— Bycie rozsądnym jest przereklamowane — westchnęła.
— Dorosłość wymaga tego na co dzień, więc dlaczego nie można od czasu do czasu po prostu przestać kierować się rozsądkiem? — zapytała, wkraczając w kolejną fazę, czyli rozmyślania. Całe szczęście, Brook bardzo chętnie doradzała innym, jednak rzadko kiedy żaliła się, narzekała na swoje życie osobiste lub co gorsza, zdradzała swoją przeszłość. O niektórych tematach po prostu się nie rozmawiało.
Teraz jednak chciała go namówić, aby przestał być rozsądny i choć raz postąpił tak, jak ona chciała.
Wywróciła oczami, jednak Caleb najwidoczniej zdążył się na niej poznać szybciej niż później. Nie miała zbyt dużych zdolności wokalnych, chociaż czasami pijane karaoke było najlepszą rzeczą, aby oczyścić się ze zbędnych myśli i emocji, gdy można było wykrzyczeć teksty piosenek, nie zważając na innych.
— Prawdziwego geniusza? Może w takim razie powinnam cię gdzieś zgłosić? Pobijesz jakiś rekord guinessa? — zapytała, odpierając jego droczenie się. W takim stanie, Hazel o wiele mniej myślała, co mówiła, przez co mogła czasami być bardziej irytująca, ale też wyszczekana. Cóż, miała słabą głowę, tak? I Fairchild już miał szansę raz się o tym przekonać.
— Sztywniaro?! — oburzyła się.
— Dobrze, panie rozsądny. W takim razie tworzymy świetny duecik — parsknęła. Ona sztywna, on rozsądny — to zapowiadało się na najnudniejszy powrót do domu, jednak ani jedno, ani drugie, nie miało realnego przełożenia na rzeczywistość. Choć prawda była taka, że już nie powinna się z nim zakładać i droczyć, bo wychodziła na tym gorzej. Teraz w końcu miała mu do oddania ponad czterdzieści buziaków, całe szczęście, że w rozłożonych w ratach, jednak… czy na trzeźwo będzie taka chętna, aby spłacić swój dług? Jeśli o tym nie będzie pamiętać, to na pewno stwierdzi, że wkręcał ją w jakąś bujdę.
— Dobrą motywację? — zagadnęła, zainteresowana, co mogło być dla niego motywacją, aby zabrać się za sumienną naukę.
Co to ma znaczyć?; uśmiechnęła się słodko na jego pytanie.
— Może dowiesz się, w swoim czasie — odpowiedziała, hamując swoją szczerość chociaż w tym jednym momencie. Jeszcze jego ego wybuchłoby, gdyby dowiedział się, że piłkarze zazwyczaj byli przystojni, więc on też by do nich pasował. Poza tym, spoglądała na niego i naprawdę była w stanie dostrzec w nim sportowca. Jeśli trenował lata, to być może został w nim pewien dryg.
— Hmm, nigdy nie myślałam o modelingu i aktorstwie — rzuciła z lekkim uśmiechem. Zaczynając od tego, że będąc w domu dziecka nie miała aspiracji na studia. Dopiero po tym, gdy znalazła się w drugiej rodzinie, jej nadzieja wróciła, bo w końcu natrafiła na normalnych ludzi, a nie na katolików, którzy najchętniej wszystkie swoje córki umieściliby w zakonie. Może to i lepiej, że wyrwała się z rąk szatana, przebranego w Boską szatę?
— Możesz w sumie sprawdzić, jak szybka jestem — stwierdziła, nieco łamiąc się. Niewiele brakowało, aby zgodziła się, żeby ją odprowadził.
Jej skupienie przeniosło się na coś innego. Caleb stał się jeszcze bardziej interesujący niż przed chwilą, a jego miękkie usta przypominały mu chłodny wieczór na pomoście.
— Ej no — mruknęła, kiedy stwierdził, że długi i czuły pocałunek, zaliczy jako jeden.
— Liczymy muśnięcia — zauważyła, biorąc jego twarz w dłonie i krótko pocałowała go trzy razy w usta.
— Trzy — rzuciła zadowolona, patrząc na niego z rozbawieniem. A zaraz zadał to pytanie i nie mogła powstrzymać się, żeby nie zagryźć delikatnie dolnej wargi.
— Zależy, jak bardzo chcesz być rozsądny — przypomniała mu jego wcześniejsze słowa i uniosła brew. Cholera, jebać to. Nie mogła go blokować, już prawie uległa… aż nagle wszystko zgasło. Zrobiło się wręcz przerażająco ciemno i w tym momencie zdecydowanie nie chciała iść sama do domu. Nawet nie wiedziała, że gdzieś w głębi niej siedział strach przed taką głęboką ciemnością. Rozejrzała się przez szybę i nie świecił się ani jeden punkt. W co niektórych mieszkaniach pojawiało się jedynie światło, spowodowane zapaleniem świeczki. Była w szoku, a jej zdziwieniem pogłębiło się, gdy zaraz Caleb otworzył jej drzwi i podał rękę, pomagając wyjść z samochodu.
Dżentelmen, o jakiego bym go nie podejrzewała; to była jej pierwsza myśl, ale postanowiła się z nim nie droczyć, bo… jednak będzie potrzebować pomocy z dotarciem do domu. Domofon nie działał, więc otworzyła drzwi kluczem. Winda nie działała — no dosłownie wszystko umarło.
— Mam nadzieję, że masz dobrą kondycję, żeby wdrapać się na szóste piętro — westchnęła, sama mając już dość w połowie i nawet nie komentując tego, jeśli postanowił się z niej podśmiewywać. Dotarli na wskazane piętro, otworzyła drzwi, nie zamykając ich za sobą, tylko zostawiając otwarte, z niemym przyzwoleniem, żeby wszedł za nią. Podjęła próbę zapalenia światła, jednak na darmo, bo włącznik ani na korytarzu, ani w pokoju obok, nie reagował. Podeszła do okna w salonie, z którego miała ładny widok na panoramę miasta i westchnęła, bo Toronto… było pogrążone w całkowitej ciemności, jedynie z kilkoma, tlącymi się punktami, które najprawdopodobniej posiadały zapasowe agregaty.
— Przerażający widok — powiedziała cicho, spoglądając za okno i odwróciła się w jego kierunku.
— Czy tak zaczyna się apokalipsa zombie? — parsknęła śmiechem, podchodząc do niego o kilka kroków. Wokół nich było strasznie ciemno, więc jedynie schyliła się w kierunku stolika kawowego, gdzie stała jej ulubiona świeczka i zapaliła ją, dziękując sobie, że chociaż coś było pod ręką.
W jej głowie tliła się dziwna myśl, którą musiała zgasić w zarodku, ale nie podobało jej się zostanie samej na noc. Miała kilka argumentów ku temu, bo po pierwsze, we dwójkę byłoby raźniej, po drugie, bezpieczniej, a po trzecie… chyba się nim jeszcze nie nacieszyła. Jakkolwiek absurdalnie to nie brzmiało, nie chciała, żeby sobie szedł. Położyła płasko dłonie na jego klatce piersiowej, przejeżdżając nimi do ramion i zaraz wracając tą samą drogą, do punktu wyjścia.
— Zaproponowałabym herbatę, ale sam rozumiesz… chyba że lubisz ice tea — zażartowała, czując się nieco spięta tą niewiadomą, w której się właśnie znaleźli. Chwyciła za jego dwa sznurki od kaptura, okręcając sobie je wokół palców wskazujących i przyciągając do siebie, aby mieć go bardziej na wyciągnięcie ręki, a nawet na wyciągnięcie ust. Nie złączyła ich razem, przez chwilę kłócąc się sama ze sobą i przez chwile próbując być tą rozsądną. Nie szło jej to zbyt dobrze. Uniosła spojrzenie na jego jasne tęczówki, w których teraz odbijało się małe światło od świeczki.
— Co by było gdybym zapytała, czy zostaniesz? — wyszeptała w jego usta, zastanawiając się, czy popełnia błąd i jednocześnie sprawdzając, jak naprawdę silną wolę miał. Czy ulegnie?
will you give in?