we used to be on fire, but now we're cold, cold, cold
: ndz sie 30, 2026 1:45 am
Nie była niezniszczalna. To dlaczego czuła się tak, jakby była? Dlaczego odnosiła wrażenie, że mogłaby przenosić góry, jeśli tylko wystarczająco mocno by się postarała? Adrenalina napędzała ją do działania. Nie dbała o to, że coś może jej się stać, kiedy wbiegała do płonącego budynku, który w każdej chwili mógł runąć i zawalić jej się na łeb. W takich momentach własne bezpieczeństwo schodziło na dalszy plan. Miała sprzęt i była przeszkolona. A w środku byli ludzi, których trzeba było stamtąd wyciągnąć. To wystarczało, żeby ruszyć dalej.
Strach pojawiał się dopiero wtedy, kiedy docierało do niej, że tym razem nie chodziło wyłącznie o nią. Że gdzieś piętro wyżej znajdowało się dziecko, które nie miało pojęcia, co się dzieje oraz jego matka - zbyt przerażony, żeby samodzielnie znaleźć drogę do wyjścia. Wtedy adrenalina mieszała się z paraliżującą świadomością odpowiedzialności. Mogła zignorować myśl, że strop może spaść jej na głowę. Znacznie trudniej było zignorować świadomość, że jedna zła decyzja może kosztować kogoś życie.
Mimo to jej mózg działał na pełnych obrotach. Nie było czasu na panikę ani roztrząsanie tego, co mogło pójść nie tak. Musiała myśleć, oceniać sytuację i reagować szybciej, niż zdążyłaby się przestraszyć. Właśnie dlatego mogła biec dalej, nawet kiedy każda rozsądna część jej umysłu powinna krzyczeć, żeby się zatrzymała. Teddy po prostu jeszcze nie nauczyła się bać o siebie tak samo, jak bała się o innych. Możliwe, że nigdy się tego nie nauczy.
— Wyciągniemy ich stamtąd. Dotrzymam słowa — odparła z przekonaniem w głosie. Obietnica była prawdziwa, a ona nie była gołosłowna. Skoro już powiedziała tej kobiecie, że sprowadzą jej rodzinę na dół, zamierzała zrobić wszystko, żeby tak właśnie się stało. Carver mogła wygłaszać swoje wywody, przypominać o procedurach i próbować przemówić jej do rozsądku, ale przecież i tak nie miała większych szans, kiedy Darling coś sobie ubzdurała.
Może nie była tak doświadczona jak starsi koledzy i wciąż miała więcej entuzjazmu niż rozsądku, ale nadrabiała to determinacją. Zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby znaleźć kobietę i jej trzyletniego syna. A jeśli przy okazji będzie musiała wejść w ogień po raz kolejny, trudno. Od tego przecież była. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyła.
Donovan skinął głową, od razu zgadzając się na przydzielone zadania. On też należał do tych, którzy woleli działać niż stać w miejscu i dyskutować, co zrobić. Gdyby był z nimi kapitan Whitman, pewnie zdążyłby już wyrecytować całą listę regułek, przypomnieć im o procedurach i trzy razy zaznaczyć, że nie mają robić niczego na własną rękę. Tym razem nie było czasu na długie narady.
Przeszukiwały kolejne pomieszczenia pierwszego mieszkania, ale było puste. Drugie drzwi były zassane, a zza nich dobiegał płacz dziecka. Darling zacisnęła usta w wąską linią. Dzieciak żył. To dobrze. I dobrze, że kilka mieszkań dalej był Jett. Bez niego absolutnie nie dałyby rady dostać się do środka. Wyważył drzwi własnym ciałem i do razu dopadł do zapłakanego malucha.
Huk był tak potężny, że Teddy aż podskoczyła. Zadzwoniło jej w uszach i przez chwilę miała wrażenie, że nic nie słyszy. Oprzytomniała dopiero z kolejnym buchnięciem gorącego powietrza. Oknami szarpnęło, a szkło posypało na usmoloną posadzkę. Donovan zasłonił chłopca własnym ciałem. Wziął go w ramiona i i odskoczył na bezpieczną odległość. Odłamki szkła poprzyczepiały mu się do munduru.
Darling rozejrzała się po pomieszczeniu. Nigdzie w pobliżu nie było matki dziecka. Znikąd nie dochodziły również żadne nawoływanie o pomoc. Już chciała ruszyć do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie ogień trawił kolejne ściany, ale Donovan chwycił ją za ramię.
— Teds, nie — pokręcił głową, przytulając do piersi chłopca. — Musimy wracać — oznajmił i spojrzał wymownie na Bunny.
— Co? — wyrwało się młodszej strażaczce. — Nie! Nie ma mowy. Nie możemy jej tutaj zostawić! Puść mnie. Puszczaj mnie, do kurwy nędzy! — wrzasnęła, ale Jett miał chyba rękę ze stali. Chłopiec mocniej wcisnął twarz w jego ramię i zachlipał cicho.
Darling natomiast wypuściła głośno powietrze przez nos i podniosła wzrok na Carver. Spojrzała jej prosto w oczy, chociaż obie miały osłony przy hełmach brudne od sadzy.
— Powiedz mu — powiedziała i tym razem to ona chwyciła ją za rękaw munduru. — Powiedz mu, że musimy po nią iść — dodała przez zaciśnięte zęby. Dlaczego tak stali? Dlaczego nic nie robili. — Świetnie. W takim razie pójdę sama — wyszarpała się z uścisku Donovana, który zrobił krok w jej stronę, ale ze względu na chłopca, którego trzymał w ramionach, musiał się cofnąć.
— Nie pozwól jej, Carver — zwrócił się do drugiej strażaczki. — Naprawdę musimy spadać. Teraz. Przecież to zaraz wszystko pierdolnie! — krzyknął, dostrzegając spadające kawałki sufit, które zaczęły kolejną opadać na podłogę przy wejściu do salonu.
Bunny Carver
Strach pojawiał się dopiero wtedy, kiedy docierało do niej, że tym razem nie chodziło wyłącznie o nią. Że gdzieś piętro wyżej znajdowało się dziecko, które nie miało pojęcia, co się dzieje oraz jego matka - zbyt przerażony, żeby samodzielnie znaleźć drogę do wyjścia. Wtedy adrenalina mieszała się z paraliżującą świadomością odpowiedzialności. Mogła zignorować myśl, że strop może spaść jej na głowę. Znacznie trudniej było zignorować świadomość, że jedna zła decyzja może kosztować kogoś życie.
Mimo to jej mózg działał na pełnych obrotach. Nie było czasu na panikę ani roztrząsanie tego, co mogło pójść nie tak. Musiała myśleć, oceniać sytuację i reagować szybciej, niż zdążyłaby się przestraszyć. Właśnie dlatego mogła biec dalej, nawet kiedy każda rozsądna część jej umysłu powinna krzyczeć, żeby się zatrzymała. Teddy po prostu jeszcze nie nauczyła się bać o siebie tak samo, jak bała się o innych. Możliwe, że nigdy się tego nie nauczy.
— Wyciągniemy ich stamtąd. Dotrzymam słowa — odparła z przekonaniem w głosie. Obietnica była prawdziwa, a ona nie była gołosłowna. Skoro już powiedziała tej kobiecie, że sprowadzą jej rodzinę na dół, zamierzała zrobić wszystko, żeby tak właśnie się stało. Carver mogła wygłaszać swoje wywody, przypominać o procedurach i próbować przemówić jej do rozsądku, ale przecież i tak nie miała większych szans, kiedy Darling coś sobie ubzdurała.
Może nie była tak doświadczona jak starsi koledzy i wciąż miała więcej entuzjazmu niż rozsądku, ale nadrabiała to determinacją. Zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby znaleźć kobietę i jej trzyletniego syna. A jeśli przy okazji będzie musiała wejść w ogień po raz kolejny, trudno. Od tego przecież była. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyła.
Donovan skinął głową, od razu zgadzając się na przydzielone zadania. On też należał do tych, którzy woleli działać niż stać w miejscu i dyskutować, co zrobić. Gdyby był z nimi kapitan Whitman, pewnie zdążyłby już wyrecytować całą listę regułek, przypomnieć im o procedurach i trzy razy zaznaczyć, że nie mają robić niczego na własną rękę. Tym razem nie było czasu na długie narady.
Przeszukiwały kolejne pomieszczenia pierwszego mieszkania, ale było puste. Drugie drzwi były zassane, a zza nich dobiegał płacz dziecka. Darling zacisnęła usta w wąską linią. Dzieciak żył. To dobrze. I dobrze, że kilka mieszkań dalej był Jett. Bez niego absolutnie nie dałyby rady dostać się do środka. Wyważył drzwi własnym ciałem i do razu dopadł do zapłakanego malucha.
Huk był tak potężny, że Teddy aż podskoczyła. Zadzwoniło jej w uszach i przez chwilę miała wrażenie, że nic nie słyszy. Oprzytomniała dopiero z kolejnym buchnięciem gorącego powietrza. Oknami szarpnęło, a szkło posypało na usmoloną posadzkę. Donovan zasłonił chłopca własnym ciałem. Wziął go w ramiona i i odskoczył na bezpieczną odległość. Odłamki szkła poprzyczepiały mu się do munduru.
Darling rozejrzała się po pomieszczeniu. Nigdzie w pobliżu nie było matki dziecka. Znikąd nie dochodziły również żadne nawoływanie o pomoc. Już chciała ruszyć do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie ogień trawił kolejne ściany, ale Donovan chwycił ją za ramię.
— Teds, nie — pokręcił głową, przytulając do piersi chłopca. — Musimy wracać — oznajmił i spojrzał wymownie na Bunny.
— Co? — wyrwało się młodszej strażaczce. — Nie! Nie ma mowy. Nie możemy jej tutaj zostawić! Puść mnie. Puszczaj mnie, do kurwy nędzy! — wrzasnęła, ale Jett miał chyba rękę ze stali. Chłopiec mocniej wcisnął twarz w jego ramię i zachlipał cicho.
Darling natomiast wypuściła głośno powietrze przez nos i podniosła wzrok na Carver. Spojrzała jej prosto w oczy, chociaż obie miały osłony przy hełmach brudne od sadzy.
— Powiedz mu — powiedziała i tym razem to ona chwyciła ją za rękaw munduru. — Powiedz mu, że musimy po nią iść — dodała przez zaciśnięte zęby. Dlaczego tak stali? Dlaczego nic nie robili. — Świetnie. W takim razie pójdę sama — wyszarpała się z uścisku Donovana, który zrobił krok w jej stronę, ale ze względu na chłopca, którego trzymał w ramionach, musiał się cofnąć.
— Nie pozwól jej, Carver — zwrócił się do drugiej strażaczki. — Naprawdę musimy spadać. Teraz. Przecież to zaraz wszystko pierdolnie! — krzyknął, dostrzegając spadające kawałki sufit, które zaczęły kolejną opadać na podłogę przy wejściu do salonu.
Bunny Carver