book of the fallen
: pt paź 30, 2026 12:51 pm
Wciąż pamiętał zakleszczenie zalewające jego ciało w ciężkiej zbroi, gdy stał po kolana w błocie, obserwując w dali olbrzyma machającego maczugą na wszystkie strony i siekającego jego rycerzy. Nie był to strach, który znał z dzieciństwa, wyuczony na opowieściach o potworach i rycerzach ginących w ciemnych lasach. Nie przypominał też niepokoju, jaki towarzyszył mu przed pierwszym pojedynkiem, kiedy człowiek wciąż miał czas, by wyobrażać sobie własną porażkę. Było to coś znacznie bardziej pierwotnego. Ciało rozpoznawało zagrożenie, zanim umysł zdążył nadać mu nazwę. Mięśnie napinały się pod pancerzem, oddech zatrzymywał w gardle, a serce uderzało tak mocno, że Raphael przez chwilę miał wrażenie, iż słyszał je ponad szczękiem oręża. Nie mógł się cofnąć. Nie mógł również ruszyć naprzód. Błoto trzymało go za nogi, ciężar zbroi ciągnął w dół, a przed nim rosło coś, co nie powinno było należeć do ludzkiego świata.
Jego własna, drobna sylwetka sięgała olbrzymowi najwyżej do szyi, gdy kolos orał wszystkich na swojej drodze. Nie przypominał rycerza. Nie nosił pancerza, który mógłby go chronić, ani nie poruszał się według zasad, których uczono księcia na dziedzińcach zamkowych. Był wielki, nagi do pasa, umazany błotem i barwnikiem, z mięśniami napiętymi pod skórą niczym powrozy. W dłoniach trzymał młot, którego ciężar zdawał się wystarczający, by jednym uderzeniem roztrzaskać koński łeb albo wgnieść człowieka w ziemię. Nie potrzebował precyzji. Nie potrzebował finezji. Wystarczała mu siła. Zdawał się Ajaksem wybijającym Trojan, dzikim zmieszanym z ich bóstwami. Goliatem stojącym pośród Filistynów, tak wielkim, że pozostali wojownicy wyglądali przy nim jak dzieci. Raphael widział, jak olbrzym uderzał w tarcze, rozbijając szyki, jak koń stawał dęba, nim jeszcze dosięgła go broń, jak ludzie cofali się przed nim bez względu na rozkazy. Jeden z rycerzy próbował zatrzymać go włócznią. Drzewce pękło, a człowiek zniknął pod ciężarem młota. Inny ciął go w ramię, lecz ostrze ześlizgnęło się po skórze, pozostawiając jedynie płytką ranę. Olbrzym nawet się nie zatrzymał. Niestraszne były mu konie czy miecze. Nie zważał na krzyki, nie odwracał głowy, kiedy ktoś próbował zajść go z boku. Mordował wszystko i wszystkich na swojej drodze.
Bicie książęcego serca mówiło jedno — rzeźnia musiała się zakończyć. Raphael rozumiał, że jeśli pozwoliłby dotrzeć dzikiej sile do dalszej części szyku, nie miało być już czego zbierać. Nie pozostanie oddział, który można przegrupować, ani linia, którą dałoby się odbudować. Olbrzym nie był jedynie kolejnym przeciwnikiem. Stał się wyłomem w całej ich obronie, żywym narzędziem rozbijającym porządek, na którym opierała się walka rycerzy.
Musiał go pokonać. Musiał uratować resztę ludzi, którzy stali u jego boku.
Nie pamiętał później, w którym momencie ruszył. Być może wydał jakiś rozkaz. Być może ktoś krzyczał jego imię, próbując go zatrzymać. Pamiętał natomiast błoto rozpryskujące się spod nóg, ciężar miecza w dłoni i oddech, który nie chciał przejść przez gardło. Pamiętał, że olbrzym odwrócił się ku niemu, jakby dopiero teraz zauważył, że na jego drodze stanął ktoś, kto nie zamierzał ustąpić. Nie było w tym uznania dla przeciwnika. Była irytacja zwierzęcia, któremu przeszkodzono w marszu.
Raphael nie mógł mierzyć się z nim siłą. Wiedział o tym od pierwszej chwili. Każde uderzenie młota mogło zakończyć walkę, nawet jeśli nie trafiłoby bezpośrednio w jego ciało. Musiał więc pozbawić olbrzyma tego, co czyniło go niebezpiecznym: równowagi, swobody ruchu, pewności, że wszystko przed nim ustąpi. Nie walczył jak na turnieju. Nie było miejsca na honorowe czekanie na cios ani na piękny układ kling. Był tylko błotnisty grunt, ciężar przeciwnika i świadomość, że jeden błąd wystarczał.
Pamiętał uderzenie, po którym ziemia zadrżała. Pamiętał, jak młot minął go o szerokość ramienia, rozrywając błoto i kamienie. Pamiętał własne kolano osuwające się pod ciężarem zbroi. Przez chwilę widział jedynie nogi olbrzyma, ogromne, oblepione ziemią, i zrozumiał, że jeśli nie zdoła znaleźć sposobu, by go zatrzymać, zostanie stratowany, zanim ktokolwiek zdąży mu pomóc. Nie było w tym nic bohaterskiego. Nie było piękna. Była walka o oddech, o kilka cali przestrzeni, o możliwość podniesienia miecza raz jeszcze.
Kiedy olbrzym w końcu upadł, nie było triumfu. Był hałas, potem cisza, a później krzyk ludzi, którzy nie potrafili uwierzyć, że coś tak wielkiego może leżeć nieruchomo. Raphael stał nad nim, dysząc ciężko, z ramieniem drżącym od wysiłku. Nie pamiętał, czy powiedział coś do poległego. Nie pamiętał nawet, czy spojrzał mu w twarz. Pamiętał jedynie, że przez moment czuł się mniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Nie dlatego, że przegrał, ale dlatego, że zwycięstwo nie przyniosło mu żadnej ulgi. Pamiętał, że opadł na kolana wyczerpany. Zmówił modlitwy do patronów, wiedząc, że w głównej kaplicy kapłani odmawiali nieustanne litanie. Ich wargi pękały od ciągłego ruchu, od jednego świtu do drugiego. We śnie zdawali się szeptać błagania niczym mantrę, nie raz padając z wycieńczenia. Niektórzy uciekli, najwierniejsi pozostali. Opłakiwali zmarłych, błogosławili żywych. Dzwony rozbrzmiewały nawet wtedy, gdy nikt nie miał już siły ich słuchać, a świece wypalały się do końca, pozostawiając na kamiennych lichtarzach zastygłe strugi wosku. Kapłani chodzili pomiędzy rannymi, kładli dłonie na rozpalonych czołach, szeptali modlitwy nad tymi, których nie można już było ocalić. Czasami ich głosy nikły w jękach konających. Czasami milczeli, bo nie pozostawało im nic więcej do powiedzenia.
Raphael modlił się również. Nie potrafiłby powiedzieć, czy wierzył, że patroni wysłuchają jego próśb, czy też po prostu potrzebował wypowiedzieć słowa, które przez chwilę pozwalały mu zachować porządek wewnątrz siebie. Prosił o siłę, choć wiedział, że nie mógł jej otrzymać w sposób, jakiego oczekiwał. Prosił o rozsądek, o to, by nie pomylić odwagi z pychą i obowiązku z uporem. Prosił za ludzi, których imion nie znał, za tych, którzy pozostali pod murami, i za tych, których ciała leżały jeszcze na polu. Nie prosił o zwycięstwo. To słowo wydawało mu się zbyt małe wobec tego, co widział.
Przez trzy dni po upadku olbrzyma nie wznowiono walk. Cisza, która nastała, była bardziej niepokojąca niż wcześniejszy zgiełk. Książę nie wiedział, czy śmierć wojownika oznaczała żałobę, naradę, czy może przygotowanie do kolejnego uderzenia. Nie wiedział też, czy Na’Ginni straciła kogoś bliskiego. Myśl ta powracała do niego, choć nie chciał jej dopuszczać. Człowiek, którego zabił, miał przecież własne imię, własnych ludzi i miejsce w ich porządku. Mógł być bratem, synem, mężem. Mógł być kimś, kogo śmierć zmieniła los całego plemienia.
Nie wiedział, czy dziecko, które znajdowało się nad ich głowami, było jego dzieckiem. Nie znał jego imienia, nie wiedział, czy pozostawił po sobie żonę, synów, córki, ani czy ktokolwiek z tych ludzi opłakiwał go tak, jak opłakiwano poległych rycerzy za murami zamku. Mógł jedynie przypuszczać, że śmierć człowieka o takiej posturze i sile nie przechodziła bez echa. Że nawet wśród wojowników, którzy przywykli do przemocy, musiała pozostawić po sobie pustkę. Spojrzał na dziecko, próbując odnaleźć w jego twarzy coś, co pozwoliłoby mu rozpoznać podobieństwo, ale nie miał do tego prawa. Nie znał ich twarzy dostatecznie dobrze, by odczytywać z nich rodzinne więzi. Nie znał ich historii. Znał jedynie ciężar własnego miecza i moment, w którym tamten człowiek przestał się poruszać.
Była to jednak pierwsza z wielu zmian, jakie w nim zaszła i doprowadziła go do tego momentu. Szedł teraz przy Matce Szeptów ramię w ramię, poza linią wroga, bez miecza, bez zbrojnej eskorty i bez żadnej z tych oznak władzy, za którymi zwykł ukrywać się książę. Pozwalał jej prowadzić się przez obozowisko, choć każdy krok oddalał go od ludzi, którzy mogliby przyjść mu z pomocą. Nie znał ścieżek, nie rozumiał znaków pozostawianych na drzewach ani słów, które wymieniali między sobą mijający ich wojownicy. Nie wiedział nawet, czy idą ku miejscu, z którego będzie mógł wrócić, czy też ku takiemu, z którego nie pozwolą mu odejść. Mimo to nie oglądał się za siebie. Nie chciał, by jego niepewność została pomylona ze strachem, choć nie zamierzał udawać przed samym sobą, że nie odczuwał żadnego zagrożenia.
Ja pokazać ci to. Ziemia pamiętać. Człowiek zapominać.
Słowa Na’Ginni posiadały osobliwą uporczywość. Nie były piękne w sposób, w jaki piękne potrafiły być sentencje uczonych, kapłanów czy poetów na królewskich dworach. Nie miały wyważonej składni ani kunsztu, którym można było zachwycać się podczas uczty. A jednak zawierały w sobie coś, czego nie potrafił odrzucić. Przypominały mu, że ziemia istniała przed ich sporami i miała pozostać po nich, obojętna na pieczęcie, herby i imiona wyryte na nagrobkach. Być może właśnie dlatego tak trudno było mu odpowiedzieć. Nie dlatego, że brakowało mu argumentów, lecz dlatego, że po raz pierwszy od wielu tygodni nie był pewien, czy argumenty, które znał, miały tutaj jakąkolwiek wartość.
- To też nasz dom - odezwał się w końcu po milczeniu, które zdawało się ciągnąć przez wieki.
Mówił wolno. Zwykle dobierał słowa z ostrożnością, jakby każde z nich miało zostać zapamiętane i użyte przeciwko niemu, ale tym razem nie potrafił całkowicie ukryć emocji. W jego głosie pobrzmiewała pasja, ból i rozżalenie, a pod nimi zmęczenie tak głębokie, że niemal fizyczne. Nie była to jednak skarga człowieka, który oczekiwał współczucia. Nie chciał, by Na’Ginni litowała się nad nim, tak samo jak nie zamierzał prosić jej o łaskę. Pragnął jedynie, by zrozumiała, że po drugiej stronie murów nie znajdowały się wyłącznie metalowe demony, jak nazywali ich jej ludzie.
- Sądzisz, że jesteśmy gorsi, bo różnimy się zwyczajami?
Nie zwalniał. Szedł u jej boku, świadomy kontrastu, jaki tworzyli. On, smukły, o niemal chłopięcej twarzy, której delikatność rysów pozostawała w osobliwej sprzeczności z ciężarem noszonej zbroi. Ciemne włosy opadały mu na czoło, a ostre linie policzków i szczęki nadawały obliczu surowość, której nie łagodziła nawet młodość. Metal obejmował jego ramiona, pierś i biodra, chrzęszcząc przy każdym kroku; nosił na sobie ciężar nie tylko żelaza, lecz również nazwiska, dziedzictwa i ludzi, których nie mógł pozostawić bez ochrony. Obok niego Na’Ginni wydawała się niemal nierzeczywista. Jej jasne, prawie białe włosy poruszały się na wietrze niczym pasma światła, opadając na ramiona i plecy, a blada twarz, okolona nimi jak delikatną koroną, miała w sobie spokój, który nie oznaczał łagodności. Ciemne oczy przeczyły tej jasności. Były uważne, nieustępliwe, osadzone w twarzy młodej kobiety, która nie potrzebowała ani korony, ani kamiennych sal, by ludzie szli za nią. On miał na sobie metal, ona własną skórę. On niósł ze sobą ślady walki, rany i zmęczenie, ona zdawała się należeć do tego miejsca tak naturalnie, jak drzewa, między którymi przechodzili. Nie wiedział, czy jej pozorna lekkość wynikała z siły, czy z obojętności wobec rzeczy, które dla niego były nieodłączną częścią świata. Nie zamierzał jednak uznawać jej za mniej groźną tylko dlatego, że nie nosiła zbroi.
- Wszyscy mamy prawo tu żyć - dodał w typowy dla siebie cichy, spokojny, niemal leniwy sposób. Nie powiedział, że wszyscy mieli prawo posiadać tę ziemię. To rozróżnienie, choć niewielkie, zaczynało nabierać dla niego znaczenia. Nie wiedział jeszcze, czy potrafił znaleźć z nią wspólny język, ale po raz pierwszy dopuszczał myśl, że być może nie musieli zgadzać się co do tego, do kogo należała ziemia, aby przestać przelewać na niej krew.
Ginny Wheeler
Jego własna, drobna sylwetka sięgała olbrzymowi najwyżej do szyi, gdy kolos orał wszystkich na swojej drodze. Nie przypominał rycerza. Nie nosił pancerza, który mógłby go chronić, ani nie poruszał się według zasad, których uczono księcia na dziedzińcach zamkowych. Był wielki, nagi do pasa, umazany błotem i barwnikiem, z mięśniami napiętymi pod skórą niczym powrozy. W dłoniach trzymał młot, którego ciężar zdawał się wystarczający, by jednym uderzeniem roztrzaskać koński łeb albo wgnieść człowieka w ziemię. Nie potrzebował precyzji. Nie potrzebował finezji. Wystarczała mu siła. Zdawał się Ajaksem wybijającym Trojan, dzikim zmieszanym z ich bóstwami. Goliatem stojącym pośród Filistynów, tak wielkim, że pozostali wojownicy wyglądali przy nim jak dzieci. Raphael widział, jak olbrzym uderzał w tarcze, rozbijając szyki, jak koń stawał dęba, nim jeszcze dosięgła go broń, jak ludzie cofali się przed nim bez względu na rozkazy. Jeden z rycerzy próbował zatrzymać go włócznią. Drzewce pękło, a człowiek zniknął pod ciężarem młota. Inny ciął go w ramię, lecz ostrze ześlizgnęło się po skórze, pozostawiając jedynie płytką ranę. Olbrzym nawet się nie zatrzymał. Niestraszne były mu konie czy miecze. Nie zważał na krzyki, nie odwracał głowy, kiedy ktoś próbował zajść go z boku. Mordował wszystko i wszystkich na swojej drodze.
Bicie książęcego serca mówiło jedno — rzeźnia musiała się zakończyć. Raphael rozumiał, że jeśli pozwoliłby dotrzeć dzikiej sile do dalszej części szyku, nie miało być już czego zbierać. Nie pozostanie oddział, który można przegrupować, ani linia, którą dałoby się odbudować. Olbrzym nie był jedynie kolejnym przeciwnikiem. Stał się wyłomem w całej ich obronie, żywym narzędziem rozbijającym porządek, na którym opierała się walka rycerzy.
Musiał go pokonać. Musiał uratować resztę ludzi, którzy stali u jego boku.
Nie pamiętał później, w którym momencie ruszył. Być może wydał jakiś rozkaz. Być może ktoś krzyczał jego imię, próbując go zatrzymać. Pamiętał natomiast błoto rozpryskujące się spod nóg, ciężar miecza w dłoni i oddech, który nie chciał przejść przez gardło. Pamiętał, że olbrzym odwrócił się ku niemu, jakby dopiero teraz zauważył, że na jego drodze stanął ktoś, kto nie zamierzał ustąpić. Nie było w tym uznania dla przeciwnika. Była irytacja zwierzęcia, któremu przeszkodzono w marszu.
Raphael nie mógł mierzyć się z nim siłą. Wiedział o tym od pierwszej chwili. Każde uderzenie młota mogło zakończyć walkę, nawet jeśli nie trafiłoby bezpośrednio w jego ciało. Musiał więc pozbawić olbrzyma tego, co czyniło go niebezpiecznym: równowagi, swobody ruchu, pewności, że wszystko przed nim ustąpi. Nie walczył jak na turnieju. Nie było miejsca na honorowe czekanie na cios ani na piękny układ kling. Był tylko błotnisty grunt, ciężar przeciwnika i świadomość, że jeden błąd wystarczał.
Pamiętał uderzenie, po którym ziemia zadrżała. Pamiętał, jak młot minął go o szerokość ramienia, rozrywając błoto i kamienie. Pamiętał własne kolano osuwające się pod ciężarem zbroi. Przez chwilę widział jedynie nogi olbrzyma, ogromne, oblepione ziemią, i zrozumiał, że jeśli nie zdoła znaleźć sposobu, by go zatrzymać, zostanie stratowany, zanim ktokolwiek zdąży mu pomóc. Nie było w tym nic bohaterskiego. Nie było piękna. Była walka o oddech, o kilka cali przestrzeni, o możliwość podniesienia miecza raz jeszcze.
Kiedy olbrzym w końcu upadł, nie było triumfu. Był hałas, potem cisza, a później krzyk ludzi, którzy nie potrafili uwierzyć, że coś tak wielkiego może leżeć nieruchomo. Raphael stał nad nim, dysząc ciężko, z ramieniem drżącym od wysiłku. Nie pamiętał, czy powiedział coś do poległego. Nie pamiętał nawet, czy spojrzał mu w twarz. Pamiętał jedynie, że przez moment czuł się mniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Nie dlatego, że przegrał, ale dlatego, że zwycięstwo nie przyniosło mu żadnej ulgi. Pamiętał, że opadł na kolana wyczerpany. Zmówił modlitwy do patronów, wiedząc, że w głównej kaplicy kapłani odmawiali nieustanne litanie. Ich wargi pękały od ciągłego ruchu, od jednego świtu do drugiego. We śnie zdawali się szeptać błagania niczym mantrę, nie raz padając z wycieńczenia. Niektórzy uciekli, najwierniejsi pozostali. Opłakiwali zmarłych, błogosławili żywych. Dzwony rozbrzmiewały nawet wtedy, gdy nikt nie miał już siły ich słuchać, a świece wypalały się do końca, pozostawiając na kamiennych lichtarzach zastygłe strugi wosku. Kapłani chodzili pomiędzy rannymi, kładli dłonie na rozpalonych czołach, szeptali modlitwy nad tymi, których nie można już było ocalić. Czasami ich głosy nikły w jękach konających. Czasami milczeli, bo nie pozostawało im nic więcej do powiedzenia.
Raphael modlił się również. Nie potrafiłby powiedzieć, czy wierzył, że patroni wysłuchają jego próśb, czy też po prostu potrzebował wypowiedzieć słowa, które przez chwilę pozwalały mu zachować porządek wewnątrz siebie. Prosił o siłę, choć wiedział, że nie mógł jej otrzymać w sposób, jakiego oczekiwał. Prosił o rozsądek, o to, by nie pomylić odwagi z pychą i obowiązku z uporem. Prosił za ludzi, których imion nie znał, za tych, którzy pozostali pod murami, i za tych, których ciała leżały jeszcze na polu. Nie prosił o zwycięstwo. To słowo wydawało mu się zbyt małe wobec tego, co widział.
Przez trzy dni po upadku olbrzyma nie wznowiono walk. Cisza, która nastała, była bardziej niepokojąca niż wcześniejszy zgiełk. Książę nie wiedział, czy śmierć wojownika oznaczała żałobę, naradę, czy może przygotowanie do kolejnego uderzenia. Nie wiedział też, czy Na’Ginni straciła kogoś bliskiego. Myśl ta powracała do niego, choć nie chciał jej dopuszczać. Człowiek, którego zabił, miał przecież własne imię, własnych ludzi i miejsce w ich porządku. Mógł być bratem, synem, mężem. Mógł być kimś, kogo śmierć zmieniła los całego plemienia.
Nie wiedział, czy dziecko, które znajdowało się nad ich głowami, było jego dzieckiem. Nie znał jego imienia, nie wiedział, czy pozostawił po sobie żonę, synów, córki, ani czy ktokolwiek z tych ludzi opłakiwał go tak, jak opłakiwano poległych rycerzy za murami zamku. Mógł jedynie przypuszczać, że śmierć człowieka o takiej posturze i sile nie przechodziła bez echa. Że nawet wśród wojowników, którzy przywykli do przemocy, musiała pozostawić po sobie pustkę. Spojrzał na dziecko, próbując odnaleźć w jego twarzy coś, co pozwoliłoby mu rozpoznać podobieństwo, ale nie miał do tego prawa. Nie znał ich twarzy dostatecznie dobrze, by odczytywać z nich rodzinne więzi. Nie znał ich historii. Znał jedynie ciężar własnego miecza i moment, w którym tamten człowiek przestał się poruszać.
Była to jednak pierwsza z wielu zmian, jakie w nim zaszła i doprowadziła go do tego momentu. Szedł teraz przy Matce Szeptów ramię w ramię, poza linią wroga, bez miecza, bez zbrojnej eskorty i bez żadnej z tych oznak władzy, za którymi zwykł ukrywać się książę. Pozwalał jej prowadzić się przez obozowisko, choć każdy krok oddalał go od ludzi, którzy mogliby przyjść mu z pomocą. Nie znał ścieżek, nie rozumiał znaków pozostawianych na drzewach ani słów, które wymieniali między sobą mijający ich wojownicy. Nie wiedział nawet, czy idą ku miejscu, z którego będzie mógł wrócić, czy też ku takiemu, z którego nie pozwolą mu odejść. Mimo to nie oglądał się za siebie. Nie chciał, by jego niepewność została pomylona ze strachem, choć nie zamierzał udawać przed samym sobą, że nie odczuwał żadnego zagrożenia.
Ja pokazać ci to. Ziemia pamiętać. Człowiek zapominać.
Słowa Na’Ginni posiadały osobliwą uporczywość. Nie były piękne w sposób, w jaki piękne potrafiły być sentencje uczonych, kapłanów czy poetów na królewskich dworach. Nie miały wyważonej składni ani kunsztu, którym można było zachwycać się podczas uczty. A jednak zawierały w sobie coś, czego nie potrafił odrzucić. Przypominały mu, że ziemia istniała przed ich sporami i miała pozostać po nich, obojętna na pieczęcie, herby i imiona wyryte na nagrobkach. Być może właśnie dlatego tak trudno było mu odpowiedzieć. Nie dlatego, że brakowało mu argumentów, lecz dlatego, że po raz pierwszy od wielu tygodni nie był pewien, czy argumenty, które znał, miały tutaj jakąkolwiek wartość.
- To też nasz dom - odezwał się w końcu po milczeniu, które zdawało się ciągnąć przez wieki.
Mówił wolno. Zwykle dobierał słowa z ostrożnością, jakby każde z nich miało zostać zapamiętane i użyte przeciwko niemu, ale tym razem nie potrafił całkowicie ukryć emocji. W jego głosie pobrzmiewała pasja, ból i rozżalenie, a pod nimi zmęczenie tak głębokie, że niemal fizyczne. Nie była to jednak skarga człowieka, który oczekiwał współczucia. Nie chciał, by Na’Ginni litowała się nad nim, tak samo jak nie zamierzał prosić jej o łaskę. Pragnął jedynie, by zrozumiała, że po drugiej stronie murów nie znajdowały się wyłącznie metalowe demony, jak nazywali ich jej ludzie.
- Sądzisz, że jesteśmy gorsi, bo różnimy się zwyczajami?
Nie zwalniał. Szedł u jej boku, świadomy kontrastu, jaki tworzyli. On, smukły, o niemal chłopięcej twarzy, której delikatność rysów pozostawała w osobliwej sprzeczności z ciężarem noszonej zbroi. Ciemne włosy opadały mu na czoło, a ostre linie policzków i szczęki nadawały obliczu surowość, której nie łagodziła nawet młodość. Metal obejmował jego ramiona, pierś i biodra, chrzęszcząc przy każdym kroku; nosił na sobie ciężar nie tylko żelaza, lecz również nazwiska, dziedzictwa i ludzi, których nie mógł pozostawić bez ochrony. Obok niego Na’Ginni wydawała się niemal nierzeczywista. Jej jasne, prawie białe włosy poruszały się na wietrze niczym pasma światła, opadając na ramiona i plecy, a blada twarz, okolona nimi jak delikatną koroną, miała w sobie spokój, który nie oznaczał łagodności. Ciemne oczy przeczyły tej jasności. Były uważne, nieustępliwe, osadzone w twarzy młodej kobiety, która nie potrzebowała ani korony, ani kamiennych sal, by ludzie szli za nią. On miał na sobie metal, ona własną skórę. On niósł ze sobą ślady walki, rany i zmęczenie, ona zdawała się należeć do tego miejsca tak naturalnie, jak drzewa, między którymi przechodzili. Nie wiedział, czy jej pozorna lekkość wynikała z siły, czy z obojętności wobec rzeczy, które dla niego były nieodłączną częścią świata. Nie zamierzał jednak uznawać jej za mniej groźną tylko dlatego, że nie nosiła zbroi.
- Wszyscy mamy prawo tu żyć - dodał w typowy dla siebie cichy, spokojny, niemal leniwy sposób. Nie powiedział, że wszyscy mieli prawo posiadać tę ziemię. To rozróżnienie, choć niewielkie, zaczynało nabierać dla niego znaczenia. Nie wiedział jeszcze, czy potrafił znaleźć z nią wspólny język, ale po raz pierwszy dopuszczał myśl, że być może nie musieli zgadzać się co do tego, do kogo należała ziemia, aby przestać przelewać na niej krew.