Strona 2 z 2

little troublemaker

: pn lis 02, 2026 7:23 pm
autor: Caleb Fairchild
— Hazelnut. Co się z tobą stało? — zaśmiał się, spoglądając na nią z niedowierzaniem. Gdzie ta ostra, oschła i mądra dziewczyna, z którą notorycznie kłócił się na komendzie albo w sądzie. Rozpłynęła się pod wpływem alkoholu? Caleb miał coraz większą trudność ze zgrywaniem tego dorosłego, bo dziewczyna była rozkoszna, gdy tak wpatrywała się w niego, próbując mu wmówić, że zdrowy rozsądek jest przereklamowany. Szczególnie, że był święcie przekonany, że w normalnych okolicznościach, to byłaby pierwsza, żeby ściągnąć go na ziemię. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zaczęła jej się chyba ta pijacka faza dumania, dlatego prokurator chciał temu zapobiec, póki miał na to jeszcze czas. — Buzia kompletnie ci się nie zamyka po alkoholu, co? — rzucił z rozbawieniem, bo nie uważał tego za jakiś problem, ale dość trafne stwierdzenie. — Ranisz moją dumę, Brooks. Nie wierzysz mi — westchnął teatralnie, jakby naprawdę miał się za jakiegoś geniusza. Głupi nie był, ale za jakieś odkrycie dekady nie można było go uznać. Do tego byłoby mu zdecydowanie za daleko.

— Tak. To ta jedna rzecz, która wywraca twoje życie do góry nogami i sprawia, że zmieniasz całą zaplanowaną trasę i perspektywę — mruknął. Za każdym razem, gdy o tym wspominał, przed jego oczami pojawiały się obrazy z liceum; z treningów i z rozmów z trenerami, którzy widzieli w nim sportowy potencjał. Nie żałował, że został prokuratorem, jednak nie potrafił całkowicie wyzbyć się tego typowego a co gdyby. Wtedy nie miałby najmniejszego prawa do badania sprawy siostry, a dzięki temu miał chociaż możliwość, żeby w każdej chwili od nowa w tym pogrzebać. Choć czy nie lepiej byłoby po prostu pogodzić się z jej śmiercią? Jego życie mogłoby być spokojniejsze i nic nie ciążyłoby mu tak bardzo przez całe dorosłe życie. — Może wolałbym teraz wiedzieć? — zasugerował niewinnie, jakby to mogło ją do czegokolwiek przekonać. — To kim innym chciałaś zostać? — rzucił. Elena zawsze chciała być modelką, więc przywykł do takich gwiazdorskich ról, wybieranych przez dziewczyny. Z jakiegoś powodu uznał, że reszta pewnie myślała podobnie, co było nieco stereotypowe z jego strony.

— Kto niby ustala te głupie zasady? — zaśmiał się, gdy Hazel ujęła jego twarz, by znów go pocałować. I to trzy razy. Cholera, to zaczynało wymykać mu się spod kontroli. Zachowywali się jak para, a nie znajomi z pracy; i co więcej, Caleb na to pozwalał bez jakichkolwiek wątpliwości. Ogłupiał. Jak na fakt, że jeszcze nie tak dawno, nie potrafili na siebie spojrzeć, to całowanie przychodziło im bardzo łatwo. — Jezu, Hazel. Nie dziwię się, że masz tak fajny tyłek, skoro mieszkasz tak wysoko — mruknął, nim zdążył ugryźć się w język. No cóż. Przynajmniej nie kłamał. Wejście na szóste piętro nie było najłatwiejszym zadaniem, ale i tak poradził sobie całkiem dobrze. Zaśmiał się kpiąco, gdy dziewczyna wyraźnie dała mu do zrozumienia, że sama ledwie zipała. Fairchild stanął w progu do jej mieszkania, czując się tak, jakby podejmował niewyobrażalnie istotną decyzję. Dopiero po krótkiej chwili, wszedł do środka, przyzwyczajając oczy do panującej w środku (a właściwie to wszędzie) ciemności. — Zwykle tak to się właśnie zaczyna. Albo jak jakiś słaby horror — mruknął, zamykając za sobą drzwi. Nie sądził, żeby świat miała nagle zalać fala zombie czy innych dziwnych stworzeń, co nie zmieniało jednak faktu, że sytuacja była dość... niepokojąca.

Gdy Hazel do niego podeszła, zaraz przesuwając dłońmi po jego klatce piersiowej, Caleb nieco spoważniał. Boże, nienawidził tego etapu w relacjach — to był czas, gdy zwykle uciekał ze swoich przygodnych romansów, bo kobiety nagle chciały więcej. Więcej poświęcenia, więcej wyznań, więcej... określania się. Nie zdążył jednak nawet otworzyć ust, bo Hazel przyciągnęła go do siebie za sznurki od kaptura, przez co musiał przytrzymać się szafki, by na nią nie wpaść. To nie będzie łatwe.
— Brooks. Czego ty tak właściwie ode mnie oczekujesz, co? — mruknął cicho, nie odsuwając się od niej, ale nie decydując się na nic więcej. — Nienawidzimy się, nie pamiętasz? — przypomniał jej, zatrzymując spojrzenie na jej jasnych oczach. — Cholera, tylko to wszystko skomplikujemy — wymamrotał, unosząc palce, by odgarnąć jej kosmyk włosów z twarzy. — Zbyt naturalnie przychodzi ci to całe... uwodzenie mnie — stwierdził. Żałował, że nie widział wyrazu jej buzi w tym momencie, to by ułatwiło mu tę rozmowę. — To będzie problematyczne — dodał.

Hazelnut