Bo to zdjęcie z Sombrą i znicz też było od niego — wyjawiła. I to wcale nie tak, że to przed nim ukryła. Chciała mu o tym powiedzieć, ale przecież on sobie kurwa poszedł. Zakończył ich rozmowę na powiedzeniu swojego i po prostu wyjebał przez drzwi wracając późno, więc nawet nie mógł mieć do niej o to pretensji. — Było z tyłu podpisane. Użył zwrotu, którym tylko on się do mnie zwraca — znowu przyjebała z całej siły w worek. I znowu. — I może bym ci nawet o tym powiedziała, gdybyś wczoraj nie spierdolił — warknęła, tym razem kopiąc worek kilkakrotnie, aż za którymś razem ją odrzuciło do tyłu. — Gdybyś znowu nie zostawił mnie samej w mieszkaniu… — nakręcała się, czując jak na razie tylko się w niej wszystko gromadzi, a nie uchodzi. Niemniej kontynuowała, co chwile robiąc przerwę na uderzenia i złapanie oddechu. — W każdym razie… Dowiedziałam się, że przychodzi do niego… jakaś kobieta. Przedstawia się jako Pilar, nosi czerwone sukienki i kocha… — kolejny uderzenie. — Rozmawiać… — kolejne. — O nas — walnęła tak mocno, że worek aż odbił się od ściany, a ona przelotnie podniosła na niego spojrzenie. Zrzuciła z siebie kurtkę, ciskając ją na ziemię, a kiedy worek wrócił, przytrzymała go dłońmi przyciskając do niego palce tak mocno, że knykcie jej pobledły. Jakby chciała go zgnieść. — Zna nas, a ciebie nienawidzi równie mocno jak on — i znowu zaczęła uderzać, tym razem o wiele bardziej chaotycznie. — Obiecała mu… — nawet nie zauważyła, że zaczęła używać do tego obu rąk, a z tej zranionej momentalnie poleciała krew. — Że pomoże cię zabić — ostatnie słowa ledwo przeszły jej przez gardło wraz z uderzeniem, które już na dobre puściło jej krew po przedramieniu. Klatka piersiowa szalała jej w chaotycznych unosach, serce łomotało, a głowa… ona nie mogła wyrzucić z siebie jego głosu. Tego pełnego obłędu, obrzydliwego głosu. Teraz już kurwa Madox wiedział, czemu się tak zachowywała? Czemu miała w sobie tyle strachu? A przecież to był tylko wierzchowłek góry lodowej tego wszystkiego, co tam się stało.

Me preocupo por ti.