ODPOWIEDZ
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

ObrazekObrazek
dziewiąty tydzień walk
świt
Róg poniósł się po raz drugi, już nie jak sygnał, lecz jak wezwanie. Jego dźwięk przeciął poranne powietrze, gęste od wilgoci i zapachu dymu, wnikając w kamień murów niczym drżenie w kości. Raphael poczuł go w piersi, w tym miejscu, gdzie od tygodni narastał ciężar – nie strach, nie gniew, lecz coś bardziej uporczywego: świadomość nieuchronności. Ciężkie wrota jęknęły, jakby same sprzeciwiały się temu, co miało nadejść. Drewno pęknięte od wcześniejszych uderzeń jęczało pod naporem żelaza, a metalowe obejmy skrzypiały, rozdzierając ciszę, która przez moment zdawała się niemal święta.
Nie patrzył na rany bramy. Widziały już gorsze. Widziały ogień, tarany i ciała przybite do desek jak ostrzeżenia. To, co go niepokoiło, kryło się dalej – poza prześwitem wrót, w otwartym polu, które było jednocześnie obietnicą i przekleństwem. Przestrzeń bez murów. Bez ochrony. Bez złudzeń.
Kapitan poruszył się w siodle. Skóra skrzypnęła, koń parsknął nerwowo, wyczuwając napięcie jeźdźców. Starszy mężczyzna skrzywił się i wytarł czoło wierzchem rękawicy. Krew, zmieszana z potem, rozmazała się na skroni, zostawiając ciemny ślad. Czepiec drażnił skórę, a hełm osiadł zbyt luźno, jakby należał do innego człowieka – młodszego, pewniejszego.
– Coś nie tak, kapitanie? – Pytanie padło bez podnoszenia głosu.
– Mam za luźny hełm. Kiedyś miałem więcej włosów – odpowiedział tamten, próbując się uśmiechnąć, ale kąciki ust zadrżały. Odchrząknął, jakby chciał wyrzucić z siebie coś więcej niż tylko ślinę.
Boi się. Myśl była spokojna, niemal chłodna. Nie było w niej pogardy. Strach był tu wszechobecny, krążył między nimi jak niewidzialny zwiadowca. Był w koniach, w żołnierzach ściskających chorągwie, w nim samym. Różnica polegała jedynie na tym, jak się go nosiło. Jak płaszcz albo jak kajdany.
Spojrzenie księcia wróciło ku bramie. Przez szczelinę widać było pole – szerokie, poszarpane, pełne kolein i śladów niedawnych potyczek. Trawa była przydeptana i brunatna, nasiąknięta krwią, która wsiąkła w ziemię tak głęboko, że już jej nie zamierzała oddać. Tam, dalej, kryły się plemiona. Nazywali się różnie, ale teraz występowali pod jednym imieniem, jakby przyjęcie wspólnego znaku miało nadać sens ich rzezi. Malowali ciała popiołem i błękitem, nosili skóry i kości, a ich twarze były twarde jak kamień. Dzicy - tak ich nazywano w szeptach, choć wiedzieli, że to słowo nie oddawało ani ich liczby, ani ich wściekłości.
To nie była wojna. Wojna miała reguły, nawet jeśli były okrutne. Miała heroldów, dni bitew, czas na zbieranie poległych. To była rzeźnia. Jak burza, która nie pytała o imiona drzew. Atakowali nocą, palili wioski, brali dzieci. Gdy rycerze próbowali wyjść im naprzeciw na polach, cofali się, wciągając ich w lasy i mokradła. Gdy armia wracała bronić domów, plemiona znikały, by uderzyć gdzie indziej. Krąg się zamykał. Wpierw walczyli z nimi na polach mieczem i stalą, lecz zostali zmuszeni do wycofania się, gdy wrogie siły zaczęły atakować ich domy. Nie obowiązywały żadne zasady ani protokoły. Rzeź pozbawiona reguł. Ostatnim bastionem został zamek, w którym się znajdowali i wokół którego toczyły się od tygodni niezmordowane starcia.
Raphael poczuł, jak koń pod nim napiął mięśnie. Zwierzę było gotowe. Świta wokół niego wstrzymała oddech – niemal dosłownie, jakby bali się, że każdy ruch przyspieszy to, co nieuniknione. Jego myśli skierowały się ku ogrodach, które widział tylko w starych księgach: o tarasach pełnych zieleni, rosie i ciszy. Ogrodach Piękna, o których mówiono, że istniały poza czasem, że były miejscem równowagi. Tutaj nie było równowagi. Był tylko ciężar decyzji.
Król umierał już kolejny rok. Pięćdziesiąt mil na północ, w twierdzy, która powinna była być niezdobyta, leżał jak relikt dawnej epoki. Jeszcze oddychał, ale każdy oddech był jak łaska, która mogła się skończyć w każdej chwili. Zamek Raphaela był ostatnim na drodze ku całkowitemu unicestwieniu i dotarciu do ledwo żyjącego władcy. Młody książę wiedział, że wtedy nie będzie już żadnych pieśni o obronie królestwa. Będą tylko lamenty.
Nikt nie przyjdzie. Czuł to w sercu. Wiedział o tym, niczym zapis na pergaminie. Sojusznicy mieli swoje wojny, swoje rachuby. Każdy dzień zwłoki był dla nich wygodny. Zapasy w zamku topniały. Sól, zboże, suszone mięso – wszystko liczone było teraz w dniach, nie tygodniach. Ludzie na murach patrzyli na niego z nadzieją, której nie prosił i której nie mógł w pełni udźwignąć. Przez moment poczuł się jak chłopiec z dawnych legend, mający za nauczyciela wielkiego maga. Tylko że tu nie było czarodzieja, który mógł go wesprzeć. Była stal w dłoniach i krew na ziemi. Jeśli istniało przeznaczenie, było ciche i bezlitosne.
Bramy otworzyły się szerzej. Światło wlało się do wnętrza dziedzińca, oświetlając twarze rycerzy. Raphael ruszył pierwszy. Nie dlatego, że musiał – lecz dlatego, że wiedział, iż każdy krok wahania miał zostać zapamiętany. Koń przeszedł przez próg, a wraz z nim przekroczyli granicę między tym, co jeszcze było obroną, a tym, co było niewiadomą.
Gdy wyjechali poza mury, róg nie przestawał oznajmiać ich nadciągania. Jego głos ciągnął się nisko i długo, rozlewając po polu jak fala przypływu, która nie pytała brzegu o zgodę. Książę miał wrażenie, że dźwięk ten nie tyle ostrzegał, co przypominał światu o istnieniu zamku — o tym, że jeszcze nie zapadł się w ziemię, że wciąż oddychał, choć z trudem. Każde kolejne uderzenie w róg było jak puls, jak serce wymuszające rytm na rzeczywistości.
Nie mieli zostać zaatakowani. Tak przynajmniej zakładały znaki, ustalenia, wysłane wcześniej poselstwa. Jechali pertraktować — słowo to brzmiało niemal obco po tygodniach, w których jedynym językiem była stal, ogień i krzyk. Elio powtarzał je w myślach jak mantrę, próbując nadać mu wagę większą niż ciężar miecza u boku. Pertraktować znaczyło przyznać, że siła nie wystarczała. A to było trudniejsze niż jakakolwiek porażka.
Koń stąpał powoli, wyczuwając pod kopytami nierówności terenu, jakby sam uczył się tej drogi. Świta trzymała zwarty szyk, lecz nie bojowy — tarcze zawieszone, włócznie opuszczone, dłonie blisko rękojeści, lecz jeszcze nie na nich. Ten rodzaj gotowości był najbardziej wyczerpujący. Oczekiwanie bez ujścia. Czuł, jak napięcie osiadało w karku, jak wdzierało się pod skórę, szukając miejsca, w którym mógłby się zagnieździć.
Rada była podzielona — obraz ten powracał do niego jak echo. Młodsi, wychowani na pieśniach o bohaterach i czystych zwycięstwach, chcieli walczyć do końca. W ich oczach widział siebie sprzed lat, chłopca karmionego legendami, opowieściami o herosach. Starsi mówili ciszej, ale ich słowa były cięższe. Znali cenę długich wojen. Znali zapach głodu. Proponowali inne rozwiązania — nie poddanie, nie zdradę, lecz próbę zatrzymania spirali, zanim pochłonie wszystko. Raphael wiedział, że poddanie się nie było możliwe. Oddanie ziem również. Ziemia nie była tylko mapą ani granicą — była pamięcią, grobami przodków, obietnicą daną tym, którzy jeszcze się nie narodzili. Ale dalsza walka… Spojrzenie samo wracało do tego, co leżało poza murami. Punkt krytyczny został już przekroczony. Każdy kolejny dzień oznaczał straty, których nie dało się odrobić żadnym zwycięstwem.
Wiatr uderzył od prawej strony, niosąc ze sobą zapach soli. Książę wciągnął powietrze głęboko i dopiero wtedy uświadomił sobie, jak bardzo tego potrzebował. Słona bryza była jak obietnica innego świata — świata, w którym wciąż istniał rytm fal, niezależny od ludzkiego szaleństwa. Szum rozbijających się o wysokie klify fal przypominał uderzenia piorunów, głuche i nieustępliwe. Przez chwilę niemal zagłuszył w jego głowie szczęk stali i krzyki rannych.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przez ostatnie tygodnie słyszał niemal wyłącznie dźwięki wojny. Cisza morza była obca, a jednocześnie kojąca. Jak wspomnienie snu o ogrodach, których nigdy się nie widziało, a które mimo to wydawały się znajome. Tutaj przyszłość była mętna jak wzburzona woda u stóp klifów. Zapach… Tak, zapach był gorszy, niż chciał przyznać. Zapewne gdyby nie bliskość morza, byłby nie do zniesienia. Trupy rozsiane były na odcinku półtorej mili, tworząc makabryczny pas między zamkiem a linią, gdzie mieli spotkać się z plemionami. Elio miał wrażenie, że jechali przez pole pamięci — każdy krok konia odsłaniał kolejną historię zakończoną nagle, brutalnie.
Wokół roiło się od mew. Krzyczały bez przerwy, setki, jeśli nie tysiące ptaków, poruszając się jak biały sztorm nad czarną ziemią. Ich skrzydła uderzały o powietrze, wzbijając pióra, które opadały powoli, niemal łagodnie, jakby nie rozumiały, na co spadają. Spomiędzy białych plam wystawały końskie truchła — rozdęte, poszarpane — a w słońcu błyszczała stal: hełmy, klingi, sprzączki pasów. Wszyscy byli porozdzierani na strzępy. Przez walki. Przez dzikie zwierzęta. Przez czas, który nie czekał na pochówek. Raphael pozwolił spojrzeniu przesuwać się po tym dywanie ciał, choć każdy instynkt kazał mu odwrócić wzrok. Kości wystające spod rozszarpanych skór, czaszki pozbawione oczu i języków, dłonie zastygłe w gestach, które kiedyś coś znaczyły. Niegdyś byli ludźmi. Jego ludźmi.
Ciężar tej myśli osiadł w nim głęboko, jakby zapadał się w trzęsawisko. Pomyślał o próbie, o konieczności patrzenia na to, co bolało najbardziej, by móc iść dalej. Jeśli był w nim cień przeznaczenia, o którym mówili starzy bardowie, nie objawiał się on w chwale, lecz w tej zdolności do niesienia widoku śmierci bez odwracania głowy.
Z daleka widać było ruch. Nie atak — zgromadzenie. Sylwetki plemion rysowały się na tle nieba i klifów: niskie, zwarte, ubrane w skóry, z ciałami pokrytymi barwnikami i popiołem. Ich znaki łopotały na wietrze, nie herby, lecz symbole bardziej pierwotne — spirale, linie, zwierzęce czaszki. Młody książę poczuł, jak napięcie zmieniało smak. To już nie była bitwa. To była rozmowa prowadzona na granicy noża.
Róg ucichł. Cisza, która po nim nastała, była niemal bolesna. Każdy dźwięk — skrzypienie siodła, parsknięcie konia, krzyk mewy — brzmiał zbyt głośno. Elio wyprostował się w siodle. Czuł spojrzenia swoich ludzi na plecach, czuł ciężar ich nadziei i obaw. Nie był już tylko młodym księciem. Był tym, który musiał znaleźć ścieżkę tam, gdzie żadna nie była widoczna.
Zatrzymali się w wyznaczonym miejscu, dokładnie na granicy ciał i pustej ziemi. Symboliczne. Raphael pomyślał o ojcu, który siadał do rozmów nawet z wrogami, wiedząc, że prawdziwa władza nie zawsze rodziła się z triumfu. Pomyślał też o przepowiedniach kronikarzy i o widzeniu przyszłości, które nie dawało pocieszenia, a jedynie odpowiedzialność. Jeśli pertraktacje miały się udać, musiał przemówić językiem, który zrozumieją dzicy. Nie mieczem. Nie strachem. Lecz świadomością, że dalsza rzeź pozbawić miała sensu wszystko, co jeszcze próbowali ocalić.
Wziął powolny oddech, pozwalając, by zapach soli na chwilę zagłuszył fetor śmierci. Spojrzał przed siebie. Wiedział, że od słów, które padną, zależeć będzie więcej niż los jednego zamku. I że nie było już powrotu za mury — ani dla niego, ani dla świata, który znali dotąd.
– To wiedźma, mój panie.
Kapitan wypowiedział te słowa półgłosem, jakby samo nazwanie rzeczy po imieniu mogło ją przywołać albo sprowadzić na nich nieszczęście. Jego spojrzenie błądziło po obozowisku, po mijanych ludziach pomalowanych błękitnymi i czerwonymi glinami. Barwy były jaskrawe, niemal agresywne, jakby wyciśnięte wprost z ziemi i krwi. Linie na twarzach i torsach nie były przypadkowe – układały się w znaki, których Raphael nie rozumiał, lecz czuł ich ciężar. Były jak runy bez alfabetu, znaczące coś, co istniało poza jego światem.
– Podobnie jak i moja babka – odparł spokojnie. Nie spojrzał na kapitana. Jego wzrok spoczął na jednym z ludzi plemion, stojącym nieco z boku, półnagi mężczyzna o włosach zbitych błotem i solą. Miał ramiona pokryte starymi bliznami, a skóra na piersi była poprzecinana czerwonymi pasami gliny. Ten człowiek nie krył nienawiści ani ciekawości – tylko skupienie. Patrzył na Raphaela tak, jak drapieżnik patrzył na zwierzynę, nie zastanawiając się, czy wolno mu sięgnąć po ofiarę. Jeśli królową dzikich cechował rozkaz, mężczyzna bez wahania sięgnąłby i po królewskiego dziedzica. Ich spojrzenia zetknęły się na krótką chwilę. Raphael nie odwrócił wzroku. Pomyślał o próbie, w której należało trwać, nawet gdy instynkt krzyczał, by uciekać. O tym, że strach rozpoznawał strach.
Kapitan chrząknął, jakby chciał coś dodać, lecz zamilkł. Jego dłoń mimowolnie zbliżyła się do rękojeści miecza, po czym opadła. Obozowisko pulsowało życiem. Ogniska dymiły nisko, zapach palonych ziół mieszał się z fetorem krwi i soli. Dzieci przemykały między chatami jak cienie, starsi siedzieli nieruchomo, obserwując przybyszy z twierdzy. Nie było tu krzyków ani jawnej wrogości – tylko napięcie, gęste jak mgła. W końcu podszedł do nich jeden z ludzi. Był niższy od rycerzy, ale jego postura zdradzała siłę, której nie dało się zlekceważyć. Mówił szybko, chrapliwie, w języku pełnym twardych spółgłosek, który brzmiał jak łamanie gałęzi. Raphael nie rozumiał ani słowa, lecz gesty były jednoznaczne. Mężczyzna wskazał na niego, a potem w głąb obozu, w stronę niskich zabudowań przytulonych do ziemi.
- Panie! Nie możesz iść tam sam! – Kapitan niemal sięgnął po broń, a jego głos zadrżał.
Elio uniósł dłoń, delikatnie, ale stanowczo. Ten gest wystarczył. Cisza zapadła natychmiast, jakby była wyczekiwana. – Zrobimy, jak żądają – odparł krótko. Słowa nie były aktem odwagi ani brawury. Były koniecznością. Jeśli miał spotkać się z królową dzikich, musiał poddać się jej zasadom. Każda inna postawa byłaby zniewagą, a zniewaga w tym miejscu oznaczała śmierć – jego lub tych, których przyprowadził.
Zsiadł z konia. Ruch ten, tak prosty, wydał mu się nagle znaczący, jakby zrzucał z siebie nie tylko wysokość siodła, lecz także część swej pozycji. Odpiął miecz i podał go jednemu z rycerzy, nie wiedząc, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Udając się za jednym z dzikich, zostawiał za plecami swoich ludzi, ich tarcze i spojrzenia, oddając się w ręce fatum. Przez chwilę poczuł pustkę w dłoniach – brak znanego ciężaru stali był niemal dotkliwy. Nie odwracał się jednak.
Prowadzono go przez obozowisko. Ziemia była miękka, rozdeptana, lepka od błota i resztek popiołu. Czuł na sobie spojrzenia – setki par oczu śledziły każdy jego krok. To byli ludzie, z którymi uporczywie walczył. Ludzie, którzy palili wsie, mordowali, grabili. A jednak teraz nie było w nich dzikiej furii bitwy. Była ciekawość. I coś jeszcze – oczekiwanie.
Chata stała nieco na uboczu, bliżej klifów, jakby celowo oddzielona od reszty obozu. Była niska, przysadzista, niemal wtopiona w ziemię. Zbudowana z krzywo ociosanych belek, kamieni i darni, wyglądała bardziej jak jama niż dom. Dach tworzyła mieszanka gałęzi, skór i trawy, przygniecionych kamieniami, by oprzeć się wiatrom znad morza. Wejście było wąskie, zasłonięte ciężką, ciemną skórą, która poruszała się lekko na wietrze, jakby oddychała.
Młody książę zatrzymał się na moment. Prymitywna konstrukcja ludzi, których brano za dzikusów. A jednak ci sami dzicy odbierali im ziemię. Grabili. Mordowali. Przetrwali. Pomyślał o tym, jak łatwo było mylić prostotę z głupotą, brak kamiennych murów z brakiem siły. Ogrody Piękna, o których czytał, nie były przecież pałacami z marmuru, lecz miejscami, gdzie forma podporządkowana była funkcji, a harmonia rodziła się z dostosowania.
Wprowadzono go do środka. Wnętrze chaty było zaskakująco przestronne, choć niskie. Musiał się schylić, by nie uderzyć głową o belkę. Powietrze było ciężkie od zapachu ziół, dymu i wilgoci. W półmroku migotały płomienie zapalonego ogniska, rzucając drgające cienie na ściany. Te zaś nie były gołe – wisiały na nich suszone rośliny, kości zwierząt, amulety splecione z włosów i skóry. W jednym z rogów stał kamienny krąg, coś na kształt misy, w którym błyskała powierzchnia wody. Podłoga była ubita, lecz starannie oczyszczona. Nie było tu chaosu. Każdy przedmiot zdawał się mieć swoje miejsce, swoje znaczenie. Raphael poczuł nagle, że wkroczył do przestrzeni rytualnej, nie mieszkalnej. Do serca obozu, które biło w innym rytmie niż wszystko, co znał.
Został sam. Czekał. Czas płynął tu inaczej. Słyszał odległy szum morza, jak stałe tło świata, i ciche trzaski paleniska. Każdy oddech wydawał się głośniejszy, bardziej świadomy. Myśli wracały do legend, do opisów prób, w których rycerz musiał wejść samotnie, bez miecza, by spotkać się z tym, co nieznane. Jeśli był to jego moment próby, nie przyjdzie w chwale ani w walce. Przyjdzie w ciszy.
Zamknął na chwilę oczy. Czuł ciężar odpowiedzialności, który spoczywał na nim niczym niewidzialny płaszcz. Wiedział jedno: cokolwiek miało wydarzyć się w tej chacie, nie miała to być rozmowa o wojnie, lecz o przyszłości. O tym, czy znajdzie się ścieżka między całkowitym unicestwieniem a zdradą samego siebie.
Otworzył oczy i spojrzał w półmrok, gotów przyjąć to, co miało nadejść.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

ObrazekObrazek
raphael valencourt


Dziewięć razy słońce przemierzyło swą drogę, kiedy metalowe demony zeszły z gór, a każda kolejna droga księżyca wydawała się chłodniejsza od poprzednich.
Na’Ginni nie wiedziała, czy było to sprawą pogody, czy może las również zaczął odczuwać zmęczenie. Od wielu dni poranki miały ten sam zapach: wilgotnej ziemi, dymu i popiołu. Czasem w powietrzu zostawała jeszcze ostra woń spalenizny, choć ogień dawno zdążył wygasnąć. Wiatr przynosił ją z miejsc, których nie można było zobaczyć pomiędzy drzewami. Wtedy starsi podnosili głowy, kobiety przyciągały dzieci bliżej siebie, a wilczury przestawały szczekać.
Las nauczył się już rozpoznawać ich wcześniej niż ludzie.
Ptaki milkły pierwsze. Potem konie zaczynały być niespokojne. Zwierzęta zrywały się z posłania i przez chwilę stały nieruchomo, nasłuchując czegoś, czego ludzkie uszy nie potrafiły jeszcze uchwycić. Dopiero potem przychodził głęboki pomruk ziemi albo nagły, suchy huk, który przebiegał pomiędzy drzewami i zatrzymywał oddech w piersi.
Po nim zawsze następowała cisza.
Najgorsza ze wszystkich.
A’Nari nie mieli słowa, którym nazwaliby to, co przeżywali. Nie było potrzeby. Wszystko, co spotkało ich przez te dziewięć dróg księżyca, zamykało się w jednym określeniu: rana Matki.
Tak mówili o przybyszach.
Nie dlatego, że nie rozumieli, że obcy przyszli po coś, czego sami pragnęli. Rozumieli to aż nazbyt dobrze. Chcieli ziemi. Wody. Miejsca. Chcieli wejść tam, gdzie przez pokolenia nikt nie odważył się wejść bez pytania o zgodę drzew. Chcieli przejść przez las, nie pytając, czy wolno im dotknąć jego ścieżek.
To właśnie było dla A’Nari najdziwniejsze. Człowiek mógł chcieć wielu rzeczy. Mógł chcieć więcej jedzenia, więcej ognia, większego domu, lepszego łuku. Ale jak można chcieć całej ziemi? Jak można spojrzeć na miejsce, które było domem dla tylu istnień, i powiedzieć: teraz należy do mnie?
A’Nari nie należeli do ziemi bardziej niż ziemia należała do nich. Tak ich uczono. Dziecko, które po raz pierwszy wychodziło samo z domu, uczono najpierw słuchać. Rozpoznawać, kiedy drzewo trzeszczy pod naciskiem wiatru, a kiedy ostrzega przed kimś, kto przechodzi między jego korzeniami. Wiedzieć, które jagody można zerwać, kiedy strumień jest bezpieczny, a kiedy woda niesie ze sobą gorączkę. Wiedzieć, kiedy koń jest przestraszony, a kiedy tylko nie ma ochoty na człowieka, który próbuje wejść na jego grzbiet.
Bo właśnie tego A’Nari nie rozumieli w ludziach zza gór. Ich sposobu obchodzenia się ze zwierzętami. Ci ludzie nakładali na konie grube kawałki skóry i twarde pasy. Przywiązywali je do pyska zwierzęcia, żeby móc kierować jego głową. Wkładali dłonie w długie paski, którymi mogli szarpnąć, kiedy koń nie chciał iść tam, gdzie chcieli. Wchodzili na jego grzbiet oddzieleni od niego warstwą materiału, skóry i twardych elementów, jakby bali się poczuć pod sobą ciepło żywego ciała.
A’Nari jeździli bez tego wszystkiego. Przylegali do konia całym ciałem. Czuli każde drżenie jego mięśni, każde gwałtowniejsze uderzenie serca, zmianę oddechu. Nie trzeba było ciągnąć go za pysk, żeby wiedzieć, że chce skręcić. Nie trzeba było wydawać mu rozkazu. Wystarczał ciężar ciała, ruch kolana, czasem dotknięcie dłonią jego szyi.
Koń nie był rzeczą, na której się jechało. Był tym, z kim się jechało. Dlatego Na’Ginni nie potrafiła zrozumieć, jak można związać zwierzę z człowiekiem tak mocno, a jednocześnie pozostawać tak daleko od niego.
Nazywali tych ludzi dzikusami. Czasami robili to z rozbawieniem, kiedy dzieci pytały, dlaczego przybysze mają na sobie tyle warstw. Innym razem ze złością, kiedy ktoś znajdował martwego konia pozostawionego przez obcych. Najczęściej jednak mówili to zupełnie spokojnie.
Dla A’Nari dzikość nie miała nic wspólnego z życiem bez kamiennych domów.
Dzikusem był człowiek, który zapomniał, że koń ma własne serce.
Dzikusem był również ten, kto budował ściany wyższe od człowieka i zamykał za nimi drzwi, żeby noc nie mogła wejść do środka.
Tego już zupełnie nie rozumieli. Ich domy nie powstały przeciwko światu. Powstały razem z nim. Ich wioska nie miała jednej bramy, przez którą trzeba było wejść, ani wielkich ścian, które mówiłyby obcym, gdzie zaczyna się ich ziemia. Domy kryły się pomiędzy drzewami, niskie i okrągłe, zbudowane z gliny, gałęzi, trawy i wszystkiego, co można było znaleźć blisko bez ranienia ziemi. Z daleka prawie ich nie było widać. Zielone dachy mieszały się z liśćmi, ciemne ściany znikały pomiędzy pniami, a ścieżki wiły się tak, jakby zostały wydeptane przez zwierzęta.
Czasami przybysz mógł przejść kilkanaście kroków od domu A’Nari i nawet nie wiedzieć, że ktoś obserwuje go zza zasłony z plecionych włókien. Tak miało być. Las nie miał być czymś, co oddziela ich od świata. Miał być światem.
Dlatego, kiedy przybysze zaczęli mówić, że A’Nari chowają się pomiędzy drzewami, Na’Ginni zawsze miała ochotę się roześmiać. To nie oni chowali się w lesie. To obcy nie potrafili w nim żyć. Nie znali jego zapachów. Nie wiedzieli, które gałęzie można złamać bez wydania dźwięku. Nie potrafili odróżnić śladu człowieka od śladu zwierzęcia. Nie wiedzieli, kiedy mgła zakrywa ścieżkę, a kiedy prowadzi wprost na bagna.
Ich siła wyglądała podobnie. Mieli te dziwne, długie pręty, których końce błyskały i od razu cięły do krwi. Na początku Na’Ginni sądziła, że są to jakieś szczególne włócznie. Tak samo ostre, tylko przeznaczone do zabijania szybciej i precyzyjniej. Z czasem zrozumiała, że nie przypominają niczego, co znała. Były zbyt gwałtowne. Potrafiły zranić człowieka, zanim ten zdążył zobaczyć, skąd przyszła śmierć.
A’Nari nie mieli przeciwko nim wielu możliwości. Ich łuki były ciche, szybkie i celne, lecz nie mogły odpowiedzieć na agresywny atak i ostre, błyszczące pręty. Włócznie były dobre przeciwko człowiekowi. Kamienie mogły zranić. Pułapki mogły zatrzymać. Ale ciało pozostawało tylko ciałem. Dlatego Na’Ginni nigdy nie pozwoliła swoim ludziom wierzyć, że odwaga oznacza rzucenie się prosto na śmierć.
Nie mieli walczyć tak, jak walczyli obcy. Mieli pozwolić, żeby las walczył razem z nimi. Prowadzili więc przybyszów w miejsca, z których trudno było wyjść. Znikali przed ich oczami, a kiedy wróg pojawiał się ponownie, nie znajdował już niczego poza śladami bosych stóp w mokrej ziemi. Zastawiali sidła. Wykorzystywali wodę, błoto i skały. Wiedzieli, gdzie droga pod ciężarem obcych zwierząt zacznie się zapadać. Wiedzieli, gdzie gęste korzenie zatrzymają metalowe bestie.
A gdy człowiek nie mógł zrobić już nic, pozostawała Matka.
Gaja.
Nie była dla nich boginią siedzącą gdzieś wysoko, poza światem. Nie potrzebowała świątyni. Nie wymagała kamiennego posągu. Była ziemią pod stopami. Wodą pod lodem. Ciepłem krwi płynącej pod skórą. Wiatrem, który potrafił zmienić kierunek dokładnie wtedy, kiedy był potrzebny.
A’Nari prosili ją o pomoc, ale nigdy nie oczekiwali, że zrobi za nich wszystko. Matka nie była służącą. Czasem dawała im znak. Czasem prowadziła zwierzęta tam, gdzie potrzebowali ich najbardziej. Czasem sprowadzała deszcz. Czasem budziła las. A czasem zabierała coś w zamian.
I właśnie tego Na’Ginni nauczyła swój lud najlepiej. Że nic nie zostaje podarowane za darmo. Każde życie miało swoją cenę.
Dziewięć dróg księżyca wystarczyło, aby niemal każda rodzina w osadzie znała smak tej ceny. Niektórzy stracili ojców. Inni braci. Jedni nie wrócili z lasu, inni wrócili z ranami, które już nigdy nie pozwolą im napiąć łuku. Były też takie miejsca przy wspólnym ogniu, których nikt nie zajmował od wielu dni, choć nikt nie odważył się odsunąć pozostawionych tam rzeczy.
Na’Ginni nie mówiła im, że będzie dobrze. Nie mówiła, że wszyscy przeżyją. Nie była od tego. Była od tego, żeby pamiętać, co trzeba zrobić, kiedy nie jest dobrze.
Dlatego nazwali ją Matką Szeptów. Mówiono, że słyszy rzeczy, których inni nie potrafią słyszeć. Że wie o nadejściu burzy, zanim poczuje ją skóra. Że potrafi rozpoznać chorobę po oddechu. Że może dotknąć ziemi i powiedzieć, ilu ludzi przechodziło tędy przed świtem. Nie wszystko to było prawdą.
Ale wystarczająco wiele z tego było, żeby nikt nie odważył się podważyć jej miejsca. Na’Ginni nie potrzebowała krzyku, żeby ludzie jej słuchali. Nie potrzebowała dziwnego, błyszczącego wianka na głowie. Nie potrzebowała nawet podniesionego głosu. Kiedy mówiła, inni zazwyczaj milczeli.
Tego dnia jednak nie mówiła. Siedziała nad strumykiem, na jasnym kamieniu wygładzonym przez wodę. Bose stopy trzymała zanurzone w chłodnym nurcie. Dłonie również zanurzyła pod powierzchnię i przez dłuższą chwilę pozwalała wodzie przepływać między palcami.
Słońce przesuwało się coraz niżej. Pomiędzy gałęziami zostawały długie smugi złota, które za chwilę miały zniknąć. Na’Ginni lubiła ten czas. Kilka chwil, kiedy świat nie wymagał od niej decyzji.
Nie musiała myśleć o rannych. Nie musiała zastanawiać się, gdzie metalowe bestie pojawią się rano. Nie musiała słuchać opowieści o tym, kto nie wrócił i kto jeszcze czekał na swoje zadanie. Przez krótką chwilę mogła być po prostu kobietą siedzącą nad wodą.
Wtedy usłyszała łamaną gałąź. Potem następną. Nie poruszyła się.
Po chwili między drzewami pojawiła się jedna z kobiet z wioski. Biegła. Musiało wydarzyć się coś ważnego, bo A’Nari nie biegali bez powodu.
– Matko Szeptów.
Na’Ginni podniosła wzrok.
Kobieta próbowała złapać oddech.
– Przybył człowiek zza gór. Ich przewodzący. Nazywają go k s i ą ż ę.
Na’Ginni przez chwilę patrzyła na nią bez słowa.
Książę.
Jedno z tych słów, które znała wyłącznie z opowieści.
Człowiek, który urodził się w miejscu, gdzie inni ludzie pochylali przed nim głowy. Człowiek, którego dom musiał być większy od domu zwykłego człowieka. Człowiek, który prawdopodobnie nigdy nie musiał spać na ziemi, kiedy padał deszcz.
– Czeka na ciebie – dodała kobieta.
Na’Ginni wyjęła dłonie z wody. Nie spytała, po co przyjechał. Jeżeli chciał czegoś od niej, sam miał jej to jakoś powiedzieć.
Wytarła ręce o trawę i wstała. Jej dom znajdował się niedaleko. Stał trochę na uboczu, dalej od pozostałych, w miejscu, gdzie strumień robił szeroki zakręt. Na’Ginni lubiła tę samotność. Potrzebowała jej bardziej, niż kiedykolwiek przyznałaby przed własnym ludem.
Wewnątrz pachniało suszonymi roślinami. Z belek zwisały całe pęki liści. Korzenie suszyły się w cieniu. Na półkach stały gliniane naczynia z olejami, sproszkowanymi nasionami i gęstymi wywarami. Jedne były przeznaczone na rany. Inne na gorączkę. Jeszcze inne na rzeczy, o których lepiej było nie opowiadać ludziom, którzy nie rozumieli, że każda roślina ma więcej niż jedno oblicze.
Kiedy weszła do środka, zobaczyła go.
Stał odwrócony do niej plecami. Nie odezwała się. Na’Ginni przesunęła się w bok, stawiając stopy tak cicho, jak tylko potrafiła. Minęła wiszące przy ścianie pęki ziół, potem jeden z koszy ustawionych przy wejściu. Obchodziła mężczyznę powoli, pozostając poza jego spojrzeniem.
Nie bała się go. Chciała go obejrzeć. Był zbyt obcy, żeby od razu się odezwać. Miał na sobie wiele rzeczy, których Na’Ginni nie potrafiła nazwać. Ciemne warstwy materiału. Skórę. Twarde paski przechodzące przez ciało. Jakiś błyszczący element przy pasie. Ciężkie okrycie ramion. Nakrycie stóp, które wydawały jej się zdecydowanie zbyt ciężkie do chodzenia po miękkiej ziemi.
Wszystko w nim mówiło o miejscu, z którego pochodził. Miejscu, w którym człowiek przyzwyczaił się nosić na sobie więcej rzeczy, niż było mu potrzebnych do życia.
Na’Ginni zrobiła jeszcze jeden krok. Dopiero wtedy zobaczyła jego twarz. I na moment zapomniała, co chciała pomyśleć.
Był młody. Młodszy, niż się spodziewała. Ciemne włosy opadały mu niedbale na czoło, miękkie i nieposłuszne. Twarz miał smukłą, niemal delikatną, z wyraźnymi kośćmi policzkowymi i ustami, które sprawiały wrażenie dziwnie miękkich jak na człowieka przybywającego z miejsca, gdzie od tyłu dni i nocy toczyła się walka. Nie wyglądał jak ktoś, kto powinien stać pośród suszonych ziół Matki Szeptów.
Wyglądał jak ktoś z innej opowieści. Obcy nie w ten sam sposób, co błyszczące pręty, ogień i ciężkie zwierzęta. Obcy w sposób, który Na’Ginni trudniej było zrozumieć.
Był piękny. Nie spodobało jej się, że zauważyła to od razu.
Mężczyzna poruszył się właśnie wtedy, jakby wyczuł na sobie czyjś wzrok.
Odwrócił głowę.
Ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy. Na’Ginni nie wiedziała jeszcze, że od tej chwili jej świat będzie musiał zrobić miejsce na kogoś, kto nie rozumiał lasu, nie słyszał jego szeptów i prawdopodobnie uważał kamienne ściany za coś znacznie bezpieczniejszego niż korony drzew.
– Ty być k s i ą ż ę? –zapytała w końcu. Słowa zabrzmiały twardo i nieco nienaturalnie, jak kamienie przesuwane po sobie zamiast języka, którym posługiwała się na co dzień. Na’Ginni znała ich mowę, lecz zaledwie na tyle, na ile było to potrzebne, by rozumieć, co mówili i by oni mogli zrozumieć ją. Nie potrafiła mówić nią swobodnie. Zdarzało jej się mylić, pomijać słowa, przestawiać ich kolejność. Niektórych określeń w ogóle nie znała, ponieważ nie miały odpowiedników w języku A’Nari. Znała za to te, które przydawały się podczas rozmów o ludziach, ziemi, broni i rzeczach, których jej lud nigdy wcześniej nie potrzebował nazywać.
Jeden z jeńców szczególnie nie potrafił pogodzić się z tym, że to właśnie ona była tą, która do niego przychodziła.
Był młody i przez pierwsze dni patrzył na nią z otwartą wrogością. Później jego gniew zaczął mieszać się z czymś, czego Na’Ginni nie rozumiała albo po prostu nie chciała rozumieć. Powtarzał, że jest diabłem wcielonym. Raz, kiedy poprawiła jego wymowę i po raz kolejny kazała mu powtórzyć jakieś słowo, prychnął pod nosem, że nie powinien był pozwolić jej patrzeć na siebie tak długo.
Nie wiedziała, czy mówił to ze strachu, gniewu, czy z czegoś jeszcze bardziej niezrozumiałego.
Wśród A’Nari jasne włosy, jasne oczy i delikatne rysy nie były powodem, by komuś pobłażać. Piękno nie sprawiało, że człowiek lepiej znał las, szybciej leczył rany albo potrafił przeżyć noc samotnie. Jeżeli jednak obcy widzieli w niej coś niezwykłego, nie zamierzała wyprowadzać ich z błędu.
Tamten mężczyzna nauczył ją kilku słów, których nie potrzebowała do życia, ale które zapamiętała właśnie dlatego, że wypowiadał je z taką irytacją. Z czasem zorientowała się, że jego wyzwiska są dla niej równie użyteczne jak pytania, bo pozwalały zrozumieć, jak obcy myślą o sobie nawzajem. Reszty nauczyła się z rozmów, zasłyszanych fragmentów i powtarzania pojedynczych zdań, aż przestały być dla niej jedynie dźwiękami.
Dlatego mówiła ich językiem poprawnie tylko w najprostszych rzeczach. Gubiła końcówki, czasem przestawiała słowa, czasem wybierała niewłaściwe określenie, kiedy nie znała dokładnego znaczenia. Jej mowa była oszczędna i nieco szorstka. Nie miała wszystkich słów potrzebnych do pięknych rozmów, za to znała wystarczająco wiele, by zrozumieć, kiedy ktoś kłamie.
Teraz również nie potrzebowała więcej.
– Ty być k s i ą ż ę? – powtórzyła, przyglądając mu się z tym samym spokojem, z jakim wcześniej przyglądała się obcym zwierzętom.
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Nigdy nie widział tej, która stała za dzikimi. Przez dziewięć tygodni wojny była dla Raphaela jedynie sylwetką, symbolem, którego nikt nie widział. Cieniem znajdującym się poza zasięgiem wzroku. Kobietą, która nie pojawiała się na polu bitwy, a jednak jej obecność zdawała się przenikać każdy rozkaz, każdą zasadzkę, każde ciało pozostawione w błocie. Nie widział jej sylwetki na wzgórzach. Nie dostrzegł jej pośród sztandarów. Nie słyszał jej głosu. Wiedział jedynie, że dowodziła nimi kobieta. A właściwie — prowadziła ich. To rozróżnienie coraz częściej wracało do niego w myślach. Dowodzenie należało do ludzi, którzy wydawali rozkazy. Prowadzenie było czymś innym. Oznaczało, że ludzie szli za kimś nie dlatego, że musieli, lecz dlatego, że wierzyli, iż ten ktoś znał drogę. Nie wiedział, czy ich królowa znała drogę. Wiedział natomiast, że jej ludzie byli gotowi dla niej umrzeć.
W boju ścierali się niemal wyłącznie mężczyźni. Kobiety pojawiały się w pobliżu walczących rzadko, najczęściej jako noszące rannych, zwiadowczynie albo te, które pozostawały przy obozowisku. Lecz ci, którzy widzieli je z bliska, mówili o nich z tym samym niepokojem, z jakim opowiadali o wojownikach. Nie były łagodniejszą częścią tej armii. Były jej innym obliczem. Słyszał wszak historie o kobietach, które po bitwie dobijały rannych. O tych, które potrafiły stać nieruchomo nad ciałem człowieka, podczas gdy wokół nich płonęły zabudowania. O dziewczynach z twarzami pomalowanymi błękitną gliną, które przywiązywały do włóczni pasma włosów poległych przeciwników. Nie wiedział, ile z tych opowieści było prawdą. Wiedział tylko, że wojna bardzo szybko rodziła własne legendy. A legendy były niebezpieczne. Zwłaszcza kiedy zaczynały zastępować ludzi.
Na czele każdego większego natarcia pojawiał się jednak zawsze ten sam rodzaj wojownika. Nie kobieta. Nie kapłan. Nie wódz. Olbrzym. Elio widział go z murów przez wiele tygodni. Wspominał tę postać czasem nocą, gdy próbował zasnąć i zamknąć oczy przed obrazami, których nie chciał już oglądać. Mężczyzna był ogromny. Nie w sposób, który można było wyjaśnić wyłącznie wzrostem. Był masywny jak fragment górskiego zbocza, jak człowiek, którego ciało od pokoleń przystosowywało się do życia w miejscu, gdzie słabość oznaczała śmierć. Włosy opadały mu na ramiona w ciężkich, splątanych pasmach. Skóra była pokryta bliznami i barwami wojennymi. Na piersi miał wymalowany znak, którego Raphael nigdy wcześniej nie widział. W dłoniach trzymał młot większy od wielu ludzi. Większy od samego księcia. Kiedy unosił go nad głowę, zdawało się, że samo niebo obniżało się nad polem bitwy.
Raphael pokonał go w szóstym tygodniu walk. Pamiętał trud tamtego momentu. Najpierw olbrzym zachwiał się, jakby ziemia pod jego stopami straciła nagle swoją pewność. Młot wypadł mu z dłoni i uderzył o ziemię z głuchym hukiem. Potem jedno kolano dotknęło trawy. Dopiero po chwili całe ciało runęło na bok. I wtedy stało się coś dziwnego. Dzicy się wycofali. Nie w panice. Nie jak armia pokonana. Po prostu zniknęli. Przez trzy dni i trzy noce nie wyszli poza granice swojego obozowiska. W zamku przyjęto to jako zwycięstwo. Ludzie zaczęli mówić głośniej. Przy ogniskach pojawiły się pierwsze ostrożne uśmiechy. Ktoś wyciągnął z piwnicy ostatnią beczkę mocniejszego alkoholu. Młodsi rycerze opowiadali sobie o nadchodzącym końcu oblężenia. Elio pamiętał jednak twarz swojego kapitana. Nie było na niej ulgi. Była cisza. Obaj wiedzieli wszak, iż walka nie skończyła się. Raphael wiedział wszak, że nie zabił ich przywódcy. Co najwyżej kapitana. Człowieka, który prowadził pierwszą falę. Hydra nie umierała dlatego, że odcięto jedną głowę. Przeciwnie. W starych opowieściach każda odcięta głowa oznaczała następne. Człowiek mógł pomylić zwycięstwo nad jednym stworzeniem ze zwycięstwem nad tym, co je stworzyło.
Tamte trzy dni ciszy były właśnie tym. Nie zwycięstwem. Oczekiwaniem. Raphael spędzał noce na murach i zastanawiał się, co oznaczały. Czy zabił męża kobiety, która była symbolem ich natarcia? Czy był jej synem? Bratem? Najwierniejszym wojownikiem? A może nie był dla niej nikim poza narzędziem, które zostało zużyte? Kim był dziki, któremu cudem podciął nogi i któremu wbił ostrze miecza w nagą klatkę piersiową?
Pamiętał tę walkę. Pamiętał przede wszystkim oddech. Nie miecz. Nie przeciwnika. Oddech. Ciężki, urywany, zbyt szybki. Zbroja, która podczas ćwiczeń była tylko ciężarem, na polu bitwy stawała się zamknięciem. Metal zaciskał się wokół żeber. Ciepło gromadziło się pod napierśnikiem. Pot spływał po plecach i karku, a każdy ruch wymagał więcej siły, niż powinien. Pamiętał chwilę, w której zrozumiał, że nie było już miejsca na myślenie. Ciało miało działać samo. W turnieju zawsze istniała granica. Miejsce, poza które nie należało wychodzić. Reguła, która nawet w brutalności przypominała wszystkim, że walczyli ludzie. Tutaj nie było żadnej. Prawdziwa walka nie przypominała turniejów. Nie przypominała nawet najtrudniejszych treningów. Na treningu człowiek wiedział, czego się spodziewać. Znał długość ostrza przeciwnika. Wiedział, jak poruszał się człowiek stojący naprzeciw niego. Wiedział, kiedy nastąpić miał cios. Wiedział, że wystarczyło krzyknąć, a wszystko się uspokajało. Na polu bitwy przeciwnik nie posiadał ograniczeń metalu. Nie walczył według zasad. Nie musiał być rycerski. Nie musiał być piękny. Nie musiał nawet chcieć wygrać. Wystarczyło, że chciał przeżyć.
Nawet teraz zdawało się, iż czuł własne kolano osuwające się w błoto. Ciężar przeciwnika. Zapach mokrej skóry. Krew, która nie należała do niego, a jednak znalazła się na jego twarzy. Krzyk konia gdzieś obok. Przez moment był pewien, że umiera. Nie dlatego, że został pokonany. Dlatego, że jego serce zaczęło bić tak szybko, iż wydawało mu się, że za chwilę rozsadzi mu klatkę piersiową.
Tego się uczył całe życie. Zdawało się, iż słyszał głos nauczyciela we własnej głowie, mówiący mu, że panika była najgorszym przeciwnikiem. Nie krzyczała. Nie miała twarzy. Mówiła tylko: uciekaj. Dlatego właśnie książę musiał nauczyć się wcześniej od innych, iż strach można było obserwować. Nie trzeba było mu ufać. Nie trzeba było z nim walczyć. Można było pozwolić mu istnieć i mimo tego wykonać następny krok. Było w tym coś, co przypominało mu stare opowieści o rycerzach. Nie tych triumfalnych, śpiewanych podczas uczt, lecz opowieści wcześniejszych — o lesie, który gubił człowieka, o rycerzu pozostawionym samemu sobie, o drodze, na której każdy znak mógł być zarówno wskazówką, jak i pułapką. Wojna również była lasem. Tylko bez drzew. Człowiek poruszał się w niej pomiędzy śladami, które nie miały już znaczenia, i znakami, których nie potrafił odczytać.
A jednak Raphael coraz częściej miał wrażenie, że wszystko wokół niego układa się w jakiś wzór. Trzy dni ciszy. Trzy noce. Śmierć olbrzyma. Potem ponowne natarcie. I teraz pertraktacje. Zupełnie jakby wojna oddychała. Wdech. Wydech. Cios. Cisza. Cios. A gdzieś poza tym wszystkim znajdowała się kobieta, której nie widział. Kobieta, która przez miesiące pozostawała dla niego bardziej ideą niż człowiekiem. Wtedy jeszcze nie wiedział, że parę tygodni później sam znajdzie się w obozie dzikich. Nie wiedział, iż kobieta, której istnienie przez wiele tygodni było jedynie cieniem na mapach i szeptem przy stołach rady, znajdowała się zaledwie kilkaset kroków od niego.
Gdy otworzył oczy, palenisko w chacie wciąż trzaskało cicho, a dym z ziół przesuwał się pod sufitem. Nie wiedział jeszcze, czy kobieta, którą miał spotkać, była królową w znaczeniu, jakie rozumiał jego świat. Nie wiedział, czy nosiła koronę, czy siedziała na kamieniu, czy jej władza opierała się na krwi, wierze albo strachu. Wiedział tylko, że jeśli potrafiła zgromadzić ludzi zdolnych przez dziewięć tygodni nacierać na zamek mimo strat, musiała posiadać coś więcej niż władzę. Musieli w nią wierzyć. A wiara była siłą, której nie można było rozbić mieczem.
Pochylił nieco głowę i wsłuchał się w morze znajdujące się za ciemną, skórzaną ścianą chaty. Fale uderzały o klify w równym rytmie. Nieprzerwanie. Jakby od tysięcy lat próbowały skruszyć kamień. I tak wygląda prawdziwa potęga. Nie jak młot olbrzyma. Nie jak armia pod sztandarem. Nie jak zamek, lecz jak woda. Cierpliwa. Pozornie pozbawiona siły. I wystarczająco wytrwała, by w końcu zmienić kształt świata.
Usłyszał po prawej cichy szmer. Nie był to dźwięk, który powinien zwrócić uwagę człowieka przyzwyczajonego do wojny. W chacie trzaskało palenisko, gdzieś poza ścianami przechodzili ludzie, wiatr wciskał się pod darń i poruszał ciężką zasłoną przy wejściu. Morze zaś nie milkło ani na chwilę. Jego głuchy pomruk dochodził z oddali, głębszy od wszystkich ludzkich głosów, jakby pod klifami przesuwało się coś ogromnego i cierpliwego. A jednak Raphael odwrócił lekko głowę.
W cieniu chaty stała kobieta. Przez pierwszą chwilę dostrzegł jedynie oczy. Ciemne. Tak ciemne, że zdawały się niemal czarne w półmroku. Kontrastowały z włosami, które były jasne, praktycznie białe. Nie miały jednak tej chłodnej, martwej barwy popiołu. W świetle wpadającym przez otwór w dachu mieniły się odcieniami srebra i starego złota, jakby słońce zatrzymało się na nich na moment i nie potrafiło zdecydować, czy powinno je rozjaśnić, czy pozostawić w cieniu.
Raphael nie poruszył się. Kobieta również przez chwilę pozostawała nieruchoma i dopiero potem ruszyła. Obchodziła kolistą ścianę chaty z powolnością, która nie przypominała spaceru. Poruszała się jak zwierzę obchodzące coś, czego jeszcze nie uznało za bezpieczne. Nie skradała się jednak w pełni. Nie próbowała ukryć swojej obecności. Pozwalała mu wiedzieć, że tam była. To było bardziej niepokojące niż ukrywanie się. Człowiek, który się krył, czegoś się obawiał. Człowiek, który pozwalał się obserwować, wybierał moment, w którym miał zostać zauważony. I Raphael znał tę różnicę. Wojna nauczyła go jej szybciej niż wszystkie lata nauki przy dworze.
Przez chwilę patrzył na nią, nie próbując jeszcze nadać jej imienia. Nie wyglądała jak ktoś, kogo sobie wyobrażał. W jego myślach królowa dzikich przez wiele tygodni przybierała różne kształty. Raz była starą kobietą o twarzy porytej zmarszczkami, innym razem wojowniczką z mieczem przy boku. Czasem wyobrażał ją sobie jako kogoś niemal nadnaturalnego – postać wyłaniającą się z mgły, z twarzą pomalowaną wojenną gliną i oczami człowieka, który dawno przestał odróżniać życie od śmierci. Tymczasem stojąca przed nim kobieta była młoda. Być może była w jego wieku. Może nawet młodsza. To właśnie najbardziej go zaskoczyło.
Dopiero kiedy wyszła poza skraj cienia, zobaczył jej twarz. Była piękna. Nie w sposób, który przypominał dworskie damy. Nie było w niej starannie wyuczonej miękkości, tego rodzaju urody, która potrzebowała odpowiedniego światła, stroju i spojrzenia innych ludzi. Jej piękno wydawało się należeć do niej samej. Było surowe i jednocześnie łagodne. Delikatne rysy. Jasna skóra. Ciemne oczy. Usta, które nie zdradzały jeszcze żadnej emocji. Raphael poczuł przez moment coś, czego nie chciał nazwać. Nie zachwyt. Nie strach. Było nim zaskoczenie. Tak wielkie, że niemal wytrąciło go z czujności. Bo czy to miała być kobieta stojąca za wojną? Za dziewięcioma tygodniami oblężenia? Za wioskami, które spłonęły? Za ludźmi, których ciała widział przed kilkoma minutami, rozsiane po ziemi między zamkiem a morzem? Za olbrzymem, którego ciało przez kilka dni pozostawało na polu? A wyglądała tak, jakby mogła należeć do zupełnie innej opowieści.
Przez moment pomyślał o starych legendach. O kobietach, które pojawiały się w nich na granicy świata ludzi i świata magii. O królowych, które nie potrzebowały korony, ponieważ ich władza była starsza od symboli. O jeziorach, lasach i ogrodach, gdzie człowiek mógł spotkać kogoś, kto wyglądał jak zwyczajny człowiek, a jednak po kilku słowach rozumiał, że wszedł w miejsce, z którego nie wróci już taki sam. Nie wiedział, czy ta kobieta była tą, do której przyszedł. Nie wiedział nawet, czy była królową. Ale po raz pierwszy od wielu tygodni poczuł, że wszystkie historie, które słyszał o dzikich, były zbyt proste. Nie byli potworami, a przynajmniej ich królowa nie wyglądała jak potwór. Wiedział lepiej niż ktokolwiek, iż pozory myliły. Tak, jak i fakt, iż stojąca przed nim kobieta, odpowiadała za masakrę znajdującą się kilkaset jardów dalej.
Raphael nie spuszczał z niej wzroku. Ona również patrzyła na niego. Nie na jego ubranie. Nie na miecz, którego już nie miał. Nie na pierścień ani oznaki rodu. Patrzyła na niego tak, jakby próbowała zobaczyć człowieka znajdującego się pod wszystkim, co reprezentował. To spojrzenie znał. W pewnym sensie sam patrzył tak na ludzi. Czasami przez całe życie uczono człowieka, że powinien widzieć świat jako układ zależności: kto komu podlega, kto ma władzę, kto posiada ziemię, kto posiada ludzi, kto jest zobowiązany do posłuszeństwa. Tymczasem prawdziwa siła zaczynała się tam, gdzie człowiek potrafił spojrzeć poza ten układ. Zobaczyć intencję. Zobaczyć strach. Zobaczyć głód. Zobaczyć przyszłość, której jeszcze nie było. Raphael zastanawiał się, czy ona również widziała coś podobnego. Czy przez ostatnie tygodnie patrzyła na jego zamek i zastanawiała się, kim był człowiek, który nie chciał się poddać? Czy pytała swoich wojowników o niego? Czy wiedziała o jego zwycięstwach? Czy słyszała o olbrzymie? Czy śmierć tego człowieka coś dla niej znaczyła?
Kobieta zatrzymała się. Odległość między nimi nie była duża. Elio mógł dostrzec pojedyncze pasma włosów opadające na jej ramiona. Były niemal białe. Na jej skórze nie było wojennych barw, przynajmniej nie takich jak u jej ludzi. Miała na sobie prostą odzież, pozbawioną przepychu, bo nie potrzebowała oznaczeń. Władza nie zawsze potrzebowała wszak korony. Czasem wystarczyło, aby wszyscy wiedzieli, komu należało się ostatnie słowo.
Nieznajoma przechyliła głowę, a jej usta poruszyły się.
Ty być książę?
Słowa zabrzmiały obco. Twardo. Niektóre głoski były wypowiedziane inaczej, niż powinny. Akcent był ciężki, lecz sens pozostał zrozumiały. Raphael nie odpowiedział od razu. Przez moment pozwolił ciszy istnieć. Nie dlatego, że chciał ją sprowokować. Nie dlatego, że chciał zyskać przewagę. Po prostu obserwował. Był w obcym miejscu. Bez miecza. Bez swoich ludzi. W chacie należącej do ludzi, którzy przez tygodnie próbowali zniszczyć wszystko, czego miał strzec. Każdy jego ruch mógł zostać zinterpretowany jako słabość albo groźba. Najbezpieczniejszym językiem pozostawał spokój.
Kobieta powtórzyła. I tym razem odpowiedział.
- Tak. - Jego głos zabrzmiał cicho. Nie był to jednak szept. Nie musiał nim być. Nie musiał także podnosić głosu, aby przypomnieć jej, kim był. W jego głosie nie było drżenia. Nie dlatego, że się nie bał. Strach był obecny. Czuł go głęboko, spokojnie, jak zimną wodę pod cienką warstwą lodu. Ale strach nie był decyzją. Decyzją było to, co robił pomimo niego.
Kobieta patrzyła na niego jeszcze przez chwilę. Raphael pomyślał wtedy, że właśnie tak musieli patrzeć na siebie ludzie z dawnych pieśni, kiedy spotykali się przed bitwą i po raz pierwszy odkrywali, że przeciwnik ma twarz. Że oddycha. Że pamięta. Że być może również ma kogoś, kogo chce ocalić. Przez miesiące wojna była dla niego mapą. Czerwonymi znakami. Strzałkami. Liczbami. Pozycjami. Zapasy. Ranni. Zabici. Odległości. Teraz po drugiej stronie tej mapy stał człowiek. I nagle wszystkie linie wydawały się mniej pewne.
- Przyjechałem rozmawiać.
Nie powiedział: prosić o pokój. Nie powiedział: prosić o łaskę. Nie powiedział: żądać wycofania. Nie użył także pertraktacji. Nie zrozumiałaby. Rozmowa pozostawiała pomiędzy nimi przestrzeń. Oznaczała wymianę równych. Oznaczała próbę znalezienia granicy, przy której obie strony przestaną się zabijać.
Raphael czuł, że kolejna bitwa między nimi znów się rozpoczęła. Nie pomiędzy mieczami. Pomiędzy spojrzeniami. Pomiędzy tym, co każde z nich chciało zobaczyć w drugim, a tym, co naprawdę znajdowało się po drugiej stronie.
Za plecami kobiety dym przesuwał się powoli ku świetlikowi. Promienie słońca przecinały go na pasma srebra. Przez krótką chwilę chata przypominała Raphaelowi jeden z tych legendarnych ogrodów, o których czytał jako dziecko — miejsc, w których światło i cień nie walczyły ze sobą, lecz współistniały. Gdzie nic nie było całkowicie jasne ani całkowicie ciemne. Pomyślał, że może właśnie dlatego znalazł się tutaj. Nie po to, aby zwyciężyć. Nie po to, aby przegrać, lecz aby dowiedzieć się, co znajduje się pomiędzy jednym a drugim.
Odpowiedź stała przed nim. Młoda. Jasnowłosa. Cicha. I odpowiedzialna za wojnę, która niemal pochłonęła jego świat.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

raphael valencourt


A’Nari nie mieli zwyczaju oddawać władzy dzieciom swoich poprzedników. Nie wierzyli, że krew płynąca w czyichś żyłach może powiedzieć Matce, kto powinien prowadzić innych. Syn nie dziedziczył miejsca po ojcu tylko dlatego, że urodził się jako pierwszy. Córka nie była mniej zdolna tylko dlatego, że przyszła na świat dziewczyną. Nie miało znaczenia, czy dłonie człowieka były szerokie od pracy przy drewnie i broni, czy drobne i przyzwyczajone bardziej do ziół niż do włóczni. Gaja nie patrzyła na ciało, które otrzymał człowiek. Patrzyła na to, co potrafił zrobić z tym, co zostało mu dane.
Dlatego wśród A’Nari mogła prowadzić kobieta albo mężczyzna. Mogło prowadzić jedno i drugie. Czasem przez wiele lat tę samą osobę zastępowała inna, jeśli las przestał odpowiadać na jej pytania albo jeśli Matka zabierała jej siłę, której potrzebowała do dalszego prowadzenia ludu. Nikt nie wybierał nowego przywódcy przy wspólnym ogniu. Nie zwoływano narady, na której najstarszy człowiek wskazywał palcem tego, kto od tej pory miał decydować o reszcie.
Wybierała Gaja. Nie zawsze mówiła to głośno. Czasem wybór przychodził w śnie. Czasem w sposobie, w jaki zwierzę reagowało na czyjąś obecność. Czasem człowiek, którego nikt wcześniej nie uważał za ważnego, potrafił zrobić coś, czego nie potrafił nikt inny. Znaleźć rannych, kiedy wszyscy pozostali widzieli tylko ślady krwi. Przeprowadzić dzieci przez las podczas burzy. Odnaleźć wodę tam, gdzie ziemia wydawała się sucha. Usłyszeć coś, czego inni nie słyszeli. A czasem Matka wybierała poprzez ciszę.
Tak było z Na’Ginni. Nie zawsze była przewidziana do tego miejsca. Nie wychowała się z myślą, że pewnego dnia ludzie będą przychodzić do niej po odpowiedzi. Kiedy była mała, interesowały ją raczej rzeczy, których inni nie zauważali. Owady chowające się pod korą. Ślady pozostawione przez zwierzęta. Zapach roślin po deszczu. Sposób, w jaki wiatr zmieniał się przed burzą. Potrafiła godzinami siedzieć nieruchomo i patrzeć, aż pozostali zaczynali się zastanawiać, czy w ogóle ich słyszy.
Słyszała. Tylko częściej słuchała tego, co znajdowało się poza ludzkimi głosami. Kiedy poprzednia Matka odeszła do Gai, Na’Ginni nie była najstarsza, najodważniejsza ani najpotężniejsza z tych, którzy mogli zająć jej miejsce. Byli inni. Wojownicy, których imiona znał każdy. Kobiety, które potrafiły uleczyć ciężkie rany. Mężczyźni, którzy przeżyli więcej zim, niż Na’Ginni miała lat. A jednak podczas pierwszego poranka po śmierci starej Matki to właśnie do Na’Ginni przyszedł biały jeleń. Nie pozwolił nikomu się zbliżyć. Stał długo przy strumieniu, patrząc na nią przez nieruchome drzewa. Kiedy Na’Ginni podeszła, zwierzę nie uciekło. Zeszło tylko niżej, ku wodzie, i dotknęło pyskiem miejsca, w którym wcześniej siedziała poprzednia Matka.
Tego samego dnia Na’Ginni położyła dłonie na ziemi i powiedziała, że Gaja odpowiedziała. Nikt nie zapytał, co dokładnie usłyszała. Nie trzeba było.Od tamtej chwili nazywali ją Matką Szeptów.
Nie dlatego, że była najstarsza. Nie dlatego, że była najbardziej bezwzględna. Nawet nie dlatego, że była najlepszą uzdrowicielką. Wybrano ją, bo wierzyli, że potrafi usłyszeć Matkę tam, gdzie inni słyszeli jedynie wiatr. Na’Ginni nie uważała tego za zaszczyt. Było to ciężkie brzemię, które przyjęła, bo takie miejsce zostało jej dane.
Teraz stała naprzeciw człowieka, który przyjechał z daleka i który według kobiety znad strumienia miał być księciem. Znała dźwięk tego słowa. Znała kilka rzeczy, które mówiło się o takich ludziach. Wiedziała, że inni pochylali przed nimi głowy. Wiedziała, że zwykle mieszkali w miejscach większych niż ich własne lepianki. Wiedziała, że mieli przy sobie wielu ludzi, którzy pilnowali ich bezpieczeństwa. Ale czy „książę” oznaczał przywódcę? Czy może imię? Czy może człowieka, który urodził się pośród innych ludzi i dzięki temu dostał inne słowo? Nie była pewna.
Mężczyzna odezwał się w końcu po raz pierwszy. Jego głos był niski, spokojny. Na’Ginni rozpoznała kilka słów, choć mówił trochę szybciej, niż lubiła. Przez chwilę obserwowała jego usta, jakby sam ich ruch mógł pomóc jej zrozumieć resztę zdania.
– Rozmawiać – powtórzyła w końcu. Przerwała na krótką chwilę i pokiwała głową, a długie i białe niczym śnieg włosy poruszyły się wraz z tym ruchem. – Tak.
Nie cofnęła się. Przeciwnie, zrobiła kilka powolnych kroków w jego stronę. W lepiance było duszno. Dym z małego paleniska nie uchodził wszystkimi szczelinami, lecz wisiał pod dachem i osiadał w powietrzu ciężką warstwą. Pachniało spalonym drewnem, suszonymi liśćmi, żywicą i ziemią. Przez niewielkie otwory pozostawione w glinianych ścianach wpadały cienkie smugi słońca. Przecinały półmrok i zatrzymywały się na drobinkach popiołu, które powoli opadały w dół. W tych jasnych pasmach unosiły się suche fragmenty roślin, włókna i pył, jakby sama przestrzeń była pełna drobnych, powolnych stworzeń.
Na’Ginni poruszała się przez to wszystko z naturalną swobodą. Znała każdy przedmiot ustawiony pod ścianą. Wiedziała, gdzie stoi gliniane naczynie, nawet jeśli nie patrzyła. Wiedziała, gdzie może postawić stopę, żeby nie strącić wiszących nad nią ziół. Jej ciało pamiętało tę przestrzeń lepiej niż umysł. Poruszała się miękko i bez pośpiechu, jak ktoś, kto nigdy nie musiał zastanawiać się, gdzie kończy się jego dom.
Zatrzymała się dopiero tuż przed nim. Bardzo blisko. Na tyle, że mogła poczuć nieznany zapach jego ubrania. Skóra. Dym, ale inny niż jej. Koń. Chłodne powietrze, które musiało zostać na nim po drodze.
Uniósł lekko brodę, jakby chciał coś powiedzieć, ale Na’Ginni była szybsza. Przyłożyła dłoń do własnej piersi. Tam, gdzie pod skórą biło serce.
– Ja Matka. – Palce zacisnęły się lekko na materiale przy piersi. – Ja Na’Ginni.
Powiedziała to spokojnie, niemal jakby przedstawiała mu coś, co powinien znać od początku. Przez chwilę przyglądała mu się uważnie. Może teraz on miał powiedzieć, kim był. Może jednak „książę” było właśnie jego imieniem. Ta myśl przemknęła jej przez głowę i niemal rozbawiła. Ich język miał jedno słowo na tak wiele rzeczy. Czasem to samo określenie mogło opisywać człowieka, jego miejsce albo to, co inni o nim myśleli. Obcy najwyraźniej również nie byli od tego wolni.
Potem jej ręka opadła. Na chwilę zamilkła, przyglądając się jego twarzy. Wciąż trudno było jej przyzwyczaić się do jego obecności. Do tego, że naprawdę stał w jej domu. Że przyszedł aż tutaj, do niewielkiej lepianki pachnącej ziołami i dymem, gdzie pod stopami miał ubitą ziemię zamiast kamienia, a ściany przepuszczały wiatr.
Był sam. To nadal ją zastanawiało. Przecież od tylu dróg księżyca jego ludzie i plemię A’Nari odbierali sobie nawzajem życie. Nie każdego dnia, nie w każdym miejscu, ale wystarczająco często, by śmierć przestała być wydarzeniem, a zaczęła być częścią codzienności. Kolejne groby znaczyły ziemię. Kolejne puste miejsca przy ogniu przypominały o tych, którzy nie wrócili. Czasem znikali jej ludzie. Czasem obcy zostawiali swoich w lesie.
Dlatego każdy, kto przychodził samotnie, przychodził również z pytaniem. Czy był tak pewien swojego miejsca, że nie bał się śmierci? Czy uważał, że sam tytuł wystarczy, by powstrzymać rękę wojownika? Czy może wiedział coś, czego ona jeszcze nie wiedziała?
A może po prostu uznał, że skoro przyszedł z ustami zamiast ostrza, powinno wystarczyć, że chce mówić. W języku A’Nari takie osoby miały swoje określenie. Głos Pustych Dłoni. Tak mówiono o człowieku, który przychodził bez walki, z nadzieją, że jego słowa okażą się silniejsze od tego, co wcześniej zrobiły ręce. Nie znaczyło to jeszcze pokoju. Nie znaczyło nawet, że druga strona zechce słuchać.
Oznaczało jedynie, że ktoś był gotów postawić własne życie tam, gdzie wcześniej stawiano broń.
Na’Ginni spojrzała na niego jeszcze raz. Potem powiedziała cicho:
– Wy ranić ziemia.
Jej głos pozostał spokojny. Nie było w nim oskarżenia, choć wybrzmiewała złość przy stwierdzeniu czegoś, co dla niej było równie oczywiste jak to, że strumień płynął pod jej domem.
Palcami dotknęła podłogi.
– Wy ranić A’Nari.
Uniosła wzrok.
– My ranić metalowe demony.
Przez chwilę trwała cisza. Nie powiedziała waszych ludzi. Nie powiedziała wojownicy. Nie potrafiła jeszcze nazwać wszystkiego, czym byli ludzie po drugiej stronie. Dla niej pozostawali przede wszystkim tymi, którzy przyprowadzili ze sobą metal. Tym, którzy przyszli zranić miejsce, do którego nie należeli. „Metalowe demony” było prostsze i prawdziwsze.
Jej dłoń przesunęła się po własnym ramieniu, jakby chciała strząsnąć z niego niewidzialny ciężar. Potem znów spojrzała na mężczyznę. Nie musiała tłumaczyć, że rana nie zaczęła się od A’Nari. Nie musiała mówić o strzałach, które pierwszy raz przemknęły pomiędzy drzewami. O pierwszym człowieku, który padł. O pierwszym ogniu, jaki zajął trawę. Wszystko to było już w ziemi.
On również powinien to wiedzieć.
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Obserwował jej zachowanie. To, jak się zbliżyła. Jak patrzyła bez lęku prosto w jego oczy, stojąc tak blisko, że wystarczyło poruszyć ręką, by ją dotknąć. Jak przyłożyła dłoń do serca, wymawiając swoje imiona. Nie był to gest, który znał. Nie przypominał salutowania rycerzy, skłonu dworskiego ani żadnego z gestów, których uczono go od dzieciństwa, zanim jeszcze zrozumiał, że każdy ruch dłoni mógł coś oznaczać. Tutaj znaczenie było inne. Prostsze, a przez to być może starsze. Pięść przy sercu nie była prośbą o łaskę. Nie była też oznaką poddania. Bardziej przypominała przysięgę wypowiedzianą bez słów. Tak pierwotną, iż nie trzeba było wcześniej go widzieć, aby zrozumieć.
Przez chwilę patrzył na jej dłoń, zaciśniętą na materiale skórzanego napierśnika. Potem podniósł wzrok, odnajdując ciemność jej spojrzenia. Jego własna dłoń, zakuta w stal zbroi sięgnęła ku własnemu sercu ukrytemu pod kolczugą. - Raphael. - Wiedział, że jego imię było trudne. Widział to w jej twarzy. W oczach śledzących jego wargi, zupełnie jakby tym samym miała wpoić samą komplikację języka, rozłożyć jego imię na części i odnaleźć w nim właściwe brzmienie. Jej usta poruszyły się bezgłośnie. Raphael. Jeszcze raz, ale tylko w myślach.
Język dzikich był inny. Twardy. Jego był płynny, miękki, pełen zaokrągleń, samogłosek przechodzących jedna w drugą. Nawet kiedy wypowiadał słowa dotyczące wojny, język nie przestawał brzmieć jak coś stworzonego dla sal balowych, kamiennych krużganków i szeptów za zamkniętymi drzwiami. Melodyjność, którą słyszał od dzieciństwa, miała w sobie coś z wody. Przepływała. Język plemion był jego przeciwieństwem. Przypominał trzask drewna w kominku. Ostry. Kanciasty. Zbudowany z krótkich uderzeń, twardych spółgłosek i dźwięków, które zatrzymywały się nagle, zamiast miękko gasnąć. Miejscami zdawał się nienaturalny, jakby nie został wymyślony przez człowieka, lecz wydobyty z kamieni, zimowych lasów i gardła zwierzęcia. Raphael nie wiedział, czy była to rzeczywista różnica między językami, czy tylko jego własne przyzwyczajenie. Wiedział jednak, że słowa Na’Ginni docierały do niego jak odgłosy z odległego świata.
Nie chciał pozwolić, aby ta obcość stała się dla niego wymówką. Obcość była jednym z najstarszych narzędzi wojny. Najpierw odbierało się człowiekowi imię. Potem język. Potem twarz. Na końcu można było już bez trudu powiedzieć, że nie zabijało się ludzi, tylko wrogów.
- Elio - dodał. Zrobił to niemal bezwiednie. Ułatwił jej wymowę własnego imienia, nie wiedząc, czy zrozumiała. Przedstawiła się jednak dwoma imionami. On mógł zrobić to samo, dlatego właśnie ludzki instynkt poprowadził go do imienia, którym nazywała go matka. Elio. Krócej. Prościej. Słowo, które nie wymagało od niej przechodzenia przez dźwięki jego właściwego imienia.
Na’Ginni patrzyła na niego przez chwilę, a Raphael nie potrafił powiedzieć, czy dostrzegła w tym uprzejmość, czy słabość. Nie miało to znaczenia. W negocjacjach człowiek często oddawał drobne rzeczy, aby zachować te większe.
A negocjacje rozpoczęły się jeszcze zanim ułożył oczy po raz pierwszy na Matce dzikich.
Wy ranić ziemia. Wy ranić A’Nari. My ranić metalowe demony.
Nie odpowiedział od razu. Analizował i obserwował. A’Nari. To słowo zatrzymało jego uwagę. Nie znał go. Nie wiedział, czy oznaczało ich lud, ziemię, ród, plemię, krainę czy coś, czego nie potrafił przełożyć na własne pojęcia. Nie zamierzał jednak zgadywać. Wojna nauczyła go, że najniebezpieczniejsze były słowa, które człowiek rozumiał zbyt szybko. Patrzył więc. Na nią. Na sposób, w jaki zbliżała się do niego i poruszała po wnętrzu chaty niczym kot. Nie wykonywała żadnego ruchu bez powodu. Każdy krok miał w sobie ostrożność. Nie była nerwowa. Nie bała się go. Albo bardzo dobrze ukrywała strach.
Pomimo brutalności jej ludu Matka posiadała w sobie coś, czego nie spodziewał się zobaczyć. Spokój. Nie ten dworski, wyuczony przez lata ceremoniałów. Nie spokój człowieka, który wiedział, że stała za nim straż, mur, nazwisko i setki ludzi gotowych wykonać jego rozkaz. Jej spokój był starszy. Był podobny do spokoju ziemi. Do kamienia leżącego pod śniegiem, który nie musiał nikomu udowadniać, że przetrwał zimę.
W jej oczach był także gniew ten sam, który prowadził jej ludzi do boju.
Po spoconej, podrażnionej skórze pleców księcia przeszedł dreszcz. To, co odczuwał, było niepokojem. Nie dlatego, że uważał ją za potężniejszą od siebie. Dlatego, że nie wiedział jeszcze, na czym polegała jej potęga. Przez dziewięć tygodni walczył z tym ludem, a mimo to nie znał ich naprawdę. Znał ich topory. Znał włócznie. Znał farbę na ich twarzach i ciała poległych pozostawiane na błocie. Znał sposób, w jaki wspinali się na mury. Znał ich okrzyki i znał ciężar ich broni. Nie znał ich powodów. A człowiek, który znał jedynie broń swojego przeciwnika, znał zaledwie połowę wojny.
- Nie chcemy śmierci - powiedział w końcu, obserwując nieprzerwanie twarz Matki.
Nie kłamał. Słowa pozostały pomiędzy nimi. Na’Ginni milczała, podczas gdy Raphael pozwolił jej milczeć. Cisza była czasem lepszym tłumaczem aniżeli wykaz słów.
- Walczymy już dziewięć tygodni. - Mówił wolniej. Nie dlatego, że uważał ją za głupią. Wręcz przeciwnie. Chciał, żeby każde słowo miało możliwość przejścia przez dzielącą ich przepaść języka. - Jeśli będziemy kontynuować, będziemy mieli więcej grobów. Nie więcej ziemi.
Widział już po jej wcześniejszej wypowiedzi, iż słowo ziemia nie miało dla niej takiego samo znaczenia jak dla niego. I być może właśnie tutaj znajdowała się cała wojna. Dla niego ziemia była granicą. Terytorium zaznaczonym na mapach, prawem własności, obowiązkiem wobec przodków. Była zamkami, polami uprawnymi, drogami, lasami należącymi do korony i wzgórzami, na których od pokoleń składano przysięgi.
Dla nich zdawała się być czymś innym. Ciałem. Matką. Pamięcią. Bogiem. Nie wiedział. I dlatego słuchał. Przez miesiące próbowali się nawzajem złamać. Żadne z nich nie otrzymało tego, czego chciało. Rycerze nie zdołali odzyskać ziemi. Plemiona nie zdobyły zamku. Pomiędzy nimi pozostawało dziewięć tygodni krwi, ognia i zimnego żelaza. Raphael widział to wszystko, kiedy zamykał oczy. Mur. Wieże. Ciała. Konie leżące na polu bitwy. Głowy wbite na pale. Rycerzy, którzy rano jeszcze rozmawiali przy ogniu, a wieczorem byli już tylko ciężarem, który trzeba było wynieść poza mury. Widział także tamtych. Nie potrafił powiedzieć, ilu. Tysiące twarzy, których nigdy nie poznał. Ich śmierć była równie rzeczywista jak śmierć jego ludzi.
Właśnie dlatego nie mógł nienawidzić ich wszystkich. Nienawiść była luksusem ludzi, którzy nie musieli podejmować decyzji. On musiał. Jeśli jutro mieli wznowić walkę, poległych miało być więcej. Nie potrzebował wizji, aby to wiedzieć. Potrzebował tylko pamięci.
Po raz pierwszy, odkąd w chacie pojawiła się królowa dzikich, odwrócił od niej wzrok i spojrzał na ogień. Płomień był mały. Drżał, pochylając się ku szczelinie w dachu, gdzie dym znikał w jasnym powietrzu. Nad nimi musiało być niebo. Raphael wyobraził sobie, że patrzy na nich z góry jak ogromne, pozbawione twarzy oko. W legendach podobne miejsca zawsze miały znaczenie. Jaskinia. Las. Kamień. Źródło. Chaty ukryte w ziemi. Król, który wyruszał w nieznane i spotykał kobietę stojącą pomiędzy dwoma światami. Kobietę, która mogła być królową, czarodziejką, strażniczką albo tylko człowiekiem, któremu historia później dorobiła koronę. A książę znał te opowieści. W dzieciństwie były piękne. Teraz wydawały mu się przede wszystkim ostrzeżeniami. Bo legendy zawsze upraszczały ludzi. Król był dobry albo zły. Rycerz był odważny albo tchórzliwy. Królowa była błogosławieństwem albo przekleństwem. Potwór był potworem.
Wojna nie działała w ten sposób. Wojna była miejscem, w którym święty człowiek mógł zabić dziecko, a potwór nakarmić głodnego. Raphael nie wiedział jeszcze, kim była Na’Ginni. Nie chciał tego wiedzieć zbyt szybko. Chciał wiedzieć, czego potrzebowała. To było ważniejsze.
Spojrzał jej w oczy. - Czego chcesz? - Nie użył tytułu. Nie powiedział królowo. Nie mówił Matko. Nie dlatego, że chciał ją obrazić. Przeciwnie. Nie chciał przyjmować za prawdę czegoś, czego jeszcze nie rozumiał. Jeżeli była ich Matką, jak sama powiedziała, być może jej władza nie miała nic wspólnego z koroną. Być może nie potrzebowała korony.
Raphael obserwował jej twarz. Czekał. W tej chwili przypomniał sobie słowa starego nauczyciela: człowiek, który mówił pierwszy, oddawał przeciwnikowi informację. Człowiek, który mówił za dużo, oddawał mu siebie. Dlatego Elio milczał. Nie przyjechał prosić o życie. Nie przyjechał kapitulować. Nie zamierzał oddawać zamku tylko dlatego, że zapasy malały, ani składać przysięgi, której nie mógłby później dotrzymać. Wiedział, czym były błędy polityczne. Wiedział również, że czasami najgorszą decyzją nie było przegranie bitwy, lecz wygranie jej w sposób, którego nie dało się później przeżyć.
Jego rada była podzielona. Jedni chcieli walczyć do końca. Inni zaczynali rozumieć, że koniec mógł oznaczać coś zupełnie innego, niż sądzili. Zapasy się kończyły. Ludzie byli zmęczeni. Konie coraz częściej stawały bez ruchu przy korytach. Ranni umierali nie od ran, lecz od gorączki. Każdy dzień kosztował więcej niż poprzedni. Raphael wiedział to wszystko. Na’Ginni nie musiała. Jeszcze nie. Nie zamierzał dawać jej klucza do zamku, zanim nie wiedział, czego chciała otworzyć.
- Nie chcemy śmierci - powtórzył ciszej. Tym razem wskazał nie na siebie. Na nią. - Ani wy.
Na moment jego spojrzenie przesunęło się ku wejściu do chaty. Za ścianą znajdowali się jej ludzie. Ci sami, którzy jeszcze niedawno próbowali wedrzeć się na mury. - Twoi również umierają - wyszeptał i wrócił wzrokiem do jej twarzy. - Widziałem ich. - Nie było w tym oskarżenia. Tylko fakt. - Ty widziałaś moich.
Ogień trzasknął. Na zewnątrz zawiał wiatr. Raphael pomyślał o polu pomiędzy zamkiem a obozem. O tysiącach śladów stóp, które deszcz wkrótce miał pozacierać. O kościach, które miały zostać w ziemi długo po tym, jak obie armie znikną. O tym, że ziemia nie rozróżniała barw sztandarów. W końcu wszyscy byli dla niej tylko ciałem.
- Jeśli jutro znów zaczniemy walczyć - powiedział - ziemia dostanie kolejnych ludzi. - Jego głos pozostał spokojny, chociaż ciało miał wymęczone. - Ale żadna ze stron nie dostanie tego, po co przyszła.
To była jedyna rzecz, której był pewien. Nie wiedział jeszcze, czego chciała Na’Ginni. Nie wiedział, czym było A’Nari. Nie wiedział, dlaczego zatrzymała wojnę po śmierci olbrzyma ani dlaczego pozwoliła mu wejść tutaj bez miecza. Ale właśnie dlatego przyjechał. Nie po zwycięstwo. Jeszcze nie. Przyjechał znaleźć granicę pomiędzy tym, czego nie mogli sobie nawzajem odebrać, a tym, co obie strony mogły jeszcze ocalić. I po raz pierwszy od dziewięciu tygodni Raphael pomyślał, że być może ta wojna nie miała skończyć się wtedy, gdy jedna strona padnie. Cokolwiek to było, musiał to osiągnąć. Dla dobra ludzi, którzy pozostali na zamku. Dla dobra dzieci, matek, ojców. Dla wszystkich, którzy wstrzymywali oddechy, widząc, jak znikał we wnętrzu ciemnej chaty.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

raphael valencourt


Próbowała powtórzyć za nim, lecz usta nie chciały słuchać. Dźwięki, które wypuścił z gardła, nie chciały ułożyć się na jej języku tak, jak układały się słowa A’Nari. Obserwowała więc jego wargi, szeroko otwierając oczy, i próbowała zapamiętać ich ruch.
Ra-el.
Ra-fe.

Jeszcze raz poruszyła ustami, ale obcy dźwięk ugrzązł gdzieś pomiędzy językiem a gardłem. Nie chciał wyjść. Było w tym słowie coś twardego, coś, czego jej własna mowa nie znała. Dlatego, kiedy mężczyzna dotknął dłonią piersi, zrozumiała. Mówił, jak wołano na niego po drugiej stronie gór. W miejscu, gdzie kończyły się ich lasy, a zaczynała ziemia ludzi, którzy stawiali między sobą a światem kamienne ściany.
Nie potrafiła wymówić tego imienia. Za to drugie, które powiedział później, było łatwiejsze.
– E-lio – powtórzyła powoli, smakując słowo na języku.
Poruszyła przy tym podbródkiem, jak robiły to dzieci, kiedy chciały upewnić się, że nazywają rzecz właściwie. Elio. Zapamiętała. Imię było ważne. A’Nari nie nadawali go ot tak, tak samo jak nie wyrywali znaku w drzewie bez powodu. Imię było częścią człowieka i zostawało z nim nawet wtedy, kiedy ciało wracało już do Gai. Czasem człowiek przez wiele lat nosił imię, które dostał jako dziecko, a czasem życie mówiło o nim coś innego i wtedy przychodził dzień, kiedy stare imię zostawało przy ognisku, a nowe szło dalej z człowiekiem. Dlatego zastanawiała się, czy Elio było jego prawdziwym imieniem, tym, które nosił blisko serca, czy tylko słowem, którym wołano go za kamiennymi murami. Czy tak mówiła do niego jego matka? Czy jego ludzie wypowiadali to imię przy ogniu? Czy może, tak jak ją, nazywali go inaczej, kiedy pozostawali między swoimi?
Ona również miała kiedyś tylko jedno imię. Na’Ginni. Pamiętała jeszcze dzień, w którym przestało wystarczać. Biały jeleń pojawił się po śmierci poprzedniej Matki, a kiedy przyszedł, starsi wiedzieli już, że Gaja wybrała następną. Nie wybierała słowami. Nigdy tego nie robiła. Przychodziła przez zwierzę, wiatr, sen, czasem przez coś, czego nie potrafili nazwać. Tego dnia ziemia była chłodna, a kamień, na którym od pokoleń zostawiano ślady dłoni, zimniejszy niż zwykle. Zanurzyła ręce w czerwonym barwniku przygotowanym z owoców, korzeni i tego, co A’Nari dawali ziemi przy najważniejszych obrzędach. Czerwień nie była dla nich tylko kolorem. Była tym, co poruszało się pod skórą. Tym, co opuszczało ciało, kiedy Gaja upominała się o swoje dzieci. Kiedy przycisnęła dłonie do kamienia, pośród starych odbić pojawił się jej własny ślad. Obok dłoni kobiet i mężczyzn, które dawno już wróciły do ziemi.
Wtedy Na’Ginni zostało z nią, ale jakby za plecami. Nie umarło. Nie mogło umrzeć. To imię nadal mieszkało w ustach jej matki, starszych braci i kilku osób, które znały ją z czasów, zanim nauczyła się słuchać szeptów Gai. Oni wciąż mogli mówić Na’Ginni i wtedy na moment znów była po prostu kobietą, córką swojej matki i siostrą swoich braci. Dla reszty jednak stała się Matką Szeptów. Tą, która miała słuchać za tych, którzy nie umieli. Tą, która odprowadzała zmarłych. Tą, która wiedziała, kiedy należało leczyć, kiedy walczyć, a kiedy pozwolić ciału odejść. Tą, która musiała pamiętać, że ziemia nie należy do A’Nari. To oni należą do niej.
Dlatego słuchała teraz Elio. Mówił powoli, jak człowiek, który wie, że jego słowa nie mają jeszcze korzeni w cudzym języku. Mimo to wiele z nich rozsuwało się jej w głowie, zanim zdążyła je połączyć. Jedno przypominało inne, inne ginęło pod kolejnymi dźwiękami. Zmarszczka pojawiająca się między jej brwiami pogłębiała się z każdym jego słowem. Nie chciała odpowiadać, zanim nie zrozumie. A’Nari nie lubili słów wypowiadanych za szybko. To, co wychodziło z ust, zostawało pomiędzy ludźmi. Można było cofnąć dłoń. Można było odłożyć nóż. Słowa były trudniejsze do schowania.
Nie chcemy śmierci.
To zrozumiała. I dlatego cofnęła się kilka kroków. Pomiędzy wiszącymi pod sufitem wiązkami ziół było mniej duszno. Suche rośliny kołysały się delikatnie przy każdym ruchu powietrza, niosąc swoje zapachy: gorzkie, ostre, czasem słodkie. Niektóre znała od dziecka. Jej matka pokazywała jej, które trzeba łamać po wyschnięciu, które miażdżyć między kamieniami, które przykładać do ran, a które palić, kiedy ktoś nie mógł spać. Każda roślina miała swoje miejsce, tak jak każdy człowiek miał swoje. Ułamała więc jedną z gałązek i zaczęła rozcierać suche liście pomiędzy palcami. Cichy trzask uspokajał. Zapach wszedł do nosa, ostry i drażniący, ale znajomy. Za jej plecami ogień strzelał z drewna, a rozgrzane polana pękały co jakiś czas, rozsypując małe iskry.
Czego chcesz?
Znowu słuchała. Znowu zatrzymała jedno słowo, obracając je w myślach, aż zrozumiała. Podniosła wzrok.
– Pokój – powiedziała i wskazała dłonią w stronę gór. – Wy iść za góry.
Nie wiedziała, czy powiedziała to tak, jak powinien zrozumieć. Jej język nie potrzebował tylu słów co jego. Nie musiała mówić, że chce zachować drzewa, rzekę i ziemię, na której rodziły się dzieci A’Nari. Nie musiała tłumaczyć, dlaczego nie pozwoli, żeby kolejne żelazne stopy weszły pomiędzy korzenie ich drzew. Dla niej było to tak oczywiste jak to, że po słońcu przychodzi księżyc.
Nie chcemy śmierci. Ani wy.
Tym razem podeszła bliżej. Ostatnie drobiny liści roztarła między palcami, aż została na nich zielona, sucha miazga. Patrzyła na niego długo. Człowiek mógł mówić jedno, a jego ręce mogły mówić drugie. Gaja nauczyła ich patrzeć na całe ciało. Na sposób, w jaki ktoś stoi. Na to, gdzie prowadzi wzrok. Na to, czy stawia ciężar na obu nogach. Zwierzęta rozumiały to bez słów. A’Nari też powinni.
– Wy ranić, my tylko bronić – powiedziała to cicho, lecz w jej głosie nie było miejsca na żart. Metalowe demony zabierały ich ludzi. Nie rozumiały ziemi, po której chodziły. Nie słuchały drzew. Nie znały ścieżek, którymi woda wracała do rzek. Przywoziły żelazo, ogień i huk. Z każdym kolejnym wyparciem księżyca przez słońce A’Nari było mniej. Mężczyźni wracali z walki bez braci. Kobiety czekały na synów, którzy nie wracali. Dzieci zasypiały przy ogniskach, przy których któregoś dnia brakowało kolejnego głosu. Na’Ginni znała śmierć zbyt dobrze, żeby ją lekceważyć. Nie bała się jej. Śmierć była częścią Gai. Była tym, co przyjmowało liście, kości, krew i ciała, żeby później z tego samego rodzić nowe życie.
Ale metalowe demony nie oddawały swoich zmarłych ziemi tak jak A’Nari. Odbierały. I to było czymś innym. Dlatego wyciągnęła prawą rękę. – Śmierć. – Potem lewą. – Życie. – Złączyła dłonie i powoli rozsunęła je, kreśląc przed sobą szeroki krąg. Krąg życia.
To było wszystko, co chciała mu powiedzieć. Śmierć wracała do życia. Życie wracało do śmierci. Tak poruszała się Gaja. Tak poruszał się księżyc. Tak poruszała się krew w ciele. Człowiek rodził się, dorastał, zostawiał po sobie następne życie i wracał pod ziemię. A jego dzieci przychodziły później w miejsce, które przygotowali im ci, którzy byli przed nimi.
Ona chciała uratować swoich ludzi właśnie po to, żeby ten krąg nie został przerwany. Dlatego rozmawiała też z Rakanami. Ludźmi gór.
Na’Ginni znała ich od dawna i właśnie dlatego wiedziała, jak trudne było to, co robiła. Rakani nie byli A’Nari. Ich ciała zmieniały się od życia na wysokościach. Ich ramiona były szerokie od wspinania się po kamieniach i dźwigania rzeczy, których A’Nari nie zabraliby nawet na dwóch ludzi. Ich dłonie znały chłód skały. Ich stopy były twarde. Ich wojownicy nosili ciężkie maczugi, młoty i tarcze. Nie uciekali przed przeciwnikiem, jeżeli mogli go dosięgnąć. Nie widzieli sensu w znikaniu pomiędzy drzewami, skoro można było stanąć naprzeciw drugiego człowieka i złamać jego broń własną siłą.
A’Nari byli inni. Ich ciała były stworzone do ruchu. Do biegu. Do wspinania się. Do znikania tam, gdzie ktoś obcy widział tylko liście i cienie. Barwniki, którymi malowali twarze i ciała, nie były jedynie ozdobą. Każdy wzór mógł mówić coś o człowieku, o jego rodzinie, o tym, czy wracał z polowania, czy szedł walczyć. Niektórzy wojownicy potrafili wejść tak wysoko w korony drzew, że z ziemi można było zobaczyć jedynie ich kolor na tle liści. Stamtąd patrzyli na ścieżki. Słuchali. Przekazywali znaki. Ich nawoływania ginęły wśród głosów ptaków tak dokładnie, że metalowe demony nieraz nie wiedziały, że las właśnie ostrzegał A’Nari przed ich nadejściem.
Gdyby nie żelazny król, być może któregoś dnia znowu walczyliby między sobą. W przeszłości próbowano łączyć oba plemiona, ale góra nigdy do końca nie ufała lasowi, a las nigdy do końca nie ufał górze. Teraz łączył ich jeden wróg. To jednak nie znaczyło, że stare rany zniknęły. Tylko na chwilę przykrył je strach przed czymś większym. Na’Ginni przyjrzała się Elio uważniej.
– Metalowe demony... tam? – zapytała, wskazując w stronę gór. Potem dotknęła palcami jego piersi. – A ty tu. Dlaczego?
To pytanie nie dawało jej spokoju. Dlaczego przyjechał sam? Dlaczego właśnie on? Jeżeli naprawdę był księciem, dlaczego nie otaczało go więcej ludzi? Dlaczego przyszedł do niej zamiast wysłać wojowników? Czy wysłali go, żeby prosił? Czy wysłali go, żeby patrzył? A może jego ludzie bali się zrobić coś, czego jeszcze bardziej bali się zrobić sami?
Patrzyła na niego, próbując znaleźć odpowiedź, zanim ją wypowie. Jej wzrok zsunął się na jego nogi. Na stopy, które nadal pozostawały tak daleko od ziemi, jakby ta mogła go zranić. Pomyślała o zwierzęciu, które zapewne przywiozło go do jej lasu. Na jego ciepłe ciało, ciężki oddech, poruszające się uszy. Zwierzę znało ziemię. Czuło ją pod kopytami. Ono wiedziało, gdzie stawiać krok. A człowiek siedzący na jego grzbiecie bał się dotknąć tego, co dla A’Nari było pierwszym i ostatnim domem.
Dziecko A’Nari poznawało Gaję stopami, zanim nauczyło się o niej mówić. Biegło boso po ziemi. Spało pod drzewami. Czuło ciepło zwierzęcia, zanim zrozumiało, czym jest ciepło. Uczyło się, że ziemia jest żywa, bo drży pod krokami dużego zwierzęcia i mięknie po deszczu. Uczyło się, że każde miejsce ma własny zapach. Tego nie trzeba było nikomu tłumaczyć. To było jak oddech.
A on stał przed nią, jakby wszystko to było obce. Na’Ginni zmrużyła oczy. Człowiek, który mówił, że nie chce śmierci. Człowiek, który mówił o pokoju. Człowiek, który bał się postawić stopy na ziemi. Przez moment nie widziała już księcia. Widziała kogoś, kto przyszedł z miejsca, którego nie rozumiała, i próbował powiedzieć jej, czego chce.
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Podczas trzech dni ciszy zbierali umarłych. Pamiętał, jak młody Janis nie mógł przestać wymiotować, gdy zrozumiał, czym naprawdę była wojna. Nie w chwili, gdy pierwszy człowiek padał pod ciosem miecza. Nie wtedy, gdy konie wpadały na szeregi piechoty, gdy włócznie pękały pod naporem tarcz, a krzyk tysięcy gardeł mieszał się z hukiem żelaza. Wtedy wszystko miało jeszcze porządek. Nawet chaos bitwy posiadał swój rytm: natarcie, odwrót, przegrupowanie, rozkaz, kolejny atak. Człowiek mógł jeszcze wmówić sobie, że śmierć była częścią ruchu. Dopiero po bitwie śmierć stawała się nieruchoma. I ogromna. Podczas trzech dni nie zliczył godzin, podczas których brodził po kolana w rozszarpanych ciałach i przelanej krwi. Czas przestał mieć znaczenie. Dzień i noc różniły się jedynie temperaturą powietrza. Za dnia słońce wydobywało z pobojowiska każdy szczegół, którego wolałby nie widzieć. Nocą ogniska i pochodnie pozwalały dostrzec tylko fragmenty, pozostawiając resztę w ciemności. Błoto było wszędzie. Deszcz, krew, ziemia i woda mieszały się ze sobą tak dokładnie, że nie sposób było powiedzieć, gdzie kończyło się jedno, a zaczynało drugie. Raphael zapadał się w nie przy każdym kroku. Czasami po kostki, czasami po kolana. Raz noga ugrzęzła mu niemal do uda i przez długą chwilę nie mógł jej wydostać. Musiał oprzeć dłonie o wilgotną ziemię, zacisnąć palce na kępie trawy i ciągnąć z całej siły. Gdy wreszcie się uwolnił, wraz z nogą wyciągnął kawałek materiału. Nie swojego. Fragment tuniki. Przez chwilę trzymał go między palcami i dopiero potem puścił. Wiatr porwał skrawek i rzucił go kilka kroków dalej, gdzie przywarł do nagiej gałęzi. Nie pytał już, do kogo należał.
Na początku próbowali rozpoznawać swoich. Było to ważne. Imiona należało odzyskać, zanim ciało zostanie oddane ziemi. Rycerz powinien wrócić do własnych ludzi, nawet jeśli pozostało z niego niewiele. Niektórych rozpoznawano po herbach. Innych po pierścieniach, sprzączkach pasów, kawałkach pancerza. Czasami wystarczał miecz. Czasami tylko zęby. W wielu przypadkach nie było jednak czego rozpoznawać. Ciała zostały rozszarpane przez konie, rozdeptane przez walczących, przecięte ostrzami. Niektóre leżały twarzą w błocie. Inne miały twarze zwrócone ku niebu, z ustami otwartymi w niemym krzyku.
Raphael przestał patrzeć ludziom w oczy. Nie dlatego, że się bał. Dlatego, że oczy pozostawały zbyt ludzkie. Wrona albo mewa nie miała takiego problemu. Ptaki pojawiły się niemal natychmiast. Najpierw pojedyncze. Potem dziesiątki. W końcu całe czarne skupiska obsiadały pole, mieszając się z białymi. Gdy zbliżali się ludzie, podrywały się ciężko z ziemi, trzepocząc skrzydłami. Przelatywały zaledwie kilka kroków dalej, siadały na kamieniach, na złamanych włóczniach, na końskich żebrach. Czekały. Książę wraz z innymi odganiał je od trupów, lecz szybko zrozumiał, że nie można było odgonić całego pola. Było ich zbyt wiele.
Widział, jak rozrywały ciała. Najpierw miękkie części twarzy. Potem języki. Oczy znikały szybko. Wątroby i serca stawały się przedmiotem zaciekłej walki między ptakami. Jedna mewa odlatywała z kawałkiem mięsa, a trzy kolejne ruszały za nią, bijąc skrzydłami i próbując odebrać zdobycz. Niektóre ptaki były tak ciężkie od żerowania, że ich lot stawał się niezgrabny, a że brakowało jedzenia ludzie szybko je wychwytywali. Opasłe ptaszyska nażarte mięsem ich krewnych. Był to widok, którego nie można było zapomnieć. Nie dlatego, że nie chciał. Pamięć nie zawsze pytała o zgodę.
Jednego poranka zobaczył wilki. Stały kilkadziesiąt kroków od niego, skupione wokół ciała poległego rycerza. Było ich siedem, może osiem. Nie zwracały uwagi na człowieka, dopóki nie zbliżył się zanadto. Warcząc, szarpały zwłoki. Jeden wilk ciągnął za nogę. Drugi odgryzał fragment ramienia. Pozostałe walczyły o to, co wyrwały. Wokół nich leżały strzępy materiału, kawałki skóry i fragmenty ciała. Raphael zatrzymał się. Nie miał serca, by natychmiast je przepędzić, dlatego przez chwilę po prostu patrzył. Wojna odebrała ludziom tyle, że nawet zwierzęta przestały wyglądać jak coś oddzielnego od pola bitwy. Wilki nie wiedziały, kim był poległy. Nie wiedziały, że miał imię. Nie wiedziały, czy był synem, mężem, ojcem albo rycerzem, który przez całe życie marzył o czymś, czego nigdy nie zdążył osiągnąć. Dla nich był mięsem. Dla ziemi był ciałem. Dla swoich ludzi był kimś. Właśnie dlatego zbierali zmarłych. Nie po to, by zmienić ich los. Nie mogli. Robili to dla żywych. Aby człowiek nie zniknął ostatecznie pomiędzy wilkiem, krukiem i błotem. Aby jego imię mogło przetrwać dłużej niż jego ciało.
Odpędził wilki dopiero po chwili. Początkowo jedynie podniosły głowy. Jeden z nich patrzył na niego przez kilka sekund żółtymi oczami. Raphael nie sięgnął po miecz. Nie było już potrzeby. Wilk cofnął się pierwszy. Reszta poszła za nim, aż pozostał sam pośród pola z rozczłonkowanym ciałem. Wiatr przesuwał trawę między zwłokami. Morze huczało gdzieś za klifami. Nad wszystkim krążyły ptaki. To wtedy też uklęknął przy poległym. Nie znał jego imienia. Mimo to oddał go w myślach Bogu. A gdy wstał, dopiero wtedy zrozumiał, że przez te trzy dni nie grzebali tylko swoich. Zbierali wszystkich. Rycerzy. Wojowników plemion. Tych, którzy przyszli zabijać, i tych, którzy przyszli bronić.
W tej pracy nie było już dwóch armii. Byli tylko umarli. I żywi, którzy musieli zdecydować, co jeszcze można było ocalić z wojny, która pochłonęła już zbyt wiele.
Dlatego właśnie stał w chacie pokrytej darnią bez miecza, bez świty, przed kobietą niewiele starszą od niego. O urodzie tak odmiennej od wszystkiego, co znał. O języku, którego nie rozumiał. O władzy, która przez miesiące niszczyła jego świat.
Nie wyglądała jak człowiek, którego powinien się bać. To właśnie było w niej najbardziej niepokojące. Raphael znał twarze ludzi, którzy dowodzili wojną. Znał twarze rycerzy przed bitwą, napięte pod stalą, skupione, czasami blade. Znał twarze lordów, którzy wydawali rozkazy zza murów i nigdy nie widzieli, co później zostawało na polu. Znał twarze tych, którzy zabijali z nienawiści, ze strachu albo z obowiązku. Na’Ginni nie miała żadnej z nich. Jej twarz była spokojna. Prawie łagodna. Jakby wojna, która dla niego miała zapach krwi, potu, mokrej skóry i gnijących ciał, dla niej była czymś równie naturalnym jak zmiana pór roku.
Pokój. Wy iść za góry.
Słowa padły powoli. Raphael rozpoznał pierwsze. Pokój. Drugiego nie był pewien. Góry. Mogła mieć na myśli rzeczywiste góry. Mogła mówić o wzgórzach znajdujących się za zamkiem. Mogła też używać słowa, które w jej języku oznaczało mur, twierdzę albo granicę. Nie chciał zgadywać. - Zamek to nasz dom. - Wypowiedział te słowa spokojnie. Nie wiedział, czy zrozumiała, co miał na myśli, lecz musiał zacząć od rzeczy, które były dla niego niepodważalne.
Zamek był ich domem. Nie tylko jego. Nie należał wyłącznie do rodziny królewskiej ani do rodu, który od pokoleń posiadał ziemię. Za murami znajdowali się ludzie, którzy urodzili się pod ich cieniem. Dzieci, które znały odgłos dzwonów. Kobiety, które piekły chleb dla garnizonu. Kowale, stajenni, kucharze, kapłani, rzemieślnicy. Żołnierze, którzy spali w tych samych koszarach, w których przed nimi spali ich ojcowie. Gdyby rozkazano im odejść, nie byłaby to zwykła zmiana miejsca. Byłoby to porzucenie świata. A Raphael nie mógł oddać twierdzy, która broniła ostatniego kawałka kraju przed zalaniem przez plemiona. Jeśli odejdą, co powstrzyma dzikich przed dalszym marszem? Następny zamek. Następna wieś. Następne miasto. Pokój, który wymagałby opuszczenia murów, nie byłby pokojem. Byłby tylko inną nazwą dla porażki.
Na’Ginni mogła widzieć to inaczej. Mogła patrzeć na zamek i widzieć kamień postawiony na ziemi, która kiedyś należała do jej ludzi. Mogła uważać każde pole, każdą drogę i każdą osadę za coś odebranego. Elio rozumiał tę logikę, nawet jeśli jej nie akceptował. Nie wiedział jednak, jak daleko sięgała pamięć A’Nari. Dla niej mogło to być sto lat. Dwieście. Pięćset. Może więcej.
Dla jego rodu ta ziemia również nie była czymś przypadkowym. Od pokoleń należała do nich. Pradziadowie Raphaela budowali drogi, wznosili kamienne mury, osuszali pola, zakładali wsie. Ludzie sadzili drzewa, które później dawały cień ich wnukom. Trakty łączyły miasta oddalone od siebie dziesiątkami jardów. Ziemia rodziła zboże, a zboże żywiło tysiące. Nie można było powiedzieć po prostu: to jest wasze. Ani: to jest nasze. Ziemia nie pamiętała pierwszego właściciela. Pamiętała tylko tych, którzy na niej umierali.
Męskie spojrzenie nie okrywało się od Na’Ginni, gdy podchodziła bliżej. Jego oddech był ciężki, lecz nie tylko z powodu zatęchłego powietrza w chacie. Rany na twarzy, choć oczyszczone, jeszcze się nie zagoiły. Niektóre miały już ciemne, twarde krawędzie. Inne były świeższe, czerwone i napięte. Pod lewym barkiem czuł nieprzyjemne swędzenie — tam, gdzie zbroja obcierała skórę najbardziej. Przez ostatnie tygodnie przyzwyczaił się do bólu. Ból stał się częścią ciała tak jak ciężar miecza. Nieprzyjemny, lecz przewidywalny. Nie był jednak jego największym zmartwieniem. Na’Ginni nie nosiła na sobie podobnych śladów. Jej skóra pozostawała czysta, jasna, niemal nieskazitelna. Nie było na niej blizn, które Raphael potrafiłby dostrzec. Żadnych cięć, oparzeń ani śladów po zbroi. Jej ciało nie wyglądało jak ciało człowieka, który od dziewięciu tygodni przebywał na wojnie. Pomyślał przez chwilę, że gdyby jej dotknął, wyczułby pod palcami gładkość skóry. Była to myśl niemal przypadkowa. Niebezpieczna właśnie dlatego, że pojawiła się sama.
Przez miesiące jego dłonie znały przede wszystkim twardość miecza, chłód metalu i szorstkość końskiej uzdy. Znały odciski, zadrapania, pęcherze i zaschniętą krew. Wszystko, co miękkie, stało się dla niego czymś niemal obcym. Na’Ginni była przeciwieństwem tego świata. A jednak należała do świata, który próbował go zniszczyć. To przypomnienie wystarczyło.
Kiedy dotknęła dłonią jego napierśnika, Raphael nie cofnął się. Obserwował jej palce. Gest był prosty. Niemal dziecinny. Gdyby ktoś na zamku dotknął księcia w ten sposób bez pozwolenia, konsekwencje mogłyby być poważne. Istniały zasady dotyczące tego, kto może zbliżyć się do członka rodziny królewskiej, kto może go dotknąć i jak długo może zatrzymać dłoń na jego odzieniu. Tutaj nie obowiązywały. Albo obowiązywały inne. Na’Ginni nie traktowała go jak księcia. Nie w tej chwili. Nie w definicji, którą znał. Jej palce spoczywały na metalu, który przez tygodnie oddzielał jego ciało od śmierci.
Metalowe demony... tam? A ty tu. Dlaczego?
Raphael spojrzał na jej dłoń. Potem na jej oczy.
- Jestem ich księciem. - Jego ciepły oddech wypełnił przestrzeń między nimi. Nie powiedział tego z dumą. Tytuł nie był dla niego ozdobą. Był ciężarem.
Wielu uważało, że skoro był księciem, mógł wysłać kogoś innego. Posłańca. Lorda. Rycerza wysokiego rodu. Człowieka starszego, bardziej doświadczonego, mniej potrzebnego w bitwie. Tak jak nie rozumiała tego Na'Ginni, tak nie rozumieli tego również niektórzy w radzie. Bo tak. Mógł wysłać kogokolwiek do dzikich, którzy nie rozumieli hierarchii. Mógł również pozostać za murami. Mógł siedzieć przy mapach, podczas gdy inni umierali. Mógł pozwolić, aby jego ludzie negocjowali za niego. Mógł wyjechać, zanim armia Na’Ginni dotarła pod zamek, tak jak zrobili to inni. Mógł zrobić wszystko. Władza dawała człowiekowi możliwość wyboru. A potem zmuszała go, by żył z każdym wyborem, którego dokonał.
- Tak jak ty ich Matką. - Nie użył słowa królowa. Wciąż nie wiedział, czy nią była. Nie wiedział nawet, czy jej ludzie rozumieli władzę w taki sam sposób jak jego. Wiedział tylko, że kiedy przemawiała, inni słuchali. To wystarczało.
On był głową tych, którzy wierzyli w to, iż miał ich uratować. Nie był wybrańcem. Gdyby nim był, reszta państwa wsparłaby go w walce przeciwko nieznanemu najeźdźcy. Przybyłyby posiłki. Chorągwie pojawiłyby się na horyzoncie. Drogi wypełniłyby się rycerstwem. Nic takiego się nie wydarzyło. Był synem króla. Równie dobrze mógł urodzić się synem wieśniaka. Różnica polegała tylko na tym, że pierwszemu z nich od chwili narodzin wpajano, iż cudze życie miało kiedyś zależało od jego decyzji.
Oczy księcia patrzyły w oczy jasnowłosej. Mogli nie mówić jednym językiem, lecz miała zrozumieć to, co chciał jej przekazać. Pytała, dlaczego on. Chciała wiedzieć. Ona chroniła swoich, on robił to samo. Bo ci, którzy pozostali za nim, złożyli swoje życia na szali, o którą teraz walczył.
Nie powiedział więcej. Nie musiał. Jeżeli miała zrozumieć, powinna zrozumieć właśnie to. Książę nie stał przed nią dlatego, że był bezsilny. Stał dlatego, że jeszcze posiadał odpowiedzialność, której nie mógł przekazać nikomu innemu.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”